banner ad

Anatomia wrogiego przejęcia – recenzja książki „Arka” Johna Lyncha

29 października 2021

John Lynch „Arka”, tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Ringier Axel Springer Polska
Ocena: 7 / 10

Powieściowy debiut spod znaku literatury sensacyjnej autorstwa znanego w Polsce biznesmena okazał się nad wyraz udany. A wszystko dlatego, że John Lynch, Amerykanin polskiego pochodzenia, oparł fabułę „Arki” na własnych doświadczeniach i po prostu doskonale wiedział, o czym pisze.

Takie książki nie mają łatwo. Żeby czytelnik zwrócił na nie uwagę w zalewie kryminałów, thrillerów i powieści sensacyjnych, muszą mieć w sobie coś wyjątkowego. Tymczasem trzymając w rękach „Arkę”, nie wiemy, czego się spodziewać. Tytuł ma biblijne, ale niewiele mówiące odniesienia, ilustracja na okładce też nie zdradza dużo – pokazany na niej manekin mógłby sugerować, że mamy do czynienia z książką o krawiectwie. Trochę niepokoju mogą wzbudzić powbijane w rekwizyt krawieckie szpilki i plama krwi, ale dopiero kiedy czytamy opis fabuły, zaczyna się nam tworzyć przed oczami konkretny obraz. „Arka” ma być sensacyjno-kryminalną powieścią o meandrach światowej mody, choć akurat tego światka, znanego zwykłym odbiorcom głównie z „Top Model”, jest tutaj mało. Powieść Johna Lyncha to bowiem w większym stopniu thriller prawniczo-korporacyjny i w tym gatunkowym wymiarze potrafi zrobić na czytelniku odpowiednio duże wrażenie. Ale od początku.

Głównym bohaterem jest Truman Chase, młody, obiecujący projektant mody z widokami na przyszłość, który zamiast rozwijać karierę w Ameryce, na prośbę ojca, polskiego emigranta, wyjeżdża do jego rodzinnego kraju, by pomóc w ratowaniu biznesu prowadzonego przez wuja. Teoretycznie krótki wyjazd na skutek różnych zrządzeń losu zamienia się w dziesięcioletni pobyt i w tym czasie mężczyzna praktycznie od podstaw buduje firmę odzieżową, która staje się znakomicie prosperującym przedsiębiorstwem. A że rozwijający się biznes zawsze potrzebuje finansowego zastrzyku, w międzyczasie Truman zdobył pożyczkę od funduszu inwestycyjnego – tytułowej Arki. Ta decyzja w niedalekiej przyszłości zaowocuje prawdziwym biznesowym koszmarem.

Choć Truman jest głównym i jak najbardziej pozytywnym bohaterem powieści, to lekturę rozpoczynamy od poznania jednej z najbardziej aroganckich postaci, jakie pojawiły się w tego typu książkach. Fernando Tomasi, latynos ze smykałką do prowadzenia interesów na granicy prawa, jest prezesem Arki, która po krachu finansowym z 2008 roku nigdy nie podniosła się z kolan. Jednak finansowe konanie czasem trwa wyjątkowo długo i Tomasi agonię swego funduszu przedłuża o lata, wikłając się w coraz ciemniejsze interesy w centralnej i wschodniej Europie. Mapkę z tym obszarem mamy zresztą na okładce książki i to tam – nie tylko w Polsce, ale także na Ukrainie czy w Rumunii – rozgrywa się spora część fabuły. W tym aspekcie to prawdziwy międzynarodowy thriller, dodatkowo z udziałem FBI, które reprezentuje jedna z najlepiej skonstruowanych postaci „Arki”, czyli agentka Faith Osborne.

Już w pierwszych partiach książki dowiadujemy się, że Tru Colors, odzieżowa firma Trumana, jako jedyna z portfolio Arki stanowi wyjątek, bo wciąż ma się dobrze i to właśnie na nią ostrzy sobie zęby Fernando i jego inwestycyjni pomagierzy. Zanim intryga dotycząca przejęcia przedsiębiorstwa ruszy pełną parą, John Lynch udanie preparuje fabularne tło dla tej operacji i bez pośpiechu obrazowo opisuje kolejne etapy losów Fernanda i Trumana, którzy w końcu, niczym dwaj kowboje na Dzikim Zachodzie, będą musieli stanąć do biznesowego pojedynku.

Fernando jest tu złoczyńcą, Truman szlachetnym bohaterem, ale wokół nich mamy jeszcze cały zestaw postaci, które w mniejszym lub większym stopniu są istotne dla fabuły. Pracownicy firmy Trumana, prawnicy obu stron, pomocnicy Fernanda, szefowie firm zainteresowanych kupnem Tru Colors – trzeba przyznać, że John Lynch w tym aspekcie ma rozmach, ale też bardzo dobrze panuje nad stworzonym przez siebie światem przedstawionym. W końcu dochodzi do wrogiego przejęcia. I wtedy zaczyna się prawdziwy, pełnokrwisty thriller, którego lektury nie sposób przerwać – tak bardzo jesteśmy ciekawi, co się jeszcze może wydarzyć.

Niektórzy zapewne widzieli film „Układ zamknięty”, w którym pokazano, jak w polskim piekiełku miastowe szychy przejmowały dobrze funkcjonujący nowy biznes. Można znaleźć pewne podobieństwa między tymi fabułami, jednak w swojej książce John Lynch mógł cały, często mozolny proces starań o odzyskanie firmy opisać ze wszystkimi szczegółami, od których momentami włosy aż stają dęba. A wiedząc co nieco o polskich perypetiach autora, uświadamiamy sobie, że ta fikcja jest jak najbardziej realna, bo John Lynch doświadczył tego na własnej skórze. W tych momentach „Arka” przypomina pierwsze thrillery prawnicze Johna Grishama, natomiast w samej konstrukcji fabuły i postaci nasuwa skojarzenia z dokonaniami Remigiusza Mroza. Owszem, czasem czuć, że Lynchowi brakuje pisarskiej praktyki w tym gatunku i chciałoby się, by trochę mniej korzystał z gatunkowych klisz, ale co poradzić, skoro to właśnie w tych momentach jego powieść wchodzi nam najlepiej?

Autorowi zdecydowanie udało się pokazać stopniowo narastającą atmosferę strachu, który odczuwa nie tylko Truman, ale cała pracownicza kadra jego firmy. Truman działa w racjonalny sposób i podobnych działań oczekuje od przeciwnika – najlepiej zgodnych z biznesowym savoir-vivre. Dopiero kiedy zaczyna rozumieć, że Fernando i spółka to osobnicy w takim samym stopniu aroganccy, co irracjonalni w swoim (co prawda metodycznym) postępowaniu, wówczas dociera do niego, że tę walkę trzeba toczyć w trochę inny sposób.

Czy aby zmierzyć się z prawdziwymi rekinami biznesu, należy zachowywać się jak rekin? Cóż, Truman ze swoją empatią z pewnością nie jest takim typem człowieka, ale przynajmniej umie wyciągać wnioski. I wierzy – w inny sposób zarządzania, w ludzi, z którymi pracował, w mądrość swojej partnerki – choć sam (w aspekcie religijnym) nie jest wierzącym człowiekiem. Co ciekawe, ta kwestia wypływa w ostatnich partiach książki i wówczas czuć, że John Lynch chciał, żeby „Arka” była czymś więcej niż tylko wciągającym thrillerem. Autor oparł fabułę na własnych doświadczeniach także w aspekcie duchowym i emocjonalnym – i to uwidacznia się w trakcie lektury. Dorzućmy do tego jeszcze nieskażone typowymi, polskimi wojenkami ożywcze spojrzenie cudzoziemca na nasz kraj i od razu robi się cieplej na sercu. Te pozytywne wrażenie pozostaje z nami do końca powieści, nawet jeśli w finale niektóre wątki w pełni nie wybrzmiewają. Ważniejszy jest nietypowy miks – szlachetny bohater, Polska, której nie trzeba się wstydzić, emocje podczas wrogiego przejęcia i samo zakończenie. Jakie? To już trzeba sprawdzić samemu.

Tomasz Miecznikowski

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: recenzje