banner ad

Afirmacja chwili – recenzja książki „Instrukcja dla pań sprzątających” Lucii Berlin

31 października 2017

Lucia Berlin „Instrukcja dla pań sprzątających”, tłum. Dobromiła Jankowska, wyd. W.A.B.
Ocena: 8 / 10

Jeden z synów powiedział po śmierci Lucii Berlin: „pisała prawdziwe historie, niekoniecznie autobiograficzne, ale niewiele brakowało”. Wydaje się, że może to być jeden z kluczy zarówno do „Instrukcji dla pań sprzątających”, zbioru opowiadań, który ukazał się nakładem wydawnictwa W.A.B., jak i do samej autorki, snującej w nich narrację o własnym życiu. Narrację wyselekcjonowaną, opowiedzianą z artyzmem i smakiem. Mówiła, że chodzi jej przede wszystkim o historię. Nie o to, by trzymać się faktów, brnąc w autobiografię – jeśli to historia jest najważniejsza, fakty można wszak przenicować, wyolbrzymić, zmienić chronologię czy szczegóły. Powtarzała jednak również, że historia nie może być fałszywa, powinna za to być nieprzypadkowa. I to właśnie Berlin robiła, pisząc o sobie, ale, zarazem, o sobie nie pisząc.

Lucia Berlin pisała sporadycznie, przez całe lata 60., 70. i większość 80., wychowując synów, wikłając się w kolejne związki i walcząc, najpierw z alkoholizmem, potem z chorobą nowotworową. Urodziła się na Alasce, dorastała na zachodzie Stanów Zjednoczonych, w osadach górniczych i miastach: w Idaho, Kentucky i Montanie. Mieszkała również w El Paso, Santiago, w Meksyku, Arizonie, Nowym Meksyku, Nowym Jorku, Kolorado i Los Angeles. Tam też lokuje większość swych opowiadań, bohaterkami czyniąc kobiety imające się prac, które sama podejmowała. Podobnie jak i one była nauczycielką, telefonistką, rejestratorką w szpitalu, sprzątaczką, asystentką lekarza, opiekowała się umierającą na raka siostrą. Kobiety z jej opowiadań tkwią w związkach, w których i ona tkwiła. Berlin zachowuje jednak dystans i współczucie, ale też potrafi zdobyć się na bezkompromisowość i twardość, które miarkuje chwilę później łagodnością, mądrością życiową i humorem. Emerson pisał, że jej proza żyje, odsłania. Nie sposób się z nim nie zgodzić – opowiadania Berlin zaludniają pełnokrwiste postaci celebrujące świat. Nawet jeśli z pozoru niczego w nim do celebrowania nie ma i ciężko jest znaleźć obiektywne powody takiej afirmacji. Berlin, wraz ze swoimi bohaterami, szuka gorączki w beznamiętnym chłodzie powszedniości, tak jak choćby w opowiadaniu, w którym namiętność i pełne żaru wspomnienia pojawiają się nagle wśród szpitalnych łóżek, podczas dyżuru pielęgniarskiego. Szuka sensu i nadziei. Nawet jeśli ta ostatnia jest głupia, bezzasadna, to przynajmniej pozwala utrzymać się na powierzchni. Czasem autorka poruszy czytelnika makabrą rozbijającą sielski nastrój, zazwyczaj jednak skupia się na tych małych, spokojnych światach – kokonach, w których kryjemy się przed codziennością.

Lucia Berlin

Pisze więc o starzeniu się, o tych, którzy nie muszą być, wracać ani przed nikim się tłumaczyć. Pisze o stracie, kiedy człowiek nie ma już siły śmiać się w samotności z tego, co przecież jeszcze niedawno tak bardzo bawiło we dwoje. Śmiech jest wręcz niestosowny, wszak są takie rzeczy, które definiowane mogą być tylko liczbą mnogą; odczuwane w liczbie pojedynczej, kiedy jedna śmierć przyszła stanowczo za szybko, tracą zupełnie swój sens. Nieważne, czy Berlin opisuje romans, którego tłem są podmorskie głębiny, albo umieszcza akcję w oblepionych pyłem i piaskiem domach amerykańskiego Południa czy w Mexico City – depresyjnym, samobójczym i skorumpowanym, ale i mającym wdzięk, ulotne piękno, które zatyka dech w piersiach. Nieważne, czy bohaterami czyni biedaków, wyrzutków, narkomanów, czy też córkę funkcjonariusza CIA, która pochodzi ze świata, gdzie charytatywne bale są zdecydowanie comme il faut, ale kontakt z „gorszymi” jest już co najmniej niestosowny. Nieważne, bo niezależnie od tego, gdzie i kiedy jest jej „tu i teraz”, Berlin wciąż, nieustannie skupia się na człowieku. Skupia się i przygląda mu z uwagą, ciepłem i szacunkiem wobec skaz i słabości. Również niezrozumienie jest motywem przewodnim wielu opowiadań ze zbioru „Instrukcja obsługi dla pań sprzątających”. Niezrozumienie i nieudolne próby wejścia pomiędzy zamknięte, hermetyczne społeczności, za wszelką cenę broniące swej autonomii.

„Instrukcja dla pań sprzątających” jest więc opowieścią o tych heroinach i herosach dnia powszedniego usiłujących wiązać koniec z końcem oraz historią o femmes fatales, zagubionych, wiecznie szukających, tych anielicach, które pojawiają się na chwilę w cudzych życiach, by zrujnować je na zawsze. To opowieść o tych, których niosą przez życie obsesje i lęki oraz tych, którzy wierzą, że śmierć o tyle uzdrawia, iż każe nam wybaczyć i przypomina, że nie chcemy umrzeć w samotności. To opowieść o zbyt szybko dojrzewających dzieciach i nigdy niedojrzałych matkach. Wreszcie – o tych, którzy pogodzili się z faktem, że zostało im niewiele czasu, toteż mogą już tylko zacząć żyć u kresu życia, rzuciwszy za siebie listę żalów i samooskarżeń. Proza Berlin wzbiera, buzuje, nadyma, by, czasem dopiero wraz z ostatnim zdaniem, wypowiedzią rzuconą mimochodem uderzyć z pełną siłą, nie pozostawiając czytelnika obojętnym. Uderzyć i przez długi czas nie dać o sobie zapomnieć.

Mirosław Szyłak-Szydłowski

Tagi: , , ,

Kategoria: recenzje