banner ad

A mogło być tak pięknie… – recenzja książki „Outsider” Stephena Kinga

29 czerwca 2018

Stephen King „Outsider”, tłum. Tomasz Wilusz, wyd. Prószyński i S-ka
Ocena: 7 / 10

O najnowszej powieści Stephena Kinga nie warto czytać ani rozmawiać, dopóki się z nią nie zapoznamy. Wie o tym chyba sam autor, dlatego podczas nielicznych wywiadów telewizyjnych promujących „Outsidera” kilkukrotnie łapał się za język, aby nie powiedzieć o fabule zbyt wiele. Największa atrakcja tego 640-stronicowego tomiszcza zasadza się bowiem na niespodziance. Zatem wpierw zaopatrz się w książkę i przeczytaj. A dopiero potem porozmawiamy.

Jeśli czytasz dalej, to znaczy, że masz już lekturę za sobą, albo… ciekawość jednak zwyciężyła. Z górą sześć dekad temu francuski reżyser Henri-Georges Clouzot apelował do krytyków i publiczności, aby nie ujawniali innym zakończenia jego doskonałego dreszczowca „Widmo”. Z „Outsiderem” sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, ponieważ King serwuje nam ważny zwrot fabularny mniej więcej pośrodku historii. Na dodatek chodzi o dość wyraźną zmianę gatunkową – z kryminału proceduralnego historia przeradza się w powieść grozy. Trudności z dyskusją o tej książce przypominają więc bardziej próby podejmowania tematu „Od zmierzchu do świtu” bez ujawniania, że w połowie filmu bracia Gecko wylądują w barze prowadzonym przez hordę wampirów. No po prostu nie da się, dlatego lepiej czasem wyłączyć się z sieci i oszczędzić sobie obrabowania na własne życzenie z połowy frajdy.

Wbrew temu, czego życzyliby sobie niektórzy, „Outsider” nie jest krytyką wymierzoną w Amerykę Donalda Trumpa. Wprawdzie King nie oparł się pokusie wyrażenia opinii na drażniący go mocno temat, jednak sednem fabuły książki jest zjawisko dużo bardziej uniwersalne i przybierające na sile pod każdą szerokością geograficzną. Mianowicie chodzi o medialny lincz.

Niewiele trzeba, aby przykładny obywatel miasta stał się wrogiem publicznym numer jeden, któremu wszyscy życzyliby powolnej śmierci w męczarniach, a w najlepszym wypadku – przeprowadzonej bez znieczulenia kastracji. Terry Maitland, szanowany trener dziecięcej drużyny bejsbolowej, zostaje zatrzymany pod zarzutem brutalnego morderstwa na małym chłopcu. Aresztowanie odbywa się w blasku jupiterów – podczas meczu ligi miejskiej, na oczach 1,5 tysiąca widzów zgromadzonych na stadionie. Może i tego typu akcja pokazowa nie jest to do końca właściwym posunięciem, ale biorący udział w zatrzymaniu policjanci ledwo są w stanie powstrzymać targające nimi emocje. Jak to tak? Ten Terry? Ojciec dwójki uroczych dziewczynek, którego wszyscy uważali za wzór cnót? Przecież, gdy podczas treningów dotykał ich własnych chłopców, niby to pokazując, jak prawidłowo należy trzymać kij, najpewniej, zboczuch jeden, upajał się ich delikatną skórką lub, co gorsza, namierzał już pierwszą potencjalną ofiarę. Taki człowiek nie zasługuje na żadne względy. Tym bardziej że dowody – zarówno zeznania świadków, jak i materiał pobrany na miejscu zbrodni – wskazują winę jednoznacznie.

Organy ścigania szybko przekonują się, że w przypadku tak poważnych zarzutów nadmierna pewność siebie co do winy podejrzanego nie jest wskazana. Otóż okazuje się, że ten potwór Terry ma niepodważalne alibi. W dniu popełnienia zbrodni przebywał w innym mieście. Są na to świadkowie, ba, istnieje nawet zapis wideo, ponieważ trener uczestniczył w spotkaniu autorskim z pisarzem Harlanem Cobenem. Jak więc wytłumaczyć fakt, że przynajmniej kilka osób widziało go w tym samym czasie zakrwawionego w pobliżu miejsca zbrodni? Po nieśmiałych przymiarkach do literatury kryminalnej, którymi były powieści „Pan Mercedes” i „Znalezione niekradzione”, Kingowi, do tej pory gustującemu raczej w powolnym nakręcaniu fabularnej spirali, po raz pierwszy w długiej karierze udało się stworzyć klasyczny page-turner, jak to Anglosasi mają w zwyczaju określać wciągające książki z krótkimi rozdziałami i intensywnie budowanym napięciem, które dosłownie same się czytają. Za mistrza w tym fachu uchodzi zresztą występujący gościnnie w „Outsiderze” Harlan Coben. King nie próbuje oczywiście naśladować młodszego kolegi. Zajmującą historię opowiada po swojemu, z barwnym tłem obyczajowym i pogłębioną psychologią. Czasem zdarzy mu się w tym ubogacaniu tła przeszarżować (wszystkich świadków zbrodni z policyjnych zeznań opętał słowotok, a liczne dygresje w ich wypowiedziach przypominają, że mamy do czynienia z gadułą Stevem, a nie z ludźmi z krwi i kości o zróżnicowanym charakterze i ekspresji, a szkoda), ale to jedynie drobny mankament. Pierwsza połowa książki jest czymś najlepszym i najświeższym, co udało się autorowi osiągnąć w formule powieściowej od kilku lat (nie licząc „Pudełka z guzikami Gwendy”, które w zasadzie było pracą zespołową).

Fabułę nowego dzieła King oparł na koncepcji sobowtóra zaczerpniętej z „Williama Wilsona” Edgara Allana Poego. Samo zjawisko ma oczywiście w „Outsiderze” zupełnie inne źródło, a King nie idzie śladem swego protoplasty, stawiając na racjonalność i logikę, lecz w połowie książki zaczyna dryfować w kierunku fantastyki grozy. Nie jest to jednak zagranie godne przywołanego wcześniej filmu Tarantina i Rodrigueza, lecz zwyczajny powrót na stare śmieci, albo też – serwowanie po wykwintnym kremie ze szparagów doprawionym nutką koziego sera odgrzewanej porcji makaronu z jajkiem, która została z przedwczorajszego śniadania. Nic tu nie jest świeże i oryginalne, jakby Kingowi zabrakło pomysłu albo czasu na intrygujące poprowadzenie tej niemożliwej zagadki kryminalnej. Można wręcz pokusić się o zarzut pójścia na łatwiznę, a owa łatwizna przybiera postać… Holly Gibney.

Neurotyczna specjalistka od odnajdywania osób zaginionych zadebiutowała przed kilku laty na kartach „Pana Marcedesa”. Profil charakterologiczny podpowiadał, że miała ona być Kingową odpowiedzią na Lisbeth Salander. Szwedzkiej hakerce wprawdzie nie dorównała ani osobowością i talentem, ani skomplikowaną przeszłością, ale zjednała sobie sympatię Wiernych Czytelników i samego autora, który zapowiedział, że jeszcze do niej wróci. Kingowi zdarzają się takie powroty. W 2013 roku sprawdził, co słychać u małego Danny’ego Torrance’a, który od czasu publikacji „Lśnienia” zdążył dorosnąć i popaść w alkoholizm. I wprawdzie „Doktor Sen” nie miał za wiele wspólnego ze słynnym horrorem o nawiedzonym hotelu Panorama, chęć ponownego zmierzenia się po latach z chłopakiem, ocalałym z tragedii w górach Kolorado, wydawała się zrozumiała, a portret dorosłego Danny’ego, mierzącego się z dziedzictwem ojca, demonami przeszłości i potworami dnia dzisiejszego, został na tyle wiarygodnie nakreślony, że decyzję o napisaniu książki trudno było uznać za zwykły koniunkturalizm. Powrót do Holly również miał swoje uzasadnienie. Po stracie przyjaciela i swoistego mentora zmagająca się z problemami interpersonalnymi maniaczka filmowa stanęła na pewno przed niemałym wyzwaniem, jak poradzić sobie w dalszym życiu. Ta walka mogła stanowić dobry materiał na jeden z wątków powieści, temat został jednak potraktowany w „Outsiderze” bardzo płytko i sprowadził się w zasadzie do modlitw zanoszonych przez Holly do zmarłego przyjaciela, po których cudownie nabiera odwagi, aby stawić czoła wszelkim przeciwnościom. Ewentualnie nakazuje sobie w myślach „weź się w garść” i to wystarcza. Lubujący się w psychologizowaniu King poprzestaje na czymś takim? Niepodobne. A jednak to nie ten aspekt obecności Holly stanowi największy problem „Outsidera”.

Można odnieść wrażenie, że dobroduszna połowa spółki Uczciwi Znalazcy notorycznie pełni w powieści rolę deus ex machina. Oddaje tym samym autorowi bezcenną przysługę. Gdyby nie obecność Holly, King musiałby bowiem napisać dobre kilkaset stron więcej. Wszystkie tropy w niedającym się racjonalnie wyjaśnić śledztwie sypią się jej pod nogi. Jak na chorobliwie nieśmiałą osobę, z łatwością potrafi nakłonić każdego do zwierzenia się z największych sekretów, a szczególnie tych, którzy, dziwnym trafem, najwięcej wiedzą na potrzebny temat. Z dedukcją godną Sherlocka zgaduje, co myśli główny antagonista, gdzie sypia i dlaczego, a trzeba podkreślić, że nie jest to wiedza znana zwykłym (i niezwykłym) śmiertelnikom bądź też dostępna w podręcznikach dla profilerów, jako że ścigany to istotna nadprzyrodzona.

O ile jeszcze da się zaakceptować, że Holly zdołała stosunkowo łatwo (oczywiście po uprzedniej modlitwie do wiadomo kogo) przekonać większość osób próbujących rozwikłać sprawę na własną rękę, iż mają do czynienia ze zjawiskami nadnaturalnymi, a nawet zmotywować zaangażowanych w prywatne dochodzenie funkcjonariuszy do zbadania podsuniętych przez nią tropów, to już świadomość, że ci sami racjonalni stróże prawa na żadnym etapie śledztwa nie wzięli na poważnie pod rozwagę możliwości popełnienia wielkiej mistyfikacji, która miała na celu wrobienie trenera, każe wołać o pomstę do nieba. W czasach perfekcyjnie wykonywanych masek silikonowych, które z daleka przypominają prawdziwe twarze (większość świadków widziała Terry’ego z pewnej odległości), policjanci po zapoznaniu się z materiałem filmowym potwierdzającym alibi podejrzanego nie uwzględniliby takiej opcji? Nie zaczęliby kopać w jego przeszłości, aby znaleźć coś, co wszyscy mogli przeoczyć? Paradoksalnie to żona oskarżonego przebąkuje raz nieśmiało, że „może ktoś go wrobił”, ale trop natychmiast zostaje zarzucony jako nierealny. „Życie rzadko przypomina powieści Roberta Ludluma, jeśli w ogóle” – kwituje z sarkazmem jeden z bohaterów. Kurcze, Steve, przy całej sympatii, tym bardziej można powiedzieć to w odniesieniu do twoich nadprzyrodzonych historii. Oczywiście przy ilości zebranych dowodów, z którymi mają do czynienia służby policyjne we Flint City, byłaby to mistyfikacja niezwykle trudna do przeprowadzenia, o ile w ogóle wykonalna, a jednak wciąż bardziej realna niż udział istoty nadprzyrodzonej, a więc powinna przynajmniej być brana pod uwagę w trakcie dochodzenia.

W drugiej połowie „Outsidera” King nie wychodzi poza ograne już schematy i przewidywalne rozwiązania fabularne. Naturalnie musi znaleźć się podatna jednostka, często o negatywnych cechach, którą nadprzyrodzone zło jest w stanie owładnąć (jak Henry Bowers w „To” czy doktor Babineau w „Końcu warty”), nie może zabraknąć sympatycznej osoby w podeszłym wieku (jak Jud Crandall w „Cmętarzu zwieżąt”), a wszystko kończy się szczęśliwie, choć konieczny jest element wzruszenia, dlatego ktoś musi stracić życie (jak w „Śpiących królewnach”, „Bezsenności” czy „Joyland”). Także wcielająca się czy też wchodząca w ludzi istota to nic nowego, czego byśmy jeszcze na kartach książek Kinga nie uświadczyli (Tak z „Desperacji”, obcy z „Łowcy snów”). Tu chodzi już nie tylko o kwestię stylu czy charakterystycznych elementów, a zwyczajnie – powtarzania się. Co więcej, jedyny powiew świeżości w drugiej części, zaczerpnięty z meksykańskich wierzeń i popkultury, zdaje się być inspirowany wampiryczną trylogią Guillerma del Toro i Chucka Rogana – to tam poświęcono trochę miejsca południowoamerykańskiemu kinu superbohaterskiemu klasy Z. Może to jedynie kwestia przypadku, albo przeczulenia niżej podpisanego, ale z drugiej strony motyw z wijącymi się robakami z „Outsidera” jako żywo pozwala sądzić, że „Wirus” wywarł na Kingu niemałe wrażenie.

Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy powyższe zarzuty można kierować jedynie w stronę Kinga, czy również redaktora, który powinien powiedzieć: „Słuchaj Steve, choć raz weź przykład z George’a Martina i nie pisz na czas. Zabieraj wyziębiony w Maine tyłek na Florydę i przepisz drugą połowę jeszcze raz, to i to wyrzuć w cholerę, a to i to możesz zostawić”. Niestety King, podobnie jak Koontz, Coben i wielu innych topowych autorów, dla wydawcy stanowią po prostu maszynkę do nabijania odpowiedniej ilości zer na koncie. Dostarczenie powieści pół roku później mogłoby więc skutkować poważnym obniżeniem dochodów w pożądanym okresie rozliczeniowym. Nikt nie zamierza się więc zabawiać w Maxa Perkinsa i ślęczeć nad tekstem długie miesiące. To jest rozrywka, to ma się sprzedać. A uznane nazwisko stanowi odpowiednią gwarancję.

Tyle narzekania, że ktoś mógłby zapytać: Czy to znaczy, że w drugiej połowie jest aż tak źle? No nie. King jest sprawnym rzemieślnikiem, ma lekkie pióro, potrafi wzruszyć i rozbawić, więc te wystudzone resztki z przedwczoraj odgrzewa, przyprawia i podaje w całkiem zjadliwej formie. Ale nie wykracza poza zaspokojenie potrzeb tych, którzy, parafrazując inżyniera Mamonia, lubią historię, które już raz czytali. Wrażenie może nie byłoby tak dojmujące, gdyby nie pierwsza, ożywcza część.

Historię można byłoby poprowadzić na wiele sposobów. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się kontynuacja w stylu kryminału proceduralnego. W wydaniu racjonalnym zakończenie mogłoby być otwarte, bez jednoznacznego wyjaśnienia, a dalsze śledztwo zostałoby umorzone. W wersji nadprzyrodzonej funkcjonariusze dopiero na samym finiszu, po długich zmaganiach, przekonaliby się, że mają do czynienia z czymś, co wykracza poza znany nam świat. Pierwsze rozwiązanie pozostawiłoby czytelników z uczuciem niepokoju i zmuszało do osobistych refleksji. Drugie stanowiłoby mocne uderzenie w racjonalny świat bohaterów budowany od pierwszych kart książki i zapewniłoby odbiorcom zaskakujący zwrot fabularny. Ale King z pewnością mógłby wymyślić wiele innych opcji.

Ocena „Outsidera” nastręcza problemów. Pierwsza połowa książki to wysokie 8,5 punktów na 10, druga połowa to niestety co najwyżej 5,5 na 10. Średnia wynosi więc 7, czyli całkiem przyzwoicie i wystarczająco, aby spędzić z tą lekturą kilkanaście przyjemnych godzin. Choć im dalej w treść, tym w głowie częściej kołatać będzie jakieś „ale”.

Stephena Kinga można obecnie określić literackim odpowiednikiem Kazika Staszewskiego (albo odwrotnie, zważywszy na staż artystyczny obu panów). To swój chłop, który nie obnosi się z forsą, choć dba o stan swojego konta (i słusznie). W twórczości porusza sprawy ważne społecznie, nie unika polityki i socjologizowania. Ma fajne dzieciaki, które odnalazły się w showbiznesie. Choć zdarza mu się popełnić rzeczy ponadprzeciętne (w przypadku Kinga była to powieść „Dallas ’63”), to jednak największe dzieła dawno ma już za sobą. Wielka szkoda, bo „Outsider” mógł być jednym z nich.

Artur Maszota

Tagi: , , , , ,

Kategoria: recenzje