banner ad

Sue Grafton kontra samopublikujący autorzy

13 września 2012


Autorka serii „alfabetycznych” kryminałów ściągnęła niedawno na siebie falę krytyki za niezbyt pochlebną opinię o samopublikujących pisarzach, których określiła mianem „leni”.

W rozmowie z lokalną gazetą „LouisvilleKY” Grafton poradziła młodym pisarzom, by nie publikowali na własną rękę, gdyż w ten sposób przyznają, że „są zbyt leniwi, by wykonać ciężką robotę”. Jak stwierdziła, przeczytane przez nią książki samopublikujących autorów są często amatorszczyzną i porównała ich twórców do studentów konserwatorium, którym „udało się nauczyć Pięciu Łatwych Utworów na fortepian i teraz myślą, że są gotowi na koncert w Carnegie Hall”.

Bycie autorem to zdaniem Grafton ciężka praca, w którą wpisane jest „przyjmowanie odrzucenia, wyciąganie z tego nauki i osiąganie z czasem mistrzostwa w sztuce”. Pisarka, której trzy pierwsze powieści zostały odrzucone przez wydawnictwa, stwierdziła także, że spotyka „zbyt wielu autorów, którzy kończą jedną powieść, po czym szukają sławy i bogactwa, do których uważają, że mają prawo”.

„Moim zdaniem to brak szacunku, gdy zakładają, że wystarczy opublikować powieść, nie kłopocząc się czytaniem, studiowaniem czy badaniem. Uczenie się konstruowania narracji i tworzenia postaci, nauka równowagi tempa, opisu, przedstawienia i dialogów wymaga czasu. To nie jest jakieś zadanie domowe typu zrób-to-szybko-sam. Samopublikowanie to droga na skróty, a ja nie wierzę w skróty, jeśli chodzi o sztukę” – powiedziała Grafton.

Tymczasem Adam Croft – brytyjski autor thrillerów, który twierdzi, że w ubiegłym roku sprzedał ćwierć miliona swoich książek przez Amazon Kindle – nazywa te zarzuty oburzającymi. „Prawda jest całkowicie odwrotna. Samopublikowanie oznacza, że sam znajdujesz swojego pierwszego czytelnika, sam znajdujesz swojego redaktora, sam decydujesz o projekcie okładki (lub sam go tworzysz), sam zajmujesz się sprzedażą i marketingiem. Posiadanie wydawcy jest lenistwem, bo wystarczy napisać w połowie akceptowalną powieść i pozwolić redaktorowi zrobić z niej wartą sprzedania. Samopublikujący autorzy muszą zrobić to sami – nie mamy nikogo, kto dokończy za nas robotę” – powiedział Croft.

Croft przyznał także, że nie ma zamiaru szukać wydawcy, gdyż samopublikujący twórcy otrzymują 70 procent tantiemów, podczas gdy wydawnictwa płacą tylko 15 procent. „Nie mam najmniejszej ochoty by zaczynać negocjacje z jakimkolwiek wydawcą, skoro nie ma szans, żeby byli w stanie zaoferować mi cokolwiek porównywalnego do tego, co jestem w stanie zrobić dla siebie sam” – stwierdził Croft i dodał, że „ludzie podobni do Grafton to elitaryści chcący stłumić nowych pisarzy z powodu dostrzegalnego zagrożenia”.

Croftowi wtórują niezależni i podziemni pisarze pokroju prozaiczki i dramatopisarki Catherine Czerkawskiej, która komentarze Grafton określiła jako „całkowicie amatorskie i ignoranckie w kwestii zmian przemysłu, dla którego jak twierdzi pracuje”.

„Od czterdziestu lat jestem nagradzaną pisarką, jestem członkinią Królewskiej Fundacji Literackiej, a obecnie pełnię funkcję przewodniczącej Stowarzyszenia Autorów w Szkocji. Czy jestem wystarczającą profesjonalistką?” – pytała zirytowana Czerkawska, która przyznała, „że jest na łasce przemysłu zorientowanego na hity” i dodała, że „wielu autorów pracuje po cichu, sprzedając ebooki czytelnikom, którzy czerpią z nich przyjemność”. „Dla nas i naszych czytelników ruch niezależnego publikowania jest darem z niebios” – stwierdziła.

Po fali niepochlebnych komentarzy, które spadły na Grafton, autorka wycofała się ze swojego wcześniejszego stanowiska i w tej samej lokalnej gazecie powiedziała, że „nie miała zamiaru obrażać samopublikowania czy niezależnych autorów” i przyznała, że jest „niezaznajomiona z tym nowym formatem”.

„Teraz jest dla mnie jasnym, że niezależni autorzy dostali więcej kuksańców niż powinni i że tak naprawdę zmieniacie oblicze wydawania. Kto wiedział? To zupełnie nowy ruch w wydawaniu, którego wszyscy byli świadomi, poza mną. Wciąż nie rozumiem, jak to działa, ale widzę, że mur został przebity, a autorzy mogą być słyszani w nowy sposób i na nowych frontach” – oświadczyła Grafton.

Grafton nie była osamotniona w swoich niezbyt pochlebnych opiniach o samopublikowaniu. Na przestrzeni ubiegłego roku w podobnym tonie wypowiadali się choćby Jodi Picoult, która odradzała taką formę docierania do czytelników czy Richard Russo, który przyznał, że nawet myślenie o samopublikowaniu jest dla niego „mrożące krew w żyłach”.

Tematy: , , , , ,

Kategoria: newsy