banner ad

Księgarz z piekła rodem? Władze miasta chcą się go pozbyć z domu targowego

7 stycznia 2017


Jest nazywany Basilem Fawltym wśród księgarzy (od postaci wrednego hotelarza granego przez Johna Cleese?a w serialu „Hotel Zacisze”). W małym miasteczku w Anglii księgarnię prowadzi człowiek określany przez niektórych najbardziej niemiłym sprzedawcą książek na świecie.

Nazywa się Steve Bloom, ma 63 lata i prowadzi antykwariat Bloomindales w uroczym miasteczku Hawes w Yorkshire Dales. Uchodzi za tak niemiłego sprzedawcę, że w ciągu ostatnich czterech lat radni otrzymali 20 listów na niego oraz liczne telefony ze skargami. Większość problemów bierze się z zasady, jaką wprowadził w swoim sklepie. Jak informuje kartka na drzwiach, każdy przekraczający próg księgarni musi bowiem zapłacić 50 pensów, które są później odliczane od rachunku. Wszystko dlatego, że właściciel nie życzy sobie odwiedzających, którzy nie są zainteresowani kupnem książek.

Czara goryczy przelała się, gdy do radnych spłynęła skarga napisana przez doktora Colina Batesa z Shropshire, który podczas wizyty w Hawes postanowił zajść do księgarni. Steve Bloom nazwał lekarza „wrzodem na dupie”, ale – jak powiedział radnym – nie może sobie przypomnieć dlaczego. „Ta sytuacja trwa od lat” – mówi z rezygnacją John Blackie, przewodniczący rady. „Księgarz dyskredytuje dobrą reputację miasta”. Radni zdecydowali, że pan Bloom i jego księgarnia mają opuścić miejski dom targowy. Ten jednak nie chce się wyprowadzać, twierdząc, że urządza się na niego polowanie na czarownice.

„Niestety Steve nie wie, kiedy przestać, i stąd teraz ten problem” – tłumaczy Les Bartle, dozorca budynku, w którym mieści się księgarnia. „Widziałem tak wiele awantur. Raz pokłócił się z facetem, który odmówił zapłacenia tych jego 50 pensów i nie chciał wyjść, kiedy Steve mu kazał. Steve wziął telefon i zadzwonił na policję. To była szalona sytuacja. Widziałem też, jak inny klient cisnął w Steve?a obiadem. On ma wyjątkowy talent do drażnienia ludzi”. W internecie można znaleźć wiele nieprzychylnych opinii o antykwariuszu: „Obrzydliwe, niegrzeczne traktowanie” – pisze Allison U. „Moja żona i ja spotkaliśmy się z bardzo niegrzecznym przyjęciem; żałosny mały człowiek, który chciał od nas opłatę za wstęp” – skarży się osoba o pseudonimie Peter B-110.

A co o tym wszystkim sądzi sam zainteresowany? „Ja naprawdę nie jestem zbyt towarzyski, mówię, co myślę, nie rzucam słów na wiatr. Ale nie uważam, żebym był jakoś bardzo niegrzeczny, może jak zostanę sprowokowany, to jestem gdzieś pomiędzy najniższym a średnim na skali” – tłumaczy Steve, dodając, „bywam ekscentryczny i sarkastyczny, choć czasami ludzie nie rozumieją, kiedy żartuję”.

Zdaniem księgarza rada przesadziła i sprawa nabrała o wiele większego zasięgu, niż kiedykolwiek powinna. Teraz bowiem mówi o nim cały świat. „Trzymam się mojej zasady proszenia klientów o 50 pensów, ale w rzeczywistości nigdy ich nie biorę. Opłata 50 pensów mówi mi, że ci klienci są gotowi zainwestować i poważnie myślą o zakupie książki. Kiedy godzą się zapłacić tę kwotę, mówię im, że ok i żeby się nie przejmowali” – wyjaśnia, przyznając, że ze „swego królestwa” (na zdj. powyżej) przegania przeglądających i kartkujących książki bez zamiaru kupna, źle wychowane dzieci i każdego, kto go zirytuje.

Steve prowadził wcześniej w Londynie biznes z telewizorami i sprzętem elektrycznym. 15 lat temu przeniósł się jednak z żoną i dwoma synami do Yorkshire Dales i od tego czasu prowadzi antykwariat na rynku w mieście. Jak podkreśla, nie jest typem człowieka, który próbuje wciąż kogoś urazić. „Przypuszczam, że jestem trochę jak Jeremy Clarkson, on mówi to, co uważa za słuszne, i ja też, chociaż nie porównywałbym się z nim za bardzo. Muszę przyznać, że żałuję, że powiedziałem temu mężczyźnie, że jest wrzodem na dupie, pożałowałem tego już w tym momencie, gdy to powiedziałem. Przyszedł akurat, jak zamykałem, ale pozwoliłem mu wejść i się rozejrzeć, jednak on kompletnie mnie zignorował, kiedy poprosiłem o 50 pensów, a to w niczym nie pomogło”.

Co ciekawe, kiedy o antykwariuszu zrobiło się głośno na Wyspach Brytyjskich, oprócz narzekań pod jego adresem zaczęło też spływać wiele wyrazów sympatii. Dziennikarz i autor książek Stephen Moss broni na łamach „The Guardian” „księgarza z piekła rodem”, pisząc, że walczy on z klientami, którzy przychodzą przeglądać książki, a potem kupować je w internecie, tradycyjną dla jego fachu bronią, czyli mizantropią. „Jego krytycy mówią, że ktoś, kto nie jest towarzyską osobą, nie powinien prowadzić działalności gospodarczej, która opiera się na interakcjach z ludźmi. Ale oni nie rozumieją istoty bycia sprzedawcą używanych książek. Antykwariusze nie lubią ludzi. Lubią książki. W tym tkwi sedno. Ludzie, którzy przychodzą do antykwariatu – zwłaszcza ci, którzy spędzają tam długie godziny, chroniąc się przed deszczem, pozostawiając kałuże na podłodze i mokre ślady po otrzepaniu – są cholernie irytujący” – pisze.

Według Mossa Steve Bloom jest jednym z ostatnich przedstawicieli wymierającego gatunku, gdyż wiele antykwariatów zostało wypartych przez Internet. „Sprzedawcy używanych książek z natury są mizantropami. Jeśli nie kupisz książki, tracisz ich czas; jeśli kupisz książkę, to jakbyś wykradał jednego z ich przyjaciół. Tak czy inaczej, będą cię nienawidzić, więc czerp radość z tego przykrego doświadczenia” – zaleca Moss, określając antykwariusza bohaterem, dzięki któremu stara tradycja wciąż żyje. Jak przewiduje, wkrótce jego sklep zaczną odwiedzać tłumy ludzi pragnących na własnej skórze doświadczyć tego nietypowego podejścia do handlu detalicznego. Dziennikarze już ustawiają się w kolejce po wywiady. Tylko czy to zainteresowanie nie zirytuje właściciela jeszcze bardziej?

[aw,am]
fot. Google Street View, Daily Mail
źródło: The Guardian, Daily Mail

Tagi: , , , , ,

Kategoria: newsy