banner ad

Sens w pomocy drugim. Przeczytaj opowiadanie „Tryumf Dionizego” ze zbioru „Ludzie stamtąd” Marii Dąbrowskiej

20 lipca 2022

„Tryumf Dionizego” z 1925 roku to poruszająca opowieść o garbatym mleczarzu, który odnajduje sens w pomocy drugiemu człowiekowi. Opowiadanie znalazło się w tomie „Ludzie stamtąd”, zbierającym utwory powiązane tematycznie w jeden cykl. „’Ludzie stamtąd’ wpisują się w opowieść o ludowej historii Polski. I choć nie są reportażem, to Dąbrowskiej udało się opisać losy, które odzwierciedlają mechanizmy ówczesnego świata i nie tracą na aktualności” – pisze Sylwia Chwedorczuk we wstępie do nowego wydania książki opublikowanej nakładem Wydawnictwa Marginesy. Poniżej przeczytacie „Tryumf Dionizego” w całości.

Tryumf Dionizego

Dionizy należał do pięknej rodziny Unisławskich i nie wyrodził się z nich wcale.

Był wysoki, wyższy nawet cokolwiek od swego brata, Ludwika, mającego też dobry wzrost.

Szare oczy Dionizego patrzyły na świat wyraźnie i z przyjemnością, jaskółcze brwi rozciągały się uroczo w czystej wysokości czoła, rysy oblicza były ozdobne, chociaż ostre i krzepkie. Policzki zniżały się śmiałymi, gładkimi skłonami do szczęk, ciemne, życzliwe usta jaśniały gwiaździstymi zębami w przychylnym uśmiechu.

Zarostu nie nosił, golił się dokładnie, modą włościańską, tak jak wszyscy Unisławscy. Lecz długich włosów, jak gospodarze ze Starej Wsi – nie zapuszczał. Miał się był, jak mówili, żenić – gdy nagle zachorował. Leżał bardzo długo, chyba że z rok.

Okienko tej komory, gdzie spoczywał w męczarni, bladło i ciemniało wieleset razy – przeminęły za nim wszystkie pory długiego roku, przetoczyły się za nim wielorakie hałasy, roboty, muzyki, wesela, rozpacze i pociechy – nim wreszcie Dionizy wstał. Wstał jako cień obdarzony ciężarem ponad siły – obdarzony garbem.

Trzeba było przeżyć gorzki dzień, gdy się pierwszy raz wyszło między ludzi. Lecz dzień ten się przeżyło, a za nim zaczęły sunąć inne.

Dionizy błąkał się, słaniał jak udany za stracha z dziecinnych bajdów, jak przemieniony niepodobną do wiary mocą.

Ma się rozumieć, szukał jeszcze ratunku, to u znachorów, to u starego księdza z Tykadłowa. Ksiądz próbował na różne sposoby, czy nie diabeł jest przyczyną niemocy, lecz nic się nie okazało. Doszedł tedy, że może to suchoty. Kazał Dionizemu okręcić się w sadło i jeszcze tak trochę poleżeć. W sadle zalęgły się robaki, a garb nie odstał.

Wówczas na intencję Dionizego została odprawiona msza święta, a po niej stary ksiądz, wołając go za sobą, kazał wszystko Panu Bogu ofiarować. Gdyż to jest albo kara, albo to jest próba, po której przyjdzie radość, jeśli nie na tym, tedy na tamtym świecie.

Kara, czyli też próba, nie zostawało nic, jak nieść ją, milcząc, i nie pchać się między drugich z ponurego ubocza, na które go wyrzuciła ta klęska.

Tak myśląc, Dionizy gotów był nawet żebrać po społu z tym dziadem, co siedział przy cmentarzu, lub dożyć gdzie na łasce swych dni, modlący się po cichu.

Tymczasem okazało się, że ubocze to nie leży jeszcze tak daleko od innych ludzi.

Ratajem już być nie mógł, bo do wołów potrzeba nie tej siły. Lecz gdy pewnego dnia błąkał się po podwórzu i ziewał, pan przechodzący mimo – stanął i spytał:

– No dobrze, a kto będzie za was mleko wozić? Będziecie tak chodzić i nic nie robić, a ten Józka będzie mi mleko paprać?

Mleko woził był stary Unisławski, który umarł niedawno. Miał takie samo imię Dionizy i gdy już nie mógł kosić, długo tu był na stare lata przy mleku. Tak długo, że gdy po nim wzięli na razie jednego chłopca, Józkę, to jak on wracał z miasta, ludzie mówili: „Dóniży już jedzie”.

No więc teraz mogli mówić tak samo, jeszcze lepiej, bo znów prawdziwy Dionizy woził mleko.

– Jak wy bydziecie jeździć, to możno bydzie dać na jaki sprawunek. Ten Józka to mioł głowę jak rzeszoto – cieszyły się kobiety.

Zaczęto mówić mu: wy – i Dionizemu nie było to przykre.

Gdy pierwszy raz o świcie wyprowadził ze stajni kobyłkę, zwaną Młoda Sroka, i pchał ją lekko między dyszle płaskiego szarego wózka domowej roboty, zdawał się nawet dosyć wesoły. Wyszarpał garść zielonki z brogu pod stajnią i tę garść soczyście woniejącą zranionymi trawami dał gryźć kobyle. Przychwytywała kłębuszki zwiędłej koniczyny, usiłując jednocześnie wypluć pozielenione wędzidło. Dionizy powiedział wtedy:

– Póki jeszcze człowiek może co robić i zarobić na siebie, to ni mo się o co wadzić.

Lecz mówiąc to, nie wiedział, że będzie się jeszcze wadzić przez czas niejaki.

Dopiero co wszystkiego się odrzekał, dobre mu było choćby pod kościół iść. Za nic był mu świat. Tylko Bóg i modlitwa. Tymczasem nawrócili go na jakąś drogę, po której chodzą inni, prości i zdrowi. Nie chciał na nią włazić – nie parł się z powrotem. Najnędzniejszy dziadowski żywot byłby mu zadość. Lecz gdy już wszedł między drugich, tedy to, czego się nawet nie spodziewał, że osiągnie, było mu jakby nie dosyć. Zaczął się swarzyć i złościć.

W oborze, przy doju, na wózku, w drodze do piwnicy, a potem przed piwnicą śród stukania skopków, szczękania baniek, ciepłego szelestu mleka słychać było ciągle jego dąsy i gniewy.

– Powązków1 – narzekał – jak się należy nie pospierajom i mliko się zaś kwasi.

– Kwasi się, bo niedochłodzone – odgryzano mu się niekiedy.

– Żeby nie wiem jak chłodzić, to się skwasi, bo powązki brudne a brudne.

A gdy milczano, krzyczał tym głośniej:

– Banków tyż nie uszorujom! Kły jedna z drugom do kozoków2 suszy, a roboty nie patrzy.

– Wiechcia żadna nie ukręci, żeby dydki krowie obetrzeć, a zaś późni mlika docydzić ni możno.

I wymierzał swój najmocniejszy cios:

– Wielmożna pani dziwki porozpuszczała, bo im nic nie mówi. Wyży brodę noszom jak nos. I tak!

Podobnie wrzeszcząc, dnia jednego urwał, bo zobaczył, że te dziewuchy skrycie na niego płaczą.

Rozczulony i zdumiony, wepchnięty jakby z powrotem w serdeczne gniewy z dziewczynami, o czym już był zapomniał – przycichł na krótki czas.

Przyczajona złość odezwała się niebawem, lecz wywierał ją teraz nie na dziewuchy, a bardziej tak na świat cały.

O czwartej rano przychodził co dzień pod pana okno po książeczkę na sprawunki i po drugą do mleka. Stukanie jego zawsze tak samo powstawało śród wielkiej ciszy, trwało niewiele czasu i wzbudzało w głębi domu głuchy bas, który mówił:

– Zaraz – zaraz…

Po czym lufcik otwierał się – zaczynali rozmawiać z panem głosami obleczonymi w echo.

Pan rozglądał się i pytał, na jaki dzień się ma.

Godzina była czasem wtedy strumienista i prawdziwie różana. Powietrze cięte głosami wróbli było lekkie i czyste. Lecz dla Dionizego zawsze groziło burzą, zawsze deszczem albo suszą nie w porę – zawsze było paskudnie.

Kusiło go też ponownie, by rzucić wszystko, jak był zamierzał, i iść pod kościół.

Ale od tego odwodziły go znów inne dnie. Znachodziło się w nim coś niepojęte – co jakby z jego nieszczęściem walczyło.

W dnie takie wstydził się, że mając tyle jeszcze w sobie piękności, zdrowia, siły, chciał był nie na świecie, a około świata siedzący żebrać. On, przez którego dziewczyny płakać jeszcze mogły – a one tak nie zapłaczą przez tego, kim wzgardzają! Jak na początku wcale już nic od nich nie chciał, tak po tym płaczu bywało mocno inaczej.

Nastręczały mu się jakieś tam zamiary, nawet roztropny ożenek był na widoku. Lecz potem znów sam to wszystko rozbijał i obalał, i o wszystko rozpaczał, o to nawet, że się nocą na przepotniałych betach nie mógł na wznak jak drudzy ludzie położyć.

Gdy już się domordował z boleścią do niepodobnych granic, granice te okazywały się skrajem pocieszenia.

Słońce uporczywie świeciło dzień w dzień na takie czy na inne jego usposobienie. A jak był czas, że nie świeciło, to tak różne obłoki snuły się po niebiosach, a bławe powietrze to ciepłe, to całe w ptaszych śpiewach, to mroźne – tak przychylnie owiewało plecy Dionizego, czy tam były proste, czy krzywe.

Może to prawda, że dużo rzeczy przestało dla niego być – lecz pokazały się rzeczy drugie – i pocieszały go niemymi zabiegami.

Osobliwie mocno działały te uroki, gdy wytaczał się ze swym wózkiem na szosę. Jedni ludzie zostawali za nim, do drugich jeszcze daleko – sama rozległość świata i jego cisza towarzyszą Dionizemu. Jechało się noga za nogą. To już nie te czasy, kiedy człowiek do czegoś leciał w popłochu, że nie zdąży. Teraz się suwa pomaluśku, smakując kęs po kęsie – ten świat, tę pogodę, te rzeczy dawniej bez uwagi poopuszczane, poomijane.

Wózek mleczarski błąkał się niejako od kamyszka do kamyszka, od koleiny do koleiny, a Dionizy to pospał trochę w gromkim łomocie swego pojazdu, to budził się w miłym ogłupieniu i strzepnąwszy lejcą, patrzył śmiejąco, jak się kamienie od biegu przemieniają w siwe pręgi.

Lecz Młoda Sroka, przeskakawszy lojalnie parę stajań niezgrabnym kłusem, wracała do przerwanej zadumy i znów coraz wolniej obierała sobie lepszą drogę pomiędzy wybojami.

We dworze nie lubiono srokatych koni, lecz kiedyś – nie wiadomo skąd – urodziło się jednej kobyle srokate źrebię. Była to klaczka i starano się ją kojarzyć z najgładszymi ogierami, żeby poprawić rasę. Mimo to znów się raz oźrebiła na srokato. Obie te Sroki, starą i młodą, brano tylko do wożenia wody w beczce pomalowanej na czerwono i do wożenia mleka.

Teraz stara Sroka już nie żyła, zaś i „młoda” miała już ze dwadzieścia lat. Toteż upodobania Dionizego do nieśpieszenia się bardzo jej odpowiadały.

Lecz miało to i swoje złe strony. Latem powolny krok Sroki narowił muchy, które obsiadały ją po drodze i gryzły. Siedziały gromadnie koło powieki na śladach starczych łez, siedziały czarnym wianeczkiem na wszystkich miejscach nieco przetartych od uprzęży. Gdy to trwało zbyt długo, Sroka stawała sama z siebie i oganiała się. Kopała jedną nogą, kopała drugą. Kłaniała się łbem, wstrząsała całą niefortunnie owłosioną skórą, wachlowała się długim ogonem, świszcząc jego włosem.

Przez ten czas Dionizy rozpraszał się pośród otaczającego widoku.

Było mu, jakby nie czuł siebie siedzącego na wózku, ale jakby pachniał w grubym żółtym łubinie, jakby sunął dnem rowu w świetlistej wodzie, jakby się jeżył nad nim burą tarniną, jakby się kłosił po polu, jakby płynął gładkimi równinami, toczącymi się dookoła, jakby się wspinał i wzbijał niebieskim wzgórkiem w pieniste chmurki, a potem nadlatywał do siebie z powrotem, kołacząc we wozach nadciągających od Stawiszyna.

– Cośta tyla czasu zmudzili w tem mieście? – pytała potem dziewczyna, gdy nadjechał przede dwór.

Dionizy zbywał ją krótkimi uśmiechami, wstawał ze swej skrzynki, zesuwał worek z sieczką i otwierał skrzypiące wieko. Tam wewnątrz pachniało startą słomą, pieczywem, herbatą, listami, gazetami. Wykładał pokojówce wszystko, co przywiózł, na fartuch, a ona, zniżając się pod ciężarem, ponawiała pytanie.

– Tak ta – odrzekał w końcu. – To tu wstompić, to tu, to tamto zabrać, czasu dość zyńdzie.

I cieszył się, że go pytają, że na niego czekali.

Lecz świat nie zawsze dawał tak na siebie patrzeć, tak się sobą radować. Niekiedy czas był przykry, psi, odrzucający od siebie Dionizego, złowrogi. Wtedy człowiek szuka człowieka i raz, jadąc w taki obrzydły mokry czas jesienią, Dionizy cierpiał mocno nad swoją samotnością. Lecz wejrzawszy przypadkiem na swoje ręce, zaczął myśleć o siostrze, u której mieszkał, czy jej aby po myśli wszystko w mieście załatwił. Była dobra. Robiła mu z włóczki zarękawki, żeby go ręce w stawach nie bolały. Zarękawki były piękne, buraczkowe, mocne i ciepłe. I wcale jej nie prosił, a nigdy o zarękawkach nie zapomniała, nigdy a nigdy. Miała do niego serce. Cóż tam – zarękawki! A jednak co się spojrzał, to w nim nieco złości do świata gasło, a nawet niepogoda nie tak bolała.

Lecz było coś, co jeszcze lepiej boleść i złość uśmierzało i co się samo tak jakoś naraiło Dionizemu.

Oto lubił bardzo ludzi po drodze zabierać. Zabierał dosyć często i nikt o tym nie wiedział, gdyż zesiadali jeszcze przed kapliczką. Ile mu wtedy naokazywali dobroci! Raz przyjął nawet biednego Żyda wariata, idącego w siermiędze bez koszuli, dokądś.

– Do Kokanina? – pytał Dionizy.

Żyd odpowiedział, że tak. Lecz wysiadłszy w Kokaninie, zaczął ryczeć i biec za wózkiem, aż póki go Dionizy znów nie zabrał.

– Do Wajsówki? – pyta Dionizy i znów się powtórzyło to samo. Było wtedy, że minąwszy Rusocin, pojechał z nim aż pod Stawiszyn i tam się dopiero od niego odczepił.

Żyd szudrał się, a potem czynił to samo, co zawsze w mieście: biegł na przełaj przez pola i walił drągiem o ziemię, jakby przytłukiwał coś uciekającego.

Gdy się Dionizy ostatni raz obejrzał, Żydzisko kłaniało mu się do ziemi, a następnie, wzniósłszy obu rękami kij nad głową, nuże śpiewać coś po żydowsku. Widać zajechało, gdzie chciało. Dionizemu było go szalenie żal, choć i śmiał się wtedy co niemiara. Gdyż, jak wiadomo, w Żydach wszystko jest śmieszne – nawet smutne jest śmieszne. Samo to, jak się nazywają, już warte jest śmiechu. Ten się nazywał Szaja.

Niekiedy na wózku Dionizego przyjeżdżał ktoś do dworu: weterynarz, rymarz, Żyd Abram Fuks albo też kto na zgodę.

Raz w przeddzień Wilii przyjechał z nim Józef Michalszczak, zwany Szatan.

Nie na zwykłej swej drodze napotkał go Dionizy, lecz wtedy, gdy jeździł po choinkę do Piątku.

Mały ostatni las tej okolicy stał śród czystego pola jak cmentarz i prawie tak samo strach było do niego iść. Tutejszym ludziom, przyzwyczajonym do gładkiej równiny, gdzie jasno widać w dzień i w noc, nie było przyjemnie błąkać się w tej płowej rosochatej głębinie, pełnej echowych dźwięków – i tak też nieosobliwie było na sercu Dionizemu, gdy szedł do leśniczówki.

Dęby klekotały mu nad głową brązowym twardym liściem. Niewiadome rzeczy, sęczki albo żołędzie obłamywały się na nich i zlatywały, strzelając po gałęziach. Świerki wzdymały skrzydlate ramiona, wydając krótkie niewesołe szumy. W ściółce zdawało się ciągle coś przemykać. Kiedy niekiedy liście zrywały się z ziemi i leciały skroś ciasne przesmyki gęstwiny.

Gdy Dionizy już umocował drzewko na wozie – wyłomotał się ku niemu z hałaśliwej głuszy lasu ten właśnie Szatan, prosząc, żeby go zabrać.

Na polu był taki wiatr, że przez drogę mało co mówili. Dopiero skręciwszy na Rusocin, Dionizy ostrożnie zagabnął:

– A gdzie cie to podwieźć?

Szatan ręką pokazał ni tak, ni owak.

– No to tu? – spytał Dionizy, przystając niedaleko stelmacha.

– Niech ta – odparł przybysz i zlazłszy z wózka, sumiennie poprawił wygniecioną w drodze słomę. Po czym ruszył przed siebie krokiem tak słabym, jakby zeszedł z łóżka po gorączce. Zaraz też stanął. Kiedy Dionizy, wjeżdżając w bramę dworu, obejrzał się, nieprzyjemny gość stał ciągle w miejscu i rozglądał się.

– Kto to? – pytano w podwórzu, a dowiedziawszy się, napadnięto na Dionizego.

– Na cośta go przywieźli, tego Michalszczoka?

– Żeby kogo zarznoł?

– Żeby co ukradł?

Dzieci się nawet pozlękały, bo je straszono tym Szatanem.

– Czekaj, czekaj – mówiono przecież zawsze – jak bydziesz taki nieusłuchany, to cię wezne i dom tymu Szatanowi Michalskiej.

A oto dnia dzisiejszego, wobec takiego święta, wszyscy muszą patrzeć, jak ten straszak stoi na zmarzniętej drodze i ogląda się z głupia frant.

Mówili kiedyś, że go Michalska miała z jakimś nietutejszym panem. A kto może wiedzieć, czy nie z samym diabłem. Gdyż taki był nicpoty od dziecka, jakby nie człowiek. Nikogo tu nie było we wsi, komu by nie dokuczał, komu by się nie nasprzeciwiał. I matkę bił – za co mu powinny były ręce uschnąć. Nie uschły jednak. Starczyło ich na to, że dwa lata temu ludzi tu na weselu pokaleczył, niepodobnych jakich rzeczy narobił, chociaż mu było nie więcej nad osiemnaście lat. Jak wtedy poszedł – więcej go nie widzieli. Ktoś mu dawał znać rok temu, że matka, która była we dworze oprzętką – umarła. Lecz dokąd mu znać dawali i czy go ta wiadomość doszła – nikt nie był ciekaw.

Dwór też był niezadowolony tym razem z Dionizego.

– Co to, ten Szatan przyjechał z wami? Po co to? Żeby jeszcze w święta trzeba było wszystkiego pilnować?

Dionizy sam trochę żałował, że go przywiózł. Zrobiło się tak niewygodnie naokoło.

Lecz gdy go w stajni na nowo zaczęli o to szarpać, znalazł w sobie inne rozumienie rzeczy i odrzekł, odczekawszy, aż wszyscy zamilkli:

– Żelibym go nie zabroł, toby wzion i sam przyszedł. Co ta bydzieta nade mnom wydziwiać, co?

I po chwili, wznosząc głos:

– Taki zawdy, jak już ni mo gdzie, a wszystkie drogi pogubi, to przyńdzie w swoje strony i chodzi. A co ci bez to, że chodzi? Ubydzie ci ty grudy, co po nij na zimnie tompie? Co toto? Nie człowiek jak drudzy? Ślachcic jaki? Ciarach?

– Marcypanów ta na tem świecie nie żre – ciągnął znów ostro – bo brzuch przed nim nie stoi. Jak przyjdzie co na co, a pójdziesz jeden z drugim w świat i na złe ci się obróci, a chto ci ta po drodze snopka na wozie pod dupę pożałuje, to powisz o niem, że krześcijan? Że świnia powisz, i dobrze powisz.

Fornale śmieli się nieco, lecz rzecz się na tym wyczerpała. Nic już nie mówiąc Dionizemu, wywołali się przed stajnię, żeby pokurzyć. Dionizy był nieswój. Było mu, jakby się z czymś związał mimo chęci, nie wiedząc, czyli tak było trzeba.

Gdy się po cichu bił ze swą myślą, usłyszał, że fornale przed wrotami komuś drogę do niego pokazują i wołają na niego:

– Dóniży – tu do wos przyszli.

Przyszedł właśnie ten Szatan i podciągnąwszy się, usiadł na skrzyni.

– Co cie tak sparło, żeś to się tak tu przywlókł? – pytał wrogo Dionizy i wytrzeszczał oczy, żeby go zobaczyć w jego ciemnym kącie.

– Jo z daleka ide – rzekł chłopak po długiej chwili.

– No to co, że z daleka? Z daleka! To jak to z daleka?

– Z Warszawy.

– Może jeszcze na piechty?

– A cośta myśleli? Jeszcze ta takich karytami nie wożom jak jo ani tyż na koleje bez bileta nie proszom.

– A tu chto cie prosił? – badał mleczarz gniewnie.

Szatan odpowiedział smutnym pytaniem:

– Bo to nie moje strony?

– Tobie by iść w cudze strony, żeby w takie, gdzie o tobie nie wiedzom.

– A bez co? – krzyknął gość, zeskakując ze skrzyni. – A bo jo tu komu co wzion? A bo jo tu kogo zabił? – mówił, jakby się dusząc.

Dionizy oniemiał. Nie było jak z nim gadać, gdyż zdawał się czuć jak drudzy, wcale się do złego nie poczuwał. Jeszcze krzyczał tak, jakby mu była uczyniona jaka krzywda.

Pomówili o innych zwyczajnych rzeczach.

– No, ostańcie z Bogiem – rzekł wreszcie Szatan – muszę już iść.

Lecz Dionizy wyszedł za nim przed stajnię i widział, że Szatan wcale donikąd się nie śpieszył.

Obszedł sobie okólnik. Postał przy wozach. Zadarł głowę. Postraszył, tupiąc, wrony.

– Jeszcze gdzie ogień zaprószy – myślał Dionizy, patrząc na rumianą iskrę papierosa, świecącą mu spomiędzy palców. Gdy tak za nim chytrze i skrycie patrzył, zdjął go niejaki żal. Miał teraz myśl, że Michalszczak nie chodzi po rodzinnym podwórzu, a tuła się po strasznym nieprzyjacielskim świecie. Że jest dużo nieszczęśliwszy od niego.

Fiołkowe popołudnie stało się szare i stało się ciemne, a Szatan zgubił się w kątach podwórza.

Nikt go nie widział ani nie wiedziano, dokąd poszedł.

Lecz Dionizy czuł go w swym sercu. Póki tu był przy nim, był daleki, obcy i źle widziany. Lecz gdy zniknął, okazało się, że wpadł mu w serce.

Nazajutrz była pogoda, mróz, ale oprócz tego i mgła. Wszystkie przestrzenie między budynkami a zaroślami były zapchane jej różową i szarą gęstością. Drzewa obleczone w szron wynurzały się z tumanu jak białe dymy. Śniegu nie było. Strzechy, potarte szronem, cokolwiek tylko posiwiały. Rumiane słońce bez promieni wisiało w nieczystym powietrzu jakby kłębek rudej wełny. Wisiało nisko po boku nieba, które było owdzie śniade i mgławe, tu nad jaskrawą białością drzew ciemnobure, dalej różowe i żółte – jak bywa zwykle niebo króciutkiego dnia, gdy wieczorna i poranna zorza spotykają się prawie ze sobą.

Ludzie zmierzali już stopniowo ku domowi, a krok ich dudnił, jakby stąpali po sklepionych piwnicach.

Idąc do swoich na Wilię, Dionizy myślał, że na próżno ludzie sią kłopotali, gdyż niewdzięcznie przyjęty Szatan sam oto sobie gdzieś poszedł – oto przepadł.

Lecz tak nie było. Wziął się znów skądś i szedł naprzeciw po tejże samej drodze. Był załzawiony od mrozu, stropiony i fałszywie uśmiechnięty.

– No? – pytał Dionizy, gdy się powitali.

– Cicho na świecie – odparł chłopiec dosyć wesoło.

– Na mróz idzie – zauważył mleczarz.

– Na mróz albo na śnig. Ze mgły lubi śnig padać.

Szli koło siebie niezręcznie, potrącając się coraz, bo szli nie w nogę.

– Idzieta na Wiliom? – zagabnął Szatan.

– Nie, takem wyszed pochodzić. Jeszcze ta na to czas – odparł Dionizy.

No, bo jakże go tu było samego tak na drodze zostawić.

– Gwiozde toby już było widać – rzekł nieśmiało Szatan – ale bez te czyrwoność na niebie nie widać.

– Jeszcze wczas – mruknął Dionizy i znów szli dalej. To coś mówili, to wzdychali, jakby się w nich działo coś cięższe niż te nijakie słowa.

Dowlekli się tak do czerwonej kapliczki przy rozstaju. Na poprzek oczu w żelaznym zmierzchu lśniła szosa, jasna, sucha, wytężona zimno w dwie odległe strony. Drewno w słupach mocno dzwoniło. Nikt nie jechał.

Nad ciszą poczwórnej drogi, naprzeciw kapliczki stał dom Chojnackiego. Dzisiaj był ciemny od frontu, a pałający od strony podwórka.

– Czy tyż Chojnacki zamknął już sklep – zastanowił się Dionizy i trącił luźną klamkę, mającą kształt płaskiego serca z żelaza.

– Otwarte – ucieszyli się obaj, wchodząc raźno.

W sklepie było pusto, lecz widać mieli tu jeść Wilię, gdyż na środku zestawiono stoły.

Stancja nadawała się, by tu świętować uroczyście. Była to świetlica po dawnej karczmie, cokolwiek mroczna, lecz duża, rozłożysta. Na starym kominie palił się ogień i przez to izba zdawała się jak żywa.

– Bydziema tu mieli ciepło – rzekł Michalszczak.

Chojnacki uchylił drzwi, za którymi szalały wesołe blaski i rozlegał się porywczy, świąteczny hałas. Odsuwano fajerki, trzaskano drzwiczkami od pieca, w donicach rzęził wiercony mak.

Ktoś krzyczał:

– Zamykać drzwi! Drzwi! Drzwi! – i widać było, jak pod maglownikami spóźnione ciasto rosło i puchło.

– Kto to? – spytał Chojnacki. – To wy, Dóniży? Nie w domu?

– A tu nie dom? Dejta, ojciec, piwa.

Butelki uderzyły o siebie, dźwięcząc.

– A komu tam tak świadczycie? Bo po ciemku nie widzę.

– Podróżny. Gość.

Nalali sobie brązowego szumu.

Dopiero kiedy Chojnacki zamknął za sobą drzwi mieszkania, schylili się do siebie przez stół i rozmawiali.

– Posiedźta ze mnom – zaczął prosić ze strachem Szatan.

– Ady toć nie uciekom. Po tom z tobom tu przyszed, żeby ci nie było tak markotno w taki dzień.

Twarze im uciekały i ginęły, to znów nadchodziły i pojawiały się w czerwonym chwianiu ognia.

Za drzwiami przycichło trochę – i we dwa jakieś głosy śpiewano kolędę.

Słuchając śpiewu, Szatan ściskał sobie nędzną odzież na piersiach. I coś opowiadał, prawie płacząc. Wszędzie mu było źle. Nigdzie mu się nic nie darzyło. Drudzy mieli zawsze kogo, gdzie by się schronić w złej godzinie. On – nikogo. Wspaniałomyślnie wyznał niektóre swoje grzechy. Że się tam niekiedy upił. Że miał z kim sprzeczkę. Ale czy tak źle robił, aby mu było, jak mu jest? Żeby przyjść w swoje strony – gdzie ma familię – i żeby nikt mu głową nie kiwnął, żeby nikt na niego nie wejrzał miłosiernie?

– Żeliby nie wy, Dóniży… Żeliby nie wy, to aby ziemie gryźć z boleści.

Dionizy prosił ze wstydem:

– Ady Józiu! Ady Józiu! Napij się, dziecko, napij sie, to cie odtrąci.

Popili, oddychając głośno w szklanki. Po czym Dionizy rzekł nauczająco:

– Ty, głupi, nie płacz. Gdzie byś nie upad, żeby nie wiem i w jaki dół, zawdy ta jeszcze bydom gorsze utrapione jak ty. Jo ci powiadom, co sie ino z tobom nie dzieje nogorszego, zawsze przyńdzie do ciebie taki, co go trza w płaczu pocieszyć.

– Żyć się nie chce, kiej tak mo tymu kóńca nie być – stęknął młodzieniec.

– Co ty ta wisz. Bez to nowięcy warto żyć, że choćbyś był nobarzy spotyrany, jeszcze drugiego możesz wspomóc.

– Eee… Jo ta chce, żeby inaczy było na świecie. Żeby tak było, jak nigdy nie było. Bo tu sie piekło wlecze po ty ziemi. Niedobrze tu je człowiekowi biednemu. Żeby wszystko a wszystko było inaksze.

Gdy mówił te słowa, odchylali się od siebie coraz w tył, a wielka piękna kolęda, śpiewana za drzwiami Chojnackich, wkraczała pomiędzy nich.

Michalszczak, nie wstając, nadstawił ucho i zaczął podśpiewywać do wtóru:

Wszystko się zmieniło, jak nigdy nie było,
wino rzykom ciecze, ciepło jakby w lecie –
lwami drzewo wożom, niedźwiedziami orzom,
zając z chartem siedzom, z jednej misy jedzom –
liszka pasie kury, kot myszy i szczury,
wilk owcom nie szkodzi, wespół z niemi chodzi,
Bóg przez narodzenie zmienił przyrodzenie.

Dionizy się śmiał.

– I żeby na dembach były jabka, a na jesionach rodzynki – mówił. – To ty chcesz niepodobnych rzeczy.

Szatan znów gorączkowo bredził, aż Dionizemu zaczęło być niemiło. Mówił, że był w szkole sztygarów, że jeździł do Petersburga. Stali za nim tacy, co mieli zrobić, że zostanie inżynierem. Co on umie, tego rozum żadnego tutejszego człowieka nie obejmie. Dionizemu ćmiło się w oczach. Czy to możebne? Czy on nie łże? Inżynierem? Gada jak potłuczony. Dionizy mniemał, że się brata z nieszczęśliwym i daje mu pociechę, a tu naprzeciw niego wyrastał ktoś taki niepojęty, nie szatan-li naprawdę?

Nagle niesamowite chłopaczysko zaskowyczało dziecinnie:

– Ale bo to tu do czego dadzom dojść? Zakatujom! Zgnojom człowieka – za szatana go uczyniom.

Obejrzeli się, gdyż coś tak chrobotało przy drzwiach. Pewno mysz.

Dionizy pogłaskał chłopca po kruczym łbie.

Szatan coś wspominał przez nieco czasu i na koniec wyznał ociężale a gorzko:

– Nic nie jes moje, aby ten proch, co pod nogami, i ta swoja strona; to i to jeszcze za dużo. Miejsca lo ciebie ni ma – powiedajom. I wyśta to samo powiedzieli.

– Naszczekałem jak ten pies, Józiuchna – mruczał Dionizy nieszczęśliwy i zawstydzony.

– Możeśta i nie naszczekali – szeptał spocony Józef i wsparty na poręczy stołka zwieszał bezwładnie zniechęcone ramiona, zwieszał urodziwą głowę.

Ze złotych opowieści zesuwał się na takie czarne padoły, na swe prawdziwe miejsce. Dionizy podążał za nim cierpliwie. Brał sobie, jak Bóg przykazał, człowieka grzesznego za brata i miał z tego błogość i słodycz, towarzysząc mu w jego doli.

Szatan, czując, jak on go wspiera swym sercem, westchnął mocno i zwierzył się z ufnością:

– Jo tyż tak zrobię. Już tu długo nie byde. Wezne i pojadę do Ameryki. Ino nijak… Ino nijak nie moge…

Wstał i znów ściskał odziewek na piersiach.

– Wszystko śmiem, bracie – stękał i łykał coś po każdym słowie.

– Wszystko śmiem. Człowieka zarzne. Na wsio póńde, jak mnie rzuci. Na jaki tylko kryminał. A tego nie śmie! Tego nie śmie! Tego nie śmie!

– Nie krzycz. Czego nie śmiesz? Godej.

Szatan zawdziewał ręce za głowę, tarł nimi twarz, splatał je, dysząc, i czegoś wyraźnie się bał. Na koniec zaczął po cichu:

– Jes tu taka… Jes tu taka… Co moje serce o ni myśli.

– No – mruknął Dionizy i wypił duszkiem resztę piwa. – Chtóraż to je?

– Ady ta, co służy we dworze za niańkę do nomłodszego dziecka. Co przódzi była do niego za mamkę.

– Bój się Boga… Halżbita?

– No, Halżbita.

– Ta, co je gdowom? Nie pomyliło ci sie z dzieuszkom po jej siostrze? Uonej tyż je Halżbitka.

– Ta, co je gdowom. Nie pomyliło mi się – zaprzeczył Michalszczak zjeżony. – Ta, co je do dzieci we dworze.

– Loboga rety, chłopoku! Toć ona ile starsza od ciebie… A po drugie…

Michalszczak nie słuchał ni pierwszego, ni co ma być po drugie.

– Wszystko śmie – zeznawał gorejący. – A tego nie śmie! Wyznać jei swym słowem, że jak jei nie widzę, to mi przed oczami noc, noc i noc na świecie. Dwa lata! – krzyknął znienacka, zalewając się łzami. – Dwa lata!

– Toś ty bez to tyli świat przyszed?

– Bez to-żem przyszed. Ale nie śmie. Bo mnie tu szatanem obezwali i bez to nie śmie.

Zaczął prosić:

– Wspomóżta mnie, Dóniży. Pódźma do nij do dworu. Toć to nie za górami. Jak wy ze mnom przyńdziecie, to ona to sobie bydzie uważać. I może ze mnom pojadzie. Może się za mnie wydo.

Chojnacki uchylił drzwi.

– Zaro tu bydziemy stół nakrywać – oznajmił niecierpliwie.

– Już idziem – zapowiedział Dionizy, ale nie szedł. Był umęczony, jakby dwie moce, każda o co innego, w nim się biły. Bo zdało mu się niepodobnym, by ów obibok światowy miał się kwapić z ożenkiem ku Halżbiecie, która, choć jej się przytrafiło dziecko mieć – gdzie już po zgonie chłopa, była stateczną kobietą. I zdało mu się z innej niepojętej przyczyny koniecznym iść z nim i Halżbietę ku niemu namawiać.

Ale będzież ona chciała tego wilka między rusocińskie owce przyjmować? A może iść z nim w jakie tam wilcze strony?

– Ady głupi – bronił się tedy niepewnie. – Do kogoś ty przyszed po prośbie? Jo ta ni mom takiego słowa, żeby się bez nie co miało komu odmienić. Na co mnie z tobom chodzić? A po drugie…

Szatan nie dał mu skończyć.

– A chto ma za wos iść?! – krzyknął z rozpaczą i Dionizy oniemiał na te słowa.

– Zaro tu bydziemy stół nakrywać – zajrzał znowu Chojnacki.

– Już, już – pośpieszył Dionizy i płacił nie bardzo przytomnie.

– No, to pódź – zwrócił się do młodego.

Na razie, gdy wyszli na zimno, Dionizy milczał. I Michalszczak, i dworska piastunka jakby mu zeszli z pamięci. Zadziwało go tylko, że niby mieć już z ludźmi nic nie ma, a przecie kroczy z nimi pospołu. Nie na przedzie, ale nadąża. Jeszcze go naglą i wołają, nie chcą się obejść bez niego. Wtem zrozumiał – dlaczego nie chcą. On i oni – to jedno.

– Czy ty, czy jo, to na jedno wychodzi – odezwał się na koniec pochłonięty zdumiewającą myślą, co się w nim rozległa niby pienie anielskie w uroczystym kościele.

– Co mówita? – zatchnął się Michalszczak, obezwany Szatanem.

– To mówię, że tak ide, jakbym lo siebie szed – tłumaczył mu Dionizy, wspomniawszy na cel, do którego zdążali. I w tejże chwili znowu poczuł, że nie na swaty się z tym Szatanem prowadzi, ale ku jakowejś odmianie wszelkiego swego pojęcia.

– Tu nie o Halżbite sie rozchodzi – podjął zgrzany. – Choćby cię i nie chciała, to nic. O to sie rozchodzi, że jak człek potraci wszystkie swoje nadzieje, to dopiero widzi, że nic nie stracił, bo drugich nadzieje do serca mu powchodzom. Bo to, co drugich je, tym żyć możno, i jeszcze jak. Wszystko utracić możesz, a jeszcze dość cie zostanie, bo we wszystkim jes twoje życie… W każdym drugim człowieku… No!…

Szatan nie słuchał – i Dionizy snuł dalej po cichu w myśli swoją rzecz o tym, że radość i nieszczęście do pary po świecie chodzą. I tego doznasz, choćbyś nie miał nadziei, i tamtego nie unikniesz, choćbyś nie wiem jak chciał. Z obu plecie się twoje życie i twoje zbawienie.

Byle przed niczym nie uciekać, tylko na gwałt ze wszystkich sił swoich żyć a żyć.

Choćbyś nie miał z czym wyjść przeciw swemu nieszczęściu, wynijdź z niczym, z samą tylko śmiałością i z samym twym sercem człowieczym.

Jest w tobie coś skrzące i ważne, Bogu do czegoś na świecie potrzebne, co walczyć będzie i niespodzianie tryumfy ci przyniesie.

– „Tryumfy Pana Niebieskiego”. Jak jest we świętej pieśni na dzień dzisiejszy, tak ma być i w człowieku – oznajmił znów na głos Dionizy.

Olśniony, potknął się o kamyczek i wnet wszystkie te myśli się poplątały. Już by drugi raz nie potrafił ich pomyśleć ani wyrazić.

Lecz pozostało mu radosne dźwignięcie się serca.

Rozejrzał się po nocy i rzekł:

– Już niedaleko. W kuchni sie świci.

– Oloboga, loboga – szepnął Michalszczak.

– Nie bój się. Dziś Pan Jezus zbratał się z człowiekiem, a ty człowieka się boisz? Ona – a ty – to jedno. Wisz? Czy się z niom zeńdziesz, czy nie zeńdziesz. Rozumiesz?

Mijali pośród nocy jasne okienka, grube cienie domów, blade płoty na szarym ogrodzie.

Niebo było tak jasne, że zdawało się prawie błękitne. Niewyraźne pola tonęły nie w ciemności, lecz w gwiazdach, a księżyc pozłacał wielkie równiny. Przy płowej drodze milczały nad swoim cieniem wysokie drzewa.

1925
_
Przypisy:

1. Powązka – kawałek płótna do odcedzania mleka.
2. Kozok – w Kaliskiem i w Wielkopolsce znaczy „chłopak”. Prastare słowo „kozak” oznaczało pierwotnie pasterza kóz (przyp.aut.).

Maria Dąbrowska „Ludzie stamtąd”
tłumaczenie:
wydawnictwo: Marginesy
ilość stron: 240

Opis: Zanim przeczytasz „Noce i dnie”, poznaj „Ludzi stamtąd” – cykl opowiadań Marii Dąbrowskiej, jednej z najwybitniejszych polskich powieściopisarek. Żona, która nie może się pogodzić ze śmiercią ukochanego, kobieta borykająca się z alkoholizmem męża i syna, niechciana ciąża – problemy, z którymi mierzą się postaci, okazują się zaskakująco aktualne. Akcja wszystkich opowiadań rozgrywa się w majątku Rusocin, a bohaterami są przede wszystkim chłopi i służba. Opisując ich losy, autorka bazowała na swoich wspomnieniach z dzieciństwa. Ludzie stamtąd korespondują ze światem wydanego kilka lat później arcydzieła Dąbrowskiej – powieści „Noce i dnie”. Zbiór spotkał z się życzliwym przyjęciem krytyki i do dziś – choć nieco zapomniany – jest ceniony przez czytelników.

fot. Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji/Narodowe Archiwum Cyfrowe

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: opowiadania