banner ad

Nowa książka Dominiki Słowik. Przeczytaj całe opowiadanie „Lęk przestrzeni” z tomu „Samosiejki”

30 września 2021

Laureatka Paszportu „Polityki” za „Zimowlę” napisała nową książkę, która ukazuje się nakładem Wydawnictwa Literackiego. „Samosiejki” Dominiki Słowik to cykl opowiadań, które dzięki metaforze tytułowych samosiejek można czytać jako spójną literacką opowieść. Jedną z historii zawartych w książce możecie przeczytać poniżej.

Lęk przestrzeni

Najpierw straciłam wzrok.

— Ostre zapalenie — powiedziała moja okulistka. — Przez jakiś czas musi pani nosić szczelne opatrunki. Potem wszystko będzie dobrze — zapewniła mnie.

Nigdy nie lubiłam wizyt u okulisty. W dzieciństwie co pół roku, z przerażającą regularnością, czytałam o rząd mniej. Na początku znaczków — serduszek, drzewek, domków, które dla mnie miały tylko kolor, nie kształty — potem liter i cyfr, dla utrudnienia przemieszanych ze sobą w bezsensowne ciągi bez słów i prawdziwych liczb. Tkanka pisma sprowadzona do niepokojącej formy czegoś spoza języka.

Co pół roku dostawałam nową receptę na okulary, co pół roku kupowaliśmy o ćwierć milimetra grubsze szkła.

— Wada leci, bo dziewczyna dojrzewa — mówiła lekarka. — Urośnie, to stanie.

W tamtym czasie często śniło mi się, że chociaż zakładam okulary, dalej nie widzę. Wszystko zamieniało się w rozmazane plamy, ale we śnie ten słabnący zmysł wzroku był inny niż na jawie — przypominał lęk przestrzeni. Nie mogłam się poruszyć, opadałam na brzuch i czołgałam się przyciśnięta do ziemi, póki w końcu się nie zbudziłam.

*

Męczyłam się w domu. Słuchałam radia. Włączyłam telewizor, został mi jeszcze po rodzicach. Od dawna go nie używałam i zdziwiłam się, że w ogóle działa. Próbowałam wyobrażać sobie, co jest na ekranie, ale w końcu dałam spokój.
Lekarka powiedziała, że to potrwa „góra trzy tygodnie”.

Co dwa, czasem co trzy dni przychodziła do mnie koleżanka z zakupami i ciepłym obiadem. Wyrzucała śmieci, układała we właściwych miejscach rzeczy, które po omacku rozrzuciłam, wycierała brud, o którym nie miałam pojęcia. Czasami siadała na chwilę, żeby porozmawiać.

— Widziałam wczoraj Aśkę — mówiła na przykład.

— Niemożliwe — odpowiadałam kategorycznie, po czym zapadało milczenie, które ona akceptowała. Na koniec całowała mnie serdecznie w policzek i wychodziła.

Zastanawiałam się, czy to nie ona właśnie podczas jednej z wizyt wpuściła kogoś do mojego mieszkania. Należała do tego irytującego rodzaju osób, które otwierają nie swoje drzwi szeroko na oścież.

Raz przyprowadziła przecież ze sobą psa!

— Nie masz nic przeciwko, nie jesteś uczulona, prawda? — pytała, trzaskając kuchennymi szafkami. Pies dyszał i biegał w tę i z powrotem, stukając pazurami po płytkach i panelach. Pamiętałam go, widziałam ją z nim kiedyś na spacerze. Nieduże, bardzo kudłate stworzenie o biszkoptowym kolorze. Okropnie się ślinił, a ja bałam się psów.

Potem, kiedy koleżanka już wyszła, zabierając oczywiście psa ze sobą, nie mogłam pozbyć się nieprzyjemnego doznania obecności i jeszcze przez kilka godzin czułam unoszący się w powietrzu zapach, w niektórych miejscach tak ostry, jakby w gorącu parowała mokra sierść.

*

Moje mieszkanie jest małe, ale wtedy, w ciemnościach, bezustannie się w nim gubiłam. Myślałam, że jestem w kuchni, a okazywało się, że to sypialnia, sądziłam, że stoję pod drzwiami do łazienki, a byłam na środku przedpokoju. Na początku zrzucałam to na karb choroby, jednak z każdym dniem miałam coraz silniejsze wrażenie, że mieszkanie zapętla się, nieustannie powtarza i sampluje. Wieczorem kładłam się spać ze ścianą po lewej ręce, lecz kiedy następnego dnia wstawałam, ściana była po drugiej stronie, a ja nagle nie umiałam znaleźć wyjścia z pokoju. Albo wręcz przeciwnie, wychodziłam rano z pokoju i później bardzo długo nie mogłam do niego wrócić — wędrowałam po mieszkaniu, nagle przemienionym w nieskończone ciągi korytarzy, drzwi i pomieszczeń.

W pewnym momencie wszystko zrobiło się tak poplątane, że nie potrafiłam powiedzieć, czy miejsce, w którym zasnęłam, jest tym samym, w którym się obudziłam.

Zaczęłam też mieć problemy ze snem. To znaczy: zasypiałam bez trudu, ale nie wiedziałam, ile i kiedy śpię. Stanęłam wobec dziwnej wolności: nie ograniczało mnie światło ani sztuczny zmysł czasu, kładłam się wtedy, kiedy zapragnęłam, i wstawałam, gdy wreszcie zdołałam. Najpierw natychmiast po przebudzeniu włączałam radio, żeby upewnić się, ile godzin upłynęło, ale dziwnie szybko przestałam to robić, więc snując się po mieszkaniu, nie miałam pojęcia, czy jest dalej dzień, czy już noc, czy kolejny dzień. Wydaje mi się jednak, że spałam wtedy bardzo dużo i bardzo długo — może prawie wyłącznie spałam?

Chodząc, dotykałam wszystkiego wyciągniętymi rękami. Najpierw, żeby na nic nie wpaść, nie zrobić sobie krzywdy, potem chyba już wyłącznie z ciekawości. Obmacywałam dłońmi ściany, tapety i klamki, przesuwałam palcami po meblach, grzbietach książek, stosach gazet, kubkach, talerzach, rozstawionych tu i ówdzie drobiazgach… Odkrywałam w ich wyglądzie coś, o czym wcześniej nie wiedziałam. Poznawałam zupełnie nowe kształty. Zaskakujący kontur, niespodziewane faktury. Odnajdywałam przedmioty, których nie potrafiłam rozpoznać, tak inne były od tego, jakimi je zapamiętałam, i nieraz dopiero po kilku minutach uświadamiałam sobie, co tak naprawdę trzymam w dłoniach. Bawiło mnie to.

Potem zaczęłam coraz częściej trafiać na rzeczy, których — mogłabym przysiąc — nie tylko nigdy nie posiadałam, ale nawet nie miałam pojęcia, do czego służą.

Czym były?

Chyba wtedy pomyślałam, że może lepiej będzie, jeśli zacznę to wszystko zapisywać.

Znalazłam w biurku kartki, ale nie byłam pewna, czy są czyste, czy już kiedyś ich używałam. Notowałam na nich swoje wątpliwości — wszystko, co wydawało mi się dziwne, niewłaściwe, niepokojące, a co miałam sprawdzić po wyzdrowieniu, aby upewnić się, że to tylko zabawne błędy, pomyłki w mojej głowie, znajome uczucie oszustwa, które tak lubimy i które przypomina nam, że rzeczywistość istnieje także poza nami, może przede wszystkim poza nami. Potem któregoś dnia albo którejś nocy obudziłam się nagle z palącym przeświadczeniem, że przecież nie chodzi tylko o czysty papier, bo długopis, którego używam, może nie działać, a ja od kilku dni poruszam dłonią nad nietkniętą kartką, w odstręczającym, katatonicznym rycie pozbawionym treści — bo czym stałoby się moje pisanie, jeśli nie pozostawiałoby żadnego śladu?

Od tej pory używałam tylko ołówków.

Niemal natychmiast przypomniałam sobie historię, którą przeczytałam dawno temu i z jakiegoś powodu dobrze zapamiętałam: w kosmosie długopisy nie działały, w przestrzeni pozbawionej ziemskiej grawitacji stawały się bezużyteczne i podróżnicy musieli korzystać właśnie z ołówków. Oczywistość tego skojarzenia — oni zamknięci w ciemności ponad Ziemią i ja podobnie schowana w moim mieszkaniu na wysokim piętrze niczym w kapsule krążącej po niewyliczalnej orbicie — zawstydziła mnie. Przypomniało mi się jednak coś więcej: że ołówki wcale nie okazały się idealnym rozwiązaniem, bo ich czubki łamały się i dryfowały w stanie nieważkości, a grafit był łatwopalny. Rzecz jasna obraz tych unoszących się błyszczących okruchów powracał do mnie zawsze, kiedy ołówek się łamał, a ja musiałam po omacku ostrzyć go nożem; zupełnie jakby łatwopalność tych ciemnych drobin grafitu pochodziła wprost z ciemności za oknem zawieszonego w kosmosie statku.

Pomimo tych wszystkich rozpraszających mnie obrazów wciąż usiłowałam odmierzać uważnie odległości na kartce, palcem wskazującym wyznaczałam sobie linie i robiłam odstępy większe niż to konieczne, by słowa stawiane na oślep nie nachodziły na siebie. Rysowałam litery powoli, każdą oddzielnie. Zdarzało mi się jednak, i to coraz częściej, że zapominałam się i pisałam szybciej, wierząc, iż moja ręka naprawdę pamięta zakres ruchów mojej mowy.

Tak mnie to wszystko zajęło, że przestałam zwracać uwagę na inne sprawy, dopóki z którejś drzemki nie obudził mnie szum kaloryferów. Zdziwiłam się, że znów je włączyli, w mieszkaniu było przecież ciepło. Chciałam zakręcić zawór, jednak kiedy dotknęłam metalowych żeberek, okazały się zimne. Szmer dobiegał teraz zza moich pleców. Odwróciłam się. Stał się głośniejszy.

Niepewnie ruszyłam w tamtym kierunku, ale wtedy nagle zapadła cisza — tylko moją twarz musnął lekki powiew powietrza, przypominający z trudem wyczuwalny przeciąg. Później nic.

Tamtego dnia znów przyszła moja znajoma. Jedzenie, które przynosiła, wydawało mi się wyjątkowo mdłe.

— Czujesz coś? — zapytałam ostrożnie.

— Masz tu za ciepło, przymknę ci kaloryfery.

— Są zakręcone.

— Wcale nie, gorące, aż parzą! — Usłyszałam, jak przekręca zawór.

Nie wyjaśniłam jej, że chodziło mi o zapach. Tak naprawdę czułam go już od kilku dni. Dziwna kamienna woń.

Coś zaczęło się dziać z radiem. Samo się przełączało. Trochę jak w samochodzie, kiedy po przekroczeniu granic województwa jedna fala gubi się i po chwili zastępuje ją inna. Albo gdy ktoś niezdecydowany szuka jakiejś znośnej piosenki. Może to przez pogodę…? Nie miałam pojęcia.

Kiedy następnego dnia przechodziłam boso przez przedpokój, wdepnęłam w ciepłą kałużę. Po omacku takie rzeczy mogą czasem przestraszyć bardziej niż niespodziewany hałas. Z obrzydzeniem zanurzyłam w niej palce i przemogłam się, by je powąchać. Zwykła woda.

Zirytowana, wytarłam wszystko bardzo dokładnie, a jednak od tej pory codziennie zdarzało mi się napotkać drobne ślady w przeróżnych miejscach domu: czyste naczynia schowane w szafkach były ubrudzone czymś lepkim, okruchy zalegały na kuchennym stole, a róg poduszki okazywał się mokry, jakby go ktoś zaślinił.

Początkowo ta obca obecność wydawała mi się moim wymysłem — bawiło mnie to i dopiero z upływem czasu, powoli fascynacja zamieniła się w niepokój.

Było tego coraz więcej. Drzwi, które z całą pewnością zostawiłam otwarte, teraz okazywały się zamknięte, a uchylone okna zatrzaśnięte i można by nawet pomyśleć, że to wina przeciągu, gdyby nie mocno przekręcona klamka. Kiedyś obudziłam się i usłyszałam czyjś głos. Zanim jednak zdążyłam się porządnie przestraszyć, wszystko przeciął dżingiel z niewyłączonego telewizora.

Czułam się coraz dziwniej.

Wyobrażałam sobie, że coś mnie obserwuje, siedzi obok albo jeszcze gorzej — naprzeciwko, niczym w lustrze, z twarzą tuż przy mojej twarzy, ale kiedy machałam ręką, jakbym próbowała odgonić muchę, znów czułam tylko powiew powietrza.

Właśnie wtedy zaczęło się pukanie. Zwykle gdy rozlegał się dzwonek do drzwi, wlokłam się do przedpokoju i głośno wołałam: „Kto tam?!”. Zazwyczaj był to listonosz albo akwizytorzy.

Teraz jednak na moje pytanie nikt nie odpowiadał, a kiedy odchodziłam, pukanie się powtarzało — i tak po kilka razy. W końcu dawałam za wygraną i czekałam, siedząc nieruchomo na łóżku, aż pukanie ustanie. Miałam wrażenie, że trwało coraz dłużej i dłużej. Brzmiało głucho, jakby dobiegało z oddali.

Próbowałam włączać transmisje z wydarzeń sportowych, bo głosy komentatorów zwykle mnie uspokajały i zagłuszały inne dźwięki, ale nagle wydało mi się, że wypowiadane przez nich słowa nie mają sensu. Wspominano o zawodnikach z krajów, o których nigdy nie słyszałam, z rekordami mierzonymi w absurdalnych jednostkach, jakby komuś myliły się podstawowe wartości czasu i przestrzeni, a reguły opisywanych sportów straciły wszelkie pozory logiki.

Sama zaczęłam się czuć nieswojo. Jakoś… inaczej. Mój krok też był inny, wydawał mi się dłuższy, jakby w ciemności zyskał odmienny, nowy rytm. Pewnego dnia złapałam się na tym, że obmacuję własną twarz, jak wcześniej ścianę albo tapetę.

Znów zaczęły powracać do mnie sny z dzieciństwa. Rozmazane plamy, przed którymi padałam na czworaki i nie mogłam się ruszyć. Zupełnie sparaliżowana, walczyłam ze swoim zastygłym ciałem, jakby coś bardzo ważnego od tego zależało. Któregoś dnia obudziłam się z takiego snu i byłam pewna, że moje włosy są krótsze niż dawniej. Sięgnęłam ręką w górę i znalazłam tylko bandaże.

W trakcie kolejnej wizyty znajoma przyniosła korespondencję ze skrzynki. Jakieś ulotki, rachunki, jedna pocztówka. Czytała mi je po kolei.

— To nie ma sensu, jesteś pewna, że wszystkie są do mnie? Ten nowy listonosz czasem się myli.

— Tutaj jest twój adres, 20/8, prawda?

Skinęłam głową.

— Ulica Grunwaldzka, Alina Burzyńska.

— Przecież to nie ja!

— Aha. No tak! Rzeczywiście. Co za gapa ze mnie!

Roześmiała się, ale uderzyła mnie ledwie uchwytna nuta wahania w jej słowach, kiedy odkładała kopertę na bok. Głos też wydał mi się zmieniony, jakby trochę grubszy niż zwykle. Może się przeziębiła?

Właściwie dlaczego tak chętnie zgodziła się mi pomagać? Sama to zaproponowała. Przecież wcale nie znałyśmy się aż tak dobrze. Kiedyś pracowałyśmy razem i tyle.

Decyzję podjęłam w mgnieniu oka. Rzuciłam się w kierunku, z którego dobiegał schrypnięty głos, i złapałam ją mocno za głowę.

— Co ty robisz?!

Szarpnęła się i wyrwała. Wyraźnie zestresowana, oświadczyła, że okropnie się śpieszy. Słyszałam, jak prędko zbiera swoje rzeczy i biegnie w stronę drzwi. Odprowadziłam ją po omacku i kiedy wyszła, energicznie przekręciłam wewnętrzny zamek: ten, do którego nie miała kluczy.

Policzyłam mniej więcej, ile zostało mi jedzenia.

Najpierw zjadłam to, co przyniosła ona. Wszystko wydawało się coraz bardziej mdłe. Chciałam dosolić zupę, ale nie mogłam znaleźć solniczki. Grzebałam bezradnie w szafkach.

Otwierałam puszki i wyjadałam łyżką ich zawartość: soczewicę, pomidory, fasolę… Wszystko było potwornie niedosolone.

Później nie miałam już pojęcia, co jem — w puszkach znajdowałam zawsze to samo jedzenie, którego jednak nie rozpoznawałam. Nie wiedziałam, skąd się wzięło, może ona też je przyniosła? Tak, chyba przez przypadek zostawiła swoją siatkę z zakupami, kiedy uciekła w takim popłochu. Ten smak… Nie potrafiłam go nazwać ani opisać. Wiedziałam tylko, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie próbowałam. Puste puszki wrzucałam do przepełnionego kosza. Nie zamierzałam nikogo więcej do siebie wpuszczać.

Bo co jeśli ona, kiedy raz tu przyszła, już nie wychodziła? Słyszałam, że zatrzaskują się drzwi, ale skąd miałam wiedzieć, że znalazła się po ich drugiej stronie?

Byłam prawie pewna, że to, czego dotknęłam palcami, nie było wcale ludzką twarzą.

Odkąd wyrzuciłam znajomą z domu, nie czułam już tej uporczywej, ciążącej obecności. A jednak dalej wydawało mi się, że jestem obserwowana.

Może chodziło o gołębie? Przylatywały teraz często na parapet, gruchały i tłukły się o szyby. To dzięki nim powoli zaczęłam znów rozpoznawać porę dnia, pamiętałam przecież, że wiosną pojawiały się zwykle około szóstej rano. Biłam wtedy ręką w okno, a one odlatywały, by po chwili powrócić — i tak w kółko, póki się nie poddałam.

Potem jednak zaczęły się pojawiać także w południe i pod wieczór, może nawet nocą, nie wiem. Zza okna dobiegały mnie coraz dziwniejsze dźwięki, już na pewno nie same gołębie. Wrony? Albo mewy? Późną zimą pojawiały się u nas mewy.

Mieszkanie wypełniały wrzaski i głośne skrzypienie parapetu. Uginał się pod bardzo ciężkimi ptakami, które przybyły z daleka i teraz odpoczywały na moim oknie przed dalszą podróżą. Czy były głodne? Dokąd leciały? A może skądś wracały?

Kiedy otwierałam okno, w twarz uderzał mnie słony zapach, jakby mewy podążyły za nagle przesuniętą ku mnie linią niegdyś odległego brzegu: dawniej w zimowe dni wyobrażałam sobie, że za sąsiednim blokiem jest morze, a nie śmietnik, wokół którego kotłują się ptaki.

Gdy zerwał się wiatr, wydawało mi się, że piasek tłucze o szyby. Zaczęłam ptakom wystawiać jedzenie, resztki z puszek. Po paru godzinach wszystko było wyjedzone do czysta.

Któregoś dnia, kiedy zbierałam śmieci zza okna, dotknęłam przypadkiem parapetu i poczułam coś dziwnego. Blachę — wgniecioną, niemal połamaną — przecinały głębokie rysy, jakby coś wielkiego wbijało w nią pazury, gdy patrzyło w moje okno, na pokój, dokładnie w to miejsce, gdzie spałam.

Przerażona, zatrzasnęłam okno i szarpnęłam zasłony, szczelnie je zasuwając. Później przyśniło mi się, że rośliny porysowały parapet korzeniami, szukając dla siebie oparcia, a w gęstwinie liści, niczym motyle, przysiadały gołębie i mewy. Pomiędzy nimi wisiały moje dłonie, kolejne ptaki. Tylko na chwilę przyniosło mi to ulgę.

Wszystko było coraz bardziej nie tak. Zapach morskiego powietrza unosił się w całym domu. Pod nogami czułam ziarna piasku — chrupał nieprzyjemnie, kiedy szurałam po podłodze pantoflami, i miałam wrażenie, że wciąż go przybywało… W każdym pokoju, na meblach, pod moimi paznokciami, we włosach, w skarpetkach. Znalazłam go nawet na prześcieradle. Roześmiałam się. Coś zakopywało mnie żywcem?

To wtedy pomyślałam, że może jednak powinnam do kogoś zadzwonić. Na czas choroby używałam starego telefonu, komórki z klawiszami, które mogłam z łatwością wymacać dłońmi. Znalazłam telefon, leżał na biurku. Był rozładowany. Kiedy podłączyłam go do gniazdka, uświadomiłam sobie w panice, że nie pamiętam żadnych numerów…

Może pora ściągnąć bandaże? Ile czasu upłynęło? Ale co, jeśli je zdejmę i nic nie zobaczę? Albo zobaczę coś, czego ujrzeć się nie spodziewam? Coś, co zupełnie inaczej zapamiętałam? Albo czego nie zapamiętałam w ogóle?

Miałam wrażenie, że zaciska mi się żołądek. Nerwowo obgryzałam paznokcie.

Powinnam zadzwonić do okulistki. Poprosić o poradę. Tylko jaki był jej numer telefonu?

Czułam się jak we śnie wracającym do mnie od dzieciństwa — otaczały mnie nieostre plamy, a ja czołgałam się, niepewna z której strony przyjdzie niebezpieczeństwo.

*

Kiedy wreszcie zdjęłam opatrunki, okazało się, że wszystko wokół pozostało niemal dokładnie takie jak wcześniej, przed chorobą. Bałagan w kuchni, pootwierane na oścież szafki. Przewrócona solniczka na środku blatu. Jak mogłam ją przegapić? Godzinę odkurzałam rozsypaną po całym mieszkaniu sól.

Parapet wcale nie był zniszczony. Trochę tylko zasrany przez ptaki. Kwiaty zacieniały okno.

Moje włosy wydawały się tej samej długości co przed chorobą, nie, nawet trochę dłuższe.

Zadzwoniłam do koleżanki. Przyjęła przeprosiny.

— Pogłaskaj ode mnie psa.

— Często boimy się niewłaściwych rzeczy — odpowiedziała po chwili milczenia.

Nie dodała nic więcej, ale przecież doskonale rozumiałam, co miała na myśli. Byłam jej wdzięczna, że przychodziła. Nie znalazłam żadnej z wielu obcych rzeczy, które wcześniej próbowałam rozpoznać dotykiem. Nawet kiedy zamknęłam oczy i zaczęłam po omacku odtwarzać trasy swoich niekończących się wędrówek po pokojach, zapamiętanych przedmiotów nie było tam, gdzie odnajdywałam je wcześniej.

Tylko na stole leżały rozrzucone kartki. Uśmiechnęłam się. Nic nie potrafiłabym z nich odczytać. Pobazgrane, pokreślone, pozbawione sensu linijki zachodzące jedna na drugą. Bezkształtne, do niczego niepodobne litery. A jednak te notatki były mi w pewien sposób znajome. Dopiero po chwili, z lekkim ukłuciem zaskoczenia, zorientowałam się, co przypominały — tak widziałam ciągi rozmazanych, nieczytelnych dla mnie znaków na starych tablicach okulistycznych.

Kiedy weszłam do kuchni, w przepełnionym koszu na śmieci znalazłam stos puszek po psim jedzeniu. Wszystkie bardzo skrupulatnie wylizane do czysta.

Dominika Słowik „Samosiejki”
tłumaczenie:
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
ilość stron: 240

Opis: Po głośnych powieściach „Atlas: Doppelganger” oraz „Zimowla” Dominika Słowik prezentuje książkę, wsłuchującą się w nastroje naszej epoki i podkreślającą absurdy otaczającej nas rzeczywistości. W cyklu opowiadań, które dzięki metaforze samosiejek można czytać jako spójną literacką opowieść, uważnie rejestruje podszepty natury, ale też wydarzającą się na naszych oczach katastrofę klimatyczną. W świecie bohaterek i bohaterów Samosiejek rządzi wyobraźnia, nie ma zastanych reguł, natomiast granica między światem ludzi a przyrodą ulega coraz większemu zatarciu. Dziwne z pozoru zdarzenia rozsiewają się w tylko sobie znany sposób i domagają się uwagi. Są opowieścią o nas – tu i teraz, w przyszłości. Autorka dyskretnie, czujnie wyrywa nas ze strefy komfortu, zderzając swoje postacie z nieznanym, nierozpoznanym, nienazwanym. Czy to literacki żart, czy może przeczucie przesilenia epoki antropocenu? Współczesne, zaskakujące, sensualne opowieści, które wyrastają z niespodziewanych historii: o ludzko-roślinnej przyjaźni, a może nawet miłości; o tym, że „śniegu już nigdy nie będzie”; o kobiecie, której wyrosło z nosa pnącze fasoli, tajemniczym locie w kosmos, a także o tym, dlaczego czasami boimy się niewłaściwych rzeczy… „Samosiejki” to literacka odpowiedź na nastroje naszej epoki, skomponowana w sposób najbardziej dla tej epoki adekwatny: zaskakująco, dziwnie, straszno-śmiesznie.

Tematy: , , , ,

Kategoria: opowiadania