banner ad

Fragment opowiadania „Diablitos” Cody’ego Goodfellowa z antologii „17 podniebnych koszmarów” pod red. Kinga i Vincenta

21 lutego 2019


Prezentujemy jedno z opowiadań, które Stephen King i Bev Vincent wybrali do antologii opowiadań lotniczych grozy zatytułowanej „17 podniebnych koszmarów”. „Czy jest coś gorszego od zatrzymania na kontrolę celną w kraju południowoamerykańskim podczas próby wywiezienia kontrabandy? Może uwięzienie w boeingu 727 na wysokości dziewięciu tysięcy metrów z diablo żwawym kradzionym artefaktem w twoim bagażu podręcznym? W poniższym opowiadaniu Ryan Rayburn III musi stawić czoła obu tym zagrożeniom” ? pisze Stephen King. „Diablitos” Cody’ego Goodfellowa to zdaniem króla grozy dowód na to, że autor „potrafi zmrozić krew w żyłach i podziękujecie Bogu za to, że Ryan Rayburn nie jest waszym towarzyszem podróży”.

Cody Goodfellow „Diablitos”

Niewidzialny i niezwyciężony Ryan Rayburn III nie zdradzał najmniejszych oznak niepokoju, kiedy przechodził przez kontrolę bezpieczeństwa i paszportową na lotnisku Guanacaste w Nicoya. Ot, wyluzowany amerykański turysta. Tak było do chwili, gdy wyciągnęli go z kolejki podróżnych czekających na odprawę, zabrali za parawan i kazali mu otworzyć torbę.

Z uśmiechem niewiniątka, pokazał markotnemu celnikowi kartę pokładową, deklarację celną i paszport. Nie ma sprawy, spełniasz tylko swój obowiązek. Żaden z przechodzących współpasażerów nie spojrzał na niego. To musi być wyrywkowa kontrola, no ale z drugiej strony facet jest biały, podróżuje samotnie. Samolotu pewnie nie wysadzi, ale całkiem prawdopodobne, że coś szmugluje, może nawet być kurierem przewożącym las drogas?

To nie była jakaś republika bananowa, gdzie turyści znikają na polecenie władz. Kostaryka to prawie cywilizacja ? kurczę, nawet lepiej, skoro nie mają armii, a funkcję policji państwowej pełni „patrol bezpieczeństwa”. I tu jednak królowała la mordida. Ryan rozejrzał się. Nie dostrzegając ani wyższych rangą funkcjonariuszy, ani kamer, z nonszalanckim uśmiechem wyłowił pięć dwudziestek z pasa na pieniądze. Celnik naciągnął jasnoniebieskie gumowe rękawice i przystąpił do autopsji torby.

Guanacaste, choć nieco bardziej eleganckie niż większość nowoczesnych lotnisk Ameryki Łacińskiej, miało klimat rodem z taniego filmu science fiction z lat siedemdziesiątych, osadzonego w futurystycznym więzieniu. Porozwieszane wszędzie plakaty próbowały zawstydzić podróżnych obrazami zakapturzonych, skutych kajdankami więźniów, nad których głowami unosiły się komiksowe dymki z dręczącą myślą: I PO CO PRÓBOWAŁEM PRZEMYCAĆ?

Trzymaj fason. Nie uśmiechaj się, nie próbuj zagadywać celnika. Nie odwalaj całej roboty za nich. Wpadają tylko idioci roztaczający wokół siebie paskudne, toksyczne fale poczucia winy, które zabiłyby kanarka. On nie robił nic złego. Na punkcie kontroli bezpieczeństwa nie zdawali sobie sprawy, co przed sobą mają, a nawet jeśli ten facet się w tym połapie, raczej nie opłaci się z tego powodu opóźniać lotu. Ryan nie szmuglował narkotyków ani broni. Ot, jeszcze jeden turysta wiozący do domu pamiątkę z wakacji.

Z osobliwą delikatnością służącego przygotowującego piknik, celnik kładł przed sobą ubrania, sprzęt fotograficzny i przybory toaletowe. Kiedy wydobył całą zawartość torby, włożył rękę do środka, odciągnął wyściółkę i rozpiął suwak, pod którym skrywało się drugie dno.

– To tylko pamiątka, proszę pana. ? Ryan łowił powietrze, jakby oddychał przez mokry ręcznik. ? Coś nie tak? Kupiłem to w sklepie z pamiątkami?

Celnik jakby nie usłyszał. Patrzył w głąb torby Ryana, oparty obiema rękami o podrapany stół z nierdzewnej stali. Zakasłał w dłoń.

Ryan rozejrzał się, pomachał wachlarzem banknotów, podsunął go celnikowi. Strumień podróżnych płynął przez wykrywacz metalu w stronę bramki.

– Mój samolot odlatuje za dziesięć minut, przyjacielu.

Celnik, nie przestając kaszleć, wypuścił dokumenty podróżne Ryana z ręki i odpędził go gestem, jakby rozganiał chmurę komarów. Nitki śluzu trysnęły spod jego pięści.

Ryan pospiesznie spakował torbę, schował pieniądze do kieszeni, odwrócił się, wszedł po zepsutych ruchomych schodach, przemierzył długi, prawie nieoświetlony terminal i dopiero przy bramce zauważył, że jego papiery są lepkie od śliny i upstrzone kropelkami krwi.

Jezu, to dopiero ochrona? Próbuje wymusić łapówkę i zaraża cię gruźlicą. Mało zabawne, ale musiał się roześmiać, inaczej zacząłby krzyczeć. Mieli go w rękach ? złapanego na gorącym uczynku. Ta mina celnika, kiedy zajrzał pod fałszywe dno, chwilę zanim dostał ataku kaszlu? jego cera przybrała niezdrowy, bladooliwkowy odcień, oczy wyszły na wierzch, jeszcze trochę, a sturlałyby się po policzkach i wpadły do torby, dołączyły do rzeczy w schowku na brudy. Żałosny pacan wiedział, co widzi. Wiedział, ale nic nie powiedział ani nie tknął pieniędzy.

Jeśli cokolwiek na tym świecie mogło skłonić Ryana, by się przeżegnał i zmówił modlitwę, była to właśnie rzecz w jego torbie, nie dlatego jednak, że wierzył w czary. Szmuglując kilogram czystego kolumbijskiego proszku rozweselającego mógłby zarobić trzydzieści patoli jeszcze przed jego rozcieńczeniem. Za kilogram ręcznie rzeźbionego drewna, które miał w torbie, dostanie dwa razy tyle, ale gdyby złapali go z tym tutaj, na miejscu, najlepsze, na co mógłby liczyć, to ekstradycja i odsiadka w federalnym więzieniu w Stanach.

Ambicją Ryana Rayburna III nigdy nie było to, żeby żyć tak, jak żył. Po prostu zarzucał wędkę i czekał, co się złapie. Przepuścił fundusz powierniczy na licencjat z historii sztuki, resztki przychylności rodziców utracił, kiedy włóczył się po Ameryce Południowej, zamiast szukać pracy. Po trzech latach przykrych doświadczeń i odkryć dokonywanych żmudnym wysiłkiem w najmroczniejszych zakątkach ziemi, ostatecznie pojął jedną jedyną naukę, którą rodzice wpajali mu w rodzinnym Palo Alto. Ubóstwo jest do dupy.

Po powrocie do Kalifornii postanowił spożytkować swój niepraktyczny stopień naukowy, by zrobić karierę. Szwendał się po galeriach, nawiązywał znajomości z prywatnymi kolekcjonerami sztuki i ostatecznie przypadkiem znalazł dojście do hermetycznego światka ludzi z hoplem na punkcie wytworów kultur prekolumbijskich. Jeździł na zakupy wszędzie od Meksyku po Ziemię Ognistą i wkrótce, po wyeliminowaniu pośredników, na liście klientów miał tuzin internetowych milionerów. Połowa eksponatów w muzeach południowoamerykańskich była fałszywa, archeolodzy pracowali w tajemnicy, by nie nęcić rabusiów. ONZ i amerykańska służba celna rozbili kilka siatek działających w okolicach Palo Alto i Stanford, ale Ryan nie obracał się w szpanerskich kręgach. Jego klienci nie obnosili się z wykradzionymi z grobów łupami na galach charytatywnych, a on nie handlował szmelcem pokazywanym w National Geographic.

Lud Xorocua żył w wysokogórskich dolinach Cordillera de Talamanca, niespełna trzysta pięćdziesiąt kilometrów od stolicy, a mimo to o dzień marszu od najbliższej przejezdnej drogi. Do 1950 roku, kiedy to jego istnienie udokumentował fotograf ze Smithsonian, uważany był za dziewicze plemię z epoki kamienia łupanego.

Zrobione wówczas zdjęcia, przedstawiające obrzędy żniwne Xorocuów, ukazywały tragiczną historię poprzedniego ich kontaktu ze światem zewnętrznym, przedstawioną w postaci dziwacznej ceremonii. Mężczyzna w prostym kostiumie byka przez całą noc szalał wśród chat wioski, a tuż przed świtem przybywała procesja zamaskowanych duchów opiekuńczych, które pluły na niego krwią dotąd, aż słabł i umierał. Duchy te, zwane „diablikami”, czyli diablitos, były legendarnymi obrońcami przed kolonistami hiszpańskimi, którzy, jak się można domyślać, zdziesiątkowali plemię przywleczonymi chorobami, a niedobitków przegnali do najodleglejszych lasów mglistych Talamanki.

Xorocuowie byli prymitywni pod każdym względem, zbyt długo i zbyt ciężko walczyli o przetrwanie, by tworzyć wyrafinowane skarby kultury. Sposób, w jaki witali obcych, był sformalizowanym żebraniem o żywność. Jednak maski, których używali w obrzędach żniwnych, uwiecznione na zdjęciach fotografa ze Smithsonian, były prawdziwą rewelacją.

Malowane „ustnie” ? farbą wypluwaną przez rurkę z trzciny ? w wyraziste, ogniste barwy, były ozdobione misternymi wzorami bardziej przypominającymi runy niż abstrakcyjne motywy. W latach siedemdziesiątych, pomimo wrogiego odtrącenia przez Xorocuów świata zewnętrznego, stały się przebojem w kręgach kolekcjonerskich. W roku 1982 ostatni członek plemienia zmarł na grypę. Mimo to, okoliczne ludy wciąż lękały się ich masek.

Wizerunki na nich nie miały odpowiednika w regionie, były dziwniejsze, bardziej wymyślne i straszniejsze od wyobrażeń bóstw Majów czy Azteków, niemal polinezyjskie w swojej syntezie elementów ludzkich, owadzich, kwiatowych i zwierzęcych. Wyglądały tak drapieżnie, tak złowrogo, że w porównaniu z nimi nawet najgroźniejsze gotyckie gargulce jawiły się Troskliwymi Misiami.

Z publikacji wyszperanych przez Ryana wynikało, że duchy opiekuńcze Xorocuów były paskudną odmianą latynoamerykańskich mitycznych stworów zwanych duendes. Słowo to wywodziło się od hiszpańskiego duenos, czyli właściciele, ponieważ istoty te uważano za prawowitych właścicieli każdego siedliska, które dzieliły z ludźmi. Sąsiednie plemiona nadały jednak opiekunom Xorocuów ? i samym Xorocuom ? inną hiszpańską nazwę, bardziej odpowiednią dla duchów niedostrzegalnych, ale budzących głęboki lęk: diablitos, czyli „diabliki”.

Objeżdżając Kolumbię i Peru, Ryan zdobył kilka niesamowitych ozdób pogrzebowych z kultury Mochica, które przesłał swojemu łącznikowi z Kalifornii. Następnie poleciał do Panama City, a stamtąd pojechał dżipem w głąb Cordillera de Talamanca po to tylko, by wspiąć się na Cerro La Muerte i trochę odpocząć. Nie spodziewał się znaleźć żadnych pamiątek po Xorocuach w siermiężnych muzeach i innych pożal się Boże atrakcjach turystycznych w bezimiennych górskich wioskach, i ich nie znalazł. Tylko podróbki i pseudozabytkowy szajs z drewna balsy, nieudolnie malowany natryskowo farbami akrylowymi przez wsiowych mestizo, którzy wiedzieli o Xorocuach mniej niż najgłupsi klienci Ryana.

Ryan Rayburn III nie doszedłby w życiu do niczego, gdyby na siłę dążył do sukcesu. To prowadziło do obłędu i wrzodów; wystarczy zapytać Ryana II i Ryana I. Pozwalał po prostu, by dobre rzeczy same do niego przychodziły, i nigdy się nie zawodził. Kiedy zapytał o Xorocuów młodą mieszkankę jednej z wiosek, jej ślepa babcia, siedząca przed chatą z lodówką turystyczną pełną ciepłej jak krew fanty, wykonała dziwny gest i zakasłała, osłaniając usta dłonią. Potem rozłożyła swój wykrzywiony artretyzmem szpon, z którego wyleciał czerwony motyl.

Dziewczyna udawała niemowę, więc Ryan, sącząc trzecią tego dnia fantę, rozejrzał się po wiosce. Wszyscy mężczyźni byli na polowaniu albo zbierali drzewo i nie widział go nikt oprócz nagiego chłopca, któremu jądra jeszcze nie zeszły. Chaty skupiały się w ośmiokącie wokół studni, obok której stał sięgający po pas bożek ze steatytu, tak podniszczony i wytarty, że wyrzeźbione rysy twarzy były już tylko niewyraźnymi zagłębieniami w kamieniu.

Ryan ledwo się powstrzymał, żeby nie krzyknąć i nie wyrzucić napoju w górę. To była wioska Xorocuów, być może odtworzona, co jednak wydawało się mało prawdopodobne. Wiele plemion w tym regionie grzebało zmarłych bliskich pod swoimi domami, a następnie szukało nowej siedziby. Miejsce zagłady całego ludu byłoby niczym Czernobyl ery kamienia łupanego.

Wtedy przyszła ślepa starucha i sprzedała mu maskę za dwieście dolarów. Tak powie każdemu, kto zapyta. Tyle razy powtórzył sobie samemu tę wersję, że prawie w nią uwierzył. To, co się naprawdę stało, nie było najgorszą rzeczą, jaką w życiu zrobił. Nie ma co do tego wracać i tyle.

Maska była autentyczna. Wyglądała, jakby ważyła kilkadziesiąt kilogramów, ale wyrzeźbiono ją z jakiegoś niezidentyfikowanego miękkiego, fioletowoczarnego drewna lżejszego od wody. Farby były pigmentami lokalnego pochodzenia; ciemne indygo powstało z azul mata, jasne, czyste złoto ze skórki cebuli, płomienny oranż z owoców achiote, krzykliwy fiolet z wydzieliny gruczołów zagrożonego wyginięciem mięczaka zwanego munice. Zaskakująca plama ciemniejszej, bardziej matowej czerwieni po wewnętrznej stronie maski wyglądała nie tyle jak dzieło przypadku, co jak prymitywny podpis, i zapewne tylko podniesie wartość zabytku.

Miał już nagranego kupca ? nawet dwóch, zaciekłych rywali. Kiedy wyląduje w Los Angeles, opchnie maskę za pięćdziesiąt tysięcy, może dwa razy tyle, jeśli zatrzyma ją dość długo, by dyskretnie rozpuszczone plotki wywołały ostrą licytację.

Wykończony główny steward przy bramce nawet nie sprawdził jego dokumentów, tylko od razu otworzył mu drzwi. Wychodząc na płytę lotniska, poczuł się, jakby wstąpił w wir zwierzęcych oddechów. Otaczająca dżungla napierała na pas ścianami szmaragdowego ognia. Boeing 727 linii Pura Vida Air czekał z włączonymi silnikami, ostatni pasażerowie pospiesznie wchodzili po podstawionych schodach i znikali wewnątrz włazu.

Samolot wypełniony był tylko w nieco ponad połowie. Około pięćdziesięciu podróżnych, dwie trzecie to Amerykanie. Większość już zgasiła lampki i próbowali zasnąć, skuleni pod cienkimi nylonowymi kocami, z głowami na poduszkach z papieru z odzysku.

Jęknął, kiedy odszukał swoje miejsce. 11A, przy oknie, tuż za skrzydłem, obok długowłosego białego brodacza i dorodnej Azjatki, przytulonych do siebie i dłubiących przy niesprawnych dmuchawach w suficie. Poderwali się nerwowo, by przepuścić go pod okno, po czym mężczyzna przedstawił siebie i żonę. On miał na imię Dan, ona Lori.

– Może chce pan coś do czytania? ? zapytał, pokazując Ryanowi książkę w miękkiej oprawie. ? Sam ją napisałem.

– Kochanie, daj ludziom spokój ? szepnęła jego żona. Ryan pokręcił głową przecząco i rozłożył się na wolnych miejscach po przeciwnej stronie przejścia.

Stewardessa rozpoczęła przedstartową pantomimę. Właśnie pokazywała gestami maski tlenowe i wyjścia bezpieczeństwa, ilustrując odtwarzaną z trzeszczącej taśmy instrukcję w języku hiszpańskim, kiedy zjawiła się jeszcze jedna pasażerka. Nadeszła, potykając się, wąskim przejściem między siedzeniami i omal nie usiadła na torbie Ryana.

W ostatniej chwili zabrał torbę z cienia wielkiej, opadającej dupy. Już zaczął mówić „Patrz, gdzie leziesz, idiotko”, kiedy zobaczył białą laskę ściśniętą w dłoni tłustej staruchy.

Zesztywniał na całym ciele. Przywarł do okna; gdyby siedział przy wyjściu bezpieczeństwa, może otworzyłby zatrzask i wyskoczył na skrzydło.

Osłonił głowę ramieniem i próbował wysunąć się z fotela. Ślepa kobieta potknęła się, wpadła na prowadzącego ją stewarda, odbiła się od podłokietnika miejsca 11C i wyrzuciła rękę w bok, szukając oparcia. Steward złapał ją, zanim upadła.

Teraz, kiedy Ryan jej się przyjrzał, zauważył, że nie była staruchą, tylko dzieckiem, może trzynastoletnią dziewczyną, o podłużnej, końskiej twarzy zrytej okropnymi bliznami po trądziku. Oczy wychodziły jej z orbit jak odkręcone żarówki. Źrenice, przysłonięte ciężkimi, sennymi powiekami, patrzyły ku górze, zdawały się przenikać przez sufit. Biała laska wysunęła się do przodu i trąciła go w kostki.

Zajęło mu sekundę, żeby złapać oddech, dłużej, by zebrać myśli. Tyle jest wolnych miejsc, czemu, u licha, sadzają ją obok niego? Młody, samotnie podróżujący Amerykanin i niewidoma cudzoziemka ? to nie mogło się dobrze skończyć.

– Nie ma innych miejsc w samolocie?

Steward bez słowa wrócił na tył kabiny, żeby pomóc w recytowaniu z playbacku instrukcji bezpieczeństwa.

Może nie tylko ślepa, ale i głucha ? a może nieznająca hiszpańskiego ? dziewczyna opuściła się na miejsce 11D i usiadła z mocno zwartymi kolanami, trzymając w ramionach ręcznie tkaną, lokalnej roboty torebkę.

Samolot niezgrabnie potoczył się do tyłu, po czym wjechał na pas startowy tak chwiejnie, niepewnie, że Ryan zaczął się zastanawiać, kogo posadzili za sterami. Może ślepa dziewczyna powinna pójść do kokpitu i pomóc.

Turbiny już się rozpędzały, kiedy zauważył, że niewidoma sąsiadka nie zapięła pasa bezpieczeństwa.

Se?orita, musi pani się przypiąć?

Drgnęła lekko, ale nie odpowiedziała. W dłoniach ściskała mały krzyżyk i fosforyzujący plastikowy różaniec. Raz po raz podnosiła je i całowała grubymi, spękanymi ustami.

Stewardessa siedziała przypięta pasami z przodu kabiny. Najwyraźniej musiał ją wyręczyć. Czego to się nie robi dla ludzkości, pomyślał, sięgając w bok, by zapiąć pas dziewczyny.

– Pomogę pani?

Złapała go za ręce żelaznym, spoconym, drżącym uściskiem. Krzyknęła jak zbudzona z twardego snu dotykiem natrętnych, obłapiających dłoni, wybałuszyła puste oczy, jakby ujrzała twarz Ryana pośród stale przesłaniającej je ciemności.

Wyrwał się i próbował ją uspokoić, teraz już trzymając ręce przy sobie, ale to na nic. Sprawiała wrażenie, jakby ani go nie słyszała, ani nie rozumiała, i bez tego panicznie przerażona tym, że leci samolotem i obmacuje ją obcy mężczyzna. Zawstydzony ? choć w sumie nie miał po temu powodu ? rozejrzał się w poszukiwaniu pomocy, ale wyglądało na to, że nikt nic nie zauważył. Narastający skowyt silników zagłuszył krzyki dziewczyny, a chwiejne szarpnięcie przyspieszenia wcisnęło wszystkich w fotele.

Kiedy podwozie się schowało i samolot wyrównał lot, dziewczyna podjęła przerwaną cichą modlitwę. Ryan odwrócił twarz do ściany, zwinął swoją bluzę i podłożył pod głowę jak poduszkę. Za oknem mrugające czerwone światło na skrzydle tańczyło i rozpływało się w zalewających szybę strugach deszczu. Małe nadmorskie miasto spowijały kłaki mgły, przypominające ogromne latawce zaplątane w drzewa. Tylko kilka zabłąkanych światełek ? może statki na morzu ? dowodziło, że miasto, z którego uciekł, nadal jest tam w dole.

Ryan był wytrawnym podróżnikiem. Potrafił zasnąć wszędzie, w każdych warunkach. Mocno ścisnął nogami torbę stojącą na podłodze i próbował opróżnić umysł. Nieprędko się udało, bo ilekroć czuł, że zapada w sen, ślepa dziewczyna głośno kaszlała, zasłaniając usta pięścią.

Myślami ciągle krążył wokół maski. Na jej widok celnik zaczął kasłać krwią, a mimo to puścił go wolno. Czy to tylko jakiś zwariowany zbieg okoliczności? Lud Xorocua wytrzebiły choroby, trudno się dziwić, że wymyślili magiczne duchy mające ich chronić lub pomścić, ale nie na wiele im się to zdało? Dawno wymarli, ich dziwna, żałosna religijka stała się tylko przypisem w podręcznikach antropologii, fascynującym milionerów, którym zamarzyło się pograć z żądnymi krwi pogańskimi bożkami w pokera. Może maski były czymś w rodzaju wektora przenoszącego wirus? Nie, bo wtedy sam też by zachorował, a pomijając zwykłe tropikalne wysypki i dolegliwości, czuł się dobrze. Nie wierzył w klątwy, chyba żeby zaliczyć do nich ubóstwo.

Kiedy wyrównali lot na pułapie dziewięciu tysięcy metrów, Ryan uznał, że nie będzie spał, i postanowił zamiast tego dołożyć starań, aby się upić. Chwilę przecierał oczy nasadami dłoni. Może powinien spróbować przeprosić ślepą dziewczynę albo, jeszcze lepszy pomysł, przesiąść się na inne miejsce. Odwrócił się do sąsiadki i znalazł się oko w oko z maską Xorocuów.

Założyła ją. Białka pustych oczu błyszczały w szparach wyciętych w wystającym, pokrytym cętkami jaguara czole. Każda płaszczyzna kanciastej twarzy pomalowana była w barwy innego zwierzęcia, jakby to jedno mściwe oblicze łączyło w sobie całe życie dżungli. Nałożona przez ślepą dziewczynę maska ożyła.

Stylizowane, rozgałęzione rogi sterczące ze szczęki i obu skroni rozbłysły kobaltowym błękitem płomienia palnika gazowego. Wyszczerzone, zachodzące na siebie kły rozsunęły się jak zapadki zamka i strumień czarnej, cuchnącej krwi trysnął spomiędzy wykrzywionych warg na koszulę Ryana.

Zerwał się, uderzył głową w schowek bagażowy, opadł z powrotem na miejsce. Chlustająca krew była lepka, zimna, roiła się rozedrganymi, smyrgającymi żyjątkami, które wnikały mu pod ubrania. Próbował odrywać te paskudztwa od siebie, na próżno. Reszta pasażerów nie słyszała jego krzyków. Kościste ramiona ślepej dziewczyny blokowały mu drogę ucieczki. Przysunęła się bliżej, wciąż wykasłując bryzgi skażonej krwi; zalany obrzydliwą cieczą, tonący w niej, wyrzucił ręce do przodu, żeby zerwać maskę z twarzy niewidomej.

Zeszła z dźwiękiem zardzewiałych gwoździ wyciąganych z przegniłego drewna. Razem z nią oderwała się twarz i dziewczyna przyparła go do ściany, zimna, oślizła kość jarzmowa mocno wcisnęła się w jego pierś.

Chyba krzyknął, kiedy się obudził. Jego policzek przykleił się do zimnego okna. Wszystkie pozostałe części ciała spływały potem. Czuł się przymulony jak po dwóch ambienach popitych kilkoma kieliszkami tequili.

Powoli, ostrożnie, odwrócił się w bok i spojrzał na ślepą dziewczynę. Siedziała sztywno wyprostowana na swoim miejscu, z głową odrzuconą do tyłu, na twardy podgłówek, jej miarowy oddech bulgotał jak niedrożna rura.

Stolik dziewczyny był rozłożony; opróżniony do połowy styropianowy kubek stał na nim obok foliowej torebki, z której wysypały się jakieś marynowane owoce, i plastikowego różańca, świecącego w sinym półmroku jak pluton. A zatem w czasie, kiedy Ryan spał, obsługa rozniosła poczęstunek.
(…)

red. Stephen King, Bev Vincent „17 podniebnych koszmarów”
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 384

Opis: Zapnijcie pasy, przed wami lot pełen koszmarów wybranych dla was przez Stephena Kinga i Beva Vincenta. Pasjonująca antologia, lektura w sam raz na lotnisko bądź do samolotu, zawierająca między innymi nowe opowiadania Joe Hilla i Stephena Kinga, a także tekstu takich autorów jak Richard Matheson, Ray Bradbury, Roald Dahl czy Dan Simmons. Stephen King napisał także przedmowę i wprowadzenia do wszystkich utworów.

Stephen King nie znosi latać. I wraz ze współredaktorem, Bevem Vincentem, pragnie podzielić się tym strachem przed lataniem z wami. Witajcie w „17 podniebnych koszmarach”, antologii opowiadającej o nieszczęściach, które mogą was spotkać, kiedy jesteście jedenaście kilometrów nad ziemią i pędzicie z prędkością ponad ośmiuset kilometrów na godzinę, zamknięci w metalowej rurze (jak – brrr! – w trumnie) z około setką obcych ludzi. To książka o wszelkich zdarzeniach mogących zmienić waszą podróż po przyjaznym niebie w horror, w tym także takich, których dotąd nawet sobie nie wyobrażaliście? ale o których teraz już nie będziecie mogli przestać myśleć, gdy następnym razem wsiądziecie do samolotu i oddacie swój los w ręce obcego człowieka.

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: opowiadania