Adam Wiedemann – „Nieznany fragment 'Obciachu' Kingi Dunin” (ze zbioru „Opowiadania”)

16 kwietnia 2012

Ta dziewczyna to prawdziwa drzazga w dupie. Co mnie też podkusiło, żeby zabierać ją do Joanny! (Marek nie mógł sam siebie zrozumieć, co zresztą zdarzało mu się nie po raz pierwszy i nie ostatni.) Co innego w liceum, zresztą kiedy to było, pół roku temu, prehistoria.

Człowiek chciał się wyszaleć, kiedyś trzeba, no i przede wszystkim poznać to, czego się tak naprawdę nie chce (Marek poczuł, że wie już z całą pewnością, czego tak naprawdę chce od życia). No przecież jak ją zobaczyłem wtedy w tym autobusie, chyba bym się spalił ze wstydu, gdyby do mnie podeszła. Jeszcze nie daj Boże z jakimiś pretensjami. Akurat wtedy, gdy mi się pierwszy raz udało trochę zaimponować Joannie! Na szczęście też wyglądała na nieźle przestraszoną. Szara, zmokła mysz, po prostu litość bierze. No właśnie, litość, trzeba to jakoś zwalczyć, dać sobie spokój z tymi sentymentami. I to miała być ta inteligentna, wyzwolona dziewczyna z Warszawy; jak się mieszka w Łodzi, to można się na coś takiego załapać, ale tutaj? Chociaż, z drugiej strony, przydałoby się mieć z kim od czasu do czasu iść do łóżka, siedzi człowiek w tym akademiku, zakuwa od rana do nocy, każdemu się przecież coś od życia należy, nie tylko tym zza ściany, że też mi musieli przydzielić jakichś zboczonych idiotów. Zawsze to młoda licealistka, a nie jakiś kaszalot, co do Piotra wydzwania, ?przyjedź Piotruniu, twój Kwiatuszek czeka na ciebie?, ohyda. Piotrek nawet wspominał, że chciałaby mnie poznać, że niby moglibyśmy obaj tam do niej pojechać… To ja już wolę z Martą, naprawdę.

Zresztą ona rzeczywiście ma coś takiego w sobie, wystarczy, że sobie o niej pomyślę i zaraz, cholera wie, pewnie to ta jej udawana niewinność, niby taki aniołek nieskalany, a klei się do człowieka jak nie powiem co. A potem nagle na dystans, że to ja ją prowokuję, że niby czegoś tam chcę od niej, kiedy to właśnie ona ma wielką ochotę. Pewnie przez te pół roku miała już z pięciu facetów, sam bym się sporo mógł od niej nauczyć. Ale przecież nie można się z kimś takim wiązać na stałe!

Joanna to co innego, śliczna dziewczyna, z dobrego domu, latem jeździ na obozy z muminkami, ona by sobie na coś takiego po prostu nie mogła pozwolić, nie wyobrażam sobie Joanny, która idzie do łóżka z chłopakiem poznanym przez internet.

A poza tym jest mądra, wie, czego chce, żadnych tam dziecinnych podchodów. Takiej kobiecie można zaufać, mieć do niej szacunek, kiedyś przecież będę musiał się ożenić, założyć rodzinę, dorobić się czegoś, a ustabilizowane życie rodzinne to klucz do życiowego sukcesu, ojciec nie raz powtarzał i pewnie ma rację. W fizyce nie ma to tamto, albo jesteś najlepszy i robisz międzynarodową karierę, albo lądujesz w szkółce i żegnajcie, pieniążki. Na razie jestem najlepszy, ale to dopiero pierwszy rok, trzeba pracować, a nie zaprzątać sobie głowę głupstwami. Przy Joannie te wszystkie sprawy łóżkowe odchodzą jakoś na drugi plan, i to właśnie jest piękne, miłość, zaufanie, wspólna przyszłość. Swoją drogą, ciekawe, jak by to było z Joanną. Piotrek mówił, że takie chłodne z pozoru kobiety zmieniają się w łóżku w prawdziwe demony seksu, to byłby ideał. To JEST ideał. Tak, Martuniu, nie myśl sobie, że ci drugi raz ulegnę. Choćbyś nawet tu przyszła w czerwonej sukience z dekoltem do pasa. Postoisz sobie na tym przystanku jutro, odczekasz swoje, a ja w tym czasie dokończę pracę roczną. Coś trzeba w życiu poświęcić.

Szła odwilż, padał mokry śnieg, który natychmiast zmieniał się w szaroburą breję. Było ohydnie, smutno, beznadziejnie, depresyjnie, rozpaczliwie, dołująco, dennie, chujowo. Marcie kończyły się już przysłówki, kolejne autobusy podjeżdżały i odjeżdżały, a Marka wciąż nie było. Prawdę mówiąc to sama przekonywała się od rana, że lepiej będzie dać sobie spokój, zostać w domu, w gruncie rzeczy co ją ten Marek obchodzi, zresztą Marek jak Marek, ale ci wszyscy kolesie w garniturach, ciekawe, czy on też już jest takim bucem jak oni, czy tylko tak przed nimi udaje, może musiał się dostosować?, ona sama na tej imprezie feministycznej też czuła, że za chwilę zacznie tak gadać, jak one wszystkie. No ale to przynajmniej były dziewczyny na poziomie, z poczuciem humoru, można się było czegoś ciekawego od nich dowiedzieć, i nie zmuszały do żadnych głupich tańców. A Marek dał się przerobić na jakiegoś pretensjonalnego prawicowca, po co się przyjaźnić z kimś takim, z kim sobie nawet pogadać rozsądnie nie można? Wyrośnie z niego taki sam stary nudziarz jak jego ojciec. No i poza tym ta pogoda, pewnie będzie się wstydził iść ze mną do kawiarni i skończy się łażeniem po Polach Mokotowskich, w tym błocie ? Marta poczuła, że już ją coś drapie w gardle i pewnie ma gorączkę, ale w końcu połknęła dwie aspiryny, wrzuciła na siebie najgrubszy sweter i kurtkę puchową, i poszła. A teraz czeka i marznie. Dwadzieścia po. Co za dupek. Gdyby jeszcze umówili się gdzieś na mieście. Wiadomo, korki, remonty nawierzchni, coś by go mogło usprawiedliwić.

Ale tu przecież stoję dwa kroki od jego akademika. Po prostu chce, żebym dla niego cierpiała, ma z tego swoją głupią, sadystyczną przyjemność. I jeszcze ci wszyscy ludzie, tak się na mnie patrzą, jakby wiedzieli, że czekam tu na faceta. Zdradzona i porzucona, nie, dosyć tego, zmywam się.

Marek dogonił ją kilkadziesiąt metrów od przystanku i chwyciwszy za ramię zdecydowanym gestem obrócił o sto osiemdziesiąt stopni.

– Wypatrzyłem cię! Wracamy.

– Tak? A dokąd to? ? Marta sama nie wiedziała, czy jest bardziej zła, czy szczęśliwa.

– Do mnie, a co myślałaś? Zapraszam cię na kolację. ? Był w świetnym humorze,

Marta poczuła od niego alkohol, on zauważył, że poczuła, coś sobie przypomniał.

– Przepraszam za spóźnienie, wpadli do mnie dwaj kumple z roku, właśnie zdali egzamin, wiesz, jak to jest, trzeba odreagować.

– A ty co, nie zdawałeś tego egzaminu? ? Marta postanowiła trochę się jeszcze pozłościć.

– Ja zdałem w przedterminie ? pochwalił się.

– To w takim razie co odreagowywałeś?

– Wczorajszą imprezę, prawdę mówiąc. Miałem lekkiego kaca.

(Kaca? ? pomyślała Marta. ? Po tym kieliszku wina, który tam wysączył? Chyba moralnego).

– Jeśli mam być szczera, to też się dzisiaj nie najlepiej czuję ? powiedziała ? i nie mam ochoty siedzieć z podchmielonym facetem, który coś odreagowuje. Poza tym chyba się przeziębiłam czekając tu na ciebie.

– To właśnie chodź, chłopaki zostawili pół butelki koniaku, rozgrzejesz się. A w lodówce mam różowe kalifornijskie wino, specjalnie dla ciebie.

Miał to wino już od miesiąca, zostało po jakiejś imprezie i nikt go już potem nie chciał pić, bo przecież wszyscy wiedzą, że róźowe to syf. Ale Marta dała się złapać.

– Różowe, mówisz. Nigdy nie piłam. A co masz na kolację?

– Camembert z kminkiem i salami z pieprzem ? powiedział, obejmując ją wpół, już pewny swego. ? Tylko że ? dodał z udawanym zawstydzeniem ? nie mam chleba, po prostu skończyła mi się kasa. To znaczy, mam akurat tyle, żeby kupić sobie jutro bilet do Łodzi.

– No dobra, kupię ci ten chleb, żebyś przypadkiem nie umarł z głodu ? stwierdziła Marta, już odrobinę rozanielona. Po czym ruszyli w stronę sklepu spożywczego.

W pokoju Marka było przede wszystkim głośno. Zza ściany dochodziły jakieś pienia, przeraźliwe ryki, potem wszystko cichło, żeby za chwilę znów ich zaskoczyć grzmiącymi trąbami. (Słonie?)

– Kiedyś coś im zrobię! ? Marek huknął pięścią w ścianę, po czym, jeszcze bardziej zły, zaczął rozcierać obolałą rękę.

– To nawet interesujące ? Marcie, przynajmniej w tej chwili, wcale to nie przeszkadzało. Natarczywe dźwięki w jakiś sposób odgradzały ją od Marka.

– Może. Ale nie w środku nocy albo kiedy się uczę. Mówię ci, co za aparaty mieszkają tam za ścianą. Dwóch takich pryszczatych chłopczyków z prowincji. Kiedyś poszedłem do nich i proszę, żeby trochę ściszyli. Bajzel tam mają taki, że nawet nogi nie było gdzie postawić, jeden leży w samych gaciach na tapczanie, w takim barłogu bez pościeli, w jednej ręce papieros, a w drugiej litrowy słój pełen petów, wyobrażasz sobie, jak to musi śmierdzieć? ? Marta nie mogła sobie wyobrazić, ale słuchała coraz bardziej zaciekawiona. ? A ten drugi siedzi przy biurku, wyobraź sobie, w garniturze, sztywny jakby kij połknął, też oczywiście kopci papierocha, i wpatruje się w leżącą na stole pigwę.

– Pigwę? Jak to pigwę?

– No, taki owoc.

– Ale skąd wiesz, że to była pigwa?

– No czekaj, zaraz ci opowiem do końca. Leciało akurat jakieś walenie w tam-tamy i takie cienkie piski, chyba po japońsku, więc mówię do nich, koledzy, ściszcie trochę to radio. Na co ten zrywa się od stołu z tym owocem i mówi do mnie: ?Masz, to jest pigwa, możesz sobie usmażyć pyszny dżemik?. I co, nie zabiłabyś takiego?

– A wziąłeś sobie tę pigwę?

– Chyba zwariowałaś. Skląłem ich i wyszedłem. Nie ma na nich rady, już nawet petycję pisaliśmy do administracji, żeby ich wyrzucili z akademika, ale sąsiadki z przeciwka nie chciały podpisać, że to niby tacy mili chłopcy, mówią, też chyba jakieś nienormalne.

Marta wybuchnęła śmiechem.

– Wiesz, nalej mi tego koniaku ? powiedziała. ? Jak sobie trochę wypiję, to pójdę tam do nich i spróbuję pogadać. Może rzeczywiście są mili.

– Chcesz, to ryzykuj ? stwierdził Marek, odkręcając koniak.

Marta zastukała. Najpierw delikatnie, potem mocniej. I jeszcze mocniej. Za drzwiami, noszącymi jakby ślady niedawnego włamania, usłyszała jakieś szmery, ale muzyka była głośniejsza. Wreszcie zazgrzytał klucz w zamku, drzwi uchyliły się i w szparze pokazała się usiana krostami twarz z włosem zmierzwionym, wzrokiem błędnym i nie golonym od miesiąca rzadkim zarostem.

– Jak szukasz Agaty, to piętro niżej ? powiedział ten ktoś groźnie.

Z pokoju buchnęła dziwna woń, która z czymś się Marcie skojarzyła, z czymś jakby przyjemnym. Łódź? Mieszkanie na poddaszu?

– Nie, ja tylko tu, z pokoju obok ? szepnęła wystraszona Marta. Cała przygotowana przemowa pomieszała jej się w głowie.

– Aaa, sąsiadka. To wejdź, proszę ? drzwi otwarły się na całą szerokość i Marta weszła. Przez gęstą zasłonę dymną dostrzegła około dziesięciu osób siedzących na tapczanach i na podłodze, palących papierosy i podających sobie smolistoczarną lufkę. Wszędzie walały się puste butelki, słoiki z zaschniętym dżemem, pudełka po papierosach i stare skarpety, a od okna do drzwi przeciągnięty był sznur, na którym wisiały smętnie dwie pary majtek, najwyraźniej świeżo wyprane.

– Siadaj, może chcesz zapalić?

– Ja tylko, przepraszam, przyszłam tu do waszego sąsiada i chcieliśmy porozmawiać, ale w ogóle się nie słyszymy przez tę waszą muzykę. Wiesz, to nawet całkiem interesujące, tylko gdybyście mogli trochę ciszej słuchać…

– To Michiko Hirayama ? stwierdził długowłosy ? ale rozumiem, muzyka włoska nie wszystkim odpowiada ? zaśmiał się sam do siebie.

– Może sama sobie coś wybierzesz. Lubisz Primusa?

Marta dopiero teraz dostrzegła górującą nad całym pokojem czarną wieżę stereo, dołączone do niej dwa ogromne głośniki oraz piętrzące się na półce stosy kaset i kompaktów.

– Wiesz, nie bardzo się znam na muzyce, może macie Waitsa?

– Waits? Może być Waits.

– Tylko nie Waits!!! ? podniosły się z podłogi głosy protestu.

– Spokój ? gospodarz przywołał towarzystwo do porządku.

– Puszczę wam „Bone Machine”, to jego ostatnia płyta, nawet nie najgorsza.

– Mówiłem ci, że są nieźle odleciani ? Marek mówił to już z rozbawieniem, napełniając kieliszki. ? No to za sąsiadów!

– Ale odniosłam sukces ? stwierdziła Marta, nieco mimo wszystko roztrzęsiona. Po powrocie od sąsiadów pokój Marka wydał się jej oazą spokoju i porządku.

– Puścili dla mnie Waitsa.

– To ma by Waits? ? Marek był nieco zdziwiony, nie słyszał bowiem nigdy ?Bone Machine?.

– Najnowsza płyta, przełomowa w jego karierze ? Marta pochwaliła się nabytymi przed momentem wiadomościami.

– Ty nie bądź taka mądra, bo cię tam do nich wyślę po korkociąg.

– A żebyś wiedział, wolę ich od tego twojego towarzystwa z imienin. Przynajmniej nie zgrywają się na kogoś, kim nie są.

– No widzisz, i tu się różnimy. Ja lubię ludzi dobrze wychowanych, którzy respektują ogólnie przyjęte zasady, potrafią się ubrać stosownie do okoliczności i w ogóle. Jestem tradycjonalistą. Na imieninach ma być miło i kulturalnie, a kiedy piję koniak z kolegami, mogę sobie pozwolić na żart, którego nie opowiedziałbym przy damach, a z tobą…

– No dobra, już tak się nie zaperzaj. Ze mną możesz się nawet wybrać do znajomych, którzy palą trawę, bo jestem równa dziewczyna i wiesz, że nie nakabluję rodzicom. I tak dalej, wszystko w swoim czasie i miejscu. Myślę, że właśnie nadszedł czas, aby to wino z lodówki znalazło się na stole.

Korkociąg rzeczywiście gdzieś Markowi zginął, więc wcisnęli korek do środka trzonkiem noża, wino było ohydne, więc zagryzali je zgniłym serkiem i plasterkami kiełbasy, zrobiło się naprawdę miło, tak pomyślała Marta, a i Marek pomyślał, mogąc wreszcie pochwalić się swoimi sukcesami na studiach (?jak tak dalej pójdzie, to za dwa lata będę już magistrem?), swoją wspaniałą siostrą, która opiekuje się niepełnosprawnym przyjacielem, dzięki któremu mógł trochę podszlifować swój angielski, i nawet wspaniałą Joanną, która się latem opiekuje opóźnionymi w rozwoju dziećmi.

– Daj spokój ? przerwała mu Marta. ? Wiesz przecież, że nienawidzę tej twojej Joanny. – Twarz Marka zastygła gdzieś pomiędzy gniewem i niedowierzaniem.

– Jak to nienawidzisz ? wysyczał ? nic mi o tym nie wiadomo. Wczoraj, o ile pamiętam, było wszystko w porządku.

– Bo wczoraj byłam zbyt dobrze wychowana, żeby ci o tym powiedzieć. A dzisiaj jestem pijana, więc ci powiem. Ta twoja Joanna to taka typowa ? Marcie przypomniało się wreszcie odpowiednie słowo ? taka typowa cipencja.

Nie zdążyła nawet zauważyć, co tym razem wyrażała twarz Marka, bo w ułamku sekundy dostała po twarzy tak, że głową rąbnęła o ścianę. Poczuła, jak oddziela się od swojego ciała. Marek dopiero po chwili zrozumiał, co się stało.

– Przepraszam, Kwiatuszku ? wyszeptał, tuląc ją do siebie, bezwolną jak manekin. ? Też się trochę upiłem, przepraszam, ale nie mów przy mnie więcej takich rzeczy.

– To ja przepraszam. Powinnam już pójść do domu, ale muszę się chyba trochę zdrzemnąć, w tym stanie sama bym nie doszła.

– Mogę cię odprowadzić.

– Nie chcę. Mogę się tu położyć?

Obudził ją potworny ból głowy, połączony z czymś dziwnie przyjemnym. Coś mi się śniło? ? pomyślała. Gdzie ja jestem? Na wpół obudzona zauważyła, że spodnie i majtki ma opuszczone do kolan, a ktoś (aha, Marek) usiłuje rozsznurować jej glany.

– Marek, zwariowałeś?, zostaw.

– Nie zwariowałem. Kocham cię, okropnie cię kocham ? i wpełza na nią, przyciska całym ciałem do tapczana. On też nie ma na sobie spodni ani majtek, flakowate narządy ślizgają się po jej udzie.

– Daj spokój, też cię kocham, ale teraz okropnie chce mi się rzygać, wybrałeś zły moment.

– Możesz zwymiotować do umywalki.

– Nie chcę. Muszę do toalety. Puszczaj. ? Wyrwała mu się jakoś, zapięła spodnie, wybiegła na korytarz, gdzie dopadł ją spazmatyczny płacz, a jednocześnie cała treść żołądka podeszła do gardła. Na szczęście nieopodal stał kubeł na śmieci, więc Marta pośpiesznie z niego skorzystała. Potem poszła do toalety, umyła się, wypłukała w ustach. Co teraz? U Marka został jej plecak, trzeba będzie po niego wrócić. Poczekam chwilę ? pomyślała ? może zaśnie. Gorzej z powrotem do domu, o tej porze gotowi rozpętać piekło, już lepiej wrócić rano, jak mama wyjdzie do pracy. Z ojcem jakoś sobie poradzę. Wracając korytarzem usłyszała dobiegający z pokoju sąsiadów cichutki jazzik. Nie śpią jeszcze… No więc…

Zaświtała jej w głowie możliwość ratunku. Podeszła do drzwi i cichutko zapukała. ? Wejść ? dobiegło ją od wewnątrz. Weszła. Długowłosy siedział bez ruchu na tapczanie, wpatrzony w stojącą przed nim na jakimś stołku maszynę do pisania.

– Na trawie nie mogę pisać, a na trzeźwo mi się nie chce ? powiedział jakby do siebie, po czym spojrzał na Martę i wybuchnął radosnym rżeniem:

– Coś ci się stało w oko, jaki oryginalny makijaż! ? Marta coś sobie jakby przypomniała, dotknęła policzka pod okiem, zabolało.

– Przepraszam, usłyszałam, że nie śpicie ? rozejrzała się po pokoju, całe towarzystwo gdzieś znikło ? że nie śpisz, więc pomyślałam… Mogę tu trochę posiedzieć?

– Pewnie przyszłaś posłuchać Waitsa? Puść sobie, jak chcesz.

– Nie, to nawet całkiem fajne.

– Ibrahim Abdullah ? powiedział długowłosy z dumą, wystukał parę liter na maszynie, po czym znów skierował wzrok na Martę.

– Co, sąsiad cię zgwałcił? ? i znowu prychnął śmiechem.

– Nie zdążył ? odparła Marta, już trochę pewniejsza siebie.

– Tym gorzej dla niego ? podsumował rzecz jej rozmówca. ? Może chcesz się przespać? Adam od jakiegoś czasu nie wraca na noc, gdzieś się włóczy, ale ostatnio ? dodał z diabolicznym uśmieszkiem ? założył sobie świeżą pościel.

– Dzięki, mogę się przespać tak, na tapczanie. Ale nie wiem, czy jestem śpiąca.

– Chcesz porozmawiać ? stwierdził. ? No dobra, zostało jeszcze trochę trawy, możemy porozmawiać. Zaczął grzebać w leżących dookoła niego papierach, znalazł wreszcie lufkę i pudełko po filmie małoobrazkowym, przesiadł się koło Marty. Poczuła zapach przepoconego swetra pomieszany z jakąś wyjątkowo egzotyczną wodą kolońską. Było jej wszystko jedno.

– Zapalisz? ? spytał i, gdy się już zaciągała (było jej wszystko jedno): ? To twój chłopak? Pierwszy raz cię tu widzę.

– Nie chłopak, tylko kuzyn. Ale miałam z nim romans ? powiedziała na jednym oddechu, wydmuchując dym.

Długowłosego aż skręciło ze śmiechu.

– Kazirodztwo za ścianą!, to ci dopiero historia. Od samego początku myślałem, że oni tam coś knują, tak tam zawsze cicho u nich ? spojrzał na Martę tajemniczo. ? Może to jacyś sekciarze? ? Marta dosyć już miała tych żarcików, ale też dzięki nim jakoś tak z zewnątrz spojrzała na Marka. Wydał jej się postacią nieomal burleskową, jak z wenezuelskiego serialu o kochającym się rodzeństwie. Albo z powieści Kingi Dunin. Jak mogła traktować go poważnie? Niestety, ona sama występowała razem z nim w tym samym wodewilu.

– Słuchaj, mam do ciebie taką prośbę. Nie poszedłbyś do niego po mój plecak? On tobie nic nie zrobi, a ja się boję.

– Boisz się. Zostawiłaś u niego plecak. No dobra, pójdę, tylko zapalę papierosa. A nie zgwałci mnie? ? i znów wybuchnął tym swoim nudnym śmiechem.

– Tam zamknięte. Albo śpi, albo poszedł cię szukać. Odbierzesz sobie rano. A teraz, jak nie jesteś śpiąca, to możemy się wybrać do jednych moich znajomych. Chyba nie śpią jeszcze o tej porze ? długowłosy zaczął się zbierać do wyjścia. Marta spojrzała na zegarek. Wpół do piątej. To chyba jakiś zły sen ? pomyślała, po czym przypomniała sobie, że jest koniec stycznia.

– Musisz pożyczyć mi jakąś kurtkę ? powiedziała ? bo moja została razem z plecakiem.

Marta obudziła się w domu, we własnym łóżku. Jakoś nie mogła sobie przypomnieć, jak tu trafiła. Pamiętała tylko długotrwałe dobijanie się do jakiejś bramy, włóczenie się po jakichś zakazanych knajpach i trawę, kilogramy trawy. Porozdzierany gdzie się tylko da płaszcz długowłosego leżał na krześle, cuchnąc i dyndając smętnie jedynym ocalałym guzikiem. To jakiś cud, że jeszcze żyję ? pomyślała wzruszona tym widokiem Marta i poszła do łazienki. Siniak pod okiem zrobił się fioletowy, ale jakoś nie potrafiła się tym przejąć. Wzięła prysznic, nucąc pod nosem ?I Don`t Wanna Grow Up? (piosenka o wannie, pomyślała sobie, w sam raz ? i roześmiała się sama do siebie, co też ją rozśmieszyło, i tak bez końca). Świeżutka jak skowroneczek przeszła do kuchni, gdzie już czekał Jacek z przygotowaną przemową.

– Co robiłaś przez całą noc? Co ci się stało w oko?

To taki oryginalny makijaż, chciała odpowiedzieć, ale się w porę powstrzymała i tylko po raz kolejny buchnęła perlistym śmiechem.

? Przepraszam, tato, głupia sprawa, napadli na mnie w autobusie. Ukradli mi kurtkę i plecak.

? I tak cię to śmieszy? Ty chyba jesteś nienormalna. Dlaczego nie zadzwoniłaś? Wiesz, co myśmy tu przeżyli?

? Pół nocy przesiedziałam na posterunku, nie miałam głowy. Zresztą chyba ciągle jestem w szoku, wszystko mnie śmieszy.

? A jakiś lekarz cię widział? Przecież z tym okiem musisz chyba iść do lekarza?

? Przesadzasz, jak zwykle. To tylko mały miejscowy krwotok. Zresztą nie dałam się zbić. Jeden chłopak mnie obronił ? powiedziała z dumą, śmiejąc się tym razem sama do siebie, w duchu. A może tylko uśmiechając?

Cholera ? pomyślała ? znów nie wiem, jak on ma na imię. ? No i co z tego, co to ma do rzeczy? ? To, że będę musiała teraz jechać do akademika oddać mu płaszcz, bo mi pożyczył swój, żebym nie zmarzła.

? No proszę proszę, jakiś wyjątkowo szlachetny młodzieniec, z takimi pozwalam ci się kolegować. Tylko zjedz najpierw śniadanie.

Nie pojechała, rzecz jasna, do akademika (długowłosy nałożył na nią zakaz odwiedzin przed piętnastą), tylko prosto do Est.

– O rety! ? wykrzyknęła Stasia, ledwo tylko Marta zdjęła swe ciemne okulary. ? Skąd masz taką śliwę? Ktoś cię zgwałcił?

? Gorzej ? odparła rozchichotana Marta. ? Zakochałam się. ? Nigdy bym nie pomyślała, że to się w ten sposób objawia.

? A łzy tęsknoty? Nie widziałam go już od jakichś pięciu godzin. ? Est sprawdziła coś na zegarku, po czym zrobiła wielkie oczy.

? A więc spędziliście ze sobą noc? Naprawdę? Opowiadaj!

? Spędziliśmy, ale nie tak, jak sobie wyobrażasz. On mnie na razie wypróbowuje życiowo. Wczoraj robiłam testy na wytrzymałość, a dziś po południu będę musiała zrobić im sałatkę.

? Jak to im? Poderwałaś jednostkę wojskową? A może klasztor męski?

? Odwal się, oni są pisarzami, mieszkają razem w akademiku.

? I nie chce się im gotować. Jacyś cholerni mizogini z odchyleniem w stronę patriarchatu.

? A ty jesteś lesbijka z kompleksem małej łechtaczki. Ale mogę cię pocieszyć, jeden z nich to homoseksualista.

? Ten twój?

? No, chyba nie… choć prawdę mówiąc jest jakiś dziwny, przez całą noc nawet mnie nie dotknął.

? To kto cię w takim razie dotknął w to oko?

? Nieważne. Było, minęło. ? No, a już myślałam, jak tu wydobyć dla ciebie przepis na najsmakowitszą sałatkę sycylijsko-wietnamsko-chilijską autorstwa mojej mamy. Albo mi tu zaraz wszystko wyśpiewasz, albo nici z sałatki.

? Już dobrze, tylko się nie śmiej. Marek chciał mnie zgwałcić.

? No przepraszam, chyba będę musiała wyjść do toalety. Zatkało mnie. Jestem pod wrażeniem.

? Żarciki żarcikami, ale nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to przykre przeżycie. Można się nabawić trwałego wstrętu do facetów.

? Mów, mów mi tak dalej, droga przyjaciółko, to miód na moje zbolałe serce. Przyznasz, że najpiękniejsze, najbardziej podniecające na świecie jest ciało młodej niewiasty?

? Ale z ciebie szuja, Est, nie myślałam. Za chwilę naprawdę się rozzłoszczę. Czy ty w ogóle wiesz, co to jest facet?

? Wiem: mój ojciec, mój brat, mój drugi brat, dziecko brata. Wszyscy do luftu. ? Nawet Artur? ? Na stronie 11 rozdziału czwartego zapomniałam zauważyć, że to patriarchalny mizogin w stanie czystym.

? Wiesz, mam wrażenie, że jesteśmy już w rozdziale ósmym.

? Naprawdę? A ja myślałam, że to końcówka siódmego.

? Chyba coś nam się popieprzyło, wyciągaj te świeczki, bo możemy nie zdążyć.

Adam Wiedemann „Opowiadania”
Wydawnictwo: Rita Baum
Oprawa: miękka
Liczba stron: 228

Pod skromnym z pozoru tytułem ?Odpowiadania? kryje się bogaty repertuar kuriozów literackich. Autor relacjonuje nam tragiczną historię miłosną wieży hi-fi i czajnika elektrycznego, skomplikowane losy swoich neurotycznych koleżanek , pełne ekscesów noce spędzone w rozmaitych hotelach i hotelikach na całym świecie oraz przede wszystkim niekończące się imprezy literackie, podczas których stopniowo odkrywa swój homoseksualizm. Książka obfituje w liczne rozrywki, artystyczne kolaboracje i persyflaże. Wiedemann, poza samym sobą, umieszcza w swojej twórczości legendarne postaci życia literackiego, kota Irinę, pisarza Jarosława Klajnberga, feministkę Kingę Dunin, emigranta… (więcej o książce)

Tematy: , , ,

Kategoria: opowiadania