banner ad

Znasz „Katharsis” Macieja Siembiedy? Więcej o losach greckich uchodźców w Polsce przeczytasz w reportażu „Nowe życie” Dionisiosa Sturisa. Fragment książki

6 lipca 2022

W swojej powieści „Katharsis” Maciej Siembieda opisał losy greckich imigrantów napływających do Polski na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Czytelnikom, którzy chcieliby zgłębić temat i dowiedzieć się więcej o tym, jak Polacy przyjęli po wojnie uchodźców, polecamy reportaż „Nowe życie” Dionisiosa Sturisa. Książkę wznowiło właśnie w uaktualnionej wersji Wydawnictwo Poznańskie. Poniżej przeczytacie sam początek.

Wstęp

Koniec podróży. Pociąg staje na stacji w Lądku-Zdroju, przy imponującym, poniemieckim budynku dworca z czerwonej cegły. Jest ciepłe popołudnie późnym latem 1948 roku. Rozsuwają się drzwi bydlęcych wagonów. Z wnętrza bucha kwaśny odór. Znana mieszanka: rzygowiny i mocz. Dorośli by nie wytrzymali zamknięcia przez kilka dni i nocy, a co dopiero dzieci. Zwłaszcza dzieci wojny: w łachmanach, wygłodniałe, kaszlące, ze strupami na głowach, ze skołtunionymi włosami, ropiejącymi oczami, spocone, brudne, coraz bardziej przestraszone, często niepamiętające własnego nazwiska, oznakowane za to numerem porządkowym na plakietce dyndającej u szyi. Najmłodsze mają trzy lata, najstarsze – lat czternaście. Jedne mówią i myślą po grecku, inne po macedońsku. Przyjechało ich ponad tysiąc pod opieką zaledwie kilkudziesięciu dorosłych.

Dzieci nie wiedzą, gdzie się znajdują, co to za kraj ta cała Polonia i jak daleko została ich ojczyzna Ellada. Wiedzą chyba tylko tyle, że wywieziono je daleko od wojny. Za chwilę zaczną wysiadać z pociągu i po raz pierwszy postawią bose stopy na polskiej ziemi – to będzie umowny, symboliczny początek grecko-polskiej odysei, która według planu miała potrwać najwyżej kilka miesięcy.

Tego właśnie spodziewają się przyjezdne dzieci: że rozłąka z rodzicami wkrótce się skończy i że wrócą do domów, gdy tylko opadnie wojenny kurz. Poza obiecaną wcześniej wyżerką to ich jedyny powód do radości.

Nikt jeszcze nie wie, dosłownie nikt, że będzie inaczej, że historia, która właśnie się rozpoczyna, stanie się udziałem ponad 14 tysięcy osób (bo do dzieci po skończonej wojnie domowej dołączą dorośli) i będzie się toczyła przez kolejne dekady i pokolenia, trwale znacząc życie uchodźców tęsknotą i wyobcowaniem, ale często także radością, spokojem ducha, niekiedy nawet szczęściem.

Większość przybyszów z Grecji nie opuści Polski przez co najmniej ćwierć wieku. Niektórzy umrą na polskiej ziemi, zanim otrzymają zgodę na powrót do ojczyzny. Niektórzy mieszkają w Polsce do dziś. Ich dzieci i wnuki, których żyłami płynie wymieszana polsko-grecka krew, to być może twoi, Czytelniku, Czytelniczko, sąsiedzi, koledzy ze szkoły, koleżanki z pracy.

Z drewnianych wagonów wyskakują pierwsi mali śmiałkowie. Wzniecają kurz, lądując na wysuszonej słońcem ziemi. Ktoś się potyka, upada i płacze. Nic poważnego, tylko otarte kolano.

Cisza zamienia się w harmider i chaos, bo zderzają się ze sobą różne okrzyki, słowa pozdrowień i zapytania wyrzucane w powietrze w trzech różnych językach: greckim, macedońskim i polskim.

Kostek Christu, numer 1123, wychudzony dziesięciolatek z rozbieganymi oczami, wysiada z pociągu jako jeden z ostatnich i natychmiast rzuca się biegiem do najbliższego budynku. W zatłoczonej dworcowej poczekalni grupa skołowanych dorosłych próbuje zapanować nad „kontyngentem” małych uchodźców. Mimo hałasu i zamętu chłopiec pod dachem czuje się nieco bezpieczniej. Uznał, że niedźwiedzie ludojady, którymi straszono go podczas podróży, wolą otwarte przestrzenie. Rozumował, że nim, chudzielcem, polskie bestie by się nie najadły, ale i tak się bał. Dla pewności próbuje dopytać, ciągnie za rękaw obcą panią w pielęgniarskim stroju i obcego pana. Ci patrzą na niego ze zdziwieniem, słuchają, coś tam nawet odpowiadają, ale kto by wiedział co.

Witamy w Polsce pierwszych uchodźców z walczącej Grecji! Witamy was chlebem i dobrym słowem. Jak trzeba, po ludzku. Ofiarujemy wam dach nad głową, wygodne łóżko, mydło, czyste ubranie, lekarstwa. Dzielimy się tym, co mamy, choć sami mamy niewiele.

Wiemy, co to wojna, pamiętamy aż za dobrze…

Księga Chojnowa

Od tamtych zdarzeń mija ponad sześćdziesiąt lat. Na Dolnym Śląsku znów trwa suche, upalne lato. Niebo nad Chojnowem jest niebieskie jak na pocztówce z Cyklad. W małym mieście położonym 150 kilometrów na północny zachód od Lądka-Zdroju, akurat rozpoczynają się Dni Chojnowa, coroczne kilkudniowe święto, jedyne takie w całej okolicy. W programie jak zawsze liczne atrakcje: smażona kiełbasa i tanie piwo, koncerty, konkursy plastyczne i taneczne, turnieje brydża, ping-ponga, tenisa, warsztaty tkac­kie i garncarskie, straganowa sprzedaż rękodzieła i ekologicznej żywności – serów, miodów i nalewek. W zabawie mieszają się młodość i starość, bieda i bogactwo, miastowi i ludzie z pobliskich wiosek. Do starzejącego się i pustoszejącego Chojnowa powraca w tym czasie gwar i energia, a tego roku, wyjątkowo, także lokalna historia w osobach gości specjalnych, dawnych mieszkańców, niby obcych, a swoich – „chojnowskich Greków”.

Impreza odbywa się w tak zwanym Małym Parku, nad płytką rzeką Skorą, a nie jak zwykle na Rynku, który teraz cały jest rozkopany, pozagradzany i wyłączony z ruchu. Przechodzi kosztowną rewitalizację; złośliwcy mówią: upustynnienie. Ludzie wściekają się, że unijne miliony są marnotrawione na niewygodną kostkę brukową, która zastąpi zerwany asfalt, oraz na likwidację miejskiej zieleni. Stare, pachnące drzewa i krzewy pójdą pod siekierę, a zamiast nich pojawią się klomby z doniczkowych bratków i rachityczne, skarlałe odmiany akacji o pniach jak noga kurczaka i kulistych koronach, nigdy niekwitnące.

Z powodu remontu organizatorzy Dni Chojnowa zrezygnowali z popularnych zawodów biegowych, których trasa tradycyjnie prowadzi przez Rynek. Gdy byłem w pierwszej klasie chojnowskiego liceum, wziąłem udział w wyścigu na dystansie półtora kilometra. Wystartowałem bardzo szybko, prawie sprintem. Prowadziłem z widoczną przewagą przez dłuższą część dystansu, niesiony biegowym niedoświadczeniem, oklaskami i wiwatami tłumu: „Dio-nis! Dio-nis!”.

(Jedynie w Chojnowie nikt nigdy mnie o moje greckie, nieco tylko spolszczone imię nie pytał. Ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w liceum. Nikt nie stękał, wyczytując je z listy, nie przekręcał go, nie dociekał, dlaczego takie dziwne i czy prawdziwe. Także nazwisko nikogo nie dziwiło. Jakbym był Dionizy Sturisowski, a nie Dionis Sturis. W małym mieście ludzie się znają, wiedzą, jakich mają sąsiadów. Zdążyli do nich przywyknąć, do ich nieco ciemniejszej karnacji i pokręconych nazwisk. Inaczej było i jest poza Chojnowem, wszędzie tam, dokąd uchodźcy z Grecji nie dotarli bądź też stanowili nieliczną grupę wśród polskiej większości, a ich historia pozostała nieznana lub zapomniana. Ludzie stękają tam i przekręcają moje imię na różne sposoby, proszą, bym je przeliterował, zjadają samogłoskę „i” albo dodają ją tam, gdzie jej być nie powinno. I dziwią się na potęgę).

– Dio-nis, dawaj, Dio-nis! – To koledzy i koleżanki ze szkoły, a także sąsiedzi i rodzina, którzy przyszli pooglądać zawody. Nikt z nich raczej nie oczekiwał, że będę się w nich liczył – nie z moją ówczesną nadwagą, brzuchem źle skrywanym pod bawełnianą koszulką, z tłuściutkimi udziskami. Gdy do mety zostało mi 400 metrów, „spuchłem” – z trudem łapałem powietrze, a moje nogi stały się ciężkie jak stalowe słupy. Musiałem zwolnić do truchtu i pozwolić, by wyprzedzili mnie nie tylko faworyci, którzy wykazali się spokojem, lepszą formą i skuteczniejszą taktyką, mimo że początkowo oglądali moje plecy, ale także dużo słabsi zawodnicy. Z trudem tylko ukończyłem wyścig na jednej z dalszych pozycji.

Od mojej bolesnej sportowej porażki minęło dużo czasu. Zdążyłem wyjechać z Chojnowa, skończyć studia, rozpocząć pracę w radiu, zgubić nadwagę i porządnie się wytrenować.

Wracałem na kilka dni. Jechałem z Warszawy na Dni Chojnowa, by nagrać reportaż. (Liczyłem też, że przy okazji wezmę porządny biegowy rewanż. Szkoda, że do niego nie doszło). Moje szefowe w radiu uznały, że grecki temat jest niszowy, a przez to na swój sposób ciekawy, bo mało kto w Polsce zna historię greckich uchodźców. Poza tym trwał letni sezon ogórkowy, gdy często brakuje tematów na antenę.

Nie zamierzałem się przyznawać, że ja także słabo znam historię moich greckich przodków. Wiedziałem o nich zawstydzająco mało. Tylko tyle, ile kilka lat wcześniej usłyszałem od ciotki Kiriaki, siwej staruszki, która w 1948 roku jako mała dziewczynka wysiadła z jednego z bydlęcych wagonów. Nadarzała się okazja, by popytać o dawne dzieje.

Goście specjalni Dni Chojnowa, jak mi mówili, sami wyszli z inicjatywą. Chcieli o sobie przypomnieć, bo czuli, że pamięć o nich ginie. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku większość z nich opuściła miasto na dobre i wróciła do Grecji. Nie zostawili po sobie niemal żadnych materialnych śladów. Tylko starsi mieszkańcy zachowali ich we wspomnieniach, ale starszych z każdym dniem ubywa. U młodych „chojnowscy Grecy” nie budzą już żadnych skojarzeń. Zero.

Zupełnie jak „chojnowscy Niemcy” – pomyślałem. Oni też zniknęli ze zbiorowej świadomości, a wraz z nimi ich kilkusetletnia przeszłość. Zostały po nich omszałe groby na miejskim cmentarzu i wyblakłe napisy gotycką czcionką na ścianach starych kamienic, odsłaniane przez ulewne deszcze. Potomkowie chojnowskich auto­chtonów od czasu do czasu odwiedzają miasto swych rodziców i dziadków, przyjeżdżają z Zachodu nowoczesnymi autokarami. Uczniowie ogólniaka pod okiem germanistki przygotowują dla nich występy artystyczne, ale już licealny historyk słowem się nie zająknie o niemieckiej przeszłości miasta Haynau i w ogóle Ziem Odzyskanych. Nie powie na przykład o tym, że w Haynau urodził się kanclerz Rzeszy i premier Prus Georg Michaelis, że z Haynau pochodziło kilku wybitnych niemieckich uczonych, że w mieście działała bożnica, którą po „nocy długich noży” przerobiono na salę gimnastyczną. Ani słowa. Nul.

Po grecku „zero” to miden, z akcentem na e. Właśnie tyle czasu ten sam szkolny historyk poświęca na opowieść o dawnych uchodźcach, Grekach i Macedończykach, których wygoniła z ojczyzny brutalna wojna domowa (daję słowo, bo chodziłem na jego lekcje). Może nikt mu nie powiedział, że w samym tylko Chojnowie mieszkało ich ponad dwustu? Razem z Polakami, dom w dom. Może o nich nie słyszał? Może nie wie, że nic złego z tego współżycia nie wynikło. Wręcz przeciwnie – samo dobro. Może nie zastanawiał się, skąd u niektórych jego uczniów – uchodźczych dzieci i wnuków – greckie nazwiska. A może o wszystkim wie, tylko uznaje za niewarte opowiedzenia? Może przeszkadza mu, że wśród uchodźców znajdowali się ideowi komuniści? Jakby ideologia była w tej historii najważniejsza! Nie była. Nie jest. Ważniejsza była solidarność.

Grecy postanowili więc, że sami o sobie przypomną. Komitet organizacyjny powstał w Salonikach. Panowie Tselis i Pliatsikas, dawni chojnowianie, oraz (telefonicznie) pan Kalagasidis z Chojnowa, a także kilka innych osób, dobre pół roku spotykali się w salonickich kawiarniach i obmyślali program. Dyskutowali, spierali się, wysyłali e-maile do chojnowskich władz, jak się okazało – bardzo przychylnych. Wspólnie uradzono, że najlepszą okazją do takiego przypomnienia będą Dni Chojnowa. Dniem greckim ustanowiono niedzielę. Na początek zaplanowano mszę w kościele (nieważne, że Grecy w większości byli ateistami – ksiądz prałat się uparł), później uroczyste odsłonięcie pamiątkowej tablicy na ścianie Urzędu Miasta (Grecy proponowali ścianę Domu Chemika, gdzie kiedyś działał ich klub, ale burmistrz uznał, że magistrat zapewnia większy prestiż), następnie otwarcie wystawy w chojnowskim muzeum – ze starymi zdjęciami miejscowych Greków i Macedończyków, a wieczorem koncert greckiej muzyki.

Zaprzyjaźnione panie bibliotekarki rozkładają ręce i przepraszają. Na moją prośbę przeszukały katalogi i magazyny, ale o „chojnowskich Grekach” nie znalazły nic oprócz krótkich artykulików w regionalnych czasopismach. Sprawdziły nawet zasoby większej biblioteki w sąsiedniej Legnicy – również bez powodzenia. Nie wiedzą, czym to tłumaczyć. Może brakiem zainteresowania czytelników? Odsyłają mnie jednak do starszej koleżanki po fachu, która uchodzi za skarbnicę wiedzy o mieście. Ręczą, że kto jak kto, ale Regina Więcław na pewno okaże się pomocna.

Emerytowana bibliotekarka przyjechała do Chojnowa zza Buga już w lipcu 1945 roku. Zamieszkała z rodziną w okolicy, która kilka lat później stała się małym greckim zagłębiem. Trudno uwierzyć, że pani Regina zbliża się do osiemdziesiątki – przeczy temu jej wygląd, zdecydowany głos i pamięć, w której zachowały się anegdoty, wrażenia i smaki. Starsza pani dobrze pamięta zadbane niemieckie domy, piękne, kwitnące ogrody, sady, w których tuż po wojnie nikt nie zrywał owoców – Niemcy, bo nie zdążyli, przyjezdni Polacy, bo się bali, że może zatrute, szabrownicy, bo woleli skupić się na innych zbiorach.

– Przyjazd Greków – mówi mi pani Regina – stał się dla Chojnowa prawdziwym wydarzeniem. Egzotyczni goście – ich nowe twarze, ciemniejsza karnacja, dziwny język, czarne ubrania, a u kobiet zawsze chusty na głowach – budziły ciekawość. Może również strach. Początkowo trzymali się od nas z daleka. Izolowali się. A my też raczej nie garnęliśmy się do ich poznawania. W moim rewirze zamieszkało kilkanaście greckich i macedońskich rodzin, wśród nich Zarkadasowie – nasi najbliżsi sąsiedzi. Pan Zarkadas nauczył mojego ojca, jak ma się obchodzić z winoroślą, która rosła przed domem. Tak zaczęła się między nami przyjaźń. Znam ich wszystkich bardzo dobrze, a ze Stefą, choć wyjechała do Salonik i tylko czasami przyjeżdża w odwiedziny, do dziś się przyjaźnimy. Dzięki nim poznałam kawę parzoną „po grecku” i fantastyczne dania z fasoli, bo Grecy w miarę możliwości starali się gotować po swojemu.

Egzotyka greckich gości bladła z każdym rokiem. Uchodźcze dzieci chodziły do polskich szkół, wypożyczały z biblioteki u pani Reginy polskie książki, ich rodzice, coraz lepiej mówiący po polsku, dostawali pracę w Dolzamecie, Papierni, Reniferze. Uprawiali działki we wspólnym ogródku obok chojnowskiego stawu. Razem z Polakami maszerowali w pierwszomajowych pochodach, razem pili wódkę na imieninach. Tak się działa integracja. Były jednak i problemy. Najstarsi uchodźcy, ci najbardziej konserwatywni, nie umieli zaakceptować mieszanych małżeństw – życzyli sobie, by ich dzieci wybierały partnerów z klucza narodowego. Ale nie zawsze mogli postawić na swoim. Z Polkami pożenili się chłopcy Pliatsikasów, Zarka­dasów, Kalagasidisów, Zdrozisów i wielu innych. Starszy z braci Sturisów, stryjek Joanis, również wziął za żonę Polkę – Wandę. Mój ojciec, Petros, ożenił się z Elefterią – Greczynką z Legnicy. Niedługo później rozwiódł się z nią i związał z moją polską mamą Zosią. Po drugim rozwodzie kolejny raz ożenił się z Polką.

Na placu przed Urzędem Miasta, obok Małego Parku, zgromadziło się kilkadziesiąt osób. Jest burmistrz i jego świta, spocony ksiądz z kropidłem, są panie bibliotekarki, mieszkańcy, dziennikarze z lokalnej telewizji i grupa Greków, którzy specjalnie na tę okoliczność przyjechali z daleka. Na ścianie budynku lśni nowiutka granitowa tablica. Z czterech głośników dobiega skoczna muzyka, egzotyczne disco greko, greckie rytmy w najgorszym wydaniu – milionowa wariacja na temat przeboju z filmu Grek Zorba, do którego na polskich weselach pijani goście tańczą zwykle kankana.

Próba mikrofonu. Raz, dwa, raz. Pierwszy przemawia dyrektor Miejskiego Domu Kultury, autor kilku książek o historii Chojnowa (bez specjalnych nawiązań do tutejszych Niemców czy Greków) Stanisław Horodecki.

– Lat blisko sześćdziesiąt mija od chwili, kiedy z dalekiej Grecji przybyła tutaj grupa osób. Do świata zupełnie innego, zupełnie sobie nieznanego – zaczyna dyrektor. – Ktoś kiedyś powiedział: z bliźnim to się możesz zabliźnić. I ci Grecy, którzy do nas dotarli, zabliźniali się, wrastali w chojnowską tkankę. Później rozpoczęła się ich podróż do Itaki, powrót do kraju rodzinnego. Ale przecież ciągle o nas pamiętają, nie zapominają o swojej drugiej ojczyźnie. O Chojnowie. Pięknie ich tu wszystkich witam. A żeby naszej uroczystości nadać szczególny charakter, proszę wszystkich o przyjęcie postawy zasadniczej, będziemy grać hymny obu narodów.

Podczas hymnów ludzie się nudzą, męczą się, stojąc na baczność, rozglądają się wokoło, rozmawiają. Milkną, gdy głos zabiera burmistrz, niepokonany od czterech kadencji Jan Serkies, z wykształcenia nauczyciel WF-u:

– Czcigodny księże prałacie, drodzy greccy przyjaciele, szanowni państwo. Uchodźcy z Grecji znaleźli się w Polsce w wyniku wojny domowej. Chojnów stał się domem dla ponad dwustu osób. Początkowo wyrwani ze znanej sobie codzienności, często rozdzieleni z rodziną, na nowej ziemi starali się układać życie z przekonaniem, że wrócą do ojczyzny. Mieli tu swoją grecką świetlicę, ich dzieci uczyły się greckiego, młodzież zakładała muzyczne zespoły. Społeczność grecka i chojnowska integrowały się, a zrodzone znajomości, przyjaźnie i związki przetrwały.

– Serio? – Słyszę, jak za moimi plecami dziwią się młodzi chojnowianie.

A burmistrz kończy słowami:

– Stoimy wspólnie przed pamiątkową tablicą, która utrwala wiedzę o tamtych wydarzeniach, o solidarności dwóch nacji.

Brawa!

W ruch idzie kamera lokalnej telewizji, pstrykają aparaty fotograficzne. Znów rozbrzmiewa tandetne disco greko. Burmistrz odsłania wmurowaną w ścianę magistratu granitową tablicę z inskrypcją: „Z wdzięczną pamięcią za znalezienie w Polsce nowego domu, a w gościnnym Chojnowie swej Małej Ojczyzny” i fragmentem wiersza Leopolda Staffa Odys. Ksiądz z kropidłem święci dzieło.

Brawa!

Ludzie powoli się rozchodzą – za dużo gadania, za dużo klaskania. Niektórzy kierują się do pobliskiego muzeum, by zobaczyć wystawę, inni idą na korty, gdzie trwa turniej tenisowy. Wrócą wieczorem na koncert w parku.

Goście z Grecji są bardziej przejęci. Po policzkach spływają im pojedyncze łzy, leciutko trzęsą się ramiona. Czują, że spłacają dług wdzięczności, choć nikt od nich wdzięczności nie wymaga, nikt się o nią nie upomina. Nie oni przecież ten dług zaciągali, zrobiono to w ich imieniu, gdy wojna domowa miała się ku końcowi. Greccy komuniści poprosili, polscy komuniści dali zgodę: „Dobrze, przyjmiemy waszych ludzi, ofiary walk z 'monarcho-faszyzmem’. Zaopiekujemy się nimi. Bo tak zwyczajnie trzeba. Niczego w zamian nie chcemy i nie oczekujemy”.

Najbardziej wzruszony jest chyba Christos Pliatsikas – najstarszy z gości specjalnych, dziadek mojego dobrego kolegi z liceum. Stara się ukryć, że popłakuje. Gdy zadzwoniłem do niego dzień wcześniej, od razu zgodził się na spotkanie. Przecież ja, Sturis, jestem jednym z nich – mówił mi przez telefon – to znaczy z nas. Przecież on znał mojego ojca, moją mamę, moich dziadków, wielka szkoda, że wszyscy czworo już umarli. Znał całą rodzinę Sturisów, i to dobrze, bo wszyscy „chojnowscy Grecy” znali się dobrze i trzymali razem.

– Taka jest życie… Taka jest życie – powtarza Pliatsikas, gdy siadamy przy kawie w małym chojnowskim bistro, które prowadzą jego córka i zięć (a mówi tak, bo po grecku „życie”, zoí, jest rodzaju żeńskiego). Miejsce nazywa się Milos i początkowo specjalizowało się w grec­kim jedzeniu na wynos. Szybko okazało się jednak, że chojnowianie od gyrosa wolą knyszę i hot dogi, pizzę czy frytki. Prawie wszystkie greckie potrawy wyleciały więc z karty.

Dawniej, gdy mieszkał w Chojnowie przy ulicy Wojska Polskiego 8, było nie do pomyślenia, by stary Grek robił błędy językowe. Uczniowie w technikum by się śmiali, on by się wściekał. Więc mówił polszczyzną poprawną, bez greckich naleciałości, bez dziwacznego akcentu. Wyuczoną niemal perfekt. Swobodnie i bez wysiłku.

Dziś, po tych z górą trzydziestu latach od powrotu do Grecji, polskie słowa grzęzną siwemu dziadkowi w gardle. Są wszystkie, nawet te trudne, i tylko czekają, by je wreszcie znów wypowiedział. Muszą przy tym walczyć o pierwszeństwo z greckimi odpowiednikami. W końcu wygrywają, choć wychodzą z tego starcia pokiereszowane, pomięte, wykrztuszone, niewłaściwie odmieniane.

„Taka jest życie…”, że tylko Pliatsikas i jego żona Kula mieszkają w Grecji. Jedyni z całej rodziny. Sami, samotni, tęskniący, w ładnym mieszkaniu w Salonikach. O wiele za dużym dla nich dwojga. Mają też dom z kamienia w górskiej wiosce. Chronią się w nim, gdy niemiłosierne słońce wygania ich latem z miasta. I syn, i córka zostali w Chojnowie. I wnuki, i prawnuki. Tu jest ich życie. Wszyscy oni powtarzają dziadkom: „Wracajcie do Polski. Nie siedźcie tam tacy sami. Na co wam ta Grecja?”.

Pliatsikas mówi i płacze. Jak niby mieliby wrócić?! Ile razy można wracać?! Już raz przecież wrócili. Do Grecji, z której wcześniej musieli uciekać. Teraz więc ich ewentualny przyjazd do Polski na stałe to nie byłby raczej powrót. Sami nie wiedzą, co by to było.
(…)

Dionisios Sturis „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Liczba stron: 384

Opis: Już kiedyś przyjmowaliśmy uciekających przed wojną… Po drugiej wojnie światowej w Polsce znalazła się liczna grupa greckich i macedońskich uchodźców, którzy uciekli z ojczyzny przed wojną domową. Docierali do Polski statkami, pociągami i w bydlęcych wagonach – dorośli i dzieci oraz ranni partyzanci. Wśród przybyszów byli też dziadkowie i ojciec Dionisiosa Sturisa, reportera, który sześćdziesiąt lat później podjął próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie o to, jak przyjęła ich komunistyczna Polska. Grecy szybko się w niej zadomowili, ich społeczności powstawały w wielu miastach, także w podkarpackim Krościenku, gdzie Grecy założyli swoją spółdzielnię rolniczą. Nazwali ją „Nowe Życie”. Potomkowie tamtych uchodźców żyją z nami do dziś. Jednak to wciąż nieznany epizod naszej powojennej historii. „Nowe życie” to czuła próba odtworzenia tamtej księgi ludzkich losów, teraz, pięć lat po pierwszym wydaniu, bogatsza o kolejne rozdziały i nowe historie, budujące nieoczekiwane połączenia między uchodźcami z końca lat czterdziestych a tymi, którzy pojawiają się u naszych granic dzisiaj, kiedy na świecie toczą się nowe wojny.


Tematy: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek