banner ad

Zarezerwuj nocleg w Hotelu Varsovie! „Bunt chimery” ? 2. tom sagi warszawskiej Sylwii Zientek już w sprzedaży. Przeczytaj fragment

18 kwietnia 2018


Jedna rodzina, kilka pokoleń i historie rozgrywające się na ulicach Warszawy w ciągu ponad trzech wieków. Nowy tom rodzinnej sagi warszawskich hotelarzy przeniesie czytelników w świat romansów, skrywanych skandali i niepohamowanych namiętności. Zarezerwujcie nocleg w Hotelu Varsovie. „Bunt Chimery” Sylwii Zientek jest już dostępny w księgarniach, a u nas przeczytacie fragment książki.

Kiedy Klemens Cukier przeczytał ostatni odcinek Lalki w „Kurierze Codziennym”, utwierdził się w przekonaniu, że Prus najwyraźniej czytał Schopenhauera i właśnie dlatego wybrał dla Wokulskiego zakończenie zgodne z nauką filozofa. Ani samobójstwo, ani korzystanie z życia nie są żadnym rozwiązaniem, jedynym wyjściem jest wycofanie się ze świata, pozbycie się doczesnych pragnień i trwanie na pozycji obserwatora. Przemierzając kloakę Warszawy w poszukiwaniu tematów do gazety ? te przeludnione, zapuszczone ulice i przypominające zaniedbane wsie przedmieścia ? myślał często o tym, że właściwie nie interesowało go nic, co było możliwe do pozyskania w tym mieście. Ale przecież musiał zdobyć temat! Było to konieczne, aby przetrwać w miejscu takim jak Warszawa, gdzie ukazywało się dziennie kilkanaście tytułów prasowych, a konkurencja wśród dziennikarzy była tak wielka, że gotowi byli do każdej podłości, każdego kłamstwa, byle tylko ich tekst został przyjęty do druku. (?)

Miał już wracać do domu ? małego mieszkanka w oficynie kamienicy przy Nowomiejskiej, zwłaszcza że zanosiło się na potężną burzę, ale kiedy wkroczył na ulicę Freta, pomyślał, że zajrzy jednak na moment do cyrkułu na Świętojerską i popyta. A nuż zdarzyło się dzisiaj coś wartego opisania? Zebrane tematy nie wydawały się wystarczająco ciekawe, potrzebował czegoś mocniejszego, tym bardziej że miał zamiar poprosić redaktora o chociaż kilka dni wolnego, aby popracować nad książką.

Kiedy wkroczył na ulicę Świętojerską, niebo zasnuły ciemne jak grafit chmury. Będąc już niemal u celu, zapragnął zjeść sobie wieczorem po kolacji owoc i sięgnął do wiklinowego koszyka starej, zasuszonej pomarańczarki, której pomarszczona, przypominająca pergamin skóra świeciła się od potu. Zostawił kobiecinie kilka monet i odszedł z pomarańczą w dłoni, rzucając w jej stronę:

? Idźcie lepiej do domu, zaraz rozpęta się burza!

Okryta ? mimo duchoty i upału ? wełnianą chustą staruszka otworzyła niemal zatopione w skórę twarzy usta i ukazując bezzębne dziąsła, odparła żałosnym tonem:

? Niech Bóg Przenajświętszy pana błogosławi! Pan łaskaw dla starej handlarki, weźmie pan więcej pomarańczów, soczyste, pachnące!

Ale Klemens tylko uśmiechnął się pod nosem i ruszył przed siebie, podrzucając pomarańczową kulę w dłoni. Po przejściu kilkudziesięciu kroków dotarł do siedziby cyrkułu, pchnął ciężkie, skrzypiące drzwi i nagle zdębiał, widząc kłębiący się tam tłum pstrokato ubranych kobiet, które pokrzykiwały, chlipały i wznosiły niebywały hałas. Stójkowy, którego znał, powiedział mu, że niedawno sprowadzili tu całą zgraję prostytutek, które biły się i piekliły na skraju Mostowej, w pobliżu zejścia ku Wiśle. Teraz kolejno każda z tych awanturnic ? o ile nie miała ważnej i uzupełnionej w zgodzie z przepisami książeczki ? brana była na badanie lekarskie, które miało potwierdzić wykonywaną profesję. Kilka ladacznic już wyło za kratkami aresztu, a zaraz zapewne dołączą do nich kolejne.

? To małpy pyskate, bezwstydnice przeklęte ? westchnął stójkowy i splunął na obsypaną słomą podłogę.

Klemens już miał wychodzić ? nie było sensu marnować tu czasu, skoro nie mógł napisać o tym, co widział (nieobyczajne tematy nie wchodziły w grę w jego dzienniku), już żegnał się ze stójkowym, którego poczęstował papierosem, gdy nagle zobaczył, jak z izby, gdzie najwyraźniej wykonywano badanie owym ujętym kobietom, wychodzi trzymana przez policjanta kobieta o rozpuszczonych, falujących włosach. Była to ta sama dziewczyna, którą rankiem widział szkicującą w recepcji hotelu Varsovie! To z nią wymienił uwagi na temat ostatniej części powieści Lalka. Jakim cudem osoba z zacnej, szanowanej familii znalazła się w gronie prostytutek?

Waleria (doskonale zapamiętał jej imię) wyglądała na przerażoną, jej włosy były w nieładzie, prostą suknię ze śliwkowego materiału ze skromną turniurą miała poplamioną i zabłoconą. Jej blade oblicze, sińce pod oczami i drżące usta świadczyły o ciężkich przeżyciach.

? Ale to przecież panna Żmijewska, córka właścicielki hotelu ? zawiadomił natychmiast stójkowego.

? Pan potwierdzasz tożsamość tej kobiety? ? zapytał policjant prowadzący pannę Walerię. ? Nie sposób uwierzyć, że to córka szanowanej kobiety. Tak twierdziła, ale mieliśmy poważne wątpliwości po przeprowadzeniu badania? ? dodał, po czym szepnął do ucha Klemensa: ? Nie jest dziewicą!

? Wypuśćcie ją natychmiast, to jakieś nieporozumienie! Mogę pisemnie zaświadczyć za tę panią! ? zawołał.

Usłyszane przed chwilą słowa policjanta rozpaliły jego wyobraźnię. Waleria popatrzyła na niego z nadzieją. Sprawiała wrażenie wystraszonej i trzęsła się, jakby złapał ją atak febry. Myśl, że ta pewna siebie panna o niebanalnej urodzie i zadziornym spojrzeniu, jakie przesyłała mu raptem przed kilkoma godzinami, ma już za sobą stosunek z mężczyzną, może nawet kilkoma, rozbudziła jego wyobraźnię. Może w tej chwili, a może już wtedy, kiedy zobaczył, jak z pasją rysuje hotelowych gości, zapragnął jej z wielką mocą. Wiedział jednak, że ten palący jego lędźwie ogień wkrótce przygaśnie, było tak bowiem zawsze i ze wszystkim, czego kiedykolwiek bardzo gwałtownie pożądał. Po prostu mu przechodziło i kolejny raz przekonywał się, że jedyną drogą życiową jest wyzbywanie się tych palących potrzeb, zaprzestanie marzeń, bo wszystko to, nawet jeśli ziści się w przyszłości, wcale nie będzie miało smaku i mocy, jakie antycypował w swojej wyobraźni.

? Za kratki wsadzić tę wywłokę! Chciała nam zabrać miejsce pracy! ? krzyknęła jedna z osadzonych w zakratowanej celi prostytutek, a inne zaczęły wykrzykiwać słowa poparcia dla jej wrzasków.

W tym tumulcie i tłoku stójkowy popchnął Walerię w stronę biurka, gdzie kazał jej podpisać jakiś dokument. Kobieta nie mogła utrzymać w trzęsącej się dłoni pióra.

„Co oni jej zrobili?” ? pomyślał Klemens, przypominając sobie, jak pełna energii i śmiałości była, gdy widział ją w hotelu. ? Może panienka już iść. I proszę więcej samotnie nie plątać się po takich okolicach! ? rzucił w stronę Walerii stójkowy i skierował swoją uwagę na kolejną kobietę, którą wyprowadzono z pomieszczenia, gdzie przechodziła badania na okoliczność świadczenia nierządu.

? Pani pozwoli, że odwiozę panią do domu czy hotelu? ? zaproponował Klemens, zbliżając się do stojącej wciąż na środku izby cyrkułu Walerii.

Nie zareagowała, więc lekko ujął jej ramiona i skierował w stronę wyjścia. Byli już w ponurej bramie budynku, gdy nagle Waleria krzyknęła:

? Zostawiłam moje przybory malarskie! Zabrali mi sztalugi i papier! Nie mogę tam wrócić, czy może pan odzyskać moje rzeczy? Poczekam tutaj na pana.

Kiedy Klemens wrócił do cyrkułu i po kilkunastu minutach wyszedł, trzymając złożone sztalugi i należące do Walerii rzeczy, stała u wylotu bramy, patrząc na strugi deszczu, które z impetem uderzały o kocie łby. Rozległ się grzmot i burza wreszcie rozszalała się nad miastem. Przechodnie w popłochu uciekali ulicą Freta przed ulewą.

? Daleko pan mieszka? Nie mogę w takim stanie wrócić do domu, matka postradałaby zmysły i nie dała mi żyć? ?
Waleria zwróciła się do Klemensa.

Wydawało się, że nieco się już otrząsnęła z przykrych przeżyć, jakich zaznała w cyrkule. Spojrzał na nią mocno zmieszany. Powiedział, że owszem, wynajmuje wspólnie z kimś tu niedaleko małe mieszkanie w oficynie. Zatrwożył się jednak, że stróż zobaczy, jak przyprowadza do domu potarganą, zaniedbaną kobietę, która nawet nie ma kapelusza? I co powiedziałby na to jego współlokator?

? Chyba nie jest pan takim filistrem, żeby odmówić, bo nie mam kapelusza i włosy mam potargane? ? Waleria, jakby czytając w jego myślach, spojrzała mu śmiało w oczy.

Zaczerwienił się i pokręcił głową.

? A więc chodźmy, nie ma na co czekać, burza szybko się nie uspokoi. Czy ma pan jakiś alkohol, nalewkę lub wino? Muszę się rozgrzać!

? Ale pani mnie nie zna? Nie obawia się pani plotek? Panna z dobrego domu, sama w mieszkaniu nieżonatego mężczyzny?

W odpowiedzi Waleria tylko prychnęła lekceważąco.

Spojrzała na niego z pogardą.

? Po tym wszystkim, co przeszłam, nie wierzę, że zrobi mi pan większą krzywdę? A zresztą kręcił się pan dzisiaj w hotelu, wypytywał pisarza meldunkowego, łatwo się domyślić, że pracuje pan dla gazety. Może to pan powinien bać się mnie? Jestem zdolna do wielu rzeczy, w końcu poszłam pomiędzy prostytutki, bo chciałam popatrzeć, jak sterczą na ulicy, czekając na klientów, i je naszkicować.

Klemens pomyślał, że dotąd nie spotkał młodej kobiety z dobrego domu o tak niepokornej naturze. Znowu poczuł, jak jego krocze reaguje lekkim poruszeniem i ogarnia go pożądanie. Od przeszło miesiąca nie miał kobiety. Gdyby jego współlokator, poeta i pozbawiony gotówki bon vivant Alfons Dzieduszycki, poznał Walerię, zadurzyłby się w niej od pierwszej chwili. Z tego też powodu Klemens nie za bardzo chciał sprowadzać pannę Żmijewską do swojego lokum.

? A wie pan, po przeczytaniu ostatniego odcinka Lalki wydaje mi się, że Wokulski jednak skończył ze sobą? Nie jest to do końca jasne. Dlaczego Prus zakończył to wielkie dzieło w tak niejednoznaczny sposób? ? Waleria zmieniła temat.

Weszli do bramy wyjątkowo starej i zapuszczonej kamienicy przy Nowomiejskiej, w pobliżu kościoła dominikanów, po czym odprowadzeni bacznym wzrokiem stróża przeszli przez zarośnięte dzikim winem podwórze i w strugach deszczu dotarli do drzwi wejściowych oficyny. Po drewnianych, zniszczonych schodach dotarli na drugie piętro. Zapach gotowanej kapusty, jaki roznosił się po klatce schodowej, przyprawiał o mdłości.

? Zechce się pani napić gorącej herbaty? ? zapytał Klemens, otwierając obdrapane drzwi mieszkania.

Chciał odwrócić uwagę dobrze urodzonej panny od biednego i przygnębiającego, niemal pustego wnętrza swego lokum.

Szybko odetchnął z ulgą, widząc, że na wieszaku nie ma kapelusza Alfonsa. A więc byli sami!

? Wspominał pan, że ma nalewkę. Muszę się rozgrzać i wysuszyć suknię. Poproszę o ręcznik albo koc.

Zapominając poprosić, aby Waleria się rozgościła, Klemens ruszył w stronę zwalistej szafy, z której wyjął szare, sprane ręczniki. Nie przyszłoby mu do głowy, że będzie musiał prezentować tego typu rzeczy goszczącej u niego w mieszkaniu kobiecie!

? To musiało być dla pani straszne, widok krat, wizja więzienia? ? Klemens niezdarnie próbował powiedzieć pannie Walerii coś krzepiącego.

Po deskach podłogi przebiegł wielki karaluch. Kobieta zdawała się nie zauważać skromnego umeblowania, brudnych zasłon i niemytych od dawna okien, po których agresywnie spływały strugi deszczu.

? Ach, ja od dziecka czuję się uwięziona. Nie potrzeba prawdziwych krat, łańcuchów czy kajdan, aby czuć się kompletnie zniewoloną! ? westchnęła, szukając wzrokiem miejsca, gdzie mogłaby odłożyć swoje rzeczy.

? Bardziej niż więzienie i te wrzeszczące kokoty przeraził mnie policmajster i lekarz z cyrkułu. To badanie? To, jak mnie dotykali, jakbym była jakimś zwierzęciem? To było po prostu straszne!

Chcę o tym jak najszybciej zapomnieć. ? Zatrzęsła się.

? Współczuję pani. Cała ta sytuacja budzi moje szczere oburzenie! Ale w jaki sposób znalazła się pani wśród? tych kobiet?

? Po prostu chciałam zrobić szkice do obrazu. Szłam w dół Mostową nad brzeg rzeki, kiedy przypadkiem wpadłam na grupę ladacznic, które kłóciły się ze sobą, a w końcu zaczęły okładać parasolkami i torebkami. Cóż to był za widok! Nie mogłam przestać patrzeć, rzadko mam szansę widzieć te kobiety, o których tyle się słyszy? Ubrane tak szkaradnie, z twarzami naznaczonymi różem jak jakimś stygmatem. Zapragnęłam im się przyjrzeć, aby potem namalować. Wie pan, jestem malarką, a właściwie zamierzam nią być.

? Co pani chciała szkicować w takim miejscu, nad Wisłą? Te zapuszczone, przegniłe, tonące w śmieciach budy rybaków? ? Klemens nie mógł się nadziwić dziwactwom tej dziewczyny.

? Och, nie widział pan obrazów Gierymskiego? On malował te okolice, i to jak pięknie! Prus nazwał go „kapłanem światła”! Szkoda, że on już nie pracuje w Warszawie, wyjechał jak wszyscy, którzy są coś warci. To ponure miasto zabije w każdej jednostce jej twórcze siły?

Waleria odwróciła się plecami do Klemensa i zupełnie jakby nie przeszkadzała jej jego obecność, wyjęła z włosów szpilkę podtrzymującą fryzurę w dużym nieładzie. Nagle kosmyki mokrych, długich loków o kasztanowej barwie rozsypały się na jej plecy. Klemens odwrócił głowę, czując, że tak bliska obecność kobiety całkowicie go oszałamia. Maskując zakłopotanie, zaczął zapalać lampę naftową, która po minucie rozbłysła mdłym światłem, ukazując nędzne łóżko przykryte pstrokatą kapą.

? Mój przyjaciel, poeta, mawia, że nadchodzi epoka zobojętnienia. Co pani o tym sądzi? ? zagadnął.

? Muszę natychmiast dostać morfinę ? usłyszał zamiast odpowiedzi na swoje pytanie.

Waleria przymknęła oczy i ukucnęła na podłodze. Nagle pojął, że to dlatego tak bardzo się trzęsła, nie ze strachu ani z zimna. Niepotrzebnie obawiał się, że jego biedne lokum zrobi na niej odstręczające wrażenie. W tym stanie niczego nie dostrzegała.

? Proszę mi podać moje przybory malarskie, pudełko na farby!

W środku puzderka znajdowała się owinięta kawałkiem czarnej tkaniny cienka, metalowa strzykawka z żółtą zawartością. Wprawnym ruchem Waleria podciągnęła sobie rękaw sukni, szybko znalazła odpowiednie miejsce i zręcznie wbiła igłę w zgięcie ręki.

? Co tu się dzieje?

Waleria i Klemens podnieśli do góry głowy. W drzwiach mieszkania stał wysoki, młody mężczyzna w cylindrze, z którego ściekały strugi wody, a jego mina świadczyła o tym, że przeraził go widok, który zastał. Nie zwracając uwagi na nowo przybyłego, Waleria pośpiesznie pchnęła do końca tłok strzykawki i przymknęła oczy, po czym ledwo powłócząc nogami, podeszła do wąskiego łóżka okrytego pstrokatą kapą i położyła się na nim na wznak.

? Alfonsie, zaraz ci wszystko wytłumaczę? ? jęknął Klemens i dłońmi zasłonił sobie oczy.
(…)

Sylwia Zientek „Hotel Varsovie tom 2: Bunt chimery”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 624

Opis: Jedna rodzina, kilka pokoleń i historie rozgrywające się na ulicach Warszawy w ciągu ponad trzech wieków. Nowy tom rodzinnej sagi warszawskich hotelarzy przeniesie czytelników w świat romansów, skrywanych skandali i niepohamowanych namiętności. Akcja powieści rozpoczyna się na przełomie XIX i XX wieku. W stolicy panuje zepsucie, prostytucja jest na porządku dziennym, pleni się hazard. Hotelem Varsovie zarządza zimna wdowa po Jeremim Żmijewskim, będąca pod wpływem demonicznej Wandy Mednis. Gdy pewnego dnia odnajdują się listy mogące obciążyć Reginę, na jaw wychodzą wstydliwe tajemnice długo skrywane przez właścicielkę posiadłości. To jednak dopiero początek rodzinnych sekretów, które posiada niemal każdy członek warszawskiego rodu. Na dodatek zbuntowana córka Reginy, Waleria, wbrew woli rodziny postanawia zostać wyzwoloną malarką i wpada w tarapaty.

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek