banner ad

Wyjątkowa książka o dziwnym stworzeniu. Przeczytaj fragment „Ewangelii według węgorza” Patrika Svenssona

26 marca 2020


Wydawnictwo Otwarte opublikowało skandynawski bestseller autorstwa Patrika Svenssona, którym zachwycił się cały świat. „Ewangelia według węgorza” to porywająca i bardzo wzruszająca lektura będąca mieszanką gatunków: wspomnieniowego portretu dzieciństwa, oryginalnej opowieści o rybie i eseju filozoficznego o mistycznym i fascynującym zwierzęciu, jakim jest węgorz. Poniżej możecie przeczytać jeden z rozdziałów i przekonać się, czy ta książka naprawdę jest warta zamieszania, jakie się wokół niej zrobiło.

SPOJRZEĆ WĘGORZOWI W OCZY

Ojciec łowił węgorze z wielu powodów, chociaż nie wiem, który z nich był najważniejszy.

Na pewno lubił przebywać nad rzeką. W magicznej gęstwinie wysokich traw, przy leniwie płynącej wodzie, starej wierzbie i w towarzystwie bezszelestnych nietoperzy. Jego dom rodzinny stał zaledwie kilkaset metrów od tego miejsca. Gospodarstwo z oborą i stajnią, od którego biegła wąska żwirowa ścieżynka prowadząca łagodnym zboczem prosto nad rzekę. Tato przemierzał ją tam i z powrotem, odkąd sięgał pamięcią. Chodził łowić ryby albo kąpać się w rzece. Z czasem stała się ona metaforyczną granicą jego świata. Kiedy był małym chłopcem, zaczajał się w wysokiej trawie na myszy, łapał je, chował do kieszeni i zabierał do domu, a potem strzelał do nich z procy na podwórzu. Zimą jeździł na łyżwach po zamarzniętych szeroko rozlanych wodach rzeki, a latem, pieląc grządki lub zbierając młode ziemniaki, wsłuchiwał się w szum wody spadającej z małego wodospadu.

Rzeka go ukształtowała. Reprezentowała to, co znane i rodzinne, i zawsze lubił do niej wracać. Jednak węgorz skrywający się przy mulistym dnie był symbolem czegoś całkiem innego. Przypominał, że nawet jeśli nam się czasem zdaje, iż wiemy już wszystko, w rzeczywistości jest całkiem inaczej. I o węgorzu, i o człowieku. O tym, skąd pochodzi i dokąd zmierza.

Ojciec był również smakoszem węgorzy. Latem, kiedy często łowiliśmy, potrafił je jeść kilka razy w tygodniu. Najchętniej smażone z ziemniakami. Mama kroiła oczyszczoną rybę na dziesięciocentymetrowe kawałki, panierowała je i smażyła na maśle z odrobiną soli i pieprzu. Lubiłem patrzeć na tę ceremonię. Za każdym razem, kiedy kładła mięso na gorącej patelni, działo się coś dziwnego. Kawałki węgorza się poruszały. Mięśnie kurczyły się w gwałtownym spazmie, jakby parzył je rozgrzany tłuszcz. Wyglądało to tak, jakby ryba wciąż żyła.

Stałem z boku i patrzyłem na to zjawisko wytrzeszczonymi oczami. Fascynował mnie widok rybiego ciała, które jeszcze przed chwilą było żywe, a teraz leżało martwe na desce, w dodatku pokrojone na kawałki. I mimo wszystko się poruszało! Skoro śmierć oznacza bezruch, czy można było powiedzieć, że węgorz naprawdę był martwy? Skoro śmierć odbiera nam zdolność odczuwania, jakim cudem węgorz czuł gorąco patelni? Jego serce już nie biło, ale widziałem na własne oczy, że wciąż było w nim życie. Fascynowało mnie pytanie, gdzie przebiega granica między życiem a śmiercią.

Potem przeczytałem gdzieś, że ośmiornice mają bardzo unerwione macki. Jest w nich więcej nerwów niż w mózgu zwierzęcia i w dodatku każda macka ma swoje centrum dowodzenia częściowo niezależne od mózgu. To trochę tak, jakby każda macka miała swój prymitywny autonomiczny mózg. W ten sposób każda z nich może działać „na własną rękę”. Ośmiornica może na przykład smakować mackami, a niektóre gatunki mają tam umiejscowione komórki nerwowe wrażliwe na światło, co oznacza w praktyce, że ośmiornica w pewnym stopniu widzi swoimi mackami. A kiedy się je odetnie, wciąż się poruszają i zachowują się tak, jakby żyły własnym życiem. Jeśli podsunie się odciętej macce kawałek jedzenia, rzuci się na niego i będzie próbowała go podać głowie, której już nie ma.

Widziałem podobne zjawisko u węgorzy. Niejednokrotnie odcinałem rybie głowę i patrzyłem, jak reszta ciała się wije, jakby próbowała uciekać. To mogło trwać nawet parę minut. Śmierć wydawała się dla węgorza czymś zupełnie względnym.

Ja sam jadłem węgorza tylko wtedy, kiedy nie miałem innego wyjścia. Nie dlatego, że było mi go szkoda, ale po prostu go nie lubiłem. Robiło mi się niedobrze od jego tłustego mięsa i smaku. Tato go uwielbiał. Jadł kawałki rękami, ogryzał kręgosłup, a potem z lubością oblizywał palce.

? To dobra i tłusta ryba ? powtarzał. Najbardziej smakował mu węgorz smażony, ale jadał również gotowanego. Takie same dziesięciocentymetrowe kawałki lądowały wówczas w garnku z osoloną wodą z dodatkiem pieprzu i listków laurowych. Mięso robiło się zupełnie białe i oleiście lśniące. Dla mnie gotowany węgorz był jeszcze gorszy niż ten z patelni.

Lubiłem za to pomagać ojcu sprawiać złowione ryby. Kiedy wczesnym rankiem wracaliśmy do domu znad rzeki, węgorze pływały w czarnym wiaderku. Na miejscu napełnialiśmy wodą większe wiadro i przekładaliśmy do niego ryby. Musiały tam spędzić co najmniej parę godzin, czasem cały dzień, żeby się oczyścić. Czasem zmienialiśmy wodę aż kilka razy.

Często do nich zaglądałem. Mama była opiekunką do dzieci i w naszym domu roiło się od dzieciaków z sąsiedztwa. Zabierałem je do garażu, gdzie stało wiadro, i pokazywałem im złapane ryby. Dźgałem węgorze patykiem, żeby je skłonić do pływania w kółko, i pokazywałem, jak należy je trzymać: trzeba było chwycić palcem wskazującym i środkowym tuż za głową, a kciuk ustawić od dołu jak haczyk. Wyjmowałem je i podnosiłem, żeby wiły się w powietrzu. Potrafiły siedzieć w wiaderku bez ruchu, ale kiedy je wyciągałem, nagle wstępowała w nie ogromna siła i gwałtownie owijały się wokół mojego ramienia. Śmierdziałem potem zaschniętym węgorzowym śluzem. Innym dzieciakom nigdy nie pozwalałem ich dotykać.

Pod wieczór zabijaliśmy węgorze. To było brutalne widowisko. Tato chwytał rybę, przyciskał ją do deski i wbijał jej w głowę ostry nóż. Węgorz wił się w konwulsjach, a jego ciało poruszało się tak, jakby było jednym długim mięśniem. Kiedy się trochę uspokajał, tato wyjmował nóż i kładł rybę na metrowej desce. Brał dwa dwunastocentymetrowe gwoździe i jednym przybijał do deski rybią głowę, a drugim końcówkę ogona. Węgorz wisiał jak na krzyżu. Ojciec wprawnym cięciem rozcinał go wokół tuż za głową.

? Teraz zdejmiemy mu śpioszki ? mówił, wręczając mi obcęgi.

Łapałem szczypcami odgiętą skórę i ostrożnie, płynnym ruchem zdejmowałem ją z rybiego ciała. Od wewnątrz miała niebieskawy kolor, jak dziecięca piżamka. Węgorz wciąż jeszcze potrafił lekko podrygiwać.

Potem rozcinaliśmy mu brzuch, wyjmowaliśmy wnętrzności, odcinaliśmy głowę i na tym wszystko się kończyło.

Jeśli ryba była duża, ważyliśmy ją, ale prawie zawsze miały mniej więcej tę samą wielkość: między pół kilo a kilo. Czasem różniły się od siebie grubością i kolorem, niektóre były bledsze, a inne o bardziej nasyconych barwach, ale większość z nich wyglądała tak samo. Przez kilka lat wspólnych połowów nigdy nie złapaliśmy węgorza ważącego więcej niż nieco ponad kilogram. Kiedy taki się trafił, jawił nam się jako prawdziwy gigant, chociaż wiedzieliśmy, że można złowić węgorza ważącego dwa albo nawet trzy kilogramy. Ojciec marzył o takiej zdobyczy, odkąd przeczytał w gazecie artykuł o wędkarzu, który znał jakiś sposób na chwytanie takich wielkich okazów.

? Siedzi nad rzeką trzy doby ? tłumaczył mi później. ? Dniem i nocą. Tylko siedzi i czeka. I czasem nic się nie dzieje, ale potem nagle coś zaczyna się szarpać i jest! Dwa i pół kilo węgorza!

Wyglądało na to, że najważniejsza była cierpliwość. Należało dać węgorzowi czas, a on zdawał się to przyjmować jak rodzaj transakcji.

Wypróbowywaliśmy różne rodzaje przynęty. Nadziewaliśmy na haczyk mrożone krewetki, grubaśne ślimaki, czasem nawet chrząszcze, ale to nic nie zmieniało. Jednego dnia znaleźliśmy nad brzegiem rzeki martwą żabę. Była tłusta i lśniąca, prawdopodobnie sami na nią nadepnęliśmy. Tato nadział ją na haczyk i zarzucił wędkę, ale rano nie było śladu ani po niej, ani po węgorzu. Po jakimś czasie wróciliśmy do dżdżownic w nadziei, że nasza cierpliwość zostanie wynagrodzona. Pewnego dnia na pewno złapiemy wyjątkowo dużą sztukę.

Tak się nie stało i być może przez to węgorz pozostał dla nas tym większą zagadką. Myślę, że ojciec właśnie dlatego zdecydował się go łowić. Opowiadał mi o szklistym narybku i kolejnych stadiach rozwoju tej niezwykłej ryby. Tłumaczył, jak zmienia wielkość i ubarwienie, że czasem potrafi żyć dłużej od człowieka albo przetrwać długie lata w ciemnej studni. Mówił o długiej podróży przez Atlantyk, z powrotem do punktu wyjścia, a mnie Morze Sargassowe wydawało się tak odległe, że aż trudno było sobie wyobrazić, że naprawdę istnieje. A tato opowiadał dalej: o tym, że węgorzową wędrówką kieruje księżyc, albo kto wie, może jednak słońce, i że każdy węgorz bez wyjątku wie, dokąd ma się udać. Jakim sposobem jakieś stworzenie może mieć co do czegoś tak całkowitą pewność? Skąd można widzieć, że właśnie ta, a nie inna droga jest właściwa?

Kiedy ojciec mówił o Morzu Sargassowym, jawiło mi się ono jako kraina rodem z bajki. Albo z końca świata. Próbowałem sobie wyobrazić niekończące się połacie wody i pojawiające się na niej nagle dywany wodorostów. Tam roiło się ponoć od węgorzy, które splatały się ze sobą, a potem umierały i opadały na dno, a maleńkie szkliste larwy wykluwały się z ikry, natychmiast płynęły ku słońcu i dawały się porwać prądowi. Za każdym razem, kiedy łapaliśmy węgorza, zaglądałem mu w oczy i próbowałem dostrzec w nich choć skrawek tego, co widział podczas swojej podróży. Jednak nasze spojrzenia nigdy się nie spotkały.

Patrik Svensson „Ewangelia według węgorza”
Tłumaczenie: Ewa Wojciechowska
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 304

Opis: Przyroda jest bardziej metafizyczna, niż ci się wydaje. A ty jesteś jej częścią. Węgorz ma dla ciebie dobrą nowinę. Jeśli popatrzysz na jego żywot z odpowiedniej perspektywy, może dostrzeżesz, że i twoje życie ? tak nieubłaganie podległe prawom natury ? jedynie się zmienia, a nie kończy. Przynajmniej nie w taki sposób, jak myślisz? Patrik, autor tej książki, i jego ojciec wiedzieli, że każdy węgorz przybył z Morza Sargassowego i każdy węgorz prędzej czy później tam powróci. Od narodzin, których nikt nie widział, do śmierci, której nikt nie udowodnił, przebędzie dziesiątki tysięcy kilometrów. Przepłynie morza, jeziora i rzeki. Będzie pełzł lądem. W zamknięciu przeczeka nawet sto lat. A gdy wszyscy uznają go za martwego ? ożyje. Nikt nie wie, dlaczego przychodzi na świat. Nikt nie wie, jaką ma misję ani jaki jest jej sens. Ty też nie, prawda? „Ewangelia według węgorza” to piękne i bardzo osobiste wspomnienie ojca, a jednocześnie opis zdumiewającej kulturoznawczej podróży w poszukiwaniu rozwiązania „zagadki węgorza”. Gdy zdejmiemy zasłonę oczywistości z praw natury, dowiemy się wiele o tej niezwykłej rybie, ale też o nas samych. Tym skandynawskim bestsellerem zachwycił się już prawie cały świat!

Tagi: , ,

Kategoria: fragmenty książek