banner ad

Wiesław Gołas wspomina Zelwerowicza, Woszczerowicza i Bardiniego – premierowy fragment książki „Gołas”

6 maja 2015

golas-fragment
6 maja do księgarń trafił bogato zdobiony materiałami archiwalnymi wywiad rzeka, jaki z aktorem Wiesławem Gołasem przeprowadziła jego córka, Agnieszka. Poniżej prezentujemy fragment książki, w którym aktor wspomina swoich trzech wielkich mistrzów z Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie – Aleksandra Zelwerowicza, Jacka Woszczerowicza i Aleksandra Bardiniego. Książka „Gołas” ukazała się pod patronatem Booklips.pl.

Pamiętam, jak lubiłeś pseudointelektualny językołamacz, czyli aktorskie ćwiczenie dykcji, który zapamiętałeś ze studiów: „Wskutek chaotycznych komplikacji i efemerycznych faktów salwowania ekwilibrii między potencjałami, deprecjonując pryncypialnie od insynuacji manifestowanych przez notyfikację konferencyjną… to prawda, że trojometr wpływa zgrylicznie na basy interficzne, a dezynwoltura wpływa chemiodrycznie na macerację…”. Tato, kto był wtedy twoim mistrzem?

W szkole moimi mistrzami byli Aleksander Zelwerowicz, Jacek Woszczerowicz i Aleksander Bardini. Wiersza uczył mnie Marian Wyrzykowski. Na studiach wiersz mnie troszkę krępował. Czułem się ograniczony przez formę: deklamując, wciąż myślałem o tym, że musi się zrymować. Kiedy miałem trudności ze zharmonizowaniem rymu z treścią, Wyrzykowski zawsze mawiał, że należy mówić z sensem, a wiersz sam się zrymuje.

Woszczerowicz był malutki, a Zelwer ? wielki chłop o szerokich barach. Byli diametralnie różni, mieli różne metody nauczania gry aktorskiej i w związku z tym odmienne wobec nas oczekiwania. Wciąż był ten sam problem: uczyli nas obaj, a każdy chciał czego innego, i nie wiadomo było, dla kogo grać. Dla Zelwerowicza grało się szeroko, a dla Woszczerowicza trzeba było więcej myśleć, grać oszczędniej, bardziej mózgiem, intelektualnie.

Kiedy stawałem, żeby powiedzieć wiersz, Zelwerowicz wołał moich kolegów: „Proszę pana Leśniaka i pana Pieczkę wykręcić ręce panu Wiesławowi. Do bólu, do bólu!”. Chłopcy podchodzili, łapali mnie za ręce i wykręcali je do tyłu, bo mówiłem „całym sobą”, rękami, inaczej nie umiałem. Tak właśnie uczyłem się deklamować. Kiedy recytowałem Panią Twardowską, Woszczerowicz mnie instruował: „Panie, jak pan mówi ?jedzą, piją, lulki palą…?, to niech pan o tym p o m y ś l i”. Ja traciłem energię, mówiłem, machając rękami, „fizjologicznie” recytowałem kwestię, tak mocno wierzyłem w to, co mówię, a Woszczerowicz chciał, żebym dotarł do widzów inaczej: skupił siłę przekazu na słowie.

golas-fragment-str1

Zelwer nauczył mnie prawdy w aktorstwie i uczciwości wobec widza. W czasie zajęć sadzał każdego z nas na podwyższeniu w sali wykładowej i mówił: „Gdy stuknę laską raz, to będzie pan się śmiał, a gdy stuknę dwa razy, będzie pan płakał”. Uczyłem się, jak pokazać radość, a zaraz potem, w mgnieniu oka, wpaść w rozpacz. I musieliśmy to robić absolutnie szczerze. Choć przecież graliśmy, to musieliśmy grać bez udawania. Autentycznie. Bo widz oszukać się nie da. Byłem chyba pupilkiem Zelwerowicza, bardzo się lubiliśmy. Był sparaliżowany i pamiętam, jak wnosiliśmy go siedzącego na krzesełku na pierwsze piętro do sali wykładowej. Opowiadał nam o teatrze, o grze aktorskiej. Z niektórych jego wykładów wnoszę, że pewne cechy mieliśmy wspólne, tak samego siebie pocieszam. Siadał i zaczynał: „Pamiętam, była taka sztuka, grał w niej… eee, eee…”. I zaraz: „Przerwa, przerwa! Wychodzić! Wychodzić! Jak usłyszycie, że stukam lachą, to możecie wejść”. Po dziesięciu, piętnastu minutach stukał laską, więc wracaliśmy do sali, a Zelwerowicz pamiętał już nazwisko tego aktora. Do dyplomu wpisał mi się: „Wiesiowi Olutek, dwa aktory, jeden młody, drugi stary”.

Wszyscy chyba wiedzą, że Zelwerowicz miał pewien problem: był uzależniony od pożarów…

Tak. Kiedy coś się w okolicy paliło, natychmiast jechał popatrzeć. Był ze strażą pożarną umówiony, że w razie pożaru będą go zawiadamiać. Dzwonili do niego i jechał. Potrafił nawet przerwać próbę.

Wielu ludzi ma podobnie, i w stopniu, niestety, ogólnie akceptowanym: uwielbiają patrzeć na nieszczęścia innych. Kiedyś natknąłem się na zgromadzenie w sklepie, gdzie zemdlała kobieta. Stali naokoło niej, pochylali się, kiwali głowami, mówili „ojej” i „ooo…”. Ja tego nie rozumiem: jak komuś coś się stanie, to pomagam, a jak nie mogę pomóc, to odchodzę. Na radość mogę patrzeć zawsze, ale nie na dramaty.

golas-fragment-str2

Kiedy zmarł Aleksander Zelwerowicz, przyjechaliśmy wszyscy do Warszawy na jego pogrzeb. Wspominam go jako cudownego człowieka i pedagoga, tak wiele mu zawdzięczam. Miał też różne przyzwyczajenia. Kiedy byłem w szkole teatralnej, czasami pożyczał mi pieniądze na pociąg do Kielc. Zwrot długu musiał jednak nastąpić nie tylko konkretnego dnia, ale i o wyznaczonej godzinie. I nigdy nie mogłem go zawieść, wiedziałem, że czeka i że muszę być punktualnie. Pamiętam, że jeszcze wtedy nie było mnie stać na zegarek, więc kiedy po powrocie z Kielc ustalonego dnia zjawiałem się pod jego domem, musiałem pytać przechodniów o godzinę, by być u niego w mieszkaniu punktualnie co do minuty. Kręciłem się pod domem, kręciłem, co chwila pytając o czas, a potem, gdy była za minutę umówiona godzina, pędziłem na górę, dzwoniłem do drzwi i czekałem. Po chwili z głębi mieszkania dochodził jego gruby głos: „Już idę, idę”. Po chwili znowu: „Proszę czekać, ja już idę, idę”. Poruszał się już wtedy wolno, o lasce, słyszałem szuranie kapci. Czekałem dość długo, a on co chwila uspokajająco wołał: „Już idę, idę”. Wpuszczał mnie w końcu do środka, oddawałem mu dług i wtedy zwykle proponował mi kieliszeczek nalewki, którą bardzo lubił, a której nie wolno mu było pić ze względu na zdrowie. Mówił mi, co gdzie stoi, ja już wiedziałem, że wszystko jest w kredensie, podawałem więc, co trzeba. Pilnowała go gosposia, więc w tajemnicy przed nią po cichutku wypijaliśmy po kieliszku i ucinaliśmy sobie bardzo ciekawe pogawędki. Ogromnie lubiłem te nasze rozmowy, to był mój wielki mistrz. Tak było na studiach, a krótko po moim wyjeździe do Jeleniej Góry Zelwerowicz już nie żył.

Bardzo mi również brak profesora Aleksandra Bardiniego, z którym miałem zajęcia, kiedy Zelwerowicz był już bardzo chory. Kiedy chciał mnie do czegoś przekonać, zaczynał od słów: „Ja jestem, Wiesiu, stary Żyd”. Z nim też byłem bardzo blisko, jako aktora znał mnie doskonale, od podszewki. Zawsze wyczuł, kiedy dobrze mi szło, a kiedy źle. Kiedyś w jakimś wywiadzie, opowiadając o współpracy reżysera z aktorem, powiedział, że „jeśli chodzi o Gołasa, to miałby tylko jedną wskazówkę dla reżysera: nie przeszkadzać”. Bardzo się ucieszyłem, kiedy to przeczytałem. Po skończeniu szkoły przez wiele, wiele lat niezmiennie po każdej premierze dzwoniłem do Saszy i pytałem, jak poszło, jak mu się podobało, czy dobrze zagrałem? A „Saszą” był dla mnie tylko po cichu, bo zwracałem się do niego zawsze per „panie profesorze”.
(…)

golasAgnieszka Gołas „Gołas”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 368

Opis: Wiesław Gołas – aktor wszechstronny, wielki i? skromny. Znany najlepiej z ekranu (Kapitan Sowa, Tomuś w „Czterech pancernych”, Oficer UB w „Zezowatym szczęściu”, Ogniomistrz Kaleń, Stefan Waldek w „Dzięciole”, baron Krzeszowski w „Lalce”, kierowca w „Drodze”, Kazik Malinowski w „Brunecie wieczorową porą”), kochający nade wszystko teatr. „Musisz połknąć postać. Wtedy jesteś prawdziwy” ? powtarzał i był nieskończenie prawdziwy jako Papkin w „Zemście”, Laertes w „Hamlecie”, Bullinger w „Szwejku”, Skierka w „Balladynie” czy? Hula-Babula w „Zaczarowanej królewnie”. Genialny w rolach kabaretowych ? w legendarnym Koniu, znakomitym Dudku czy niezrównanym Kabarecie Starszych Panów. „W Polskę idziemy” i „Tupot białych mew” to wzorzec z Sevres wykonania „piosenek z tekstem”, natychmiast kojarzonych z Wiesławem Gołasem. Kto tak jak On zaśpiewałby „Piekielnego twista”?! I kto jak On ? w szczerej rozmowie z córką ? opowiedziałby i o drugiej stronie medalu, pokazując nie tylko uśmiechniętą twarz. Tę rozmowę ubarwiają wspomnienia przyjaciół Aktora ? tworząc jedyny w swoim rodzaju portret nieznanego znanego Gołasa.

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek