banner ad

„Wieczór w raju”, drugi zbiór opowiadań Lucii Berlin, dostępny w księgarniach. Przeczytaj fragment jednego z utworów

13 listopada 2020

Wydany pośmiertnie zbiór najlepszych opowiadań Lucii Berlin, „Instrukcja dla pań sprzątających”, od razu stał się literacką sensacją na całym świecie. Teraz w ręce polskich czytelników trafia drugi tom. „Wieczór w raju” to zestaw 22 niepublikowanych wcześniej w naszym kraju utworów z dorobku pisarki. Raj w wykonaniu Berlin w niczym nie przypomina jednak hollywoodzkiej pocztówki, a widmo setek mikrokatastrof wisi nad nim nie tylko wieczorami. Poniżej przeczytacie fragment jednego z opowiadań, które znajdziecie w tej książce. Autorką przekładu jest Dobromiła Jankowska.

Lead Street, Albuquerque

– Rozumiem… Kiedy spojrzysz tak, masz dwie całujące się osoby, a jeśli spojrzysz inaczej, to widzisz urnę.

Rex szczerzył się do mojego męża Berniego. Bernie tylko stał i też się szczerzył. Spoglądali na duży czarno-biały akryl, nad którym Bernie pracował od miesięcy, część jego wystawy dyplomowej. Tamtego wieczoru robiliśmy przegląd przed pokazem i imprezę w naszym mieszkaniu na Lead Street.

Beczka piwa, wszyscy mocno naćpani. Chciałam powiedzieć Reksowi coś o tym pęknięciu. Był taki bezczelnie arogancki i okrutny. A Berniego chciałam zabić za to, że nic nie robi, tylko się uśmiecha. Ale stałam tam, pozwalając, by Rex głaskał mnie z tyłu, jednocześnie obrażając mojego męża.

Uzupełniłam dip cebulowy, guacamole i chipsy, a potem wyszłam na schody. Na dworze nie było nikogo, a ja czułam się zbyt zdołowana, by kogoś zawołać i pokazać mu ten niewiarygodny zachód słońca. Czy istnieje określenie przeciwne do déjà vu? Albo słowo opisujące to, że widziałam całą moją przyszłość przelatującą przed oczami? Widziałam, że zostanę w Banku Narodowym Albuquerque, a Bernie zrobi doktorat, dalej będzie malował kiepskie obrazy, robił błotną ceramikę i dostanie etat wykładowcy. Urodzą się nam dwie córki, jedna zostanie dentystką, druga kokainistką. No dobrze, nie wiedziałam tego wszystkiego, ale wiedziałam, że nie będzie łatwo. I spodziewałam się, że za wiele lat od teraz Bernie pewnie zostawi mnie dla jednej ze swoich studentek, a ja wpadnę w rozpacz, ale potem wrócę do szkoły i mając pięćdziesiąt lat, w końcu zacznę robić rzeczy, na które mam ochotę, tyle że będę zmęczona.

Wróciłam do środka. Pomachała do mnie Marjorie. Ona i Ralph mieszkają na górze. On również studiował sztukę. Nasze mieszkanie na Lead Street mieściło się w starym, starym ceglanym budynku z wysokimi sufitami i oknami, drewnianymi parkietami i kominkami. Tylko kilka przecznic od Wydziału Sztuk Pięknych, na ogromnej działce z dzikimi słonecznikami i fioletowymi chwastami. Ralph i Bernie wciąż są dobrymi przyjaciółmi. Marjorie i ja się dogadujemy. Była porządna, prosta. Pracowała jako pakowaczka w markecie Piggly Wiggly, gotowała różne zaskakujące potrawy jak coś o nazwie Beenie-Weenie Wonder. Któregoś ranka przyszła rozentuzjazmowana, ponieważ odkryła, że wciąż leżąc w łóżku, może poprawić i wygładzić całą pościel, a potem ostrożnie się wysunąć i wszystko zostawić zasłane. Co za oszczędność czasu! Zachowywała też papierki po maśle, by natłuszczać nimi patelnię. Ale dlaczego jestem tak małostkowa? Uwielbiałam ją.

– Shirley, nie zgadniesz! R ex wprowadza się do tego pustego mieszkania! I żeni się!

– Cholera. No cóż, to trochę podkręci sprawy w okolicy.

To była ekscytująca wiadomość. Rex był ekscytującym mężczyzną. Młodym, ledwie dwudziestodwuletnim, ale już wtedy miał niesamowity talent i umiejętności. Wszyscy przyjęliśmy za pewnik, że jest skazany na sławę. Teraz zyskał niezły rozgłos, tutaj i w Europie. Pracuje w brązie i w marmurze, proste, klasyczne rzeźby, nie te szalone cuda, które tworzył w Albuquerque. Jego rzeźba jest czysta, jej koncepcja zaś pełna szacunku i troski. Odbiera ci oddech.

Nie był przystojny. Potężny. Rudowłosy, z trochę krzywymi zębami i słabym podbródkiem, o wystających brwiach nad przeszywającymi oczami jak paciorki. Grube okulary, brzuszek, piękne dłonie. Najseksowniejszy mężczyzna, jakiego w życiu znałam. Oczarowywał kobiety w sekundę; zaliczył cały Wydział Sztuki. Miał siłę, energię i wizję. Nie taką wychodzącą w przyszłość wizję, choć tę również. Wszystko widział. Szczegóły, światło na butelce. Uwielbiał patrzeć na rzeczy, widzieć. Kazał ci dotykać bakłażana ogrzanego słońcem. Oczywiście ja także się w nim durzyłam, jak wszystkie.

– No ale kim ona jest? Kto to może być?

Usiadłam obok Marjorie na naszej zapadniętej wersalce.

– Ma siedemnaście lat. Amerykanka, ale dorastała w Ameryce Południowej, zachowuje się zagranicznie, nieśmiała. Studiuje literaturę angielską. Ma na imię Maria. Tyle wiem z plotek.

Mężczyźni jak zawsze rozmawiali o wojnie w Korei. Wszyscy bali się powołania, bo uczelnia już nie zapewniała odroczenia. Mówił Rex.

– Trzeba mieć dziecko. W zeszłym tygodniu wypuścili tę informację. Ojcowie są zwolnieni ze służby. Na miłość boską, znajdziecie mi jakiś inny powód, żebym się żenił?

I tak się zaczęło. To znaczy, nie poszliśmy tamtego wieczoru do łóżek płodzić dzieci. A może poszliśmy, bo dokładnie dziewięć i pół miesiąca później Maria, Marjorie i ja urodziłyśmy, a nasi mężowie nie dostali wezwań do wojska. Choć porody nie odbyły się tego samego dnia. Maria urodziła Bena, tydzień później ja urodziłam Andreę, a w następnym tygodniu Marjorie Stevena.

Rex i Maria wzięli ślub w obecności sędziego pokoju, a potem się wprowadzili. Ale nie tak jak inni ludzie. Wiadomo, sprzątasz mieszkanie, pożyczasz ciężarówkę, stawiasz półki na książki, pijesz piwo, rozpakowujesz się i padasz. Oni malowali całymi tygodniami. Wszystko było białe, beżowe i czarne, poza kuchnią w kolorze palonej ochry. Rex zrobił większość mebli. Prostych i nowoczesnych, stojących na tle jego ogromnych czarnych metalowych i szklanych rzeźb, biało-czarnych wzorów. Piękna donica Acoma. Inna barwa pojawiała się jedynie na rubinowych gardłach jawajskich ptaków świątynnych w wiszącej białej klatce. Niesamowite, jak z „Przeglądu Architektonicznego”.

Przerobił nawet ją. Poszliśmy z jedzeniem w odwiedziny, kiedy jeszcze się rozpakowywali. Maria była słodka i świeża. Urocza, kręcone brązowe włosy i błękitne oczy, dżinsy i różowa koszulka. Po przeprowadzce ufarbowała włosy na czarno i całkiem wyprostowała. Nakładała czarny makijaż, nosiła tylko czarne i białe ciuchy. Zero szminki. Szalona, ciężka biżuteria, którą zrobił Rex. Przestała palić.

Kiedy go nie było w pobliżu, mówiła więcej, była zabawna, trochę jak Lucille Ball. Żartowała z tej całej przemiany, mówiła, że kiedy po raz pierwszy zobaczył ją nago, powiedział: „Jesteś asymetryczna!”. Kazał jej spać na brzuchu, z nosem płasko na poduszce; jej zadarty nos okazał się niedoskonałością. Zawsze ją układał, to, jak siedziała, jak stała. Poruszał jej rękami, jakby były z gliny, przechylał jej głowę. Nieustannie ją fotografował. Kiedy rósł jej brzuch, rysował jeden za drugim szkice węglem. Jedna z najlepszych rzeźb, jaką zrobił, to ciężarna kobieta z brązu. Stoi przed General Motors w Detroit.

Nie wiedzieliśmy jednak, co on do niej czuje. Czy ożenił się tylko z powodu dziecka. Maria na pewno miała jakieś pieniądze – dzień po ślubie Rex kupił rzadkiego mg. Zrozumiałabym, gdyby ożenił się tylko dla jej wyglądu. Nie był czuły. Kpił z niej i rozkazywał jej, ale może po prostu nie potrafił okazywać uczuć.

Maria wielbiła Reksa. Zdawała się na niego we wszystkim, w jego obecności odbierało jej głos, choć przy nas żartowała i gawędziła. Straszne. Albo żałosne – zależy, jak na to patrzeć. Co wieczór szła z nim do pracowni.

– Nie mogę nic powiedzieć, ale pozwala mi patrzeć. To wspaniałe obserwować go przy pracy!

Drobiazgi. Któregoś zimowego poranka poszłam do nich pożyczyć kawę i ona naprawdę prasowała jego bokserki – miały być ciepłe, kiedy Rex wyjdzie spod prysznica.

Nie chodziło tylko o to, że była młoda. Przez całe życie się przeprowadzała. Jej ojciec był inżynierem górnictwa, matka chorowała albo była szalona. Maria nie mówiła o rodzicach, oprócz tego, że wydziedziczyli ją po ślubie, nie odpisywali na listy. Czuło się, że nikt nigdy nie powiedział jej, jak dorastać, jak być częścią rodziny czy żoną. Była milcząca, ponieważ obserwowała, uczyła się, jak to wszystko robić.

Niestety gotować uczyła się od Marjorie. Byłam u nich któregoś wieczoru, gdy Rex wrócił do domu. Maria z dumą podała mu zapiekankę z hamburgerów i czipsów. Rzucił jej to na kolana. Gorące. „Jak bardzo można być pospolitą?”. Ale się nauczyła. Niedługo później patrzyłam, jak robi krewetki według przepisu z książki Alice B. Toklas.

Każdego dnia wykładała dno klatki świeżymi gazetami. „New Yorker” pasował idealnie. Godzinami deliberowała, jakie zdjęcie dać na wierzch. „Nie, Rex nienawidzi tych reklam szkła Steuben!”. Maria nie znosiła ptaków i prosiła, żebym im obcinała pazury albo wynosiła ich poidełka do czyszczenia.

I potwornie bała się dziecka. Nie fizycznej strony porodu. Ale co się robi potem? „Czego mam je uczyć? Jak mam je ochronić?”, pytała.
(…)

Lucia Berlin „Wieczór w raju”
tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
wydawnictwo: W.A.B.
ilość stron: 320

Opis: Lucia Berlin to artystka o talencie równie niezwykłym, co jej życiorys. Trzykrotna rozwódka, matka czterech synów, których wychowywała samotnie. Przez większość życia zmagała się z alkoholizmem, który pokonała dopiero w ostatnich latach. Nigdy nie była pełnoetatową pisarką, by utrzymać siebie i dzieci podejmowała się najróżniejszych prac. Może właśnie dlatego jej opowiadania są tak charakterystyczne – oszczędne, o poszarpanym rytmie, tak wiernie oddające prawdziwe życie, że aż niepokojące.

Opowiadania zebrane w tomie „Wieczór w raju” nigdy wcześniej nie ukazały się w polskim przekładzie. Jak zwykle w centrum zainteresowania autorki są kobiety. Tiny w akcie protestu siedząca na dachu z butelką burbona; Maya, zdesperowana żona narkomana; alkoholiczka Maggie, która musi zorganizować rodzinie święta – wszystkie one są po trosze Lucią. Berlin kolejny raz zabiera czytelnika w literacką podróż po wszystkich zapomnianych zakątkach Ameryki, pokazując świat diametralnie różny od hollywoodzkich pocztówek. W jej wykonaniu nawet raj ma swoją drugą, mroczną stronę i trudno oprzeć się wrażeniu, że wisi nad nim widmo nieuchronnej katastrofy.

fot. Literary Estate of Lucia Berlin

Tagi: , , ,

Kategoria: fragmenty książek