banner ad

Ucieczka z plantacji trzciny cukrowej. Fragment nominowanej do Bookera powieści „Washington Black” Esi Edugyan

20 sierpnia 2020

„Washington Black” autorstwa Esi Edugyan to powieść o zniewoleniu i ucieczce w poszukiwaniu miejsca, które można nazwać swoim domem. Główny bohater, 11-letni niewolnik z plantacji trzciny cukrowej, wraz ze swoim panem, badaczem przyrody i abolicjonistą, musi uciekać z Barbadosu. To zapoczątkowuje pełną przygód wędrówkę po świecie, opisaną w duchu dzieł Julesa Verne’a, Charlesa Dickensa i Colsona Whiteheada. „W swej książce chciałam między innymi zgłębić ideę czarnego geniusza jako kogoś, kto w tamtych czasach by istniał, ale został stłamszony, bardzo brutalnie i bez większego namysłu. Mój przyjaciel powiedział, że myślimy o niewolnictwie w kategoriach utraty czarnoskórych ciał, ale tak naprawdę nie zatrzymujemy się za bardzo nad tym, by zastanowić się nad utratą potencjału czarnego geniuszu” – mówi Esi Edugyan. Powieść „Washington Black” w 2018 roku znalazła się w finale Nagrody Bookera. Poniżej możecie przeczytać fragment polskiego wydania, które ukazało się nakładem Wydawnictwa Świat Książki.

Przez całe dzieciństwo nie miałem nikogo, oprócz Wielkiej Kit, jak wołali na nią na polu. Kochałem ją i się jej bałem.

Miałem jakieś pięć lat, kiedy rozeźliłem nadzorczynię, która odesłała mnie do wrednej chaty pod uschniętą palmą – do chaty Kit. Pierwszego wieczoru ktoś ukradł mi kolację i zniszczył drewnianą miskę. Jakiś mężczyzna, którego nie znałem, rąbnął mnie w głowę, aż się zatoczyłem i przestałem słyszeć. Dwie dziewczynki mnie opluły. Ich wiekowa babka wbiła mi w ręce swoje szpony i pocięła moje ręcznie szyte sandały, żeby zdobyć skórę.

Wtedy pierwszy raz usłyszałem głos Wielkiej Kit.

– Tego zostaw. – Powiedziała cicho.

Nic więcej. I nagle zwaliła się na nas jakaś potworna ciemna moc, wielka i nieubłagana niczym potężna morska fala, która pochwyciła starą kobietę za włosy, jakby ta była szmacianą lalką i odrzuciła ją na bok. Obserwowałem to przerażony. Tymczasem Wielka Kit przeszyła mnie przekrwionym wzrokiem, jakby z obrzydzeniem, po czym usiadła na stołku w ciemnym kącie chaty.

W bladym świetle ranka ujrzałem ją jednak przycupniętą obok. Podała mi miskę tłuczonych ziemniaków i powiodła palcem po liniach na mojej dłoni.

– Czeka cię wspaniałe życie, dziecko – mruknęła. – Życie wielu rzek.

Później splunęła i zacisnęła moją dłoń w pięść, aż spomiędzy palców wyciekła ślina. – A to ta pierwsza rzeka – rzuciła i się roześmiała.

Wielbiłem ją. Górowała nad wszystkimi, wielka i dzika. Bano się jej z powodu postury i tego, że w Dahomeju, nim ją zabrali, była Słonowodą, szamanką. Siała klątwy w ziemi pod chatami. W drzwiach znajdowano wiszące, wypatroszone gawrony. Przez trzy tygodnie każdego wieczoru i ranka zabierała jedzenie silnemu czeladnikowi kowala i zjadała je na jego oczach, wybierając palcami z jego miski, póki nie doszli do porozumienia. Na rozpalonym polu lśniła niczym naoliwiona, a jej ciało falowało, gdy pruła przeklętą ziemię, nucąc pod nosem dziwaczne pieśni. Czasami nocą mruczała i krzyczała przez sen w gardłowym języku swojego królestwa. Nikt jej tego nie wypominał, kiedy nazajutrz przemieniała się w paloną słońcem furię, która – niczym tępa siekiera – tyle samo plonów zbierała, co niszczyła. Naprawdę miała na imię Nawi, jak mi raz wyznała. A to miała trzech synów, a to jednego, a to żadnego, a niekiedy nie miała nawet córki. Jej opowieści zmieniały się jak fazy księżyca. Pamiętam, że czasami rzucała garść piachu na ostrze i, jakby nagle wzruszona, mamrotała chrapliwym głosem zaklęcie. Kochałem ten głos, jego chropawą melodię. Wielka Kit wciągała przez zęby powietrze, mrużyła oczy i zagajała: „Kiedy byłam gwardzistką króla Dahomeju…”, albo „Kiedy już zmiażdżyłam szyję tej antylopy, o tak…”, a ja odrywałem się od swoich zajęć i słuchałem w zadziwieniu. Bo była dla mnie cudem, świadkiem świata spoza mojej wyobraźni, spoza chat i okrutnych pól plantacji. Spochmurniała po przyjeździe nowego pana. W drugim tygodniu odprawił dotychczasowych nadzorców. W ich miejsce pojawili się brutalni mężczyźni z doków, wytatuowani, o czerwonych twarzach, krzywiący się na upał. Wcześniej byli żołnierzami, handlarzami niewolników lub zwyczajnie biedakami z wyspy z upchniętymi do kieszeni dokumentami i zapadniętymi oczami diabła. Zaczęły się okaleczenia. A jaki był wtedy z nas pożytek? Widziałem mężczyzn kuśtykających na pola, z ich nóg broczyła krew. Widziałem kobiety w zakrwawionych bandażach na uszach. Edwardowi obcięli język, bo pyskował. Elizabeth kazali jeść z pełnego nocnika, bo nie umyła go dokładnie poprzedniego dnia. James próbował uciec i pan, dla przykładu, kazał nadzorcy spalić go żywcem na naszych oczach. Potem rozgrzali żelazo w żarze jego stosu pogrzebowego i, gdy – jedno po drugim – mijaliśmy tę zwęgloną grozę, powtórnie wypalili nam piętna.

James był pierwszą ofiarą zabójstwa. Później doszło do kolejnych. Chorzy byli chłostani na strzępy, wieszani na polach lub ginęli od kul. Byłem jeszcze dzieckiem i płakałem po nocach. Tymczasem z każdym nowym zgonem Wielka Kit tylko chrząkała z ponurym zadowoleniem, mrużąc wściekłe przekrwione oczy.

Śmierć była jak drzwi. Myślę, że Kit pragnęła, żebym to zrozumiał. Nie bała się jej. Wyznawała pradawną wiarę z poprzecinanych rzekami wyżyn Afryki, wedle której zmarli odradzają się w rodzinnych stronach i odzyskują wolność. Myśl ta wpadła jej do głowy na widok mężczyzny odzianego w biel jak smużka trucizny wlanej do studni.

Któregoś wieczoru wyjawiła mi swoje zamiary. Oznajmiła, że zrobi to szybko. Nie będzie bolało.

– Boisz się? – szepnęła, kiedy leżeliśmy w chacie. – Że umrzesz?

– Nie, jeśli ty się nie boisz – odparłem dzielnie. Czułem jej opiekuńcze ramię obejmujące mnie w ciemnościach.

Chrząknęła. Usłyszałem przeciągły, głęboki chrobot w jej piersi.

– Jak umrzesz, ockniesz się w rodzinnych stronach. Obudzisz się wolny. – Lekko wzruszyłem ramieniem. Poczuła to i, chwyciwszy palcami podbródek, obróciła moją głowę. – No, co tobie? – spytała. – Nie wierzysz mi?

Nie chciałem odpowiedzieć, bałem się, że będzie zła.

Po chwili szepnąłem:

– Ja nie mam rodzinnych stron, Kit. Moja kraina jest tutaj. Czyli znów się tu obudzę, jako niewolnik? Tyle że bez ciebie?

– Zabiorę cię ze sobą do Dahomeju – burknęła stanowczo. – Tak to się odbywa.

– Widziałaś ich kiedy? Tych przebudzonych zmarłych? Jak byłaś w Dahomeju?

– Widziałam –szepnęła. – Wszyscy widzieli. Rozpoznaliśmy ich.

– I byli szczęśliwi?

– Byli wolni.

Poczułem, jak ogarnia mnie wieczorne znużenie.

– Jak to jest, Kit? Być wolnym?

Usłyszałem, jak przesuwa się na piasku. Przygarnęła mnie do siebie tak blisko, że czułem w uchu jej gorący oddech.

– Och, dziecko, nie ma niczego takiego na całym świecie. Kiedy jesteś wolny, możesz robić, co zechcesz.

– Chodzić tam, gdzie chcesz?

– Chodzić, gdzie chcesz. Wstawać, kiedy chcesz. Kiedy jesteś wolny, jak ktoś cię o coś pyta, nie musisz odpowiadać – szeptała. – Nie musisz kończyć pracy, jeśli ci się nie chce. Zwyczajnie ją zostawiasz.

Zadziwiony przymknąłem ciężkie powieki.

– Serio?

Pocałowała mnie tuż za uchem.

– Mhm. Rzucasz łopatę i idziesz.

To czemu zwlekała? Mijały dni. Życie na plantacji było coraz cięższe, coraz brutalniejsze, a mimo to Kit nas nie zabiła. Pewnie wstrzymywało ją jakieś przeczucie, jakaś przestroga.

Pewnego wieczoru zaprowadziła mnie do swojego małego ogródka warzywnego, gdzie mogliśmy być sami. Zadrżałem, gdy dostrzegłem w jej dłoni ostrą, zardzewiałą motykę, ale ona chciała mi tylko pokazać kiełkującą marchew. Którejś nocy obudziła mnie i bez słowa poprowadziła w ciemnościach przez wysoką trawę aż do uschniętej palmy, ale i wtedy tylko po to, żeby pouczyć, bym nie rozpowiadał o naszych planach.

– Jeśli ktoś to usłyszy, dziecko, rozdzielą nas na amen – syknęła. Nie rozumiałem, dlaczego czekamy. Powiedziałem, że chcę zobaczyć jej krainę. Chciałem chodzić z nią po Dahomeju wolny. – Trzeba to zrobić jak należy – szepnęła. – We właściwej kwarcie księżyca. Właściwymi słowy. Inaczej nie da się wezwać bogów.

Nagle nastąpił czas, kiedy inni odbierali sobie życie. Cosimo poderżnął własne gardło siekierą, Adam pociął nadgarstki ukradzionym z kuźni gwoździem. Znaleźli ich wykrwawionych w trawie za chatami, rankiem, dzień po dniu.
(…)

Esi Edugyan „Washington Black”
tłumaczenie: Bohdan Maliborski
wydawnictwo: Świat Książki
ilość stron: 448

Opis: Eduygan stworzyła wspaniałą powieść przygodową, z fantazją i wrażliwością opisując losy swojego młodego, aspirującego do lepszego życia bohatera. 11-letni Wash, niewolnik z plantacji trzciny cukrowej na Barbadosie jest przerażony, gdy zostaje wybrany na służącego przez brata swojego pana, lecz później ze zdziwieniem przekonuje się, że Christopher Wilde to miłośnik przyrody, badacz, wynalazca i abolicjonista. Z czasem – mimo przepaści, która ich dzieli – obaj zaczynają dostrzegać w sobie człowieczeństwo. Gdy ktoś nieoczekiwanie ginie i za głowę Washa zostaje wyznaczona nagroda, obaj muszą wszystko rzucić i salwować się ucieczką. Powieść, której akcja rozgrywa się na obszarze ciągnącym się od Karaibów po mroźną Arktykę i od Londynu po Maroko, opowiada o odnajdywaniu siebie i zdradzie, o miłości i przebaczeniu oraz o życiu, które runęło i na nowo się odrodziło.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek