banner ad

Thriller nominowany do Nagrody Bookera już w księgarniach. Przeczytaj fragment „Ostrza” Belindy Bauer

26 listopada 2020

Wydawnictwo W.A.B. opublikowało thriller „Ostrze”, dzięki któremu Belinda Bauer zdobyła w 2018 roku nominację do Nagrody Bookera. To wciągająca opowieść o nastoletnim chłopcu polującym na zabójcę swojej matki. Autorka przesuwa granice gatunku, dowodząc, że konwencja nie stanowi bariery dla ambicji literackich. Punkt wyjścia do historii zainspirowany został autentycznym przypadkiem zabójstwa Marie Wilks w 1988 roku. Kobieta zostawiła swoje dziecko i 11-letnią siostrę w zepsutym samochodzie, poszła po pomoc i ślad po niej zaginął. Dwa dni później znaleziono jej ciało. Poniżej możecie przeczytać fragment książki.

20 sierpnia 1998

W samochodzie było tak gorąco, że fotele śmierdziały, jakby zaczynały się topić. Jack miał na sobie krótkie spodenki i za każdym razem, kiedy poruszał nogami, rozlegał się dźwięk przypominający odrywanie rzepu od siedzenia.

Mimo opuszczonych szyb powietrze stało; słychać było tylko małe owady, ich odgłosy przypominały szelest suchego papieru. Nad głowami wisiała ledwie jedna postrzępiona chmurka, a na jaskrawobłękitnym niebie niewidzialny samolot rysował kredową linię.

Jack czuł, jak po karku spływa mu strużka potu. Uchylił odrobinę drzwi.

– Nie! – zaprotestowała Joy. – Mama mówiła, że mamy tu siedzieć.

– Przecież siedzę – odparł. – Próbuję się tylko schłodzić.

To było spokojne popołudnie, niewielki ruch, ale za każdym razem, gdy przejeżdżał jakiś samochód, stara toyota lekko się trzęsła. Kiedy przejeżdżała ciężarówka, trzęsła się bardzo.

– Zamknij! – powiedziała Joy.

Jack zatrzasnął drzwi i cmoknął z dezaprobatą. Siostra lubiła dramatyzować. Miała dziewięć lat i albo płakała, albo śpiewała, albo się śmiała. Zwykle otrzymywała to, o co jej chodziło.

– Ile już minęło? – jęczała.

Jack spojrzał na zegarek. Dostał go niedawno na jedenaste urodziny. A prosił o PlayStation.

– Dwadzieścia minut.

To było kłamstwo. Minęła prawie godzina, odkąd samochód zakrztusił się, gwałtownie szarpnął i stoczył w chrzęszczącą od kamieni zatoczkę na poboczu przy prowadzącej na południe autostradzie M5. To oznaczało, że upłynęło ponad pół godziny, odkąd matka zostawiła ich w tym miejscu i poszła szukać telefonu.

„Zostańcie w samochodzie. Zaraz wrócę”.

Cóż, nie wracała i Jack poczuł znów to ukłucie irytacji pojawiające się zawsze, kiedy ich matka nie była ojcem. Tata wiedziałby, co się stało z samochodem. Nie siedziałby, przekręcając kluczyk raz po raz, póki nie padł akumulator. Miałby ze sobą komórkę i nie musiałby niczym jaskiniowiec iść wzdłuż autostrady, by znaleźć telefon alarmowy.

Merry marudziła i wierciła się, przypięta do fotelika, coraz bardziej rozdrażniona z powodu słońca świecącego jej prosto na buzię.

Joy pochyliła się i wsadziła siostrze do ust smoczek.

– Cholera, ale gorąco – powiedział Jack.

– Powiedziałeś „cholera” – zauważyła Joy. – Naskarżę. – Ale w jej głosie nie było tego co zawsze przekonania. Na przekonanie zrobiło się zbyt gorąco. Potwornie gorąco.

Przez chwilę grali w „Widzę tu…”. N jak „niebo”, D jak „droga”, P jak „pole”, aż znudzili się i skończyły im się oczywiste rzeczy do wyliczania, więc zaczęli wymyślać głupoty w stylu TPG – jak „twoja paskudna gęba”.

– Zamknij się! – zawołała Joy.

Jack miał ochotę powiedzieć, żeby sama się zamknęła. Ale zrezygnował, bo w końcu był najstarszy i on dowodził. Tak powiedziała mama…

„Jack teraz dowodzi”.

Zamiast tego wymyślił więc K jak „kurz”, spojrzał na drogę i próbował zgadnąć, jak daleko znajduje się telefon, jak szybko mogła tam zajść matka swoim powolnym krokiem ciężarnej i jak długo rozmawiała. Nie umiał odpowiedzieć na żadne z tych pytań, ale instynktownie czuł, że są sami zdecydowanie zbyt długo.

Kiedy się zatrzymywali, matka stanęła w cieniu krótkiego rzędu iglaków. Teraz ich cienie zdążyły zmaleć do zera.

Jack zmrużył oczy w nienawistnym słońcu. Może, jeśli odwróci wzrok, a potem znów tam spojrzy, zobaczy matkę wychodzącą zza zakrętu. Wyobraził to sobie. Chciał, by się wydarzyło.

Jeśli odwróci wzrok.

I znów spojrzy.

Powoli.

Ona tam będzie.

Ona tam będzie…

Nie było jej.

– Gdzie ona jest? – zapytała Joy, kopiąc w tył fote-la. – Powiedziała „dziesięć minut”, a nie ma jej z dziesięć godzin!

W foteliku na przednim siedzeniu Merry zaczęła płakać.

– Zobacz, co narobiłaś!

Jack schylił się nad siedzeniem, zajął się Merry i dał jej butelkę, ale mała pociągnęła tylko łyk wody, a potem wypchnęła smoczek z buzi i dalej marudziła.

– Nie znosi cię – oznajmiła Joy z zadowoleniem, więc Jack usiadł i pozwolił jej zająć się małą, ale okazało się, że Merry nie znosi wszystkich – płakała i płakała.

I płakała.

Miała dwa latka, ale wciąż dużo płakała. Jack niespecjalnie ją lubił.

– Może trzeba ją przewinąć – powiedziała z wahaniem Joy. – W torbie jest pielucha.

– Zaraz przestanie – odparł Jack. Nie zamierzał przewijać siostry.

Joy też nie; nie wspomniała drugi raz o pieluszce, tylko zagryzła wargę i ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w zakręt.

– Gdzie ona jest? – zapytała znowu, tym razem jednak głosem tak słabym i przestraszonym, że Jack musiał coś zrobić, bo inaczej sam zacząłby się bać.

Bardziej.

– Wyjdźmy jej naprzeciw – powiedział nagle.

– Jak?

– Po prostu pójdziemy – odparł. – To niedaleko. Mama tak mówiła.

– Skoro to niedaleko, dlaczego nie wraca?

Jack zignorował pytanie i otworzył drzwi.

– Nie będzie się złościć, że nie zostaliśmy w aucie, jak kazała?

– Nie. Ucieszy się, że poszliśmy jej szukać.

Joy patrzyła szeroko otwartymi oczami.

– To mama się zgubiła?

– Nie!

Dziewczynce zadrżała dolna warga.

– A my się zgubiliśmy?

– Nie! Nikt się nie zgubił. Po prostu mi gorąco, nudzi mi się i chcę się kawałek przejść, nic więcej. Możesz pójść ze mną albo zostać tutaj.

– Nie chcę tu zostawać – zaprotestowała Joy od razu.

– No to chodź – powiedział Jack.

– A co z Merry?

– Też może iść.

– Ale nie będzie chciała.

– To ją poniesiemy.

– Jest za ciężka.

– Ja ją poniosę.

– A co z samochodami? – Joy patrzyła na mijające ich w błyskawicznym tempie smugi. Niewiele ich było, ale jechały szybko. – To zbyt niebezpieczne – dodała cicho.

Tak właśnie powiedziała matka, kiedy chcieli z nią iść do telefonu.

„To zbyt niebezpieczne”.

– No chodź – mówił Jack. – Wszystko będzie dobrze, obiecuję.

Joy niosła torbę Merry, a Jack niósł Merry.

Oczywiście Merry nie chciała iść.

Duszne powietrze lekko drżało za każdym przejeżdżającym samochodem, a potem znów zdychało w przydrożnym kurzu.

Szli bardzo blisko bariery przy jezdni. Podwójny pasek falowanej stali okazał się dużo większy niż widziany z okien pędzącego samochodu – wysoki do łokcia, na dole sięgał prawie do mankietu niebieskich spodenek piłkarskich Jacka. Ziemię po drugiej stronie barierki porastała długa szorstka trawa. Teren opadał stromo w dół, ku krzakom i małym drzewkom, a potem był płaski. Dalej rosły żywopłoty, a za nimi były łąki. Trawa. Kilka owiec. Większość łąk była skoszona, a najbliższe stodoły wyglądały jak małe zabawki z cegły z dachami z blachy falistej.

Pobocze było szerokie, ale wcale nie puste. Z samochodu zawsze się takie zdawało, więc Jack z zaskoczeniem zauważył, że w rzeczywistości leży tu mnóstwo różnych rzeczy. Puszki po coli, rękawice robocze, kawałki plastikowych rurek i maskotek – przypadkowy zestaw połączony tym, że wszystkie przedmioty są spłaszczone i pokryte takim samym szarym drobnym kurzem.

– A jeśli zatrzyma się jakiś samochód? – zapytała Joy. – Czy powinniśmy wsiąść?

– Oczywiście, że nie – parsknął Jack. Każdy wie, że wsiąść do samochodu z nieznajomym to najłatwiejszy sposób, by zostać zamordowanym.

Joy również to wiedziała i wydawała się uspokojona, że brat nie zamierza ryzykować.

Jack odwrócił się, by spojrzeć na ich toyotę. Lśniła w jaskrawym słońcu, ale zdawała się bardzo odległa – niczym łódź tonąca na głębokim oceanie. Kiedy zniknie, już nigdy nie uda im się do niej wrócić.

A może to oni tonęli…

Merry była ciężka, cięższa niż zwykle, bo wciąż marudziła i płakała. Miała czerwoną wykrzywioną buzię i wiła się na rękach Jacka jak dżdżownica.

– Słońce świeci jej w twarz – zauważył. – Masz w torbie czapkę?

Zatrzymali się i Joy postawiła torbę na ziemi.

– Nie, tylko śliniak. – Podała go bratu, mrużąc oczy w gorącym białym słońcu.

Śliniak był żółty, z niebieską kaczuszką. Jack upiął go Merry na główce i mała trochę się uspokoiła.

Szli dalej.

– Nogi mnie bolą. – Joy szła w śmiesznych różowych japonkach z plastikowym kwiatkiem między dwoma pierwszymi palcami.

– Już niedaleko – powiedział Jack, choć nie miał pojęcia, jak daleko jest do czegokolwiek. Tak po prostu zawsze mówił ojciec. Jack zerknął przez ramię – ich samochód zniknął za zakrętem. Byli zupełnie sami.

Jack żałował, że nie ma tu taty. To on mógłby nieść Merry, Joy i torbę.

Z łatwością.

Bolały go ręce, więc postawił siostrę i próbował ją skłonić, by szła, ale ona wciąż nie chciała, choć przecież potrafiła. Stawała i się opierała, a nie mógł przecież ciągnąć jej za sobą.

Miał ochotę dać jej klapsa. Zamiast tego wydął policzki, wierzchem dłoni otarł pot z czoła, znów podniósł małą i szedł dalej.

Klakson jakiejś pędzącej ciężarówki rozdarł powietrze, a podmuch zwiał z główki Merry śliniak, który poleciał na trawę.

– Och!

Joy stanęła na palcach, próbując sięgnąć za barierkę, ale przejechał kolejny samochód i śliniak zwiało z czubków sztywnej żółtej trawy w dół stromego zbocza.

– Zostaw go! – zawołał Jack.

– Ale to ten z kaczuszką!

Jack szedł dalej i po chwili Joy do niego dołączyła. Wciąż się oglądała, patrząc na jaskrawą plamkę śliniaka.

– Zjadłabym loda – powiedziała.

Jack ją ignorował, ale sam miał ochotę na loda, wystarczyłby sorbetowy. Miał takie wyschnięte gardło. Zastanawiał się, czy można umrzeć z pragnienia w środku bujnego zielonego hrabstwa Devon.

Chyba można.

Nienawidził swojej matki. Nienawidził jej. Dlaczego nie mogła ich zabrać? Dlaczego powiedziała, że zaraz wróci, skoro nie wróciła?

Kiedy ją znajdą, to się do niej nie odezwie. Będzie miała nauczkę! A teraz powinien po prostu ześlizgnąć się po zboczu, znaleźć przejście w żywopłocie, dojść do jakiegoś domu, napić się i zadzwonić.

Zadzwonić do taty. Niech on dowodzi.

A ona niech się martwi, kiedy wróci do samochodu i ich tam nie będzie…

Jednak nie zrobił żadnej z tych rzeczy.

Doszli do karłowatej dzikiej jabłoni i zatrzymali się na chwilę w jej ażurowym cieniu. Jack z jęknięciem postawił Merry na ziemi. Mała natychmiast opadła na poduszkę swojej pieluchy wśród niewielkich jasnych owoców rozsypanych na poboczu.

– Nie sadzaj jej na ziemi – odezwała się Joy. – Jest syfiasta!

– Trudno. Ona waży chyba z tonę.

– Torba też. – Joy upuściła torbę i zerwała jabłko. Czerwone, ale kiedy je nadgryzła, okazało się twarde i kwaśne, więc wypluła kęs na asfalt. Napiła się z butelki Merry i oddała wodę Jackowi. Pili na zmianę, aż się skończyła.

– Powinniśmy zostawić trochę dla Merry – zauważyła Joy.

– Za późno.

Mijały ich kolejne samochody. Nikt się nie zatrzymał.

– Chodźmy – powiedział Jack.

– Ale ja nie chcę – odparła Joy. – Jest za gorąco.

– Musimy. Nie znajdziemy mamy, jeśli będziemy tu siedzieć.

Joy zmrużyła oczy i spojrzała na drogę. Była długa i prosta, ale nie widzieli na poboczu matki ani nikogo innego, tylko lśniące jezioro, jak pustynna fatamorgana.

– Chcę wrócić.

Jack wyjął z kieszeni kluczyk i podał siostrze.

– Dobra – powiedział. – Masz kluczyk.

Joy go nie wzięła. Spojrzała na zakręt, za którym chowała się toyota, westchnęła i powiedziała:

– Ta torba jest taka ciężka.

– To ją zostaw. Weź tylko pieluchę, żeby mama mogła przewinąć Merry.

I to właśnie zrobili. Joy wyjęła pieluchę, a Jack ostrożnie wcisnął torbę w wąską szparę tam, gdzie jabłoń niemal stykała się z barierką, by nikt jej nie zgarnął, ale by mogli ją zabrać w drodze powrotnej do samochodu. Potem podniósł Merry i ruszyli dalej.

Na przeciwległym pasie drogi jakiś niebieski samochód zwolnił, a kierowca bacznie się im przyglądał. Jack odwrócił wzrok, czując drżenie serca ze strachu, dopóki dźwięk silnika stopniowo nie ucichł.

Merry wiła się na ramieniu brata i znów zaczęła jęczeć.

– Mama! Mama!

Pulchne rączki i rozłożone palce wyciągała do tyłu, w stronę samochodu, który został już zbyt daleko, by mogli do niego wrócić.

– Mamy tam nie ma – powiedział Jack. – Jest tutaj. Zaraz ją znajdziemy.

Merry stopniowo przestawała marudzić, aż w końcu objęła brata za szyję, położyła policzek na jego ramieniu i tylko cicho pojękiwała do rytmu jego kroków.

Joy zatrzymała się i zapytała:

– Co to jest?

Przed nimi trzy kruki dziobały jakiś krwawy placek, podskakując wokół niego.

– Nie wiem.

– To coś martwego?

– Nie wiem.

Ale to było coś martwego. Podeszli bliżej i usłyszeli bzyczenie much.

Martwy lis – rozjechany, ale jeszcze niepokryty kurzem. Śliskie różowe flaki wychodziły z dziury w rdzawym futrze. Kruki biły się o lisie oczy.

Jack nie mógł patrzeć. Przełknął z obrzydzeniem ślinę, a Joy machała rękami, odganiając ptaki. Odleciały, ale tylko kawałek, i zaraz pojawiły się znowu.

– Aaaaa! – krzyczała Joy. – Aaaaaa!

Kruki jednak tylko się zaśmiały i podskakiwały wokół dziewczynki jak członkowie jakiegoś okrutnego gangu. Rzuciła się w ich stronę.

– Joy!!!

Jack złapał ją za rękę w chwili, gdy klakson samochodu wściekle rozdarł powietrze, a pojazd gwałtownie skręcił, by ominąć Joy.

Blada jak ściana spojrzała na brata wielkimi oczami w białej buzi, otwierając usta.

Potem oboje się roześmiali. Zarechotali niczym tamte kruki. To nie był radosny śmiech, ale i tak nie przestawali, jakby grali w jakąś dziwną grę, jeszcze długo po wyczerpaniu się radości, aż zaczęły ich boleć twarze. Potem Jack wskazał coś nad ramieniem Joy.

– Tam jest telefon!

Jakieś sto metrów dalej stała niewielka pomarańczowa budka.

Pospiesznie oddalili się od martwego lisa. Jack szedł tak szybko, że prawie biegł. Joy złapała brata za tył koszulki, jakby się bała, że oderwie się od tego małego pociągu i zostanie w tyle. Jacka bolały ręce, pot spływał mu do oczu. Stopy Merry obijały się o jego uda, a przez Joy trzymającą go za koszulkę tracił równowagę, ale nie zwolnił, dopóki nie znaleźli się jakieś trzydzieści, czterdzieści metrów od telefonu. Wtedy zaczął się rozglądać, szukając matki – za barierką na trawiastym zboczu i dalej, między drzewami, za żywopłotem i na łąkach – zdesperowanym wzrokiem szukał wskazówek.

Może upadła. Może czekała po drugiej stronie barierki. Może patrzyła teraz, jak się zbliżają, i machała. Czekała, aż ją dostrzegą. Kiedy Jack ją zobaczy, to odmacha. Porozmawia. Oczywiście, że porozmawia! Zapomni o wszystkim, co złe. Nie mógł się doczekać, zaraz wszystko będzie dobrze.

– Gdzie ona jest? – zapytała Joy.

Jack ją zignorował.

– Jack?

– Cicho!

Szedł szybko, marszcząc czoło. Zatrzymał się dziesięć metrów przed telefonem.

Pomarańczowa słuchawka zwisała na kablu. Nisko, niemal dotykając czubków żółtej trawy, nieruchoma, na skręconym przewodzie.

Jack miał bardzo złe przeczucia.

Wszystko jest nie tak.

Bardzo, bardzo nie tak.

Joy się poruszyła. Puściła koszulkę brata i go minęła.

– Nie działa – powiedziała, sięgnąwszy po słuchawkę.

– Nie dotykaj! – wrzasnął Jack, a siostra wybuchnęła płaczem.

Przeszli jeszcze jakieś czterysta metrów w duszącym skwarze.

Nikt się nie zatrzymał.

Nikt nie chciał się mieszać.

Mijali ich ludzie w samochodach – całe rodziny! – z klimatyzacją, telefonami komórkowymi i coca-colą. Joy cicho szlochała, a Jack dalej niósł Merry.

Szedł, choć nie czuł już nóg.

Ani serca.

Dopiero kiedy doszli do połowy zjazdu z autostrady, jakiś samochód w końcu zwolnił i gwałtownie zatrzymał się na żwirze na poboczu tuż przed nimi.

Stanęli drżący i zapłakani, zmęczeni upałem i strachem.

Długa gorąca chwila w suchym powietrzu.

Potem drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i z wozu wysiadł policjant.
(…)

Belinda Bauer „Ostrze”
tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
wydawnictwo: W.A.B.
ilość stron: 384

Opis: Minęła już prawie godzina od chwili, gdy samochód się zepsuł. Kilka minut później matka Jacka i jego dwóch sióstr poszła szukać jakiegoś telefonu, by zadzwonić po pomoc. „Jack teraz dowodzi – powiedziała, idąc. – Niedługo wrócę”. Jedenastoletni Jack i jego dwie siostry czekają na poboczu w dusznym, zepsutym samochodzie, kłócąc się, marudząc i grając w zgadywanki. Ale matka nie wraca. W ogóle nie wraca. A po tym długim, gorącym letnim dniu nic już nie będzie takie samo. Trzy lata później Jack wciąż dowodzi. W tym samym czasie po drugiej stronie miasta młoda kobieta, Catherine, budzi się i znajduje obok łóżka nóż oraz kartkę z napisem: „Mogłaś zginąć”. Policja szuka akurat tajemniczego włamywacza przezwanego Złotowłosym, ma bowiem zwyczaj sypiania w łóżkach w domach, które okrada – ale Catherine nie widzi sensu w angażowaniu w sprawę policji. A Jack nagle może odkryć, kto zabił jego matkę. Wciągająca, mistrzowsko napisana powieść, od której czytelnicy nie będą mogli się oderwać. Belinda Bauer u szczytu formy.

Tematy: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek