banner ad

„Szczęki” i Nietzsche, śmierć i życie. Przeczytaj fragment inspirującej książki „Moc dobrych słów” Matta Haiga

15 listopada 2022

Dzięki Wydawnictwu Słownemu do sprzedaży trafiła książka „Moc dobrych słów” Matta Haiga, autora światowego bestsellera „Biblioteka o północy”. Ta mała księga otuchy przypomni wam, że życie potrafi być piękne. Jak zachęca do lektury Neil Gaiman, „Matt Haig ma w sobie empatię dla człowieczeństwa z jego jasnymi oraz ciemnymi stronami i konstruuje swoje opowieści przy użyciu pełnej palety barw”. Książka jest już dostępna w księgarniach, a poniżej przeczytacie dwa jej fragmenty.

„Szczęki” i Nietzsche, śmierć i życie

Istniejemy, a potem przestajemy istnieć. Nic dziwnego, że napełnia nas to trwogą. Może nawet dobrze, że się boimy.

Antropolog kulturowy Ernest Becker napisał: „Żyć w pełni to żyć ze świadomością ciągłej wszechobecności grozy”.

Nie należy się wstydzić strachu. Ale lęk przed śmiercią to kolejna forma lęku przed przyszłością, kolejna abstrakcja odciągająca nas od teraźniejszości; odpowiedzią na ten lęk jest więc namacalne „tu i teraz”.

Kiedy przeżywałem głębokie załamanie, czułem równie silny lęk przed życiem, jak i przed śmiercią. Bałem się bólu, który niosło ze sobą życie, oraz unicestwienia niesionego przez śmierć. Brzmi to paradoksalnie, ale nigdy nie drżałem przed śmiercią bardziej niż wtedy, gdy targały mną silne myśli samobójcze. Obie te rzeczy były nierozerwalnie sprzężone – stanowiły dwie strony tego samego medalu.

Lękowi towarzyszy niepewność, a dokonanie wyboru wyzwala cię od związanego z nią bólu i daje poczucie panowania nad lękiem. Wiem, że to głupie. Chciałem umrzeć, bo nie chciałem umrzeć.

Wydaje mi się, że lęk przed śmiercią, jak każdy lęk, kiedy się do niego nie przyznajemy, tylko się pogłębia. To, co niewidoczne, wydaje się monstrualne. Na przykład film „Szczęki” sprawił, że ludzie – niesłusznie! – boją się żarłaczy białych. Jedną z ciekawostek dotyczących tego pionierskiego letniego hitu jest to, że rekin pojawia się na ekranie dopiero po godzinie i dwudziestu jeden minutach filmu, czyli zdecydowanie w drugiej jego połowie. Przyczyny są prozaiczne – przede wszystkim podczas filmowania mechaniczny rekin na ogół odmawiał posłuszeństwa – co nie zmienia faktu, że rekin jest bardziej przerażający właśnie dlatego, iż go nie widać.

Mam wrażenie, że podobnie jest ze śmiercią, która przynajmniej dla nas, ludzi Zachodu, stanowi temat jeszcze bardziej niewygodny niż seks, a jednocześnie to z nią wiąże się tyle naszych najgłębszych obaw. A przecież śmierć jest częścią życia. Pomaga nam je zdefiniować. Podnosi wartość czasu, który spędzamy na tym świecie, i wartość ludzi, z którymi go dzielimy. Cisza po zakończeniu pieśni jest równie ważna jak sama pieśń.

Albo też, jak to ujął Nietzsche: „Koniec melodii nie jest jej celem; ale mimo to: jeśli melodia nie dobiegła końca, nie osiągnęła też swego celu”.

Co powiedział mój tata, gdy zgubiliśmy się w lesie

Swego czasu we Francji zgubiłem się z tatą w lesie. Miałem jakieś dwanaście, może trzynaście lat. W każdym razie było to w czasach, gdy większość ludzi nie miała telefonów komórkowych. Byliśmy na jakichś niepojętych dla mnie mieszczańskich wakacjach w zabitej dechami dziurze w dolinie Loary i poszliśmy pobiegać. Jakieś pół godziny później tata mówi: „O rany, chyba się zgubiliśmy”. Bezskutecznie łaziliśmy w kółko, szukając drogi. Tata spytał o drogę dwóch mężczyzn – kłusowników – a oni wskazali nam zły kierunek. Zgrywał chojraka, ale widziałem, że zaczyna panikować. Od paru godzin krążyliśmy po lesie.

Mama musiała odchodzić od zmysłów. Krótko przedtem usłyszałem w szkole biblijną opowieść o Izraelitach, którzy umarli na pustyni, więc wyobraźnia podpowiadała mi, że i nas spotka podobny los. Wtedy tata powiedział: „Jeśli pójdziemy cały czas prosto, to się w końcu wydostaniemy”.

Miał rację. Po jakimś czasie usłyszeliśmy samochody i dotarliśmy do głównej drogi. Znajdowaliśmy się kilkanaście kilometrów od wioski, z której wyruszyliśmy, ale teraz przynajmniej mogliśmy się kierować drogowskazami. Wydostaliśmy się z lasu. Do dziś, kiedy się gubię – dosłownie lub w przenośni – myślę o tej strategii. Myślałem o niej w trakcie załamania nerwowego, gdy żyłem w nieustannej panice przerywanej jedynie depresją; gdy moje serce miotało się w piersi jak oszalałe; gdy prawie nie wiedziałem, kim jestem, i nie miałem pojęcia, jak mam dalej żyć. „Jeśli pójdziemy cały czas prosto, to się w końcu wydostaniemy”.

Posuwając się małymi kroczkami wciąż w tym samym kierunku, zawsze zajdziesz dalej, niż chodząc w kółko. Liczy się determinacja, by iść naprzód.
(…)

Matt Haig „Moc dobrych słów”
Tłumaczenie: Iwona Michałowska-Gabrych
Wydawnictwo: Słowne
Liczba stron: 272

Opis: Refleksje nad nadzieją, przetrwaniem i skomplikowanym cudem życia. Nic nie jest silniejsze od maleńkiej nadziei, która nie chce zgasnąć. „Moc dobrych słów” to zbiór małych wysepek nadziei. Zamieszczone tu historie ku pokrzepieniu pozwalają zobaczyć siebie i świat na nowe sposoby. Mieszanka filozofii, osobistych zapisków i autorefleksji Matta Haiga czerpie z wiedzy filozofów i ocaleńców z różnych epok, od Marka Aureliusza po Nellie Bly, Emily Dickinson i Jamesa Baldwina. Warto sięgnąć po tę książkę, gdy potrzebujemy przyjaciela, troskliwego uścisku czy przypomnienia, że nadzieję można znaleźć w nieoczekiwanych miejscach. Nie oczekujmy tu uporządkowanej struktury, bo poszukując wsparcia, nie zawsze wiemy, co w danym momencie nam je zapewni. Może to właśnie to zupełnie nieoczekiwane słowo? Tu, jak w życiu – wszystko połączone jest ze sobą – nadzieja z rozpaczą, ból z radością… Haig przypomina nam też wielokrotnie, że zwyczajny fakt naszego istnienia jest powodem do nadziei i radości, że nie musimy starać się być kimś innym niż jesteśmy lub spełniać czyjeś oczekiwania. Wystarczy po prostu być!


Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek