banner ad

Roman Czejarek zdradza koncertowe tajemnice Maryli – fragment książki „Kochane Lato z Radiem”

9 lipca 2014

kochane-lato-z-radiem-fragment
„Plotkarskie pisma i portale będą miały teraz radość w ujawnianiu pikantnych szczegółów zza kulis Lata z Radiem” – zapowiadał swoją książkę Roman Czejarek. Fragment „Kochanego Lata z Radiem”, w którym autor zdradza koncertowe tajemnice Maryli Rodowicz możecie przeczytać poniżej. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy pod patronatem Booklips.pl.

O wielu piosenkarkach (a zwłaszcza o jednej, również opisanej w tej książce) zwykło się mówić ?królowa polskiej piosenki? albo ?królowa jest tylko jedna?. Przyjmując, że tamte określenia są prawdziwe, o Maryli Rodowicz trzeba by powiedzieć przynajmniej ?caryca?, a najlepiej poszukać innego słowa, jeszcze bardziej podkreślającego jej zalety. Tylko czy takie słowo w naszym języku istnieje? Maryla to osoba absolutnie wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Niezniszczalna, niezatapialna, ciągle niedościgniona mistrzyni estrady, zwłaszcza takiej jak Lato z Radiem, zabaw sylwestrowych lub wielkich plenerowych gali. Odkryła to wiele lat temu Nina Terentiew, która najpierw jako szefowa TVP2, a później dyrektor programowa Polsatu zatrudniała Marylę przy każdej ważnej okazji i nigdy się nie zawiodła. Ja tylko skromnie idę tym śladem.

Wiele razy namawiano mnie, by nie zapraszać więcej Rodowicz na trasę Lata z Radiem. Robili to różni moi byli szefowie, argumentując, że czas na młodszych, że to już było albo że to tamta epoka. Nikt z nich nie miał racji, choć czasami musiałem rzeczywiście toczyć wielkie boje o Marylę. Dziwi mnie tylko, że tego nie rozumieli, ale może taka jest uroda niektórych szefów z politycznego klucza… Na szczęście nie wszystkich. Chociaż rzeczywiście jest tak, że lata mijają, a Rodowicz pozostaje perfekcyjna i niedościgniona. Podobnie jak towarzysząca jej ekipa, przy czym mam tu na myśli nie tylko niezwykłych muzyków, od wielu lat w większości tych samych, ale też jedynego w swoim rodzaju menedżera, czyli Bogdana Zepa. Boguś (bo tak wielu ludzi w branży mówi o nim) i Maryla są po prostu dla siebie stworzeni. Proszę jednak nie myśleć, że się ze sobą nie kłócą. Czasami nawet bardzo. Jeden z takich sporów jakiś czas temu spowodował rozstanie, i to z wielkim hukiem. Minęło kilka lat, obie strony poszły po rozum do głowy, a ja myślę, że po prostu policzyły, ile tracą na tym ?rozwodzie?, i… znów Maryla z Bogdanem pracują razem.

Rodowicz od lat stosuje podczas występów ten sam bardzo prosty i bardzo skuteczny patent. Po dynamicznej przygrywce robionej przez zespół (my to nazywamy fachowo ?intrem?), mniej więcej po minucie, wybiega na scenę wraz z trzema urodziwymi tancerkami i chórzystkami, prezentuje się
publiczności oraz fotoreporterom, po czym podchodzi do mikrofonu (ma własny, specjalny, o tym za chwilę) i pyta:

? Co mam zaśpiewać?

Oczywiście w takiej chwili publiczność wykrzykuje wszystkie znane tytuły piosenek Maryli: Małgośka, Remedium (czyli ?Wsiąść do pociągu?), Sing-Sing, Niech żyje bal itp. Jest tego tyle, że czasami nawet trudno wyłowić uchem, co dokładnie ludzie wołają, bo choć krzyczą bardzo głośno, to każdy chce usłyszeć co innego i każdy woła po swojemu. Rodowicz staje wtedy na skraju wybiegu (też ma własny, ze specjalnym oświetleniem) i spokojnym głosem stara się odpowiadać:

? Małgośka? Proszę bardzo. Sing-Sing? Ale oczywiście, będzie. ?Wsiąść do pociągu?? Zaśpiewam, zaśpiewam, dobrze.

Publiczność to słyszy. Każdy jest przekonany, że to właśnie on dostał odpowiedź i że tak wielka gwiazda uwzględniła jego prośbę. Dziennikarze piszą później w lokalnej prasie, że Maryla Rodowicz śpiewała na specjalne życzenie publiczności. Tymczasem prawda bywa często zupełnie inna. Program koncertu jest mniej więcej ustalony. W planie są oczywiście prawie wszystkie przeboje. Bez względu na to, co zawołają ludzie, te piosenki i tak będą. Ale liczy się efekt. A ten jest znakomity.

maryla-rodowicz-spiewa

Inna rzecz, że Rodowicz, jeśli chce i ma nastrój, potrafi zaskoczyć i zespół, i prowadzących, i nawet menedżera. Biedny Bogdan biega wtedy pod sceną, rwąc sobie włosy z głowy, muzycy zaś wyciskają z siebie siódme poty, by sprostać zadaniu i by szefowa się nie zdenerwowała. Mimo bowiem ustalonego planu Maryla potrafi nagle zażądać zagrania zupełnie innego utworu. Biada muzykowi, który się zgubi lub zagra nie taką nutę. Nie mówiąc już o sytuacji, by ktoś nie wiedział, jak dany utwór zagrać, bo to przy dyscyplinie Maryli i Bogdana jest po prostu nie do pomyślenia. W razie pomyłki caryca potrafi się rozzłościć jak mało kto, choć sama ?rozmowa? z niesfornym muzykiem odbywa się dopiero po koncercie, już poza sceną. O dyskrecji trudno tu mówić, bo ?wymianę zdań? (raczej jednostronną) dobrze słychać w promieniu wielu metrów. Zwykle jest tak, że muzyk, którego czekają ?uwagi? szefowej, wie o tym wcześniej. Zespół więc niby gra dalej spokojnie na scenie kolejne przeboje, ale wszyscy co chwila zerkają znacząco w stronę nieszczęśnika, bo każdy wie, co się stanie, gdy tylko koncert się skończy. I biada mu, jeśli z nerwów pomyli się ponownie. Ma to swoje plusy i minusy.

Koncerty Rodowicz na trasie Lata z Radiem należą zdecydowanie do najdłuższych. Zwykle w standardowej umowie z każdym z artystów zapisuje się szablonowo sześćdziesiąt minut grania i śpiewania plus bisy. Przy czym za bis uznajemy dodatkowe dziesięć, piętnaście minut, czyli jeden, góra trzy utwory. Gdy chodzi o Marylę, to po godzinie koncert dopiero na serio się rozkręca. Jeśli pogoda dopisuje, taka gwiazda gra dwie godziny albo i więcej. Bis też potrafią trwać kolejne kilkadziesiąt minut. Ponieważ każdy koncert ułożony jest według schematu ? zaczyna najmniej znany artysta kończy największa gwiazda ? Maryla i jej zespół grają oczywiście na finał, czyli na końcu. I tu jest problem.

Proszę sobie wyobrazić, że koncert Rodowicz rozpoczął się na przykład o 21.30. Zgodnie ze scenariuszem każdy inny wykonawca skończyłby o 22.30. Chwilę później na scenie pojawiliby się na kilkadziesiąt sekund prowadzący, zapowiedzieliby bis (niby takie zaskoczenie, bonus dla publiczności, a w rzeczywistości wszystko precyzyjnie zaplanowane) i gwiazda wystąpiłaby ponownie. Kilka lub kilkanaście minut. Później już tylko odliczanie, sztuczne ognie i… do domu, czyli do samochodu i w drogę na następną imprezę. W wypadku Maryli Rodowicz taki plan nie wchodzi w grę. O 22.30 po prostu nic się nie dzieje, bo gwiazda śpiewa dalej. Około 23.00 zdenerwowany Boguś Zep zaczyna przestępować z nogi na nogę i zwykle drepce tam i z powrotem blisko wejścia na scenę. Około 23.15 Bogdan łapie prowadzących (najczęściej mnie) i szepce:

? Proszę cię, zrób coś! Niech ona już skończy!

Tradycyjnie robię wtedy wielkie oczy, patrzę na Zepa i mówię niby zdziwiony:

? Ja? To ty coś zrób! Jesteś przecież jej menedżerem.

Taki teatrzyk odgrywamy dość regularnie, choć obaj wiemy, że w praktyce to nic nie da. Maryla po prostu skończy dopiero wtedy, gdy uzna, że to już naprawdę koniec. I kropka. Czasami Bogdan wylicza mi, gdzie grają jutro, i dodaje:

? Wiesz, jak to teraz będzie. Ona pójdzie spać, a ja będę jechał i jechał trzysta, czterysta kilometrów!

Cóż mam odpowiadać? Mam dokładnie ten sam problem i zawsze zastanawiam się, jak długo jeszcze Maryla będzie grała. W takich sytuacjach największe problemy rodzą się jednak w zupełnie innych miejscach. Pierwsza denerwuje się ochrona, później służby medyczne, techniczni i ekipa, która musi posprzątać po koncercie. Na ich oczach misterny plan zakończenia imprezy o planowanej porze wali się w gruzy. Publiczność jest zachwycona, bo gwiazda daje superkoncert, ale obsługa zaczyna kalkulować, do której będzie musiała pracować. Do drugiej, trzeciej w nocy? A może i dłużej? Najbardziej zdesperowani szukają wtedy organizatora (czyli zwykle mnie) i przychodzą negocjować stawki, bo wydłuża im się czas pracy. Szczerze mówiąc, często mają rację. Nie są to miłe chwile i łatwe negocjacje, ale czasami po prostu nie ma wyjścia. Bywa też, że żarty się kończą, gdy przychodzi policja i pokazuje, że zgoda na imprezę masową jest na przykład tylko do północy. I co wtedy robić?

maryla-rodowicz-scena

Teraz trochę o sprzęcie Maryli. Wspomniałem wcześniej o mikrofonie. Jest przygotowany specjalnie dla niej. Pozornie nie ma w tym nic dziwnego, bo wiele wielkich gwiazd ma własne mikrofony. Czują się wtedy pewniej, mikrofon ma dostosowaną charakterystykę dźwięku do barwy głosu artysty, często też taki sprzęt jest efektownie wykończony, specjalnie dla konkretnej gwiazdy. Własny mikrofon ma zawsze ze sobą Andrzej Piaseczny (piękny srebrny), Olek Klepacz z Formacji Nieżywych Schabuff (czerwony!), Grzegorz Markowski z Perfectu (ze specjalnym statywem skręconym jak wąż) itd. W wypadku Rodowicz jest trochę inaczej. Nie wiem, czy nie zdradzam teraz wielkiej tajemnicy, ale co tam, zaryzykuję!

Mikrofon Maryli Rodowicz jest nie tylko elegancki i bardzo dobry jakościowo. Ma też podobnie jak cały system (czyli współpracujący z mikrofonem bezprzewodowym specjalny odbiornik, antenki itp.) jedną wyjątkową cechę: silnie wzmacnia głos, nie zmieniając jego barwy. Oczywiście wszystko to jest precyzyjnie wyregulowane i wcześniej ustawione. Po co? Odpowiedź jest banalnie prosta. Maryla Rodowicz występuje już na scenie tak długo, że jeżeli dalej chce to robić, musi oszczędzać i szanować gardło. Bardzo wielu śpiewających artystów o tym nie pamięta i w wieku trzydziestu?czterdziestu lat zaczynają się dramaty. Widzowie przychodzą do mnie po koncertach Maryli i mówią z uznaniem: ?Tyle lat na scenie, a ciągle tak czysto śpiewa!?. Mikrofon to jeden z sekretów. Maryla śpiewa idealnie, ale… cicho. Mikrofon musi tak wzmocnić jej głos, by brzmiał jak trzeba. Gdyby ktoś inny na scenie podszedł nagle do tego mikrofonu i coś ?normalnie? powiedział, w najlepszym wypadku ryknąłby niesamowicie donośnie do publiczności. W rzeczywistości taki dźwięk byłby wtedy ostro przesterowany, czyli zniekształcony, a kto wie, czy wcześniej jakieś zabezpieczenie nagłośnienia nie zablokowałoby całego systemu, żeby coś się nie spaliło z nadmiaru mocy.

Równie precyzyjnie dobrane jest oświetlenie. Największa polska gwiazda musi dobrze wyglądać. Od kilku lat podstawową cechą tego światła jest barwa. Nie neutralnie biała, lecz w odcieniu pomarańczu i czerwieni. Tak zestawione kolory sprawiają, że nikną zmarszczki i wygląda się zdecydowanie młodziej. Ten prosty pomysł jest bardzo skuteczny. Jedyną grupą bardzo niezadowoloną z takiego rozwiązania są fotoreporterzy. Występ Rodowicz jest zawsze wielkim wydarzeniem, więc pod estradą kręci się cała gromada ludzi z aparatami fotograficznymi. W dużych miastach są to przedstawiciele agencji fotograficznych obładowani drogim profesjonalnym sprzętem, w mniejszych miejscowościach więcej jest amatorów, wolnych strzelców i tak zwanych dziennikarzy społecznościowych z amatorskimi kamerami. Zawsze jest to jednak spora grupa osób, które często dość skutecznie wzajemnie sobie przeszkadzają i depczą po nogach obsłudze obok estrady. Dodatkowo nerwową atmosferę wywołuje fakt, że gwiazdę wolno fotografować tylko podczas trzech pierwszych utworów. Nie ma w tym nic dziwnego. Wielu artystów z pierwszej ligi stawia taki warunek i Maryla Rodowicz nie jest tu żadnym wyjątkiem. Uzasadnienie jest bardzo proste. Przed występem gwiazda ma robiony profesjonalny makijaż. Jeżeli się biega i skacze po scenie, zwłaszcza latem, gdy temperatura (nawet po 22.00) jest stosunkowo wysoka, twarz po prostu się poci i po kilkunastu minutach nawet najlepszy makijaż powoli się rozpływa. Tego nikt nie chce widzieć na fotografiach. Pół biedy, jeśli amator robi zdjęcie prostym aparatem z daleka. Twarz jest mała, niezbyt wiele widać, ot gdzieś tam ta niewielka kreska to stojąca na kolorowo oświetlonej scenie słynna piosenkarka. Problem zaczyna się przy zawodowcach z drogimi teleobiektywami. Tu można pokusić się o dobre zbliżenie, na którym wszystko widać bezlitośnie. Stąd ograniczenie czasu fotografowania do trzech pierwszych piosenek. Później do akcji rusza ochrona i sprawnie wyprasza maruderów próbujących przeciągać czas. Zwykle jednak zawodowcy szanują prośbę gwiazdy i jej menedżera.

Czerwono pomarańczowe światło na scenie i na twarzy najważniejszego artysty zaskakuje wielu fotografów. Zapewne większość z Państwa ma własny cyfrowy aparat fotograficzny. Proszę spróbować zrobić nim zdjęcie czegoś jaskrawo czerwonego lub intensywnie pomarańczowego. Teraz popatrzmy na wyświetlacz. I co? Dziwnie wyszło, prawda? Cyfrowe matryce w nowoczesnych aparatach mają to do siebie, że najbardziej nie lubią właśnie czerwieni. Intensywna czerwień połączona z odcieniem pomarańczowym na zdjęciach daje zazwyczaj zupełnie inny odcień. Bywa, że widać też dziwne ciemniejsze kropeczki, czyli, fachowo mówiąc, piksele. A to tylko początek kłopotów. Oczywiście w drogim profesjonalnym sprzęcie da się wyregulować ręcznie tak zwany balans bieli i to poprawić. Ale na to potrzeba czasu. A tu tylko trzy pierwsze utwory! I ciągła przepychanka pod sceną! Sytuację można ratować lampą błyskową, ale to znowu problem sprzętu ? potrzebna jest kosztowna, bardzo silna lampa dużej mocy, a także wiedza, bo siłę błysku trzeba umiejętnie ręcznie ograniczyć. Inaczej, błyskając bez opamiętania lampą, wyeliminujemy naturalne oświetlenie sceny, tak ważne w czasie występu i nadające każdemu zdjęciu właściwy klimat. Na zrobienie korekty w lampie znów trzeba prób i czasu i koło się zamyka.

Maryla Rodowicz przykłada również wielką wagę do strojów. Są artyści, którzy najpiękniejsze kreacje rezerwują na koncerty w dużych miastach oraz transmisje telewizyjne. W trasach bywa z tym różnie. Na tym tle Maryla jest absolutnym wyjątkiem. Jedyną osobą, która potrafi dorównać carycy w perfekcyjnym doborze kostiumu, jest Doda, ale to już zupełnie inna historia, do której też dojdziemy. Przyznaję, że nie wiem, kto tego pilnuje, ale Rodowicz każdego dnia potrafi wyjść na scenę w zupełnie innej kreacji. Gdy po pewnym czasie ponownie występuje w tym samym mieście, można mieć pewność, że strój będzie całkiem nowy. Przy tak wielu koncertach wymaga to bardzo starannego planowania i wożenia ze sobą wielu waliz z ciuchami. Zawsze jest kolorowo, bajecznie, trochę z ocierającą się o kicz przesadą, ale akurat do tej gwiazdy to idealnie pasuje.

kochane-lato-z-radiemRoman Czejarek „Kochane Lato z Radiem”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 400

Opis: Od ponad czterdziestu lat w czasie wakacji kilka milionów ludzi słucha Programu Pierwszego Polskiego Radia i Lato z Radiem! Audycja bije rekordy radiowej popularności. Na koncertach w plenerze gromadzi kilkaset tysięcy widzów. Rok w rok. Od dwudziestu pięciu lat jej kierownikiem i prawdziwą gwiazdą jest popularny dziennikarz a zarazem doskonały szef Roman Czejarek, który teraz, nie po raz pierwszy, przeistoczył się w autora książki. Dzięki pracy w Radiowej Jedynce poznał wszystkie gwiazdy polskiej estrady i to o nich i ich przygodach z „Latem z radiem” przeczytają Państwo w tej książce.
(więcej o książce)

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek