banner ad

Punk’s not dead i polski fiat. Fragment czeskiej powieści „Nuselski punk” Green Scuma

1 sierpnia 2019


Czy wyobrażacie sobie połączenie „Big Lebowskiego”, serialu „Sąsiedzi” i „Gangu Olsena”? W dodatku opowiedziane Grzesiukowo-Hrabalowym językiem? 22 sierpnia nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukaże się powieść „Nuselski Punk” napisana przez Green Scuma (na zdj.). Historie i historyjki o ludziach z praskich nizin ukrywający się pod pseudonimem autor zna z pierwszej ręki, bo sam żyje na Nuslach „na przemian pod dachem i na ulicy”. Przeczytajcie przedpremierowo jeden z rozdziałów książki.

2. rozdział

Stałem przy barze w szynku Na Závisti. W pobliżu siedział przy stole Świeczka. Właśnie napił się piwa. Na tacce postawił kufel, w dwóch trzecich pełny. Spadły mu papierosy. Pochylił się i podniósł je. Kiedy się wyprostował, zwalił sobie kufel na kolana.

Pechowiec Świeczka. Nie znałem nikogo, do kogo pech lepiłby się z takim entuzjazmem jak do niego.

? Wole, Dżudo. Czego tylko dotknę, zaraz spierdolę.

Z opowieści wiem, że kiedyś, jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, kupił polskiego fiata. Tysiącpięćsetkę. Za jedyne pięć tysiaków. Po miesiącu nic w tym wraku nie działało. Fotele tylko z przodu. Z tyłu jedynie stołki. Jeśli kogoś wiózł, zdarzało się, że pasażer wypadł mu przez podłogę razem ze stołkiem.

Wynajął garaż. Mieszkał przy Kloboučnickiej. W Nuslach. Chyba dlatego wynajął go na Smíchowie. Buda bez elektryki. Wyobrażał sobie, że tego fiata zreperuje. Że go podrasuje. Że będzie jeździł na zjazdy podrasowanych wozów.

Żeby widzieć, co robi, kupił małą butlę z gazem. Z regulatorem. Z pończoszką. Reperował ten wrak przy świetle lampy gazowej. Ciężki punk.

Skombinował mały czarno-biały ruski telewizor. Za stówkę. Jakiś Silesis. Żeby go wbudować w deskę rozdzielczą. Żeby podczas jazdy oglądać Receptař.

Wszystko miał przemyślane. Uważał, że najpierw musi zdjąć maskę, taki zardzewiały dekiel, pod którym jest silnik. Gdy odkręcił ostatnią śrubę, strzeliły sprężyny. Trzy godzinki w śpiączce. O mało mu to nie urwało głowy.

Kupił jeszcze jeden model. Za dwa tysiaki. Na części zamienne. Ten mu na szczęście po tygodniu ukradli.

Potem podnieśli mu czynsz za garaż. Wybył wtedy ze Smíchowa na Kloboučnicką. Parkował na chodniku i cieszył się, że majątek ma na oku.

Uszło mu powietrze z koła. Wymontował je i zostawił pochylone auto. Wybrał się do serwisu. Żeby nie mieć daleko, znalazł sobie taki jeden na Zlatnickiej. Włożył koło w płócienną torbę i pojechał tramwajem na Karlák1. W serwisie sfotografowali to koło. Do gazetki ściennej. Nie do naprawienia, bo z opony wyłaziły druty. Do środka. Przebijały dętkę.

Koło wraz z torbą zostawił w bramie.

Skombinował inne. Podobne, ale trochę większe. Samochód stał na płaskim, ale wyglądało to tak, jakby stał na stoku.

Raz spróbował nim pojechać. Udało mu się wystartować, ale dopiero gdy siedmiu chłopa dopchało go aż na Synkáč2.

To było zimą. Czekał w aucie. Bo trzeba zagrzać silnik. Zanim temperatura wzrosła do dwudziestu stopni, skończyła mu się benzyna.

Dwa tygodnie trwało, zanim uprosił tych samych chłopaków, żeby go dopchali z powrotem.

Fiat wciąż mu stał pod oknami. A Świeczka spokojny. W domu kreślił sobie plany zawodów. Ten wrak przyniósł mu w końcu pecha.

Raz szedł do domu z Závisti. Koło północy. Po tych wszystkich piwach był głodny. Zaszedł do nocnego. Pieczywa nie mieli. Tylko chleb w proszku.

Piekł go w piekarniku aż do piątej nad ranem. Cieszył się na nadmuchaną ciabattę. Doczekał się małej, twardej grahamki. Twardej jak diament.

Sfrustrowany wyjebał ją przez okno. Grahamka przebiła przednią szybę. Fiata.

Świeczka zamarł. Zbiegł po schodach. Wypadł na chodnik. Kopnął samochód. Dokładnie w środkowy słupek. Który ? jako jedyny ? nie był przerdzewiały.

Śruby w nodze. Dwa miesiące hospitalizacji. Dość czasu na to, żeby fiat definitywnie wyparował. Nusle to nie przechowalnia.

Tak, to cały Świeczka. Wycierał ręce w spodnie i mrugał. Może wypije jeszcze jedno. A może nie.

Może znów je rozleje. A może nie.

Pieprzyć to.
_

Przypisy:

1. Plac Karola na Nowym Mieście Praskim.
2. Plac Braci Synků, położony w centralnej części Nuslí. Nazwany tak na cześć działaczy komunistycznych z czasów Pierwszej Republiki, członków ruchu oporu, Otto i Viktora Synka, zamordowanych przez nazistów.

Green Scum „Nuselski punk”
Tłumaczenie: Krzysztof Rejmer
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 328

Opis: Nusle to ciesząca się nie najlepszą sławą proletariacko-romska dzielnica w Pradze. To miejsce, w którym nic nie jest proporcjonalne, wszystko od czapy. Miejscowi mają mnóstwo świetnych pomysłów, których, nie wiedzieć czemu, nie rozumie świat. Bo też cóż może być złego w tym, że np. ktoś skróci sobie drogę, jadąc rowerem przez tunel za wagonami metra? Tutejsi ludzie starają się jakoś przetrwać, mieć na chleb i na piwo w miejscowej gospodzie. Ich opowieści autor, pisarz i bloger ukrywający się pod pseudonimem Green Scum, zna z pierwszej ręki, bo jak sam o sobie mówi, żyje na przemian pod dachem i na ulicy: „Większość tych historyjek przeżyłem sam albo wydarzyły się one moim przyjaciołom. Są to historie wprawdzie na pierwszy rzut oka humorystyczne, ale kryje się za nimi smutek, bo zwyczajny człowiek, taki któremu nic nie wychodzi, zbyt wesołego życia nie ma”. Język, którym mówią bohaterowie książki, nie jest językiem wzniosłej literatury. To język, jaki można usłyszeć w czeskich gospodach, bogaty leksykalnie, pełen swoistego czarnego humoru, ale też lapidarny, zdolny w krótkich słowach, chropowatych frazach, zdrobnieniach i skrótach oddać skomplikowane niuanse rzeczywistości. „Nuselski punk” to współczesna czeska literatura w najlepszym wydaniu.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek