banner ad

Przenieś się do epoki „schyłkowego Gierka” w kryminale „Mniejsza połowa” Dominiki Stec

19 sierpnia 2014

mniejsza-polowa-fragment
Akcja kryminału Dominiki Stec „Mniejsza połowa”, opublikowanego pod patronatem Booklips.pl, rozgrywa się w epoce „schyłkowego Gierka”. Jeśli nieobce są wam szare blokowiska, wart­burgi, mentolowe Zefiry i przeboje Boney M., zapraszamy do lektury fragmentu książki, który możecie znaleźć poniżej.

Prolog
ON

Podkręcił knot lampy naftowej, a filujące światło zadrżało na szarej podrapanej ścianie. Na dworze wiało, jesienny wiatr zawiewał liśćmi i giął gałęzie drzew, powietrze huczało jak ogień w palenisku, ale tutaj nie było tego słychać, podobnie jak żaden odgłos nie wydostawał się stąd na zewnątrz. Teraz na przykład na cały regulator grało radio na baterie. Był spokojny, że nikt go nie usłyszy, nikogo nie zwabi tutaj dźwięk piosenki.

By the rivers of Babylon, there we sat down,
Yeah, we wept, when we remembered Zion?

Stanął przed pękniętym lustrem zawieszonym na wystającym z muru kawałku zardzewiałego żelastwa. Lubił przeglądać się właśnie tutaj, nie gdzie indziej. Tu widział swoją prawdziwą twarz, taką, jaka mu się podobała. W jego samotni nie było innych sprzętów oprócz prującego się materaca i taboretu, więc lampę stawiał na betonowej podłodze. Światło padało na niego od dołu, jak w filmach grozy. Ten widok łechtał jego próżność. Wyglądał przerażająco. Ktoś, kto miałby chęć zaśmiać mu się w nos, dwa razy by się zastanowił. A potem czym prędzej odszedłby w milczeniu.

Przed lustrem zaczesał włosy do góry, żeby odsłonić czoło. Przeci­nała je poszarpana, odrażająca blizna. Strzygł się tak, żeby ją wyeksponować. Podobało mu się, kiedy na jej widok ludzie nie wiedzieli, gdzie podziać oczy. Odwracali głowy, uciekali wzrokiem. Spod spodu, spod rozłażącej się, źle zrośniętej skóry, miejscami przezierała naga kość. Nie potrafili tego znieść.

A on musiał.

Bolała go prawa stopa. Nienawidził tego! Nienawidził tego cholernego uczucia! Tupnął raz i drugi, z wściekłością kopnął czubkiem buta w ścianę, ale ból nie przeszedł. Takie drobne na pozór rzeczy potrafiły go wyprowadzić z równowagi.

Ludzie są głupi i źli. Pewno, że bywają wyjątki. Niektórych ludzi da się wykorzystać dla własnej przyjemności jak wiązkę słomy pod głowę albo butelkę wina do wypicia. Użyć i wyrzucić. Niekoniecznie od razu. Od razu to łatwe. Pobić, skopać, zadrzeć kieckę na głowę i uciec. Robił tak niejeden raz. Ale chciałoby się mieć kogoś, kogo się nie wyrzuci od razu. Pobawi się z nim. Pokocha. Wyciśnie się z niego żywotne soki. Zobaczy, jak zamienia się w pusty worek o przerażonych oczach, w których odbija się tylko blizna. Jego straszliwa blizna. Jedyny wszechświat w tej okolicy, jedyny na świecie.

Dlatego przytargał tu materac. Założył kłódkę, przymocował łańcuch do rury w murze. W narożniku poprzylepiał zdjęcia gołych bab powycinane z kolorowych czasopism. Z ?Razem?, ?Itd?, ?Panoramy?. Żadna z nich nie była tą właściwą. Na tę dopiero polował. Ale wyobrażał sobie, że stworzył tu swoisty kokon. Wymoszczony jego pragnieniami wielki kokon, który czeka na motyla. Motyl w kokonie, tak, bo rzeczy będą szły na opak. Jak rak. Umieści tu motyla i zrobi z niego poczwarkę. Pełzającą bezradnie ludzką poczwarkę. To będzie mu się naprawdę podobało.

Nie mógł się doczekać.

Było ciemno, gdy wyszedł na zewnątrz. Już nie wiało. Noc wisiała nad szosą czarna i wysoka. Światła samochodu monotonnie sunęły po asfalcie, w ich mglistej poświacie zjawiały się na poboczach kępy krzaków jak przydrożne maszkary i wędrowne zmory. Czuł, jak dreszcze pełzną mu po plecach. Tak grają pod skórą mięśnie drapieżnika, gdy zwęszy w pobliżu łup.

Jeździł już tędy niejeden raz. Nie miał pewności, że akurat dzisiaj mu się powiedzie. Ale nie tracił nadziei. Tacy jak on nigdy nie tracą nadziei. Najwyżej odbierają ją innym.

Na horyzoncie, za rzeką, wyłoniły się dalekie światła, jaskrawe punkciki rozrzucone po nocnym niebie. Zbliżały się, rosły, zamieniały w prostokąty okien, wypełniające domyślne kontury wieżowców. Niby czerwony księżyc zajaśniały litery neonu ALUMINIUM na dachu jednego z nich. Wysoki połysk latarń rozpełzał się jak mgła nad niewidocznymi stąd jeszcze ulicami.

Na ten widok oblizał się niecierpliwie, otarł dłonią wąsy.

Tam było jego wielkie łowisko. Miasto Konin.

Rozdział I
SIOSTRY

Tej jesieni Julka najczęściej wstawała z łóżka lewą nogą. Otwierała oczy już nadąsana na cały boży świat. Na ludzi, których do­piero spotka, a którzy na pewno będą opryskliwi i samolubni, na konieczność upraso­wa­nia żół­tej bluzki, którą przedwczoraj uprała w rękach, a która teraz wi­siała pod sufitem łazienki jak wyrzut su­mienia, nawet na kak­tusy w doniczkach na pa­rapecie, spokojne i przy­jazne, które nie ukłuły jej od wieków?

Rankiem tego dnia pa­trzyła skwaszona na wi­szący nad jej tap­czani­kiem kalendarz ozdobiony plakatem Świerzego. Artysta utrzy­mał go w nie­bieskawej tonacji, na wpół mglistej, jakbyśmy patrzyli na twarz mo­delki po­przez zalotny woal, spod któ­rego wyglądają tylko soczyste karmi­nowe usta. Por­tret był równie piękny jak po­przed­nie ? oba wa­ka­cyjne oraz wrześniowy ? ale te­raz każdy z nich koja­rzył się Julce fatal­nie.

Wszystko było nie tak.

Emi­towało złe fluidy.

Secesyjna czcionka liter w nazwie miesiąca ? ?październik? ? i cyfr w narożniku oznaczających rok – 1978. Odęta mina ślicz­notki na ob­razku. Podwi­nięty na­rożnik kredowej karty, rzuca­jący cień po­dobny do zakrzywionego sę­piego dzioba. Na co tylko zerknęła ? siało wokół siebie nie­po­kój. Także siódemka w kwadraciku z napisem ?sobota?.

Mimo to Julka ani tro­chę nie prze­czu­wała, że aku­rat tę datę za­pa­mięta na zawsze. Zda­wało jej się, biedacz­ce, że to bę­dzie po prostu zły dzień. Jak te przed nim i te, które mają na­dejść. Jeśli już miałaby wybie­rać ? obstawiałaby jako najgorszą całkiem inną datę ze swego życio­rysu, a może na­wet dwie całkiem inne daty.

Tymczasem to sobota siódmego października tysiąc dziewięćset sie­dem­dzie­sią­tego ósmego roku przeszywała skrycie jej rozczochraną po nocy głowę niczym ka­rabinowy pocisk. Na wylot.

Przeciągając się, Julka sięgnęła pod poduszkę po Zbrodniarza i pannę Kwaśniewskiego, żeby poczytać kolejny roz­dział bez wyłaże­nia spod koł­dry. Opowieść o brzyduli, która za sprawą wyższych funkcjonariu­szy pań­stwowych została ślicznotką, żeby walczyć ze złem. Śledze­nie jej bajko­wych losów było przyjemniej­sze niż stawianie czoła ko­lej­nemu porankowi. Ale przy zasuniętych zasłonach Julka źle wi­działa blade literki wydrukowane na szarym, oszczęd­nościo­wym papie­rze, toteż chciał nie chciał, usiadła na tap­czanie i opuściła bose stopy na parkiet.

Ziewnęła, ukryła głowę w dłoniach, jakby chciała zadusić w niej resztki snu, który wymęczył ją nad ranem. Niekiedy miewała nocne lęki. Tym razem ata­ko­wał ją czarny wilczur wiel­kości cielaka, szcze­kający pi­skliwym głosem ratlerka. Po­mimo że jedno z drugim wyglą­dało grote­skowo, Julka panicznie się bała ka­piącego śliną psi­ska. Uciekała przed nim przez kłujące w pode­szwy rżyska, przez zagony parzących po­krzyw i ostów boleśnie cze­piają­cych się skóry, serce wyry­wało jej się z piersi, du­siła się wła­snym odde­chem, ale kiedy tylko obej­rzała się za siebie, piekielny stwór był tuż za nią. Ziajał z wy­wie­szo­nym ję­zorem i usiło­wał wgryźć się w jej gołe łydki. Bo trzeba do­dać, że Julka ucie­kała przed nim nago. Pewnie dla­tego trzę­sła się z zimna jak w ataku malarii, mimo że wo­kół niej parowała duszna, tropikalna noc, pełna nie­samowitych świa­teł i prze­mieszczają­cych się na ich tle złowrogich cieni.

Tak jest, gdy czytuje się do poduszki kryminały zamiast warto­ścio­wej literatury. Majka, siostra Julki, miała obok siebie przy łóżku Sto lat samotno­ści Márqueza, więc nie na­rzekała, że we śnie kąsają ją psy z piekła ro­dem. Prze­ciwnie, uwa­żała życie za bar­dzo fajną sprawę. Taki sobie re­alizm ma­giczny, w którym raz po raz bywa kiepsko, nie ma co ukrywać, ale osta­tecznie wszystko kończy się dobrze. Być może aku­rat naszemu życiu, peerelowskiemu, jeszcze sporo brakowało do wzmiankowanego ide­ału, ale na Zacho­dzie, o, tam można się nażyć za stu!

Nic dziwnego, że Majka ma­rzyła o wycieczce do Paryża albo do? Rzymu, koniecznie z?Januszem u ?boku, między uśmiechnię­tych ludzi, słoneczne cy­prysy i dobrze za­opatrzone butiki. Daleko od pry­wat­nego chamstwa i partyjnego bu­ractwa ­pano­szących się w Polsce. Ciężko zno­siła nasz amo­ralny klimat, który w Julce, o dziwo, nie bu­dził odru­chów wy­miot­nych. Wi­docznie przy­szła na świat z więk­szą zdolnością adaptacji albo z mniej­szym po­czuciem godności osobi­stej.

Majka zaś od przedszkolnych lat znała swoją war­tość. By­stra, kultu­ralna, umiała się znaleźć bez względu na okoliczno­ści. Julce zawsze sta­wiano starszą siostrę za wzór, co by­wało iry­tu­jące. Wyzwalało w młodszej siostrze naj­gor­sze ce­chy charak­teru, o jakie wcześniej się nie po­dejrzewała. Zwłasz­cza że mą­dra, roz­sądna, pełna wszelkich cnót Majka była star­sza od Julki raptem o dwa­dzieścia mi­nut. Wielkie halo!

Budzik na półce, z kolorową Myszką Miki na cyferblacie, poka­zywał jedenastą czterna­ście. Dawniej obu dziewczętom, jak bywa w przypadku bliźniaczek, kupowano takie same sukienki w grochy, ta­kie same zabawki, piórniki i podkolanówki, więc Majka miała w swoim po­koju iden­tyczny ze­gar, ale wy­rzuciła go pięć lat temu. Ra­zem z plu­szo­wym Pim­pu­siem Sadełko i lampką z plasti­ko­wym kloszem ozdobionym gro­madką dzieci z Bullerbyn, i kubkiem na nóżkach w kształcie Koziołka Matołka? Uznała, że osiem­nasto­letniej licealistce, inte­resują­cej się Grotow­skim oraz Fel­linim, nie wy­pada trzymać przy łóżku ba­jek dla dzieci. Jakichś kompromitujących wspomnień o naiw­nym świecie. Czas z tym skończyć, gdy się rozpo­czyna do­ro­słe życie.

Julka nie miała tak wygó­rowa­nego mniemania o so­bie, toteż bu­dzik z Myszką Miki cykał nad jej głową po dziś dzień.

Poza tym w mieszkaniu panowała cisza. Tylko za oknem rzęziło za­pa­lane z upo­rem i na nowo gasnące auto. W bloku jedynie kra­wiec Se­weryn miał wart­burga, któ­rego trzymał w blaszanym garażu na Po­wstańców. Jeździł nim w weekendy, więc dzisiejsza wolna so­bota była dla niego jak zna­lazł. Oj­ciec i Majka jeszcze nie wstali. Albo on zjadł śnia­da­nie i wy­był w swoich spra­wach, a siostra Julki odsypiała wczoraj­szą dys­kotekę.

Fatalną jak pryszcz na tyłku!

Julka prze­czuwała taki obrót rzeczy, zanim jeszcze do­tarły spacer­kiem pod dom kul­tury. Wybrały się same, bo Julka nie miała z kim, a Janusz, ukochany Majki, wyjechał na Wy­brzeże. Spo­tkały paru znajomych, po­tań­czyły z pa­roma nieznajomymi, jako że na brak powodzenia u płci mę­skiej nie narze­kały. Ale szału nie było, tym bardziej że w Julce doj­rzewała niepo­skromiona chęć zwierzeń. Zdawała sobie sprawę, że dłużej nie wy­trzyma sam na sam ze swoją tajemnicą.

Po północy wyszły na zewnątrz we dwie, żeby ochło­­nąć i zapalić. Wie­żowce po przeciwnej stronie Dworcowej i bloki wzdłuż Alej stały ciemne, miasto spało. Za niecką wielkiego skweru można było dostrzec okna dawnego mieszkania sióstr nad Kolorową.

Stanęły na tara­sie upstrzo­nym je­siennymi liśćmi, które wiatr zwiał z leciwych klo­nów.

Majka, oparta o betonową poręcz, miała przed oczami prze­szklone drzwi klubu. Mi­gały zza nich czer­wone i niebie­skie re­fleksy strobo­skopów, a gdy ktoś wy­cho­dził, potężniał meta­liczny pogłos muzyki, dudniącej w zady­mionym, dusznym wnętrzu. Amatorski ze­spół z pobli­skiego Kramska grał Rivers of Babylon, nie szczędząc gardeł ani przestero­wanych wzmac­niaczy.

Julka nato­miast opierała się o poręcz łokciami, wi­działa więc pod sobą pogrą­żoną w nocnym cie­niu Dworcową, którą o tej porze z rzad­ka przejeż­dżał samochód, a przez gałęzie drzew wystających po­nad taras ćmiły sa­motne la­tarnie. I zanim jesz­cze się odezwała, przy­szło jej do głowy, że obie patrzą teraz w przyszłość. Każda w swoją. W przy­padku Majki ta przy­szłość jest świe­tlista i rozśpie­wana, a w jej przy­padku przypomina ciemny tunel wy­asfal­towanej ulicy. Czarną cze­luść.

Wydmuchnęła dym, rzuciła w dół rozjarzony niedo­pałek men­to­lowego zefira i powiedziała głośno, żeby sio­stra w przygłuszonym dyskote­kowym łomocie usłyszała każde słowo:

? Jestem w ciąży, Majka!

Majka oderwała pupę od poręczy, jakby się o nią oparzyła.

? Co ty? Chyba żartujesz?

Patrzyła w twarz siostry oczami wiel­kości spodeczków, i Julka wie­działa, że zrozumiały się w pół słowa, jak ­za­w­sze. Majka odczuwa teraz bliźniaczy lęk przed tym, co bę­dzie. Tę samą go­nitwę myśli i ściskanie w dołku. Poza tym musiała coś po­dej­rzewać wcze­śniej, skoro od razu uwie­rzyła w szokującą nowinę.

? Ja pierniczę! Od kiedy? ? zapytała obcym głosem, poirytowanym, wypłoszo­nym, zupełnie nie jak Majka.

? Czwarty miesiąc.

Miesiąc był trzeci, ale Julka chciała docisnąć pedał do dechy, sprawdzić reakcję siostry. Prze­ka­zać jej swój otchłanny strach wobec maleństwa rosnącego gdzieś w środku niej, w głębi jej lekko już wydętego brzucha. Na razie to coś, co w niej siedziało, niewiele się różniło od paru kęsów źle strawionego po­siłku, wywołujących drobne żołądkowe sensa­cje. Ale prze­cież jest róż­nica. Nieprawdopodobna różnica. Więc skoro tak, niech Majka przytu­li Julkę do piersi i zbagatelizuje tę różnicę. Niech powie, że to nic. Bywają gorsze nie­szczę­ścia. Niech Julka do­strzeże zrozumienie w jej oczach, które są do­kładnie ta­kie jak oczy jej samej, bliźniacze.

Ale zoba­czyła tylko, że oczy jej sio­stry mogą się zrobić jeszcze większe. Jak dwa puste i dalekie księżyce wi­dziane z bli­ska, tuż przed no­sem.

? Nie wierzę! Nie wierzę, jak Boga kocham! Czwarty miesiąc i nic nie mó­wi­łaś, Julka? Chyba ci odbiło!

? Co miałam powiedzieć?

? Że jesteś w ciąży! Że Hermaszewski poleciał w kosmos, to sama wiem! A ty dzisiaj mówisz?! Co ci teraz na to pora­dzą? Chyba ćwiczenia od­dechowe!

Choć Majka wypowiedziała wszystko to, o czym Julka myślała dzień i noc, słowa siostry ją zaskoczyły. No bo Julka to co innego, ale jak Majce, za­mie­rzającej wżenić się w bogobojną Januszową familię, mogła strzelić do głowy myśl o skrobance? Przecież ona przez całe życie nie nalatała się tyle do ko­ścioła, ile przez ostatni rok. Jeżeli planuje się mieć w rodzinie biskupa, czyli rodzo­nego Januszowego wujka, to nie­ślubne dziecko oka­zuje się nie mniej upiorne od usu­nię­tego. Dla wszystkich będzie bę­kartem, nie czarujmy się. No­wo­czesna świado­mość so­cjali­styczna po­stępuje, ale nie tak, żeby sobie nogi z tyłka powyry­wać. Cy­wilizu­jemy się rozważ­nie. Europeizujemy nie­spiesznie. Sto lat za Murzynami. Więc co tu się dziwić, że Majka straciła zimną krew mądrzej­szej bliź­niaczki? Popadła w taki sam po­płoch, w jaki Julka popadła parę tygodni wcze­śniej.

? Byłaś u lekarza? Dlaczego nic nie wiem?

? U Rapackiego.

? I co powiedział?

? Że zabieg jest już ryzykowny, ale decyzja należy do mnie.

? Kiedy?

? Ze dwa tygodnie temu.

Majka przykucnęła na środku tarasu, jakby nogi się pod nią ugięły. Jakby zaszumiał jej w głowie Oddech Łosia, szklaneczka żu­brówki z so­kiem jabłkowym, bo tyle zdążyły wypić, nie więcej. Miała na sobie pewe­ksow­ską minispódniczkę, spod której wysta­wały zgrabne uda w ciemnych raj­stopach. Objęła nogi ciasno rękami, nie zdając sobie sprawy, że przy­brała pozycję em­brionalną. Alu­zyjną. Wcisnęła brodę między sterczące ku górze kolana, gapiąc się ponuro w as­falt.

Może zacięłaby się w milczeniu, jak po­trafiła, kiedy się na­prawdę zde­nerwowała, gdyby Julka nie zadała jej najgłup­szego pytania pod słoń­cem. A może nie jej, tylko bezgwiezdnej nocy, która wisiała nad domem kultury huczącym jak rzeki Babi­lonu.

? Co ja mam teraz zrobić? ? spytała bezradnie.

Wtedy w Majce jak na pstryknięcie palcem otworzył się worek z preten­sjami. Z wymówkami. Z zakazami nie w porę. Ze spóźnio­nymi do­brymi ra­dami. Z całą tą musztardą po obiedzie.

Miała rację. To było najgorsze, że Majka miała rację. Nie miała współ­czucia dla siostry, zro­zumienia, pobłażania, nie miała w tym momen­cie za grosz serca, ale miała swoją zaki­chaną rację. No bo jak teraz żyć? Za co utrzy­mać dziecko? Gdzie zamieszkać i z kim? Rozsądek ostry jak żyletka. Strach. Ale na pewno nie siostrzane wsparcie.

Julce ­zachciało się płakać ? i nie chciała, żeby mądra, roztropna Majka zoba­czyła jej łzy. Głupie łzy głupiej dziewuchy, która ma dwadzie­ścia trzy lata, a ro­zumuje jak smarkula z podstawówki! Więc od­pyskiwała siostrze coraz gło­śniej i bez sensu. Widziała wokół siebie mgłę gęstniejącą od łez, które siłą utrzymywała pod po­wiekami rozżalo­nych oczu. A łzy i tak spływały jej na po­liczki, nisz­cząc wypraco­wany ma­kijaż. Aż zo­stawiła Majkę na tara­sie i po­bie­gła do ła­zienki, obijając się o ludzi i ściany jak ćma.

Majka była zbyt wściekła, zbyt oszołomiona, żeby empa­tycznie po­pę­dzić śladem siostry. Dostrzec jej bezbrzeżną krzywdę. Przytulić ją do sio­strza­nej piersi. We­szła za nią do sali, bo co miała robić sama jedna na ta­rasie, gdzie nie­znajomi chłopcy tłukli z ułańską fantazją butelki po piwie? Ale w środku wmie­szała się z naburmu­szoną miną w po­dry­gujący na par­kiecie tłum.

? Co ci zrobili? Pomóc? ? odezwał się do Julki ktoś obcy, na kogo wpa­dła w mro­cznym ko­rytarzyku.

Nie obcy. Któryś z bawiących się tu dzisiaj znajomych, bo roz­po­znała głos, mimo że za żadne skarby nie potrafiła rozpoznać jego twarzy. Zamiast niej wi­działa rozpływającą się plamę z cieniem wąsów i ni­sko podstrzy­żo­nych baczków. Całkiem ją za­ćmiło.

? Nie potrzeba! Zaraz wrócę! ? odburknęła bez zastanowienia i za­trza­snęła za sobą drzwi łazienki.

Stała przed lustrem oparta oburącz o umywalkę i widziała przed sobą taką samą mglistą plamę, tyle że bez wąsów i baczków. Z bujającym się cie­niem srebrnych kolczyków. Też nie rozpo­zna­łaby tej plamy nigdy w ży­ciu, gdyby nie wiedziała skądinąd, że to ona sama, naiwna jak szczypiorek Julka Ma­łecka u progu wolnej soboty siódmego października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku.

Wyszła z toalety po obu stronach zabudowanej szeregiem klozetowych drzwi, szeregiem umywalek i luster nad nimi, i przemknęła się do wyjścia. Chył­kiem, boczkiem, żeby Majka jej nie wi­działa. Najlepiej, żeby nikt jej nie wi­dział, cały ten huczący i szalejący w ryt­mie muzyki tłum.

Na dworze noc ścieliła się nad ziemią jak opar, ale powietrze było przejrzyste, chłodne, wypełnione poświatą niewidocznych la­tarń. Zaled­wie parę z nich stało wzdłuż domu kultury, dalej światło dochodziło znikąd, rozpro­szone i zimne. Julka weszła po stromych stop­niach na położony wyżej skwer, zostawiając w dole milczący budynek Ko­mitetu Miej­skiego. Dudniąca sala ta­neczna oddaliła się, zamilkła za jej plecami, przed nią nie było ży­wego ducha. Osiedle o wygaszo­nych oknach zakrzepło jak w kawałku pleksi w niewidzialnych snach mieszkańców, które nocami za­siedlały tę prze­strzeń zamiast ludzi. Na ścianach bloków kładły się po ostatnie piętra skłębione, księżycowe cienie drzew czarniejszych niż noc, a między tymi płaskimi arabe­skami piął się w górę wszechobecny zapach ku­rzu i samo­cho­dowych spalin, który o tej porze parował z as­faltowych jezdni.

Idąc, Julka zapaliła papierosa. Bez ochoty do życia przemierzała ciasne uliczki. Mówiąc ściśle, bała się ­życia ? i tak samo bała się śmierci, choć dzielił ją od niej ocean nocy takich jak ta i dni umow­nych jak linia hory­zontu. Jednoczesność tych uczuć wyglądała na absurd, więc Julka uznała, że do niej należy tylko jedno z nich. Strach przed ży­ciem. A strach przed śmiercią wypeł­nia to małe coś, zwinięte w kłębek, co nie­pro­szone zagnieździło się w jej ciele i teraz słusznie czuje nad sobą topór losu. Boi się go. I dobrze mu tak!

Światła na opustoszałym skrzyżowaniu pulsowały pomarań­czowo. W bloku, który został za Julką, gdy skręciła w Aleje 1 Maja, ona i siostra spę­dziły z rodzicami dzieciństwo. Żadna z nich nie bała się wtedy życia. Prze­ciwnie, miały na nie nieposkromiony apetyt, nie mogły się docze­kać, kiedy się zacznie na­prawdę. Dorosłe, namiętne, wspaniałe. Takie jak w fil­mach nie dla dzieci albo u znajomych ro­dziców, ale takich, o któ­rych rodzice mówili szeptem, żeby córki nie słyszały. Na razie obie taplały się zaledwie w niedo­skonałym przeczuciu tego, co je czeka.

Huśtały się na trzepaku, ganiały po łąkach pod żelaznym mo­stem, które po zejściu wody z roztopów albo deszczów zamieniały się w bez­kresną zieloną dolinę wypeł­nioną odurzają­cym zapachem traw i kwiatów, migotem owadzich skrzydeł, słonecznym pyłem drżącym nad baldachami roślin i fruwającym śniegiem dmuchawców.

Majka wkładała wianek na głowę, garbiła się i naciągała palcami kąciki ust i oczu, aż jej buzia przemieniała się w twarz staruchy-wiedź­mu­chy. Trzę­sącym się głosem opowiadała hi­storie, które według niej zda­rzyły się na­prawdę, tylko dawno temu, jak w bajkach Andersena albo braci Grimm.

W jej opowieściach biegały po łąkach dzikie konie znające ludz­kie my­śli. Miały szlachetne serca i grzywy długie jak weselne treny. Miały też że­lazne kopyta. Pod ich ciosami z trzaskiem wigilijnych orzechów łu­pały się czaszki zbój­ców, od których roiły się bory. A tam, gdzie dzikie konie urato­wały dobrego człowieka, wyrastał z ziemi skrawek dachu z dachówką albo okna, albo fragment malowa­nej ściany z glinianej cegły. Piął się ku słońcu coraz gęstszy ceglany las, aż na brzegu rzeki urosło murowane miasto.

Konie galopowały nocami po jego dachach, aż klekotały dachówki od tę­tentu ich kopyt, przeskakiwały przez kominy, anteny telewizyjne i sznury z suszą­cym się praniem. Lecz którejś nocy jeden za drugim wskoczyły na płynące pod księżycem chmury i słuch po nich zaginął. Jeszcze sto lat temu w gwiaździste noce słychać było z oddali ich rżenie, a od stuku kopyt spadały na ziemię gwiazdy, ale teraz wszystko już ucichło, zamilkło, zamieniło się w śnieg i wiatr, i cztery pory roku.

Dopiero długo później Julka zorientowała się, że to była legenda o za­łożeniu Konina w autorskiej wersji Majki. Wcześniej po prostu żałowała dobrych koni, które odeszły stąd daleko i wysoko.

? A jeśli przyjdą zbójcy? ? pytała.

? To co? Ja cię uratuję! ? odpowiadała Majka. ? Niczego się nie bój! Po to dzikie konie wyczarowały miasto spod ziemi, żeby ludzie sobie sami pomagali, a im nie zawracali głowy, kiedy pasą się spokojnie na chmurach!

To były czasy! Siostry, z wiankami na głowach, dzikie konie, mia­sto, śnieg i wiatr ?  wszystko pochodziło z jednej i tej samej bajki. Aż chciało się fruwać nad dachami!

Julka nie brała w rachubę ponurej możliwości, że z biegiem lat z dawnej bajki wykluje się smutna nocna ulica płynąca jak czarna rzeka w mdłym świetle latarń. A ona będzie tą ulicą wracała z najgor­szej dysko­teki w życiu.

Ktoś za nią szedł, usłyszała odgłos szybkich kroków między blo­kami. Może to Majka ją goni? Chce się pogodzić? Na wszelki wypa­dek poczekała na nią w takim miejscu, żeby siostra nie poznała, że Julka czeka. Przed oświe­tloną witryną sklepu na parterze bloku mieszkal­nego. Ale im bardziej zbliżały się kroki, tym wyraźniej słyszała, że to nie Majka. Zza bloku wyszedł mężczyzna w ortalionowej kurtce. No­sił długie włosy i baki, z początku wydało jej się, że to ten sam, na którego nie­dawno wpadła w przejściu do toalet. Ale tego tutaj nie znała, podczas gdy tamten wydawał jej się znajomy. Przynajmniej jego głos.

? Ma pani zapałki? ? odezwał się długowłosy zupełnie obcym głosem.

Sięgnęła do kieszeni i podała mu grzechoczące pudełko.

? Pani zapali? ? Podsunął jej napoczęte klubowe.

? Palę.

Pokazała mu trzymany w drugiej ręce niedopałek. Rzu­ciła go na chodnik i przydepnęła butem.

? Właśnie skończyłam ? sprecyzowała.

Skinął głową, przypalił sobie klubowego i oddał zapałki.

? Senkju! Po drodze nam?

? Nie ? odpowiedziała Julka.

Wsunął ręce w kieszenie i odszedł w stronę, w którą ona także zamierzała iść. Przy budynku biurowca obejrzał się jeszcze. Julka wciąż stała przed wystawą sklepu, gdzie na tle biało-czerwonej flagi z napisem ?Sojusz polsko-radziecki gwarantem dobrobytu na­rodu? ułożono w gu­stowny stosik plasti­kowe atrapy kiełbasy szyn­kowej i wielkich krążków sera ementaler, wyko­nane z detalami. Gdy był już na wysoko­ści księgarni, Julka poszła dalej.

On też, jak wszystko od jakiegoś czasu, nie zrobił na niej dobrego wra­żenia, więc wolała, żeby sobie poszedł w swoją stronę.

Gdy skręcała za budką z włoskimi lodami, widziała, jak wsiadł do noc­nego autobusu na przystanku przy kiosku Ruchu. Spojrzała jeszcze przez ramię, ale aż do skrzyżowania z Dworcową Aleje były puste. Siostra nie za­mierzała jej gonić i kajać się za bezduszność.

Potem nie było już nic oprócz cielakowatego psiska z jej snu. Julka nie pamiętała, jak i kiedy zasnęła. Nie słyszała powrotu Majki. Nie wiedziała, czy ojciec już wstał, czy jeszcze nie. Zobaczyła do­piero ka­lendarz Świerzego z kar­mazyno­wymi ustami malowanej ślicznotki, wi­szący nad nią jak katow­ski topór, i dotarło do niej, że od nowa Pol­ska Ludowa.

Sobota pójdzie na straty i niedziela też, bo przez dwa dni nie zdążą się z Majką pogodzić po takiej awanturze, a gdy już się pogodzą w ponie­działek albo we wtorek ? co to zmieni?

Spójrzmy prawdzie w oczy, no co to zmieni?

Stanęła pod drzwiami pokoju Majki, nastawiając uszu. W środku było ci­cho jak makiem zasiał. Jeśli siostra zasiedziała się w klubie godzinę lub dwie dłużej ? tyle samo jeszcze pośpi. Dzisiaj odbę­dzie się samotne chłeptanie porannej kawy. O ile coś zostało w błyszczącej torebce, którą Majka wysępiła spod lady. Julka nie miała ta­kich chodów w delikatesach. Jej siostra spra­wiała na ekspedient­kach sympatyczniej­sze wrażenie, więc starały się jej dogodzić, niezależnie od permanentnych braków w handlowym zaopatrzeniu.

W kuchni cichutko grało radio, które ojciec nastawił przed wyj­ściem z domu. Julka pogłośniła je odrobinę.

By the rivers of Babylon, there we sat down,
Yeah, we wept, when we remembered Zion?

Boney M. Cały świat uparł się na piosenkę Rzeki Babilonu. Jakby Julka wcale nie wyszła z domu kultury, tylko ugrzęzła na zawsze w tej zaki­cha­nej kłótni z Majką.

Wypaliła zefira w ła­zience, siedząc w piżamie na obciągniętej plu­szem kla­pie se­desu, zawahała się, zamykając za sobą drzwi z ma­tową szybką na górze ? i kie­ro­wana impul­sem wpa­rowała do pokoju siostry.

Był pusty. Okna odsłonięte. Porcelanowa popielniczka opróż­niona i czysta jak łza. A wersalka już zaścielona?

Nie, nie już. Jeszcze nierozścielona.

Leżała na niej apaszka, którą wczorajszego wieczoru za­mie­rzała włożyć Majka. Przymie­rzyła ją i stwierdziwszy, że nie pasuje, rzuciła byle jak na wersalkę, popędzana przez Julkę, żeby w końcu wyszły.

Apaszka leżała w tym samym miejscu co wczoraj, czyli Majka nie wróciła na noc do domu i do tej pory szwendała się Bóg wie gdzie. Dla ukarania występnej siostry odmrażała sobie uszy!

Niezły z niej numerek! Tego jeszcze w żadnym kinie nie grali!

Rozdział II
CHULIGANI

Romek Zdun urodził się wiosną tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku w tak zwanej kamienicy Essowej na Staszica. Zanim dwadzieścia lat później sta­nął przed wiel­kim, przykrytym taflą szkła biurkiem Skalskiego, od­bierając swój pierw­szy za­wodowy przydział, zdążył doświadczyć trzech epok i jed­nej śmierci.

Ale po kolei.

Pierwszą epokę, stalinowską, przeżył w błogiej nie­świado­mo­ści. Gdy Wielki Chorąży Pokoju oddał ducha kremlow­skim le­karzom i hi­sto­rii, Ro­mek miał dwa latka. Drugie tyle mu przybyło, nim z impe­tem ru­szyły lody po­litycznej odwilży. Raczku­jąc w po­wyciąga­nych raj­tu­zach po mieszkaniu przy Staszica, widy­wało się otuma­nione trut­ką my­szy zni­kające niemrawo w dziurach podłogo­wych desek, to owszem, jak naj­bardziej, ale nie miało się bladego pojęcia o lokato­rach z sąsiedz­twa nikną­cych bez­powrotnie w czeluściach ubeckich pobied lub wołg. Jeśli przez nie­uwa­gę nie przy­grzmo­ciło się czołem w klamkę, świat wy­dawał się dobry z natury.

Któregoś słonecznego popołu­dnia, wytykając rączkę między szcze­bel­kami ganku, malutki Romeczek po­machał z góry nie­znajo­memu panu z posi­niaczoną twarzą, wycho­dzącemu przez po­dwórko studnię w asy­ście dwóch innych panów z podniesio­nymi na sztorc koł­nierzami. Wszy­scy trzej od­machali mu jakby nigdy nic. Może odrobinę desperacko, zaci­skając usta w po­nurą bliznę, ale było miło.

Epoka gomułkowska nastała, gdy Romek ganiał z kole­gami po zaka­markach kamienicy Essowej. Słu­żyły one za kry­jówki dla bo­ha­ter­skich par­tyzantów lub miejsca zasadzek na szkopów, ubijanych bezli­tośnie z krzy­wych pa­ty­ków i wytkniętych pal­ców. Wbrew nie­udolnym sta­ra­niom matki ? gdyż ojciec zaj­mo­wał się głównie apoka­liptycznym pi­ciem ? przez parę pierwszych lat ?za Gomułki? Romek ro­bił, co mógł, żeby zejść na złą dro­gę.

Razem z kumplami, dajmy na to, wyciągali przez okienka piw­nic za­pasy zapobiegliwie szykowane na zimę przez go­spodynie. Za­rzucali na słoiki zmyślne pętle z drutu i szpagatu. Nie wiadomo, czyj to był pa­tent, ale sprawdzał się bez pudła. Z wilczym apetytem wy­ja­dali palcami kon­fitury i pikle w parkowych zaroślach. Albo tłukli się do krwi z chłopa­kami z Haj­matu, nie łamiąc sobie gło­wy nad nie­jasnymi po­wo­da­mi wzajem­nej wro­gości. Byle się dzia­ło, byle krew nie krzepła w żyłach jak u starusz­ków obsiadają­cych ław­ki na rynku niczym znudzone wróble. Albo pod­pro­wadzali zostawiony przed sklepi­kiem rower, a potem ścigali się po wale na czas, skandowany chó­ralnie, bo zegarka nikt nie miał, po czym porzu­cali zbędnego grata. Za­trzy­ma­nie roweru na wsiegda nie kalkulowało się w ta­kim ma­łym mieście. Tu każdy poznawał z daleka, co jest czyje. Byłyby baty.

Tymczasem do Romka docierała stopniowo stara prawda, że jeśli człowiek nie da się złapać, świat stoi przed nim otworem. A on był zwinny, umiał szybko przebierać nogami i niczego się nie bał.

Przestał się wałęsać z zielonym gilem u nosa, poszedł do szkoły i od­niósł znaczący sukces, kradnąc plażowiczowi nad Pową ra­dziecki ze­garek marki Pobieda. Zagrzebał go w piasku na wy­dmie, wieczo­rem odkopał bez ryzyka, w piątek spie­niężył na targowi­sku u przy­jezd­nego sprze­dawcy gumek i sprężyn do weków. W czerwcu wraz z kolegą spalił w po­koju na­uczy­cielskim dziennik lekcyjny i wyparł się tego w żywe oczy, a w sierpniu, pierwszy z całej paczki, wy­brał się na jabłka do sadu Mi­cha­laka, który miał naj­ostrzejsze psy w mieście. Wrócił z dwoma siat­kami dorod­nych papie­rówek. Aż chciało się fru­wać ze szczęścia ? gdy na­stą­pił koniec świata.

Zimą matka Romka, sprzątaczka w podstawówce na nowym osie­dlu, do­stała od zakładu opiekuńczego przydział na mieszkanie. Ko­pal­niane ? w odda­wanych do użytku blo­kach przy Energe­tyka.

Nieliczne graty przewieźli furmanką najętą za ćwiartkę czystej. Droga wydawała się Romkowi długa jak za morze, a nie na drugi brzeg skutej lo­dem Warty. Zwłaszcza że wiodła jak gdyby donikąd. W beznadziejną dal. Ca­łun śniegu spowijał uliczkę Energetyka, która na dobrą sprawę jesz­cze nie ist­niała, spo­wijał drew­niany warzyw­niak u jej wylotu, przedwo­jenną willę na dru­gim końcu oraz parę ceglanych bloków w stanie su­rowym. Także je­dyną tutej­szą atrakcję, czyli kole­jowe tory za be­tono­wym płotem, po któ­rych z ło­skotem pełzły towa­rowe i osobowe po­ciągi. Bliżej roz­cią­gało się pasmo zaniedbanego parku, a może zagajnik w środku miasta. Wy­glądał jak po­nura paro­dia wielkiego parku w starym Ko­ninie, peł­nego al­tan, most­ków na stawie, tęczowych pawi, śnieżno­białych łabędzi, rudych wiewiórek. Tamten był wyspą skar­bów, terenami łowiec­kimi Apa­czów, dżunglą afry­kańskich lu­dożer­ców, czym tylko się chciało, a ten tutaj zdawał się do bólu nijaki. Pusty i smętny.

Do­piero wiosną, gdy śnieg stopniał z dnia na dzień, do Romka do­tarło z rozpaczliwą jasno­ścią, na jaką pusty­nię go wy­gnano. Na jaką nędzną we­getację skazano jego obiecujące życie. W starym Ko­ninie, z któ­rego się wy­nieśli, spod tają­cego śniegu co roku ukazy­wała się, jak z za­chwytem po­wiadano, ?przyroda? ? ogrody, błonia, klomby. Pa­chniało nią po­wietrze, pachniały nią co­raz cieplejsze noce za otwartym oknem. Tu nie. Tu spod śniegu wyłoniła się prze­raźliwa nicość. Ceglane pryzmy, rusztowania, sa­mo­chodo­we koleiny, króle­stwo jałowości i nudy, od niedawnej zi­mo­wej pustki róż­nią­ce się tyl­ko burą barwą wszech­obecnego błota. A cuch­nęło dookoła odma­rza­jącą zie­mią, wszędzie zie­mią i ziemią, jak na cmen­ta­rzu.

Potem było już tylko gorzej.

Mama Romka, która na jesieni miała mu urodzić brata, spadła z dra­biny, myjąc okna. Przeleżała w szpi­talu dobry tydzień. Gdy wróciła wy­mizerowana i przybita, oznajmiła Romkowi, że brata nie będzie. Nigdy! Na nic się zdały prośby, obietnice, że po­prawi stopień ze spra­wowania, nie szło jej przeko­nać. Pojął, że pozo­stanie sam jak palec na tym bezlitosnym osiedlu.

Tak, bezlitosnym. Nie zdążył się tu jeszcze zapo­znać z no­wymi ko­le­gami, a już do­robił się wrogów. Większość z nich stano­wili chło­p­acy, któ­rych ro­dziny wcześniej zasiedliły bloki. Ci nie byli naj­gorsi. By­wało, że z nudów napluli Rom­kowi na głowę, gdy przechodził pod okna­mi, albo pobili się z nim na pięści, ale bez zawziętości. Jakby cze­kali, aż wy­star­cza­jąco zasie­dzi się na no­wym miejscu, żeby dało się go uz­nać za swo­jaka.

Gorzej z tymi, któ­rych nuda przyganiała z okolicznych wiosek. W sta­rym Koni­nie baliby się poka­zać, ale tę okolicę wciąż trakto­wali jak zie­mię ni­czyją. Pogwizdując, przeklinając, paradując rządkiem z rękami w kiesze­niach i nie ustępując z drogi miejscowym dziecia­kom, da­wali do zrozumie­nia, że jeśli ze­chcą tu rzą­dzić, nikt im nie prze­szkodzi. Silni, bezlitośni, mimo swoich jedenastu czy dwunastu lat zaprawieni w świ­niobiciach i młockach, urządzali raban, gdy tylko ich licho przy­nio­sło.

Etne, petne, w dupę cię wetknę,
Kołkiem zabiję, dratwą zaszyję,
A ty w mojej dupie siedź!?

Pozostawiony samemu sobie Romek nauczył się, że ta wyli­czanka zwiastuje niebezpieczeństwo. Rozbrzmiewała wrzaskliwie zza płotu, zza śmiet­nika, zza bloku, i jak jej echo wy­pa­dali z ukrycia tamci. To był ich okrzyk wojenny. Zaczynała się okrutna zabawa. Gonitwy, próby osa­cze­nia, wyzwi­ska. Przeważnie udawało mu się zmylić pogonie. Czasem do­sięgały go ci­ska­ne cegłówki, a sińce po nich ukrywał przed matką. Nie ulitowałaby się nad nim. Spytałaby, po co zaczy­nał. Grzecznym chłop­com nie przy­trafiają się złe przy­gody ? wyrzekałaby. A to bajka, jedna z ba­jek, jakimi dorośli karmią dzieciaki.

Najbardziej bał się herszta wsiowych, na którego wo­łano Szmaja. Jawił się w jego oczach jako czyste zło. Wcie­lony dia­beł. Prawda, że sam Romek nie był harce­rzykiem o umytych uszach i obcię­tych pa­znok­ciach, ale to co innego. On schodził na złą drogę, po­nieważ była ciekaw­sza. A Szmaja w chudym ciele o bia­łej skórze nosił podłą du­szę.

Wyglądał przerażająco. Jego oczy, jakby wypełnione wodą, pa­trzyły z nienawistną drwiną. Podgoloną czaszkę zdobiła uli­zana, przy­cięta w skos grzywka, biała, podobna do starczej siwi­zny. A zaję­cza war­ga nadawała ustom Szmai nie­ludzki wygląd. Je­śli dołożyć do tego agre­sywną, zwie­rzęcą mi­mikę ? była to twarz, któ­rej widok mroził Rom­kowi krew w żyłach. Zwłaszcza że Szmaja był od niego wyższy o głowę, co najmniej o rok star­szy i bez wąt­pie­nia silniejszy. Trochę wolniej tylko biegał, dzięki czemu Romek nie był zu­pełnie bez szans.

Ale wiadomo, że jeśli się nie jest tancerką z baletu, do udanego ży­cia nie wystarczą same zwinne nogi.
Dopadli go w październikowe południe, gdy wracał do domu po lek­cjach. Nie wdeptywał w podej­rzane re­wiry, nie zbaczał, gdzie nie trzeba, zamierzał wdrapać się na ko­min ko­tłowni przy Alejach, żeby zerknąć, co nowego w okolicy, ale i z tego zrezygnował. Wybrał obiad. Nie jadł od du­żej prze­rwy, w czasie której wymusił gryza na pierwszaku. Kęs kajzerki z twa­rożkiem.

Jesień była ciepła. Romek nawet kurtki nie włożył na bluzę z gra­na­towej pod­szewki. Z faso­nem przerzucił przez ramię oba paski torni­stra, w środku grze­chotał piórnik. Widział już swój blok u wylotu Gór­niczej, gdy wyrosło przed nim trzech tam­tych. Ostrzyżone do gołej skóry głowy, przykrótkie spodnie, roz­klapane bu­ty ze strzępami sznuro­wadeł. Spluwając pod nogi przez szczerby w zębach, czekali na dobrą za­bawę.

Niewiele myśląc, Romek skręcił biegiem w Kotłową, między bloki. Tor­nister na jego ramieniu grzechotał na trwogę. Na rogu Ko­lejowej i Dwor­cowej, w labiryncie drewnianych płotów, przysiadły zmurszałe przedwo­jenne domki, gąszcz ceglanych ruder, wśród któ­rych łatwo było zmylić trop. Ale źle wy­brał. Za trzypiętrowym blo­kiem wymalowanym na bu­raczkowy róż, w zaciszu gro­dzonych siatką lokatorskich grzą­dek, za­czaiła się reszta wsio­wych. Pułapka.

? Etne, petne, w dupę cię wetknę! ? zaintonował na powitanie sam Szmaja, wystrojony w prujący się swe­ter z wełny.

? Kołkiem zabiję, dratwą zaszyję! ? zawtórowała mu reszta.

Romek zawrócił na pięcie, ale za nim stali rzędem trzej, którzy go go­nili. Blokowali przesmyk w szczycie bloku, jedyną dro­gę od­wrotu.

? A ty w mojej dupie sieeeedź! ? dołączyli chórem.

Nie uległ bez walki. Szarpnął się tu, tam, odbił się od wrażych pię­ści, zawisł oburącz na siatce ogródka, żeby prze­leźć na drugą stronę.
(…)

mniejsza-polowaDominika Stec „Mniejsza połowa”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 408

Opis: Miasto wojewódzkie w epoce ?schyłkowego Gierka?. Ludzie bawią się przy muzyce zespołu Boney M., wielka płyta kwitnie , a młodzi ludzie szukają koloru. W drodze z dyskoteki w tajemniczych okolicznościach znika jedna z sióstr Małeckich. Ślady wiodą do psychopaty, o którym w okolicy krążą legendy. Ale prowadzący dochodzenie młody milicjant zdążył już się nauczyć, że w tych czasach na swoje wychodzą tylko ci, którzy się nie wychylają. Tymczasem sprawa odsłania swoje drugie, a może i trzecie dno. Kto wie, czy będzie chciał dotrzeć do prawdy za wszelką cenę. Sekret zniknięcia chce rozwikłać także siostra zaginionej. Wielka polityka i mała codzienność tak samo szczerzą kły na bohaterów powieści. Czy w złym świecie istnieją dobrzy ludzie? Więc kto jest dobry, kto zły? I co z tego zostanie po latach? Jedynie następna zagadka czy coś jeszcze?

Tematy: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek