banner ad

Przeczytaj przedpremierowo prolog nowej powieści Rafała Dębskiego „Jadowity miecz”

11 czerwca 2018


15 czerwca nakładem wydawnictwa Fabryka Słów ukaże się nowa powieść Rafała Dębskiego. „Jadowity miecz” nawiązuje do historii opisanej w książce „Kiedy Bóg zasypia” i jest utrzymana w tej samej konwencji fantastyczno-historycznej, tyle że akcja nie dzieje się w czasie bezkrólewia po śmierci Mieszka II Lamberta, lecz w okresie buntu palatyna Skarbimira Awdańca przeciwko Bolesławowi Krzywoustemu. Początek książki możecie przeczytać poniżej.

Prolog
Jesienna noc

? Oooooaaaah! Oooooaaaah!

Dudnienie ludzkich głosów niosło się po ciemnej puszczy. To nie były okrzyki, lecz dudnienie właśnie. Gdyby podobne odgłosy wydawał pojedynczy człowiek, byłyby prawie niesłyszalne. Lecz gdy ciche zawołanie wydobyło się z kilkuset ust, stawało się podobne do potężnej fali przyboju, na którą składają się tysiące, a może i miliony drobnych zmarszczek wodnych, gromadzących się gdzieś tam, w oddali, nabrzmiewających w morskiej toni.

? Oooooaaaah! Oooooaaaah!

Siwy, długowłosy mężczyzna w powłóczystej białej szacie wspiął się na podwyższenie, uczynione z tęgich pniaków, gałęzi i splecionej misternie wikliny. Spojrzał na tłum, widoczny w świetle pochodni, zgromadzony na wielkiej polanie pośrodku prastarej puszczy.

O ileż bardziej krzepiąco brzmiał ten sam zaśpiew jeszcze całkiem niedawno, jeszcze miesiąc wcześniej. Wówczas był znakiem nadziei, dziś już tylko smutku. Może nawet żałoby.

Kapłan przymknął oczy, chłonąc dźwięk, pozwalając mu przepłynąć przez całe ciało, od czubka głowy aż po stopy, przesączyć się przez wiklinowe sploty i zlecieć po gałęziach oraz pniach, by wsiąknąć w grunt. Tutaj, na cmentarzu przodków, pośród małych wzgórków kurhanów, pozostał jeszcze kawałek dawnego świata. Tego, który pielęgnowali przodkowie, do którego tęskniły serca prawdziwych dzieci tej ziemi.

? Oooooaaaah! Oooooaaaah!

Siwowłosy odczekał jeszcze kilkanaście uderzeń serca. Ludzie już go dostrzegli, już byli gotowi wysłuchać jego przemowy, być może ostatniej na długi czas, jeśli nie na zawsze, ale chciał, aby czekali na nią z niecierpliwością i utęsknieniem. Wielu z obecnych na pewno myśli, cóż może powiedzieć orędownik przegranej sprawy. Sam jeszcze nie wiedział, jakich słów użyć, jakie struny trącić w duszach zgromadzonych.

Jeszcze miesiąc temu walczyli, zadawali wrogom ogromne straty, żywili nadzieję zwycięstwa. Dziś nic z tego nie zostało.

Uniósł rękę. Przeciągły chór umilkł jak ucięty nożem.

? Posłuchajcie, co rzekły mi duchy przodków wysłane przez Swaroga, a natchnione mądrością Perepłuta, boga losu i szczęścia. Nie upadajcie na duchu! Przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny, a przegrana wojna nie znaczy zagłady! Pozostaje zawsze to ziarno, które posialiśmy, które w utajeniu będzie pęcznieć sokami i wypuści wreszcie pęd młodego życia. Nie przegraliśmy, lecz jeno nie zdołaliśmy zwyciężyć!

Słowa płynęły z ust żercy, zupełnie jakby jego językiem kierowała istota wyższa. A ludzie zdawali się to wyczuwać, bo lekki gwar, gdy zaczął mówić, zamilkł, przerodził się w głuchą ciszę.

? Nie my zbierzemy plon, może nie wnuki i dzieci nasze. Tuszę jednakowoż i mniemam, iż kiedy już wzejdzie, nic go nie pokona, niczego się mocny pęd nie zlęknie, a jeśli kto będzie chciał go wyrwać, w węża się zamieni i gwałtownika ukąsi! Tak będzie!

Czekał chwilę na odzew, ale gdy tłum milczał, zawołał jeszcze raz:

? Tak będzie!

? Tak będzie… ? odpowiedziało kilka niepewnych głosów.

? Tak będzie! ? zawołał po raz trzeci, z mocą.

? Tak będzie! ? teraz okrzyk był głośniejszy, śmielszy.

? Tak będzie! ? podjął ktoś w dali.

Po chwili wszyscy wołali tak, że pnie starych drzew drżały, a drobniejsze suche gałęzie spadały na ziemię deszczem.

Kapłan znów wykonał krótki gest i zapadła cisza, tylko jeszcze przez chwilę echo niosło w dalekie lasy krzyk zgromadzonych. Zamilkły wszystkie nocne zwierzęta, nawet nieznające lęku sowy odleciały w popłochu jak najdalej. I nie przeraził ich wcale ludzki krzyk. Tego nie lękały się nigdy. Usłyszały coś, czego zgromadzeni jeszcze słyszeć nie mogli, co dla zawodnych ludzkich uszu nie było nawet zapowiedzią dźwięku.

Słyszał to tylko kapłan, lecz dlatego jedynie, że wiedział, czego się spodziewać.

? Dziś rozejdziemy się po domach, wrócimy do wsi i siół ? rzekł cicho, wszyscy jednak to usłyszeli. ? Lecz przedtem połączymy się w ostatniej wspólnej wieczerzy. Wieczerzy, której nigdy nie zapomnicie. O pełni księżyca zabierzecie ze sobą wspomnienie naszej wspólnej sprawy.

Dopiero teraz dało się słyszeć głośne sapanie i jakby skomlenie. Z lasu doleciał dziwny, niepokojący zapach. A może raczej odór. Kojarzył się z wonią psiej sierści, lecz był ostrzejszy i sprawiał, że włosy jeżyły się na karku. Ci, którzy polowali kiedykolwiek na najgroźniejsze leśne drapieżniki, poznali go. Tak mógł pachnieć tylko zziajany, zagoniony na śmierć basior, umierający, lecz zawsze niebezpieczny. Ludzie zaczęli szeptać, popatrywać na siebie z niepokojem.

Skomlenie nasilało się, odór coraz ściślej wypełniał całą przestrzeń między drzewami, wlewał się na wielką polanę.

? Zachowajcie spokój! ? nakazał żerca. ? Dziś po raz kolejny będziecie mogli się przekonać, że nie ludzie przed bestiami, lecz bestie przed ludźmi powinny czuć respekt.

Lecz na nic się zdał uspokajający ton kapłana, bo gdy ośmiu tęgich mężczyzn wprowadziło na polanę ogromnego stwora, z wielu gardeł wydobył się okrzyk przerażenia. Stwór przewyższał każdego z rosłych chłopów o dobre dwie głowy, nawet gdy szedł przygarbiony. Na łeb założono mu skórzany miech, spod którego dochodziło głośne sapanie i skomlenie.

Tak, ten potwór, syn ciemności i pradawnych groźnych sił, odczuwał niepohamowany strach, wyczuwając znajomą woń. On, który jednym ruchem ogromnej, pazurzastej łapy mógłby rozedrzeć paru ludzi jednocześnie, którego ogromne ramię ważyło tyle, co dorosły mąż ubrany w porządny pancerz łuskowy, którego zęby mogłyby odgryźć wielki kawał okutej żelazem tarczy, bał się i skomlał niczym szczeniak przeczuwający, że zaraz go wrzuci do wody i przytrzyma bezlitosna dłoń człowieka. Potężne ramiona miał bowiem skrępowane, przykute do kosmatego ciała, a łańcuchy przy wielkich łapach przymocowano do okowów, najeżonych ostrymi kolcami skierowanymi do wewnątrz. Przy każdym kroku lała się spod żelaza krew, nieborak nie mógłby nic począć, nawet gdyby chciał.

Na znak kapłana jeden z wojów podszedł do stwora, szarpnął miech. Oczom obecnych ukazał się ogromny łeb. Z pyska potwora ciekła ślina, śnieżnobiałe zęby lśniły w blasku pochodni.

? Wilkołak! ? zawołał ktoś, wypowiadając nazwę, którą jeszcze niedawno wszyscy obawialiby się wymówić głośno.

? Wilkołak! ? powtórzył ktoś tym, którzy stali z tyłu i niezbyt dokładnie widzieli, co się dzieje przy podwyższeniu.

? Wiedziałem ? rozległ się głos. ? Właśnie one tak śmierdzą. Lecz po co przeklętego zwierza kazał żerca przyprowadzić? Nie dość było tego, co stało się pod świętą górą?

? Cisza! ? zagrzmiał kapłan. ? Cieszcie się, żem wilkołaka schwytał, a nie gizdrę, bobyście dopiero nosy zatykali!

Spojrzał na jeńca. Połyskujące krwawą czerwienią oczy wilkołaka wodziły po obecnych. W jego spojrzeniu dało się dostrzec oskomę, próżno by w nich szukać błagania czy strachu.

Ów syn mroku był o wiele większy od swoich pobratymców. Co bystrzejsi już odgadli ? oto siepacze ofiarnika przywiedli na kaźń jedno z najpierwszych stworzeń, od których wywodzić się miały wszelkie inne wilkołaki, budrułaki i podobne do nich zwierzęce upiory.

? Dziś to bydlę zginie, a my spożyjemy jego ciało! ? oznajmił kapłan. ? Dopełnimy przeznaczenia. Skoro nie dane było nam zwyciężyć, poniesiemy ziarno i zarzewie buntu przez wieki! Za naszą sprawą nigdy na tej ziemi nie zapanuje spokój!

Ludzie milczeli, jedni śmiertelnie przerażeni, inni przyjmując słowa żercy wręcz z ekstazą.

? Nie pozwólmy, by dawna wiara zaginęła! ? zawołał ofiarnik. ? Nie pozwólmy!

Lecz zanim ludzie zdążyli podjąć okrzyk, wilkołak potrząsnął wielkim łbem i wydał z siebie potężny ryk. A po chwili polanę wypełnił głęboki głos, tak mocny, że ziemia zadrżała pod stopami zgromadzonych.

Zbrojni z trudem trzymali wilkołaka na uwięzi, na pomoc im pośpieszyli inni. Po chwili bestia uspokoiła się, przypadła do ziemi i wodziła po ludziach łakomym spojrzeniem. Starzec otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale wówczas odezwał się z tłumu głos:

? Zabijecie go. Tak, uczynicie, jak wasza wola. Lecz na nic wam się to nie zda.

Zgromadzeni spoglądali po sobie z przestrachem. Kto śmiał się sprzeciwiać żercy? Tymczasem młody mężczyzna przepchnął się przez ciżbę, stanął naprzeciwko kapłana.

? Jeśli uczynicie to, co nakazuje wam ten człowiek ? powiedział, wskazując oskarżycielsko palcem ofiarnika ? skażecie na zagładę siebie samych, swoje potomstwo, jeśli je macie, i swoich współplemieńców. Dosięgnie was przekleństwo!

? Co za czelność! ? krzyknął siwowłosy. ? Kim jesteś, by tak mówić?

Mężczyzna spojrzał nad tłumem na wyłaniający się znad koron księżyc. Wilkołak też patrzył w tamtą stronę. Uniósł łeb i zawył tak głośno, że najbliżej stojącym zatkało uszy.

? A ciebie, żerco, dopadnie sam Pasterz Upiorów! ? zawołał w stronę kapłana intruz.

Siwowłosy starzec roześmiał się głośno.

? Pasterz nie żyje! Sczezł na moich oczach.

Jego silny głos wydawał się teraz piskiem w porównaniu z tym, co wydobywało się z gardła wilkołaka.

? Głupcze! ? rzekł przybyły. ? On odszedł, to prawda, lecz nie przestał istnieć! Powiedział mi to pewien mądry człek, który niejedno w życiu widział. Pasterz nie mógł umrzeć, nawet jeśli sto razy po stu zbrojnych wbiłoby w niego ostrza i rozniosło na sztuki. Nawet przeklęte ostrze jadowitego miecza nie jest go w stanie unicestwić, a tylko odesłać w zaświaty. Już raz go wszak uśmiercono, osiem dziesiątków lat temu. I świadkowie zgodnie twierdzili, iż nie mógł przeżyć. A jednak sam go widziałeś, na własne oczy. I jeśliś oglądał też jego przebitą pierś i spadającą głowę, toś widział jeno tyle, ile człekowi jest dane zobaczyć, nie więcej. Bo choć na bogów się powołujesz i opowiadasz bajędy o swej potędze, jesteś tylko zwykłym człowiekiem. Możesz wiedzieć i umieć więcej od innych, lecz nic ponadto. Czy w swojej zarozumiałości wyobrażałeś sobie, starcze, że schwytanie wilkołaka, choćby i najstarszego, zmieni cokolwiek?

Kapłan potrząsnął głową, spojrzał na tłum.

? Czy ktoś z was zna tego człeka? ? zawołał wielkim głosem.

Intruz rozejrzał się z uśmiechem. Wiedział, że byli tacy, którzy go rozpoznawali, ale obawiali się przyznać w obliczu rozwścieczonego ofiarnika.

? Jestem Grzela, chłop, jak i wy! ? rzekł. ? Chodziłem z żercą Kozubem.

Kapłan zmrużył oczy.

? Toś ty jest ten, który próbował buntować chłopów! Tyś uszedł do wojsk Awdańca! Czy wiesz, że w każdej chwili mogę kazać cię zgładzić?!

Grzela znów się uśmiechnął. Wielu nie wiedziało, czy bardziej podziwiać go za to, że nie lękał się groźnego kapłana, czy uznać to za zwykłą głupotę.

? Nie lękam się śmierci ? rzekł z powagą przybysz. ? Odkąd spojrzałem Pasterzowi Upiorów prosto w oczy, umarł we mnie powszedni strach. Boję się tylko jednego i tego pragnę uniknąć. Kiedy nadejdzie kres mego życia, nie chcę widzieć przed sobą tej otchłani. A wy wszyscy, jeśli posłuchacie tego żercy, tak właśnie możecie skończyć. Nie dziś i nie jutro zapewne. Lecz gdy przyjdzie zgon, będziecie się sami przeklinać za to, coście uczynili.

Kapłan poczerwieniał.

? Czelnie i coś nazbyt uczenie przemawiasz, jak na zwykłego chłopa ? rzekł podejrzliwie.

? Powtarzam jeno to, com sam słyszał od mądrzejszych. Od medyka wojewody, od samego Awdańca, od pewnego młodzieńca wreszcie, któren z rycerza przemienił się w mnicha. Jego zaś oświecił starzec mądry, pamiętający różne czasy. Dlatego chodzę od gromady do gromady i ostrzegam.

? Jeszcze cię nikt nie zabił? ? zaśmiał się kapłan. ? Za takie słowa…

Wilkołak znów zawył. Ludzie wokół zadrżeli, ale Grzela tylko zmarszczył brwi ze zniecierpliwieniem. Podszedł do bestii, nie bacząc na jej wściekłe kłapanie zębami, wyciągnął rękę. Ludzie zamarli w oczekiwaniu, że zatrzasną się straszne szczęki, chrupnie kość i zabrzmi wrzask bólu człowieka. Ale wilkołak nie próbował gryźć dziwnego przybysza, kiedy ten położył mu dłoń na kosmatej głowie. Przeciwnie, uspokoił się natychmiast, przywarł brzuchem do ziemi.

? Nałóżcież mu kaptur, bo ogłuchnąć idzie ? polecił intruz.

Jeden z nieco oszołomionych całym zajściem zbrojnych rzeczywiście narzucił na łeb bestii skórzany wór.

? A ty chcesz mnie zabić? ? Grzela znów zwrócił się do kapłana. ? Chcesz pokazać przed tym tłumem, że lękasz się jednego nieuzbrojonego człowieka?

Żerca był pod wrażeniem tego, co się stało przed chwilą, nie mógł jednak pozwolić sobie na okazanie zaskoczenia, a już na pewno, nie dajcie bogowie, słabości. Dlatego podszedł nieśpiesznie do młodego mężczyzny, spojrzał prosto w jego spokojne oczy.

? Może inni byli bardziej litościwi albo lękliwi ? rzekł. ? Lecz ja jestem żercą Jarowita i takie uczucia są mi obce. Może umiejętnością poskromienia ciemnych stworów mogłeś zadziwić innych, lecz nie mnie!

Wyjął zza pasa kamienny, obrzędowy nóż i wprawnym ruchem wbił go prosto w pierś Grzeli. Ten nie próbował się nawet bronić. Przyjął cios bez protestu, ale i bez lęku. Kapłan ze zdumieniem ujrzał w oczach ofiary nie złość, strach czy choćby żal, ale… wielką radość. Młodzieniec patrzył nie na żercę, lecz gdzieś poza niego. Na usta wystąpiła mu krew, kiedy wyszeptał:

? Prawdziwe światło… Światło życia…

A potem osunął się na ziemię i skonał tak samo spokojnie, jak przedtem mówił.

Kapłan potrząsnął głową z niedowierzaniem. Musiał jednak przede wszystkim z powrotem ująć w karby zgromadzonych.

Wilkołak szarpnął się z całych sił. Wraz ze śmiercią Grzeli minął urok, jakiemu poddało go dotknięcie tego dziwnego człowieka. Tym większa teraz stała się jego wściekłość. W tej chwili grube powrozy i łańcuchy krępujące potwora nie wydawały się tak solidne jak jeszcze przed chwilą. Ale już do kiełznających bestię tęgich mężczyzn dołączyli następni, powalili potwora na ziemię.

? Nie ma już żadnego Pasterza Upiorów! ? krzyknął kapłan. ? Zginął z rąk zdradzieckiego pachołka panów. Gdyby nie to, zwycięstwo byłoby nasze. Lecz ja uczynię tak, by pomście stało się zadość, by wygrana przyszła prędzej czy później! Spożyjemy dziś ucztę z ciała poczwary, a każdy z was dostanie jeszcze jego kęsek, by przekazać go swym pobratymcom i krewniakom!

Zapadła cisza, słychać było tylko przyśpieszone oddechy trzymających wilkołaka mężczyzn i jego powarkiwanie.

? Niech tak będzie! ? Głos kapłana nabrał mocy, zaczął górować nad potężnym basem potwora. ? Niech jego ciało i krew uczyni nas przeklętymi, byśmy mogli owo przekleństwo nieść przez wieki. Niech ten wspólny posiłek zwiąże nas przysięgą dochowania wierności starym bogom i starym obyczajom!

Kapłan spojrzał na Grzelę. Trup miał zamknięte oczy, na twarzy błogi uśmiech. Gdyby nie krew sącząca się z kącika ust i sterczące spomiędzy żeber ostrze, mogłoby się wydawać, że po prostu zasnął.

Żerca potrząsnął głową. Wilkołak znów zaczął się ciskać i wyć, mimo worka na głowie.

? Dość tego! Zabić! ? polecił kapłan zbrojnym. ? Niech śmierć jego spadnie przeklętym błogosławieństwem na nas i na dzieci nasze!

W gardło wilkołaka wbiło się pokryte srebrem żeleźce. Potem drugie przeszyło jego pierś, godząc w serce, lecz zbrojnemu omsknęła się ręka i grot utkwił w boku. Gdy go wyszarpnął, z rany wypłynęła wpierw przejrzysta ciecz, a potem dopiero krew. Do ostrego odoru wilczej sierści dołączył się przenikliwy zapach surowizny. W pierwszej chwili wydawał się przykry i odpychający, lecz gdy wypełnił przestrzeń bez reszty, stał się upojny, sprawiał, że zgromadzeni poczuli zawroty głowy, zjednoczyli się w jednym jedynym pragnieniu.

? Na zawsze wolni! ? zakrzyknął kapłan.

? Na zawsze wolni! ? podjęli ludzie, zapominając o niedawnym zajściu.

? Zemsta po wieki! ? Kapłan wzniósł ręce ku ciemnemu niebu, z którego przyglądał się temu wszystkiemu jasny księżyc.

? Zemsta po wieki!

Krzyk przemknął nad polaną, wtargnął w las i potoczył się w najdalsze zakątki.

*

Łuczywo, uczynione z koślawego kija, zatknięte w kunę na kamiennej ścianie, kopciło niemiłosiernie. W celi rozchodziła się gryząca woń spalenizny. Witko wstał ciężko zza szerokiego, zbitego z niewygładzonych desek stołu.

? Zgaszę to obrzydlistwo ? rzekł. ? Wystarczy nam lampa oliwna, skoro mnisi porządnej świecy poskąpili.

? Ostaw ? mruknął palatyn. ? Niechże popatrzę jeszcze chociaż na taki płomień. Od jutra nie będzie mi dane oglądać nie tylko wschodu i zachodu słońca, nie jeno blasku miesiąca, ale nawet podobnie tuskłego płomyka.

? Jesteście pewni, panie? ? Witko zatknął łuczywo z powrotem. Wpatrujecie się w ten ogień już tyle, że chyba nic nie widzicie.

? Ano nie widzę! ? potwierdził Skarbimir. ? Chętniej bym się wpatrzył w południowe słońce. Dwa, trzy pacierze bym tak wlepiał w nie oczy, a nie musiałby książę nawet wyroku na mnie wydawać. A ty byś nie był zmuszony go wykonać.

? Przestańcie! ? rzucił zduszonym głosem Witko. ? Jakbyście mi duszę na strzępy darli…

Palatyn Awdaniec zamilkł, oparł łokcie na stole, twarz ukrył w dłoniach.

? Masz go? ? szepnął ledwie dosłyszalnie.

? Mam ? potwierdził Witko.

? Przynieś i połóż na tych deskach.

? Wiecie, panie, że nie możecie go wydobyć z pochew.

? Przecież, że wiem ? rzekł niecierpliwie Skarbimir. ? Bo wonczas albo ja musiałbym zranić lub zabić ciebie, albo ty mnie.

? To po co go chcecie? Przecież nie wydrzecie się z lochu. To nie cudowna broń z baśni, powalająca całe hufce wrogów jednym machnięciem, lecz niezwykły wprawdzie, ale tylko miecz…

? Wiem, wiem ? przerwał rycerzowi palatyn. ? Chcę po prostu zobaczyć narzędzie, które jutro ma mnie pozbawić oczu.

Witko zacisnął usta. Gdyby wiedział, jaką torturą będzie rozmowa z Awdańcem, wolałby chyba sam iść na szafot, cisnąć księciu pod nogi jego wielką łaskę.

? Nie on wydrze wam oczy, lecz ja.

? Właśnie że on! Bo gdy trzeba będzie się zanurzyć we krwi, to ów miecz pokieruje twoją ręką.

Zapadła cisza. Po dłuższej chwili odezwał się Skarbimir:

? Zdaje ci się, że oszalałem, prawda, Jastrzębcu?

Witko przełknął ślinę. Gdybyż tylko mógł zrzucić słowa wojewody na karb szaleństwa!

? Zbyt wiele widziałem, panie, bym mógł tak sobie lekce rzucać pogardliwe słowa.

? Daj go! ? zażądał dostojnik.

Witko podszedł do ciężkich dębowych drzwi, okutych żelaznymi sztabami, nadgryzionymi już wprawdzie rdzą tu i ówdzie, jednak bardzo mocnymi. Pomyślał, że braciszkowie nie tylko modlić się potrafią i piwo warzyć, ale i więźniów dopilnować.

? Miecz daj ? burknął, kiedy ciężkie skrzydło się uchyliło. ? I nie marudź mi teraz! Zapłacone masz! Kark ci skręcę, jak będziesz trudności przysparzał! ? ostrzegł człowieka po drugiej stronie. ? Książę, owszem, łeb ci utnie, ale jeno wówczas, jeśli się dowie. Trzymaj więc pysk zawarty, a nic ci nie będzie.

Wrócił do stołu, siadł ciężko.

? Zaraz go pachoł przyniesie ? rzekł.

? Nie boisz się dawać tej broni do ręki lada komu? ? zdziwił się palatyn. ? Przecież to cenna rzecz.

? Cenna ? zgodził się Witko. ? Tylko sami wiecie, panie, jak mnie już nadojadło posiadanie go. Niechby ktoś i skradł pokrakę, rad tylko będę. Ale gdzie by kto rozsądny ruszył owo diabelstwo! Wszak nawet takiemu marnemu strażnikowi jak ten, com go przekupił, wiadomo, co się dzieje, gdy wydobędzie się ostrze z pochew. A osobliwie dało się to poznać w czas naszej ostatniej bitwy.

Po chwili drzwi celi uchyliły się i wszedł więzienny pachołek. W dłoniach trzymał miecz schowany w ozdobnej pochwie, owiniętej szerokim pasem. Trzymał przedmiot jak najdalej od siebie, jakby się obawiał, że może nań przejść z niego jakaś zaraza czy przekleństwo.

Witko niecierpliwym gestem odebrał broń, rzucił młodemu mężczyźnie srebrną monetę.

? Masz jeszcze denara na zatkanie gęby, żeby cię nie podkusiło gadać o tym, co tu się dzieje. Zresztą nic wielkiego się nie wydarzy, żebyś też to wiedział. A o samej mojej wizycie u palatyna książę doskonale wiedzą.

Kiedy pachołek wyszedł, Awdaniec ostrożnie dotknął końcami palców migdałowej głowicy. Miecz wyglądał zupełnie zwyczajnie ? setki podobnych, jeśli nie tysiące, nosili wojownicy i Krzywoustego, i cesarza rzymskiego, i książąt wszelakich. A jednak ten był wyjątkowy, tak utrzymywali wszyscy, którzy mieli możność poznać jego niepokojące właściwości.

? Jak sam wiesz, powiadają, że taki brzeszczot się tworzy, jeśli kowal podczas kucia doleje do wody, którą schładza żelazo, krwi niechrzczonego niemowlęcia ? rzekł Awdaniec.

? Wierzycie w to, panie? ? skrzywił się Jastrzębiec. ? Powiada się też, jakoby na żelazo musiała skapnąć krew wilkołaka albo ostatnie uderzenie młota następowało w chwili, gdy umiera ktoś z bliskiej rodziny rzemieślnika. Że trzeba przy odkuwaniu podsypać na kowadło startego zęba dziwożony.

? Nie bardzo w to wszystko wierzę, to prawda ? uśmiechnął się z przymusem Skarbimir. ? To wprawdzie niezwykłe żelazo, lecz uważam, iż jeśli są w nim nawet jakieś czary, to nikt prawdy nie ujawni.

? Lecz może coś w tych gadkach jest z prawdy? ? Jastrzębiec poczuł dreszcz na plecach. Niby nawykł do stałej obecności miecza w swojej bliskości, ale myślenie o jego tajemniczym pochodzeniu, szczególnie w nocnej porze, nieodmiennie wywoływało niepokój. ? Sami nieraz powtarzacie, by nie wierzyć we wszystko, ale i nie odrzucać pochopnie tego, co zdaje się niemożliwe.

? Witko… ? Skarbimir oparł brodę na ręce, przez co mówił ciszej i nieco mniej wyraźnie. ? Niebawem minie ci czwarty krzyżyk, wiesz o świecie to i owo. Ile razy zdało ci się, że jest inaczej, niż naprawdę było? Potrafisz spamiętać każde takie zdarzenie? Właśnie. Możesz wyliczać długo, a nie wyciągniesz wszystkiego z pamięci. To są często drobne rzeczy. Jak choćby wówczas, gdy idąc mrocznym lasem, widzisz czającą się za drzewem postać. Krew krąży żywiej, dobywasz broni i zaczynasz się skradać jak najciszej. Za chwilę czeka cię walka, pewnie na śmierć i życie, bo po co innego by się ktoś krył, niż aby cię napaść? A tu okazuje się, że to tylko mniejszy krzak tak się usadowił w cieniu większego brata. Lecz gdyby to było prawdziwe zagrożenie, czy nie plułbyś sobie w brodę, żeś nie zachował ostrożności? Stare powiedzenie mówi, że kto się na gorącym sparzył, na zimne potem dmucha. I to nie jest głupota, lecz skutek doświadczenia, jakie niesie życie.

Jastrzębiec westchnął ciężko. Palce palatyna błądziły po rękojeści, jelcach, przesuwały się wzdłuż powierzchni pochwy, oklejonej złotogłowiem, przeplatanym srebrną, szmaragdową i rubinowoczerwoną nicią. Wyglądał tak, jakby już był ślepcem, który musi poznawać otoczenie bez pomocy wzroku, polegając na wszystkich innych zmysłach.

W rycerzu ścisnęło się serce.

? Nie zrobię tego, wasza miłość! ? wydusił. ? Niech i mnie oślepią razem z wami, albo najlepiej zetną! Toż to jakbym rodzonemu ojcu miał oczy wydrzeć!

? Nie ty to uczynisz, drogi chłopcze, lecz on, powtarzam ci. ? Awdaniec poklepał miecz. ? Wydobędziesz go, przyłożysz do mej twarzy, a on już będzie wiedział, co dalej. Napije się krwi i łez, tak jak to kocha robić.

Witko pokręcił głową.

? To nie jest tak. Źle mówicie, że sam czyni, co chce. Brzeszczot jest powolny dłoni, która go trzyma. To ja będę musiał dokonać dzieła…

? Nieważne ? przerwał mu Skarbimir. ? Tak czy inaczej, wolę, aby wyrok wykonał ktoś, kogo śmiało mógłbym nazwać synem, niż jakiś tępy oprawca. A poza tym… Witko, doskonale wiesz, że jeśli będziesz się buntował, książę straci i ciebie, i twojego otroka. To Krzywousty, nie Szczodry! Nie darmo taki przydomek mu jeszcze za życia nadano. Zgubisz siebie i potomka, a mnie oczy i tak wydrą.

? Książę to potwór, nie człowiek ? rzekł z goryczą Witko. ? Półtora dziesiątka lat temu zdawało mi się, że nie ma gorszego zbója nad Sieciecha i siepaczy Włodzisława. Lecz wyszło potem na jaw, jak bardzo się myliłem. Nie Krzywoustym go nawet zwać powinni, ale Wężym Językiem! Choć i rozdwojony język gadzi to zbyt mało, jak na jego przeniewierstwa. On ma sto języków, a może i więcej.

Skarbimir uśmiechnął się smutno.

? Lecz dla potomności pozostanie tylko Krzywoustym. Wszak już piszą jego legendę. Pamiętasz owego mnicha, któregośmy schwytali przed potyczką opodal Kozła nad Notecią? Ten snuje opowieść, jakoby przezwisko księcia brało się z jakiegoś wrzodu, co mu wargę zniekształcił w dzieciństwie, przez co ją wąsem zasłania, a nie za sprawą jego skłonności do łamania słowa.

? Okrutniejszy jest niźli Sieciech z Prawdzicami do kupy wzięci ? rzekł z goryczą Witko. ? A przecie taki sprawiedliwy się zdawał, gdym wówczas w jego ręce wpadł.

? Bo wtedy pamiętał jeszcze, czego go uczył piastun, chłonął to, co z bratem moim mówiliśmy. Lecz potem stał się nazbyt pewny siebie, nieskłonny przychylić ucha głosowi rozwagi.

? Niejedną noc przegadaliśmy przy ognisku ? rzekł Jastrzębiec ? a przecież nigdy jakoś się nie złożyło zadać wam tego najważniejszego pytania. Dlaczego poszliście przeciw Bolkowi? Ale tak naprawdę, bo przecież komu jak komu, ale wam przy nim źle nie było.

Skarbimir wyprostował się, odetchnął głęboko.

? Już wówczas, gdy cesarscy oblegli Głogów, wiedziałem, że prędzej czy później muszę mu stanąć okoniem. Wiesz, co odrzekł obrońcom, którzy prosili go, aby zezwolił poddać gród, by nie gubić wszystkich? Nie wiesz, boś w polu gryzł u boku Żelisława niemieckie hufce. A książę powiadomił jeno nieszczęsnych, że kto broń porzuci, tego okrutną śmiercią ukarze. Inna rzecz, że trafił wówczas jeden wiarołomca na drugiego. Bo cesarz Henryk zakładników oddał tak, że kazał ich do machin oblężniczych przywiązać, licząc, iż złamie ducha obrońców. Lecz skoro książę oblężonym zostawił tylko wybór między śmiercią w walce z wrogiem a krzyżowaniem czy nabijaniem na pal przez swoich, poszło, jak poszło.

? Lecz gdyby nie to, gdyby Głogów się nie utrzymał, różnie by mogło być. A cesarscy z Czechami i tak by nie oszczędzili naszych. Sami powiadaliście później, że Bolko rozumnie się zachował.

? I temu nie przeczę. Rozumnie i słusznie, lecz okrutnie. Nie idzie o to, co odrzekł, lecz w jaki sposób to uczynił. Musiałbyś słyszeć, jak dawał odpowiedź głogowianom, żeby zrozumieć, o czym mówię. Nie zwrócił się do nich, jak powinien dobry władca do dzielnych poddanych, aby wlać w nich ducha. Nawet psiarczyk z taką pogardą nie traktuje ostatniego kundla w stadzie, co to nic nie potrafi. Obrońcy zaś nie tylko gryźć umieli, ale nawet jak wilk własną łapę odkąsić, gdy się znaleźli w potrzasku. Wybili własnych krewniaków, własne dzieci, by utrzymać gród.

? Czy winy jednak nie ponoszą tutaj cesarscy? ? zapytał Witko. ? Wszak to oni złamali warunki rozejmu.

? Dlatego też nie oskarżam księcia o śmierć tych niewinnych ludzi, lecz o to, że potraktował ich jak mierzwę! Powtarzam ci, już wówczas myślałem, że jeśli jego samowola i okrucieństwo jeszcze przybiorą na sile, trzeba będzie coś przedsięwziąć. Jak mi z tym wyszło, to rzecz druga. Zapomniałem, jacy są ludzie i do czego bywają zdolni, żeby uzyskać splendor, wpływy i mamonę.

Opuścił wzrok, jakby chciał przebić kamienną podłogę celi, sięgnąć spojrzeniem głęboko, do piekła, aby poznać jego tajemne zakątki.

? Sam wiem najlepiej, jak to się dzieje ? zamruczał. ? Wszak jestem teraz, gdzie jestem, za sprawą własnych ambicji.

Poderwał naraz głowę.

? Ale ty nie masz prawa wątpić, Witko! ? rzekł z mocą. ? Ty masz uratować siebie i syna. Pamiętaj, że twoja żona, a jego matka patrzy na ciebie z tamtej strony.

? I właśnie ich śmierć to najlepszy dowód, żeście mieli słuszność, powstając przeciw księciu! ? Głos Jastrzębca nabrzmiały był gniewem i żalem. ? Co chce zyskać, mnie zmuszając do kaźni? Pragnie upokorzyć was jeszcze bardziej?

? Nie tylko to. ? Awdaniec potrząsnął głową. ? Dzięki temu pokaże wszystkim, jak wielka jest jego władza.

? Właśnie dlatego…

? Wysuń ten miecz odrobinę ? poprosił palatyn, przerywając rycerzowi. ? Niech zobaczę choć krawędź żelaza.

Witko w milczeniu ujął rękojeść i pociągnął. Miecz jednak siedział mocno. Szarpnął jeszcze raz, znów na próżno.

? On chyba jednak czasem zdaje się żyć własnym życiem ? mruknął Awdaniec. ? Daj spokój.

? Mam dość ? warknął Witko. ? Mam go serdecznie dosyć! Gdyby nie to, że na mogile Peszki przysiągłem nosić ten oręż tak długo, aż odwojuję, co mi zabrali Prawdzice, oddałbym go ostatniemu żebrakowi.

Awdaniec patrzył na połyskującą pochwę.

? Wszak każdy miecz można skruszyć lub złamać. Zrób to…

? Każdy? Może tak, ale nie ten! Ileż razy w bitwie grzmociłem nim z całej siły, aż ramię mdlało. Raz nawet z rozmysłem trzasnąłem płazem w hełm jednego Sasa! Myślałem, że na tym twardym garnku głownia się rozsypie. Ale gdzie! Odbiła się jeno i poszła w bok, prosto w szyję woja, co przy mnie się bił. Szczęśliwie właśnie unosił topór, więc uderzenie trafiło w drzewce, ale wytrąciło mu broń z rąk i jeszcze zawadziło o twarz. Takie paskudne miał rozcięcie, że zęby można było mu w szczęce policzyć.

? Przeżył przecież? ? spytał Awdaniec.

? Przeżył. Jadowity miecz krwi się musi napić, niekoniecznie zabić. Broń łaknąca posoki niczym upiór… A na pewno gorsza od zwykłego cmentarnego zwidu. Bo ulotna zjawa nad kościowiskiem co najwyżej przestraszyć może, jednak nie uczyni wielkiej krzywdy. On bardziej przypomina właśnie upiora albo dziką strzygę…

Milczeli, wpatrując się w oręż. Bogiem a prawdą, wyglądał zupełnie zwyczajnie, leżąc na niewygładzonych deskach, w migoczącym świetle łuczywa.

? Musisz mnie przeklinać za to, żeś się tutaj znalazł ? rzekł Awdaniec, podnosząc głowę. ? Mogłeś siedzieć w tym swoim lesie, przy bliskich. Od czasu do czasu pojechałbyś na wyprawę, wezwany przez księcia.

? Dobrze wiecie, że nie mogłem, wojewodo. I wiecie też, że nie kto inny jak książęcy siepacze sprawili, żem nie miał już przy kim i po co siedzieć.

Palatyn przełknął głośno ślinę.

? A to wszystko przez to, żeś mi niegdyś ocalił życie… ? rzekł. ? Bolko nie wybacza tym, którzy krzyżują mu plany, nieważne, czy robią to świadomie, czy wypadkiem. I powinienem wcześniej się pewnie pobuntować ? dodał po chwili. ? Lecz trudno jest podnieść rękę przeciw prawowitemu księciu.

? Różnie powiadają o jego prawowitości ? parsknął Witko.

? Milcz! ? syknął palatyn. A potem ciągnął najcichszym szeptem: ? Możemy mówić o wszystkim, możemy i księcia wyklinać, bo i on, i jego postrzegacze doskonale wiedzą, co myślimy. Lecz nie waż się podawać w wątpliwość jego pochodzenia. Cud Świętego Idziego przywołał go do życia. Pamiętaj o tym!

Witko skinął lekko głową.

? Myślicie, że i tu nas podsłuchują?

? Myślę, że nie. Pewien jestem nawet. Jednak jeśli raz dasz pofolgować językowi, gotów cię kiedyś sam zdradzić, bez twojej woli. I stanie się już zbyt późno, gdy zrozumiesz, żeś za dużo powiedział.

Jastrzębiec zacisnął wargi. Nie przywykł dusić w sobie słów. Nie nadawał się do życia pośród możnych tego świata. Ale palatyn miał rację. Powinien wreszcie nauczyć się trzymać język za zębami. Inaczej zgubi kiedyś i siebie, i syna. Chociaż nie… siebie tylko, bo kiedy jego ukochany potomek zniknie za klasztornym murem, trudno go będzie dosięgnąć. A i po co zresztą? Jednak niech lepiej książę i jego doradcy całkiem zapomną o istnieniu Miłosława Jastrzębca. Niech pozostanie dla świata i palatyna Piotra Włostowica tylko braciszkiem o jakimś dziwnym imieniu, niegroźnym i poświęconym jedynie Bogu.

? Pamiętasz, jak zjechałeś z Miłkiem do moich wojsk? ? spytał Skarbimir. ? Piękny to był dzień. Nad ranem jeszcze zamróz chwycił, drzewa były białe, ale słońce już grzało, zupełnie jakby wiosna chciała przegnać zimę daleko za morza koniecznie już, w tej chwili.

? Pamiętam. Oczywiście, że pamiętam. Ledwie dzień wcześniej opadły mój oddział psy gończe od Włostowica. Rzeknijcie mi, wojewodo, jak ktoś tak miernego umysłu mógł zostać mianowany palatynem? Czy książę nie widzi doprawdy, iż człek ten wprawdzie jest dowódcą sprawnym, ale poza tym zupełnym głupcem? To już Spytek Topór jest odeń lepszy i szlachetniejszy, a nawet ów przybłęda Derwan.

? Książętom i królom potrzebni są tacy ludzie ? uśmiechnął się palatyn. ? Im wszystko jedno, jakiej władzy służą, byle mieli nad sobą mocnego pana i mogli z niego czerpać korzyści. A ty przyłączyłeś się do mnie, wiedząc, iż niewiele z tego pewnie przyjdzie. Nawet zaś gdyby i przyszło, nie myślałbyś o tym. Dlatego wszelcy władcy będą się ciebie bać.

Witko potrząsnął głową. Nie mógł pojąć tego, co mówił Skarbimir.

? Jak to bać? Przecież jestem nikim. Trochę ziemi mam i mogę pobudować nowy dom warowny, ale czeladzi niewiele, a i ta ucieka do możniejszych.

? Oni nie boją się ciebie jako siły zbrojnej czy konkurenta we wpływach i bogactwie. Lękają się szlachetności. Twarda, okrutna władza kocha jeno posłusznych. Z nieposłusznymi zwykła obchodzić się jak najgorzej przy każdej nadarzającej się okazji. Bo kto raz stanie po stronie sprawiedliwości, może stanąć i drugi raz. Kto pozostaje wierny swemu sumieniu, nie uczyni tego, czego władca wymaga, jeśli zda mu się to niegodne. Dla książąt i królów ten jest coś wart, kto nie obawia się pobrudzić rąk w ich służbie.

Znów zapanowało milczenie. Każdy z mężczyzn myślał o swoich sprawach. Lecz może rozmyślali też o wspólnych, bo Witko w pewnej chwili zapytał:

? Gdybyście wiedzieli, panie, jak to się może skończyć, próbowalibyście mimo wszystko?

Palatyn odpowiedział bez wahania:

? Próbowałbym. Przecież nie tylko wiedziałem bardzo dobrze, jak to się może zakończyć, ale przypuszczałem, że tak właśnie będzie. Liczę tylko, że książę wyciągnie jakąś naukę z rozlewu krwi.

? Myślicie? ? spytał Witko, krzywiąc się. ? Na razie kazał was oślepić. Najmądrzejszego człeka, jakiego ma.

Palatyn oddychał chwilę ciężko i szybko, przypominając sobie o czekającej go kaźni.

? Dzisiaj oślepi i przegna, a jutro zawezwie i odda wszelkie urzędy ? rzekł lekko drżącym głosem. ? Nie wiem, czy tak będzie, ale tak być może. Gdy zobaczy, kto przy nim został, jak marni ludzie mienią się jego podporami, dostrzeże, iż przypochlebstwo może być przyjemne, lecz nie posiada większej wartości. Wówczas sięgnie po tych, co gotowi mu może wytknąć głupotę, ukąsić nawet karmiącą ich rękę, ale nie są skłonni do przeniewierstwa.

Pogładził pochwę miecza.

? Ale dość o tym. Szkoda, że nie mamy tu miodu. Przy nim czas weselej upływa i pamięć się polepsza. Nie musisz ze mną siedzieć do białego rana. Jeśli jesteś zdrożony, idź na kwaterę, rozprostuj kości.

? Za nic nie zasnę ? odparł Witko. ? Wolę tu z wami snuć wspomnienia. Nie wiadomo, czy przyjdzie się jeszcze kiedy spotkać.

? Wspomnienia ? szepnął palatyn. ? Niedługo tylko one mi zostaną. Ciekawe, czy w oślepionej głowie umysł potrafi przywołać pamięć światła…

Rafał Dębski „Jadowity miecz”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 400

Opis: Czasem okrucieństwo władców sprawia, że nawet najwierniejsi wznoszą pięści żądając sprawiedliwości. Skarbimir Awdaniec, oddany palatyn Bolesława Krzywoustego powstaje przeciwko władcy. Bunt to jednak zawsze pożoga, krew i zniszczenie. Wśród tego chaosu odradza się zapomniany Mrok. Zło tak przerażające, że nawet zaciekli wrogowie staną ramię w ramię, by walczyć w imię ludzi przeciwko pomiotom starej wiary. W chwili ostatecznej próby decydującą rolę odegra dłoń dzierżąca Jadowity Miecz.

rys. Paweł Zaręba, ilustracja pochodzi z książki „Jadowity miecz” Rafała Dębskiego

Tagi: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek