banner ad

Przeczytaj premierowy fragment powieści „Alice i Oliver” Charlesa Bocka

19 marca 2018


Wydawnictwo W.A.B. prezentuje powieść amerykańskiego pisarza Charlesa Bocka. „Alice i Oliver” to przejmująca historia rodziny, która nagle musi zmierzyć się ze śmiertelną chorobą. Pewnego dnia u młodej i energicznej Alice Culvert zdiagnozowano ostrą białaczkę szpikową. Od tej pory dla kobiety zaczyna się długa i męcząca droga przez chemioterapię, podczas gdy jej mąż, Oliver, zmaga się z biurokracją opieki zdrowotnej i wychowaniem ich małej córeczki. Powieść zainspirowana jest autentycznymi doświadczeniami pisarza, którego żona zmarła na tę samą chorobę. Poniżej możecie przeczytać fragment książki, która ukazała się w przekładzie Jędrzeja Polaka.

9
1993

Oto i ona: Alice Culvert, nieco wyższa od innych, o krąglejszych, niżby chciała, kształtach. Tego rześkiego poranka czwartej środy listopada szła Zachodnią Trzynastą Ulicą. Niosła przypięte z przodu niemowlę. Przeładowany plecak uwierał ją w ramiona. Buddyjskie paciorki w kształcie czaszek, którymi owinęła nadgarstek, grzechotały do rytmu kroków. Piła kawę z papierowego kubka. Po karku spływał jej pot. Raz po raz rozwiązywał się szalik. Wymiatała sięgającymi do kolan botkami z delikatnej skóry, ze skomplikowanymi sprzączkami. Patrzyła prosto przed siebie, skupiając się na niewidzialnym celu. Ale zwalniała. Jakiś biznesmen wyminął ją w ostatniej chwili. Pochyliła się, zakaszlała: atak kaszlu, po którym w ustach zostawała zakrwawiona flegma.

To się nie dzieje. Plany na Święto Dziękczynienia w Vermoncie były zapięte na ostatni guzik. Matka wariowała z radości, że zobaczy Jagódkę. Cały długi weekend u mamy z orzechowym ciastem i darmową całodobową opieką nad dzieckiem przebijał to świństwo, które tym razem złapała. Musi przez to przebrnąć, udawać, że od tygodnia nie brakuje jej werwy, że nie pulsują jej skronie. Na tym polega dorosłość, kwiatuszku. Nie poddajesz się. Nie spóźni się na spotkanie z Oliverem w wypożyczalni aut. Zimą Alice łapała kaszel jak na zamówienie. Przez całe popołudnie obracała w ustach tabletkę do ssania (albo leniwie trzymała ją pod językiem, zapewniając sobie niekończący się powrót do zdrowia) podczas szarpaniny z ostatnimi przygotowaniami (wkładania podkoszulków do plecaka, upewniania się, że w torbie dziecka są wilgotne chusteczki). Gdy wyszła z mieszkania i zeszła po schodach, wszystko było super. Aż do ataku kaszlu: trzech odruchów wymiotnych o nasilającej się gwałtowności. Klejnot flegmy ? w pastelowym odcieniu różowej perły ? był pewnie śliną z farbą do włosów numer pięć. Paskudnym osadem po wiśniowej tabletce na kaszel.

Wypożyczalnia samochodów znajdowała się na obrzeżach West Village, zaledwie dziesięć minut spacerem, nawet jeśli niesiesz dziecko. Droga zajęła Alice pół godziny. Przed wypożyczalnią czekał na nią rdzawy taurus z otwartymi drzwiami kierowcy. Oliver stał z boku, upewniając się, że agent w garniturze dał mu wszystkie niezbędne dokumenty.

? Jezu ? powiedział. ? Kochanie. ? Dotknął jej czoła. ? Wszystko w porządku?

? Możesz zabrać Doe? ? zapytała w odpowiedzi.

Potem wydostali się z miejskiego młyna wprost w sunące zderzak w zderzak piekło zapychające każdy cal jezdni od Bridgeport do New Haven. Oliver ogrzewał nawiewem przednie fotele. Nieważne, iloma kocami owijała się Alice, dziwne zimne poty nie chciały ustąpić. Czuła się coraz gorzej, przemarznięta do szpiku kości. Zbliżali się do zachodniej granicy Massachusetts i zwolnili na którejś z tych pustawych wiejskich międzystanówek z wielkimi, gołymi i ciemnymi drzewami po obu stronach drogi.

? Mógłbyś się zatrzymać? ? poprosiła drżącym głosem.

Oliver skręcił na pierwszy przydrożny parking oświetlony dziwnie rozdętymi, upiornymi światłami. ?To nic? ? powtarzała sobie raz po raz. Opuściła oparcie fotela do końca. Jej ciało podążało za sprężystym upadkiem oparcia, jakby jej wewnętrzne zębatki i zapadki również dostały pozwolenie, by ugiąć się pod ciężarem. Wrażenie to było czymś więcej niż tylko psychicznym czy fizycznym poczuciem wyczerpania: opadła i leżała nieruchomo na rozłożonym fotelu; zamknęła oczy.

Przez pewien czas wydawało jej się, że obchodzi dom, który jest ciałem, i w każdym pokoju wyłącza za sobą światło, jedno po drugim.

Niejasno zdała sobie sprawę, że maleńkie rączki i nóżki w dziecięcym foteliku zmieniają pozycję, że Jagódka, zadowolona, oddycha przez sen. Wiedziała również, że mąż zmusza się do zachowania spokoju, gdy zapytał:

? Favorito?

Zamiast mu odpowiedzieć, skalibrowała się na powrót, skupiając się na pulsowaniu za oczami, ciężkim unoszeniu się i opadaniu klatki piersiowej i wysiłku potrzebnym do nabrania powietrza. Zmęczenie nasiliło się tak bardzo, że aż b o l a ł o .

? W porządku.

Usłyszała najczulszy szept.

Pochyliła głowę w stronę pocałunku.

Lekko sine usta Alice wyglądały niepokojąco.

? To mogą być początki anemii. Albo coś innego.

Doktor Glenn umilkł. Zamiast dać do zrozumienia, czym może być „to coś innego”, kontynuował badanie, przesuwając mały stalowy dysk wzdłuż górnej części pleców Alice z niezachwianą koncentracją, precyzyjnymi ruchami, jakby umiejscowienie membrany stetoskopu w złym miejscu mogło wywołać eksplozję.

? Głęboki oddech ? polecił. ? Tak głęboki, jak tylko się da.

Zerkała raz po raz na różową maź (owiniętą w chusteczkę, zamkniętą w plastikowej torebce na drugie śniadanie, ignorowaną na stoliczku z lekarskim instrumentarium). Doktor zapisał coś w karcie i wyjął oliwki stetoskopu z uszu. Alice znała go od dzieciństwa. Od czasu gdy po raz ostatni odwiedziła jego gabinet, niemal zupełnie wyłysiał i zostało mu tylko kilka białych bawełnianych kępek wokół uszu. W kąciku ust miał półksiężyc musztardy po lunchu. Dawniej wchodził do gabinetu i mierzył do niej z palca jak z pistoletu. Dopiero gdy Alice została nastolatką, zaczęła go lekceważyć jako lekkoducha, który wie, że jest osłem, a mimo to zachowuje się jak osioł, który w rzeczy samej p o s t a n o w i ł poświęcić życie flirtowaniu z matkami w średnim wieku i wpychaniu termometrów w zadki ich pociech. Żyć nie umierać w maleńkim hipisowskim miasteczku.

Podniósł głowę znad karty Alice.

? Nie podoba mi się twoja temperatura ani bardzo niskie ciśnienie. Nie przy takich sinych wargach. I to, co mówisz o braku apetytu i siły. ? Poważny jak protestancki pastor, pełen uprzejmości, podniósł wzrok i upewnił się, że został zrozumiany. ? Zrobimy ci prześwietlenie płuc. ? A do pielęgniarki rzucił: ? Pobierz krew.

? Co się dzieje? ? zapytała Alice. Poczuła strach, opadł jej podbródek. ? Coś nie tak?

Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a potem znikały, czas wsysała czarna dziura. W końcu miły starszy doktor wrócił, wszedłszy do gabinetu ? jakby to sobie obmyślił ? ruszył prosto do Alice i ukląkł przed nią. Położył dłoń na jej kolanie i spojrzał prosto w oczy. Na jego twarzy malował się smutek.

? Musimy natychmiast przewieźć cię do szpitala.

Oliver Culvert siedział przy kozetce i tulił dziecko do piersi. Kołysał je ? dzieci wyczuwają napięcie, Alice powtarzała mu to tysiące razy. Nie należał do ludzi sentymentalnych, odrzucała go sacharynowa słodycz piosenek pop i kartek z życzeniami, a demonstracyjne okazywanie uczuć sprawiało, że zastygał jak przerażona jaszczurka. Naturalną dla niego reakcją na większość sytuacji było pełne zażenowania pytanie: „Jak powinienem się czuć?”.

Przyglądał się wielkim oczom żony, widział strach na jej twarzy.

Doktor mówił dalej, rzucając jedno straszne zdanie po drugim: „Jesteś bardzo chora, to poważne niebezpieczeństwo, liczba białych krwinek?”.

W brzuchu Olivera rozlewały się mdłości rozpoznania. Miał tylko jedną myśl: „Nie”.

A potem zrobił, co mógł, żeby się opanować, i poprosił, żeby lekarz zwolnił i jeśli może, wytłumaczył wszystko jeszcze raz. Przez gabinet przemieszczały się tabuny rejestratorek i pielęgniarek. Oliver był na tyle przytomny, żeby się cofnąć i pozwolić tym ludziom pracować. Oparł się plecami o ścianę, upewnił się, że mocno trzyma Doe, że nic jej nie grozi.

Przynajmniej tyle mógł zrobić: zająć się drobnymi sprawami.

Tylko że drobne sprawy wcale nie okazywały się proste.

Wsadzenie Alice do wynajętego samochodu i zawiezienie jej do najbliższego szpitala nie wchodziło w grę ? tak to wyglądało.

? Czy rozumiesz ? doktor Glenn zwrócił się do Alice ? że masz gorączkę wywołaną neutropenią?

Załzawione oczy spojrzały na lekarza, jakby ten oszalał.

? Oczywiście, że nie rozumiem ? odpowiedziała Alice.

? Chodzi o to ? wyjaśnił doktor ? że w tej chwili twój organizm nie potrafi się przed niczym bronić.

Powiedziała Oliverowi, żeby nie zwracał na to uwagi.

? ?zawieź nas z powrotem do miasta, tam mamy opiekę medyczną, która pomoże nam we wszystkim.

W odpowiedzi doktor dał Oliverowi do zrozumienia, że jego zdaniem Alice nie dojedzie żywa na Manhattan.

? Tak czy siak musimy wezwać karetkę ? zastanawiał się głośno Oliver. ? Czy ci sami sanitariusze nie mogliby zająć się Alice w drodze powrotnej do miasta?

Oliver zaproponował, że pokryje koszty transportu, a potem kiwał głową podczas biurokratycznego przesłuchania przez lekarza: czy wie, że transport nie dotyczy nagłego wypadku, tylko będzie zaplanowanym użyciem karetki, którego prawdopodobnie nie pokryje ubezpieczenie, bo nie są to koszty leczenia w sieci szpitali. Nie wiedział ani nie obchodziło go, co to wszystko znaczy.

Ale naciskał dalej. Prowadzono rozmowy telefoniczne. Lecz nawet gdyby w którymś ze szpitali na Manhattanie, należącym do sieci ubezpieczenia Alice, było wolne łóżko (nie było, lecz nawet gdyby było?), to i tak żaden z tych oddziałów nie przyjąłby pacjentki niemal bez białych krwinek po sześciu godzinach podróży.

Choć to szambo wydawało się nie do przejścia, Oliver ? jak większość jego kolegów programistów i dawnych znajomych ze studiów dyplomowych ? poświęcił olbrzymią część dorosłego życia na poszukiwania logicznych następstw, na ewolucyjny taniec prób i błędów prowadzący do rozwiązania problemu. Choć czuł potrzebę wydarcia się na kogoś albo walnięcia w jakąś twardą powierzchnię, rozumiał też, że każda przyczyna, dla której coś nie działa, dostarcza więcej informacji, stanowi mały fragment układanki, której obrzeża i granice stopniowo się wypełniają, tworząc propozycję rozwiązania.

„To się dzieje naprawdę ? mówił sobie w duchu. ? Nieważne, czy to wygląda surrealistycznie, melodramatycznie, czy jakkolwiek, to się dzieje naprawdę”.

Dwaj mężczyźni w ciemnych uniformach ustawiali wózek z noszami, upewniając się, że nogi Alice leżą wyżej od głowy, żeby umożliwić dopływ krwi do mózgu.

? Tak na wszelki wypadek ? wyjaśniał masywniejszy z sanitariuszy, do którego obowiązków należały najwyraźniej rozmowy z pacjentami. ? To zapobiega obrzękowi płuc.

„Czy w grę wchodzi taka ewentualność?” ? chciał zapytać Oliver, ale pytanie uwięzło mu w gardle. Odpowiedź wydawała się oczywista, gdy spojrzało się na czarne stabilizujące pasy zapinane ciasno na piersi żony; drugi zestaw przytrzymywał jej uda. W gabinecie tłoczyło się teraz mnóstwo poważnych ludzi. Sanitariusze odliczyli wspólnie: „Raz, dwa, trzy”, Alice uniosła głowę, szukając czegoś wzrokiem. Miała bladowoskową twarz, zaczerwienione, załzawione oczy, które w niego wbiła.

Nigdy nie zapomni tych skurczów: Alice trawiona bólem tak wszechogarniającym, że przerażał. Ta świetnie radząca sobie dorosła osoba ? kobieta, którą kochał tak bardzo, że miłość pulsowała w każdym zakamarku serca ? cofała się do swych ssaczych początków, wydając z siebie potworne pierwotne wrzaski, w które angażowała się całą sobą, cała stając się wyciem. Oliver wprawdzie odchodził od zmysłów i czuł ekstremalne zażenowanie, ale chłonął ból emanujący z zaciśniętej dłoni żony i odpowiadał delikatnym uściskiem. Oddychał razem z nią, a skurcze trwały, i Alice na komendę parła z całej siły (przyj-przyj-przyj, oddech, przyj-przyj- -przyj), a on wpatrywał się między jej rozłożone nogi, nie odwracając za cholerę wzroku nawet na sekundę. Dlaczego nikt mu nie powiedział, że będzie musiał patrzeć i zachować przytomność umysłu, dlaczego sam musiał to wykombinować? Dopiero gdy skurcz dobiegał końca, gdy dziecko było już bliżej, choć nie widział jeszcze główki, gdy mieli minutę czy coś koło tego, żeby odzyskać siły i przygotować się do następnego parcia, dopiero wtedy spoglądał w twarz żony i wciąż licząc, wciąż oddychając równo z nią, ocierał dłonią pot z jej czoła i powtarzał, jaka jest piękna i jak wspaniale się spisuje.

Teraz jej uścisk nie miażdżył mu palców. Złapała go za rękaw kurtki, ściskając szew między kciukiem a małym palcem. Oliver trzymał na piersi ciepły tobołek z ich córeczką. Pochylił się. Alice od niedawna zaczęła tracić ciążową pyzatość policzków i zaokrąglenie podbródka.

? Nie mogę uwierzyć, jak bardzo chcę się z tobą kochać ? szepnął.

Wykaszlała śmiech, na co liczył. Ale wtedy sanitariusze unieśli ją, musiała puścić jego rękaw. Odwróciła ku niemu twarz z wielkimi oczami.

Zasłaniając córeczce widok mamy wywożonej na noszach, Oliver zawołał:

? O nic się nie martw! ? Kołysząc dziecko przy piersi, obiecał: ? Pojedziemy tuż za wami. Jesteśmy z tobą.

Żona odjeżdżała w głąb korytarza ku karetce, coraz dalej od niego.

? Jesteśmy w twoim sercu! ? krzyczał za nią. ? Będziemy pierwsi, nie martw się! ? Jego głos brzmiał niemal radośnie: ? Bardzo cię kochamy. JA BARDZO CIĘ KOCHAM.

Przypadkowe wirujące płatki śniegu dryfowały przez ciemność za maleńkim podwójnym okienkiem. Skupiła się na jednym z nich: porwał go wiatr, uderzył nim o szybę. Nie potrafiła odgadnąć, jak długo tu jest, jak długo już jadą. Nie słyszała syreny, ale wnosząc z tego, jak podskakiwali na nierównościach, domyślała się, że karetka jechała dosyć szybko. Jeśli się skupi wystarczająco mocno, zablokuje przerywane piski rejestrujące oznaki jej życia, swędzenie w połowie tułowia wywołane cienkim tanim kocykiem. Nie mogła jednak całkiem zignorować ciężaru. Ciężaru sadowiącego się na jej piersi. Umiała to sobie wyobrazić. Lekki, ale nieustępliwy. Czarna skrzyneczka z czarną wstążką związaną w wielką opadającą czarną kokardę.

? Wiem, jakie to przerażające ? powiedział doktor Glenn. Wokół oczu miał głębokie zmarszczki. ? Ale przez cokolwiek będziesz musiała przejść, przejdziesz przez to lepiej, jeśli nauczysz się żyć, nie znając wszystkich odpowiedzi. Pacjenci, którzy potrafią zaakceptować niepewność, lepiej sobie radzą w takich sytuacjach.

Ambulans wyjechał z zakrętu i zwolnił, zmieniła się częstotliwość jego drgań. To, że dotarli na miejsce, wydawało się ważne: coś się kończy, coś się zaczyna. To teraz jest stanem przejściowym. Te chwile przenoszą ją do fazy, w której się dowie, co się dzieje z jej ciałem. Silnik ucichł, karetka znieruchomiała. Przez długie sekundy Alice wyglądała w ciemność przez dwa podłużne okienka, była sama z ciemnością, czarną skrzynką i oczekiwaniem. Potem otworzyły się drzwi, noc wpłynęła w szczelinę, chłodne powietrze zaszczypało ją w policzki. Rampę oświetlało kilka pomarańczowych żarówek. Gdy sanitariusze ustawiali nosze na betonowym podjeździe, kaskada płatków opadała na ich wełniane czapki, grube zimowe kurtki, rękawice i ocieplacze. Alice zauważyła, że mur odległego parkingu był zabezpieczony gumowymi odbojnikami na wypadek, gdyby karetka nie zdążyła zwolnić.

Nosze obróciły się, jechały krzywo. Toczono je po nierównym asfalcie. Za pudełkowatymi budynkami szpitala Alice widziała ciemne warstwy gór, kawałek czarnego jak węgiel nieba. W kręgach lamp rampy i wieży oświetleniowej płatki śniegu przypominały świetliki i gwiezdny pył, i migotanie niewypowiedzianie maleńkich obracających się diamentów. Wszystko to było jak scenografia jakiejś hollywoodzkiej produkcji albo przedziwny sen. Podniosła głowę z noszy, śnieg ukłuł ją w policzek. Przez długą chwilę miała złudzenie, że czeka na nią jakiś osobliwy pokaz magii. Nie mogła się powstrzymać: wysunęła język.

Gdyby nie doszła do siebie podczas postoju na parkingu, nie złapała oddechu, nie odzyskała sił na tyle, żeby przekonać Olivera, że powinien jednak zawieźć ich do mamy, żeby spędzili w końcu cholernie miły świąteczny weekend: „Błagam!”. Gdyby mama nie spojrzała rano na córkę w sypialni i gdyby zignorowała protesty Alice, żeby nigdzie nie dzwonić. Gdyby stary dobry doktor Glenn miał u siebie dzieci i wnuki na Święto Dziękczynienia, jak miewał w lata parzyste, i się nimi zajmował, zamiast czekać na odlot samolotu niespecjalnie zainteresowany tym, co piszą w jakimś tygodniku. Gdyby automat telefoniczny był zajęty albo doktor nie sprawdził automatycznej sekretarki, nie usłyszał spanikowanego głosu wiernej mu od lat pacjentki i gdyby nic z tym nie zrobił. Gdyby jego gabinet był zwykłym wiejskim gabinetem lekarskim, a nie względnie nowoczesną przychodnią ze względnie nowoczesnym sprzętem, w tym z ustrojstwem, które prześwietla płuca. Gdyby ten sam doktor, którego dorastająca Alice uważała za wiejskiego przygłupa, istotnie był wiejskim przygłupem, zadowoliłby się rozpoznaniem zapalenia płuc na rentgenie i nie zlecił badania krwi, żeby się upewnić. Gdyby mała przychodnia doktora nie miała laboratorium, które nie tylko dostarczało wyniki badań tego samego dnia, ale i było otwarte we wszystkie dni tygodnia, w tym w święta. Gdyby mniej więcej wszyscy mieszkańcy tego rejonu pocztowego, prowadzący w miarę normalne życie, zrobili sobie wolne w dniu przed Świętem Dziękczynienia i gdyby miejscowi ćpuni strzelili sobie w żyłę przeciętnie mocny, szmuglowany z Montrealu towar lub gdyby doszło do kilku groźnych wypadków czy też nieporozumień rodzinnych rozwiązywanych za pomocą noży do mięsa, to szczątkowy personel laboratorium, jak to bywa w komercyjnych laboratoriach medycznych, byłby zajęty czymś innym niż prostym i czytelnym oznaczaniem, a na wyniki badań krwi Alice trzeba byłoby czekać do popołudnia albo do wieczora. Gdyby upłynęło zbyt wiele czasu, zanim stwierdzono by, że Alice ma zero białych krwinek, z e r o. Gdyby to samo laboratorium odkryło, że nieco ponad połowa krwinek Alice jest neoplastyczna, a nie, jak orzekło, nieco mniej niż połowa. Gdyby jeden z najlepszych szpitali onkologicznych na Północnym Wschodzie nie był dostępny po mniej niż dwugodzinnej jeździe karetką, czyli na tyle blisko, że pracujący tam lekarze zdołali zastosować swą ogromną wiedzę i użyli odpowiedniego sprzętu, aby zapobiec dalszej replikacji neoplastycznych krwinek do punktu, spoza którego nie ma już powrotu. Gdyby Alice nie została odizolowana, a leczenie nie rozpoczęło się, zanim jakiś przypadkowy przechodzień kichnął w jej pobliżu, wypuszczając zarazki, które wylądowałyby w jej absurdalnie osłabionym organizmie, lub zanim wykończyło ją zapalenie płuc czy gorączka. Każde z poszczególnych zastrzeżeń na tej liście. Każde odgałęzienie z Bóg wie ilu innych prawdopodobieństw. Każda z niezliczonych możliwości, które przecięły jej drogę, choć mogły nie przeciąć. Gdyby Alice poświęciła chwilę, zastanawiając się nad każdą z tych ewentualności. Gdyby przyszło jej chociaż do głowy, ile miała do tej chwili szczęścia, zwłaszcza że nie mogła sobie jeszcze wyobrazić, przez co będzie musiała przejść ? te wszystkie „gdyby” nie pozwoliłyby jej ruszyć z miejsca.

„Nie goń za przeszłością ? napominała się. ? Nie gub się w przyszłości”.

Musi docenić to, co teraz.

Dzień trzeci: spuchnięty nos między nozdrzami, płonące policzki. Ciemnoszkarłatne przebarwienia rozpoczęły się za uszami i pokryły dolną część żuchwy oraz kark.

? To normalne przy doksorubicynie ? orzekł rozchełstany rezydent.

? Nie ma się czym przejmować ? dodał podczas obchodu specjalista (Mongoł, wschodząca gwiazda, wezwano go na konsultacje).

Następnego ranka podczas obchodu lekarz prowadzący zwrócił się do studentów, którzy weszli wraz z nim do sali. Wyraziwszy zadowolenie z powodu spadku gorączki, przedstawił podobną opinię o jej najświeższych wybroczynach (nie ma w nich niczego nadzwyczajnego, nie ma powodu do niepokoju). Te najnowsze były fioletowe i wylewały się spod pach we wszystkich kierunkach. Lekarz prowadzący miał na tyle oleju w głowie, żeby nie wspomnieć o możliwości zlania się wybroczyn w jedną superwybroczynę. A żaden ze studentów medycyny nie był na tyle odważny, żeby poruszyć ten temat.

Autorytet prowadzącego przynosił Alice ukojenie, a jednocześnie wywoływał wyrzuty sumienia z powodu tych wszystkich lat, przez które lekceważyła doktora Glenna.

? Maść powinna zlikwidować swędzenie ? ciągnął lekarz prowadzący. Wyraził zrozumienie dla trudności z opanowaniem odruchu drapania się, a potem dodał, jakby zwracając się do dziecka: ? Nie drapiąc wybroczyn, zapobiegamy ich dalszemu rozprzestrzenianiu się albo zainfekowaniu.

? Będę grzeczna ? odpowiedziała Alice. ? Słowo harcerki.

Mimo to drapała się. Tarła. Oliver zauważył też, że przesuwa palce przez włosy. Robiła to coraz częściej, jakby dawała komuś znaki podczas gry w pokera. To go martwiło ? zastanawiał się, czy przypadkiem z cienkiej, niemal zanikającej żyły w zgięciu prawego łokcia Alice nie wysunął się wenflon i czy płyn z kroplówki nie spływa jej do bicepsa zamiast do żyły. Rezydent, specjalista i prowadzący zachowywali spokój. Podawany lek nie jest śmiercionośną mieszanką. Opuchlizna zejdzie. Pod warunkiem ? podkreślali ? że Alice nie będzie ruszała opuchniętą ręką. Ale ona bez przerwy się przeczesywała. Nieustanne proste wymachy spieprzonym ramieniem, palce przeczesujące włosy do tyłu. Oliver miał wrażenie, że twarz żony przechodzi transformację, przemienia się w ryj zmutowanego wieprza, a przyglądanie się jej ? upiornie obrzękniętej, jaskrawo przebarwionej, kruchej, słabej, przykrytej kołdrami, podłączonej do tych wszystkich pierdolonych rurek ? było wystarczająco złe. Oto cała Alice: z własnej woli nieustannie sprzeciwia się poleceniom lekarzy, przesuwa dłonią po czaszce, znów sprawdza, pokazując mu każde nowe pasemko, które przykleiło się jej do palców.

? Wcale nie całe garście, jak można by się spodziewać ? powiedziała. Jej pełen nadziei głos był nawet przekonujący.

? Słyszałam różne historie o kobietach, które przeszły chemioterapię i zachowały włosy.

Lekarz prowadzący pozwolił jej to z siebie wyrzucić, a potem odpowiedział po prostu:

? Wszystkie pani wypadną.

Mama Alice zamieszkała oczywiście w pobliskim pensjonacie. Siwa kobieta, która rozczesywała włosy córki, zawsze przepraszając za sprawiany jej ból. Która prosiła, żeby Alice siedziała nieruchomo, gdy zbierała jej włosy w niezliczone końskie ogony i uczyła ją zaplatać warkocz, kończąc każdą lekcję pocałunkiem w czubek głowy. Pensjonat wynajmował pokoje bliskim przewlekle lub śmiertelnie chorych pacjentów za dwadzieścia dolarów za dobę, co było bardziej niż rozsądną ceną ? uważała mama Alice ? zwłaszcza że pokoje były niezwykle przytulne: ręcznie zszywane patchworki i tradycyjne amerykańskie ozdoby na ścianach, koronkowe obrusy i świeże kwiaty na wspólnym stole. Matka Alice była spokojna i racjonalna, nie należała w żadnym razie do zrzęd i szybko okazała się niezastąpiona. Każdego ranka zjadała grejpfrut i płatki, piła mocną czarną kawę, wymieniała pozdrowienia ze smutnym małżeństwem, którego syn został ranny w wypadku na polowaniu, a następnie przewijała i przebierała wnuczkę.

Gdy zjawiała się z Doe w szpitalu, Oliver kończył czuwanie. Nadchodziła jego kolej, żeby pojechać szpitalnym busem do miasta, składającego się z czterech przecznic odnowionych budynków z cegły o historycznym uroku. Ten luksus, te kilka godzin dla siebie przeważnie wypełniały sprawy do załatwienia: wysyłanie faksów do ubezpieczalni z zagraconego biura sklepu z materiałami biurowymi, wysiadywanie w budce telefonicznej w westybulu pobliskiej biblioteki uniwersyteckiej, gdzie ? korzystając z karty do rozmów międzymiastowych ? powiadamiał przyjaciół i rodzinę o stanie Alice, obmyślanie planów na funkcjonowanie interesu w czasie, gdy jest uwiązany tutaj.

Tego popołudnia niebo było surowe w swej szarości, a wiatr siekł marznącym deszczem na skos w niekończących się płachtach ulewy. Zanim Oliver odnalazł zniszczony przez pogodę drewniany totem, którego kazały mu szukać pielęgniarki, przemókł do suchej nitki, a policzki i dłonie zdrętwiały mu z zimna. Żaden z siedzących na fotelach golibrody starców nie odwrócił ku niemu głowy. Oliver zaczął przeglądać cienką gazetę, nie śmiejąc przerwać pogawędki o pogodzie.

Wichura zelżała, zaczynał się dosyć ciepły pochmurny wieczór. Dziecko przysnęło, babcia też. Odwiedzający chorych musieli nosić maseczki chirurgiczne i rękawiczki. Ale odchylona głowa śpiącej na fotelu nie była osłonięta, babcia spała z otwartymi ustami, w których błyskały złote plomby. Alice zareagowała na skrzypienie drzwi, ale wydawała się półprzytomna, zdezorientowana. Otworzyła szeroko oczy, obrzęknięta żuchwa opadła, jakby wyrwana z zawiasów.

? Chciałem ci pokazać, że to tylko włosy ? oznajmił Oliver.

Przycisnęła dłonie do serca. Wydawało się, że zacznie wyć.

? Odrosną albo i nie odrosną ? ciągnął Oliver. ? Srał je pies.

? Najcudowniejsza rzecz zrobiona przez kogokolwiek od początku świata ? powiedziała Alice. Wyrzuciła ku niemu ramiona, szarpiąc pompą infuzyjną. ? Podejdź, głuptasie. Daj pomacać.

Tej nocy pożyczy elektryczny trymer, który siostry trzymają w dyżurce. Włosy żony były już na to gotowe, wypadały same, czasem całymi pękami przy gwałtowniejszych ruchach. Alice od dawna farbowała włosy w jasne pasemka, zabójczo je rozjaśniała, poddawała rozmaitym ulepszeniom dodającym jej blasku. Przed ważnymi wernisażami w galerii, przyjęciami czy pokazami mody rozumiało się samo przez się, że poświęca dużą część popołudnia na układanie skomplikowanej fryzury z pałeczkami do ryżu, piórami albo egzotycznymi warkoczykami w zależności od tego, nad czym rozpływały się magazyny mody przez ostatnie sześć miesięcy. Ogolenie jej na łyso zajęło zaledwie trzy minuty.

Później posadzili dziecko między sobą na zatłoczonym łóżku, główka córeczki wyglądała jak różowa planeta wielkości całej reszty jej ciała. Pierwsze włoski były bardzo krótkie i przezroczyste, rosły zawijasami przypominającymi ledwo widoczne wzory zostawiane przez UFO na polach, a w tym wypadku na czubku jej głowy. Mama Alice sięgnęła po idiotycznie drogi jednorazowy aparat fotograficzny ze sklepu z pamiątkami. Oliver opuścił maseczkę na szyję. Pochylili się ku sobie z Alice, Doe gruchała, gaworzyła i wymachiwała grubymi nóżkami.

? Oto i oni. ? Pielęgniarka odczekała, aż błyśnie lampa. ? Przykładna łysa rodzina.

Ale niektóre rzeczy pozostawały niestety wyłączną domeną Alice ? na przykład sposób, w jaki maleńkie wargi otaczały jej brodawkę sutkową, czy to, jak brzeg delikatnych dziąseł obejmował jej sutek; przystawianie główki dziecka i słuchanie cichego bulgotu, czucie pociągania i ssania. Przez pierwsze pięć miesięcy życia Doe znała tylko pokarm mamy. Ale komórki w krwiobiegu Alice to zmieniły. Chemioterapia zatruła mleko.

Położnicy przysłali maszynę, która przypominała mechanizm z filmów science fiction z lat pięćdziesiątych. Gdy piersi Alice wypełniały się pokarmem, przystawiała do nich próżniową ssawkę i wykonywała zniekształconą wersję zwykłej czynności. Pielęgniarka w niebieskiej masce, rękawiczkach i ołowianym przeciwradiacyjnym fartuchu zabierała pokarm w hermetycznym pojemniku.

Mama Alice bez specjalnych ceregieli wyszła ze szpitala i kupiła mleko dla niemowląt w Aptece Staromiejskiej. Przez trzydzieści lat uczyła angielskiego w dziesiątej klasie, była więc pragmatyczną i roztropną kobietą. Po naleganiach córki wyprawiła się do miasta po raz drugi, żeby zajrzeć do niewielu sklepów ze zdrową żywnością i sprawdzić, czy nie mają czegoś bardziej naturalnego. Po czterech dniach Alice stwierdziła, że Doe inaczej pachnie. Che-micz-nie. Ten nowy zapach doprowadził ją do łez, a była tak osłabiona, że spazmy sprawiały jej ból. Ale nic nie mogła na to poradzić. Płakała, bo Doe nigdy nie miała wysypki od mokrych pieluch, a teraz będzie miała. Płakała, bo córeczka wciąż domagała się piersi i zaczynała ryczeć, gdy nie mogła się przyssać. Płakała, wspominając obolałe od ssania sutki, i płakała, bo z każdą minutą stawały się mniej obolałe. O trzeciej nad ranem, gdy przychodziła pielęgniarka, żeby zmierzyć jej ciśnienie i temperaturę, Alice płakała na wspomnienie ciężaru dziecka przy piersi, poruszającego się, budzącego się do karmienia, i na wspomnienie wsuwania mu piersi do ust. Na wspomnienie zaciągania zasłony w kąciku dla karmiących matek w delikatesach Dean & DeLuca. Mokrych plam na jedwabnych bluzkach. Biustonoszy dla karmiących, tak znienawidzonych przez męża.

Pochodzący z Europy Wschodniej lekarz wizytujący miał zwyczaj posilania się w korytarzach czym popadnie, co w oczach Olivera nadawało mu bardziej ludzki rys, zwłaszcza że człowiek ten był nieodmiennie uprzejmy wobec reszty szpitalnego personelu. Zdybawszy go przed dyżurką pielęgniarek, by prosić o opinię słowami i zwrotami, które graniczyły z padnięciem przed nim na kolana i ciągnięciem go za nogawki spodni, Oliver błagał (choć nie słowami) o dodające otuchy wskaźniki przeżywalności, jakiś promyczek światła, iskierkę, która pozwoli im przejść przez to wszystko.

? To znaczy, jej stan jest stabilny i rozpoczęliśmy chemioterapię, więc?

Takim samym obojętnym tonem, jakim jego szacowny kolega powiedział Alice, że wypadną jej włosy, ten wizytujący lekarz rzucił:

? Rak to piekielna choroba.

Dorastanie: samotne popołudnia w Bakersfield, tata przez całe dnie wyklepujący wgniecenia samochodów w sławnym warsztacie blacharskim, mama przepisująca rachunki dla księgowego, nieustający smród nawozów, industrialny obszar rolny jak okiem sięgnąć. Jego ucieczką był sklep z komputerami w miejscowym centrum handlowym; Oliver uczył się programowania od ojca kuzyna, który musiał się jakoś odgrodzić od ubóstwa ludzi ciułających pieniądze na commodore?a PET czy domowy system Atari. Jeszcze zanim częściowe stypendium wydobyło Olivera z tego krowiego miasta i rzuciło w drugi koniec kraju, pozwalając mu zapierdzielać w college?u i na studiach dyplomowych, jego życie intelektualne ? a nawet samopojmowanie ? zaczęło dojrzewać w znacznej mierze dlatego, że miał do czynienia ze złożonością. Harował godzinami przy nieskończenie drobnych jednostkach, sznurach informacyjnych kodów, kopiując program kolejnej gry przygodowej, którego progresja liniowa była wydrukowana na ostatnich stronach czasopisma „Byte”. Oliver dowiedział się w ten sposób, jak zbudowane są potężne, lecz eleganckie struktury. I stopniowo przyzwyczaił się do przekształcania teorii w coś praktycznego, mocnego i przejrzyście doskonałego.

Kiedy ten człowiek powiedział: „Rak to piekielna choroba”, przewróciły się w nim bebechy. Ale jeszcze gorsze ? „gorsze” w sensie zaprzeczenia wszystkiemu, czego Oliver nauczył się o kosmosie ? było rozpoznanie oraz to, że lekarz zajmujący się leczeniem jego żony otwarcie podziwia elegancką i złożoną strukturę pożerającą kości i krew Alice.

Towarzysz doktor podniósł ręce.

? Spróbuję jeszcze raz ? powiedział.

I spróbował łamaną angielszczyzną:

? Jako osoba staram unikać mówić osobom, czego przyjąć nie może.

Doktor mówił dalej, dzieląc się przekonaniem, że „uczciwa opinia wyraża pewien szacunek”, a także podkreślając „wagę tego, żeby informować bliskich, żeby się przygotowali”.

? Chce mi pan powiedzieć? ? zaczął Oliver, ale stchórzył.

? Sto dni.

? Co?

? Widzimy, co się z nią dzieje. Wiedz, jak to wygląda. Dowiedz więcej. ? Poklepał Olivera po ramieniu. ? Sto dni.
(…)

Charles Bock „Alice i Oliver”
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 384

Opis: Nowa przejmująca Love story XXI wieku. Alice Culvert ma w sobie prawdziwą moc: jest pełna pasji, niezależna, bystra i prześliczna. Przyciąga uwagę wszędzie, gdzie tylko się pojawi, nawet w gwarnym Nowym Jorku lat 90. ? i jest tym zachwycona. Żyje bardzo intensywnie ? tym trudniej uwierzyć, kiedy poznaje lekarską diagnozę swego stanu… Tak pełna energii osoba nie może przecież po prostu zniknąć. Życie Alice i jej męża Olivera nagle sprowadza się do jednego: walki o przetrwanie. Para walczy z chorobą, stawiając również czoła meandrom systemu opieki zdrowotnej, dobrym intencjom bliskim i głębokiemu, niebezpiecznemu stresowi, który odpycha od siebie małżonków. Charles Bock szczerze, humorystycznie, mądrze i czule opisuje niezapomnianą historię pewnej rodziny ? zainspirowaną jego własnymi, osobistymi przeżyciami.

Tagi: , , ,

Kategoria: fragmenty książek