banner ad

Przeczytaj pierwszy rozdział „Psikusa” Domenica Starnone

17 lipca 2018


„Psikus” to kameralna, ale wielowarstwowa, na przemian dowcipna i melancholijna opowieść o rodzinnych więzach, starzeniu się, poszukiwaniu artystycznej drogi i horrorze powrotu do miejsca pochodzenia. Książkę włoskiego pisarza Domenica Starnone znajdziecie w księgarniach, a u nas możecie zacząć lekturę, jako że pierwszy rozdział publikujemy poniżej.

Rozdział pierwszy

1

Pewnego wieczoru Betta zadzwoniła do mnie bardziej podenerwowana niż zwykle i spytała, czy podjąłbym się opieki nad dzieckiem, gdy ona z mężem pojedzie na konferencję matematyczną do Cagliari. Od jakichś dwudziestu lat żyłem w Mediolanie i nie miałem najmniejszej ochoty na wyjazd do Neapolu, do starego mieszkania, które odziedziczyłem po rodzicach i w którym moja córka zamieszkała jeszcze przed ślubem. Przekroczyłem już siedemdziesiątkę i wieloletnie wdowieństwo odzwyczaiło mnie od życia z ludźmi, czułem się swobodnie tylko w swoim łóżku i w swojej łazience. Ponadto kilka tygodni wcześniej przeszedłem drobny zabieg chirurgiczny ? w szpitalu wyglądało na to, że bardziej mi zaszkodził, niż pomógł. Chociaż lekarze zaglądali do mojego pokoju rano i wieczorem, aby zapewnić, że wszystko poszło, jak należy, to poziom hemoglobiny był niski, ferrytyna pozostawiała wiele do życzenia, aż w końcu pewnego popołudnia ze ściany zaczęły wyłaniać się ku mnie pobielone tynkiem małe głowy. Natychmiast przeprowadzono transfuzję, hemoglobina nieco wzrosła i wreszcie odesłano mnie do domu. Jednak z trudem dochodziłem do siebie. Rano byłem tak słaby, że aby wstać, musiałem zbierać wszystkie siły, wbijać paznokcie w uda, nachylać klatkę piersiową jak wieko walizki, aż do utraty tchu napinać mięśnie górnych i dolnych kończyn. Dopiero gdy ból w plecach malał, byłem w stanie się podnieść, lecz ostrożnie; z wolna odrywałem palce od ud i opuszczałem ręce wzdłuż ciała, rzężąc przy tym, dopóki nie osiągnąłem pozycji wyprostowanej. Toteż na prośbę Betty odruchowo odpowiedziałem:

? Naprawdę zależy ci na tej konferencji?

? To praca, tato. Mam wygłosić referat wstępny, a Saverio wystąpi po południu drugiego dnia.

? Ile czasu was nie będzie?

? Od dwudziestego do dwudziestego trzeciego listopada.

? Czyli miałbym siedzieć sam z dzieckiem przez cztery dni?

? Rano będzie przychodzić Salli, trochę ogarnie, coś wam ugotuje. A poza tym Mario jest zupełnie samodzielny.

? Żaden trzylatek nie jest samodzielny.

? On ma cztery lata.

? Choćby i czterolatek. Ale nie o to chodzi: mam pilną robotę do skończenia, a nawet jeszcze nie zacząłem.

? Co robisz?

? Ilustracje do opowiadania Henry?ego Jamesa.

? O czym ono jest?

? Facet wraca do starego domu w Nowym Jorku i znajduje tam ducha, to znaczy siebie samego, jakim by się stał, gdyby został człowiekiem interesów.

? A ile ci to zajmie? Został jeszcze prawie miesiąc, masz sporo czasu. Zresztą jeśli do dwudziestego nie skończysz, to możesz zabrać pracę z sobą, Mario wie, że ma nie przeszkadzać.

? Ostatnim razem cały czas chciał na ręce.

? Ostatnim razem miał dwa lata.

Zaczęła mi dowodzić, że jestem do niczego i jako ojciec, i jako dziadek. W odpowiedzi użyłem czułego tonu i zapewniłem, że zostanę z dzieckiem, ile tylko będzie trzeba. Zapytała, kiedy mogę przyjechać, a ja odpowiedziałem pochopnie. Zdawała mi się bardziej nieszczęśliwa niż zazwyczaj; w trakcie mojego pobytu w szpitalu zadzwoniła najwyżej trzy czy cztery razy; ten niedostatek troski wydawał mi się karą za mój brak zainteresowania, więc obiecałem, że zjawię się w Neapolu nawet tydzień przed konferencją, żeby dziecko zdążyło się przyzwyczaić do mojego towarzystwa. Z udawanym entuzjazmem dodałem, że mam wielką ochotę pobyć trochę dziadkiem, że może jechać spokojnie i że będziemy się z Mariem świetnie bawić.

Jak zwykle jednak nie zdołałem dotrzymać obietnicy. Młody wydawca, dla którego pracowałem, wciąż mnie prześladował, chciał wiedzieć, ile zrobiłem. A ja, z racji niekończącej się rekonwalescencji, nie zdążyłem zrobić zbyt wiele, w przypływie energii próbowałem skończyć dwie tablice. Pewnego ranka jednak znów zacząłem tracić krew, więc wybrałem się do lekarza, który choć stwierdził, że wszystko jest w porządku, to zalecił następną wizytę po tygodniu. Wobec tej ciągłej gonitwy wyruszyłem dopiero osiemnastego listopada, po tym, jak wysłałem do wydawcy dwie tablice, nadal nieukończone. Jechałem na stację znużony i niezadowolony, moją walizkę wypełniały przypadkowe przedmioty i nie miałem żadnego prezentu dla Maria prócz dwóch tomików bajek, które zilustrowałem wiele lat wcześniej.

Podczas podróży dręczyły mnie poty i zmagałem się z chęcią jak najszybszego powrotu do Mediolanu. Padał deszcz, czułem się spięty. Pociąg mknął w podmuchach wiatru, który smagał okna drżącymi strumieniami deszczu. Raz po raz nachodził mnie strach, że porwane nawałnicą wagony wyskoczą z torów, po czym doszedłem do wniosku, że im człowiek starszy, tym bardziej zależy mu na życiu. Gdy jednak dotarłem do Neapolu, poczułem się lepiej, pomimo zimna i deszczu. Ruszyłem z dworca i po kilku minutach stałem już przed narożnym budynkiem, który tak dobrze znałem.

2

Betta przyjęła mnie z czułością, której zupełnie się po niej nie spodziewałem ? była przecież pochłoniętą codziennością czterdziestolatką. Nieoczekiwanie wykazała troskę o mój stan zdrowia, wykrzykując: „Jaki jesteś blady i chudy”, i zaczęła przepraszać, że ani razu nie odwiedziła mnie w szpitalu. Ze sporą dozą niepokoju wypytywała o lekarzy i badania, więc zacząłem podejrzewać, że chce się upewnić, czy moja opieka nad dzieckiem to bezpieczne rozwiązanie. Uspokoiłem ją i zacząłem prawić komplementy z taką samą przesadą, z jaką wyrażałem się, kiedy była mała.

? Jesteś piękna.

? Skąd.

? Piękniejsza od aktorki filmowej.

? Jestem gruba, humorzasta i stara.

? Żartujesz sobie? Nigdy nie widziałem bardziej atrakcyjnej kobiety. Owszem, twój charakter przypomina korę, ale pod spodem kryje się naturalna wrażliwość, która mieni się świetlistymi barwami jak u twojej matki.

Saverio poszedł po Maria do przedszkola, mieli wrócić lada chwila. Miałem nadzieję, że Betta zaproponuje, bym trochę odpoczął w swoim pokoju. Kiedy z rzadka przyjeżdżałem do Neapolu, sypiałem w dużym pokoju obok łazienki, z oknem wychodzącym na plac Garibaldiego i balkonem przypominającym wyrzutnię rakietową. Wychowałem się tu razem z rodzeństwem i był to według mnie jedyny znośny kąt w całym domu. Chciałbym tam pobyć, poleżeć na łóżku, choćby kilka minut. Lecz Betta przetrzymała mnie w kuchni ? wraz z walizką i płócienną torbą ? bez wytchnienia żaląc się na wszystko: na pracę na uczelni, na Maria, na Saveria, który zrzucał na nią odpowiedzialność za dom i dziecko, i na wszelkie inne sprawy wywołujące napięcie.

? Tato ? w pewnej chwili niemalże krzyknęła ? ja mam naprawdę dość!

Stała przy zlewozmywaku i płukała warzywa, lecz to zdanie wypowiedziała, odwracając się do mnie w gwałtownym spazmie. Przez kilka sekund widziałem w niej ? nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło ? czystą zbolałą materię, którą jej matka i ja cztery dekady wcześniej puściliśmy w świat z karygodną beztroską. A raczej nie ? nie Ada, lecz ja; moja żona nie żyła od dłuższego czasu i nie ponosiła już odpowiedzialności. Betta była moją, tylko moją, zagubioną komórką, nadwerężoną błoną. A przynajmniej przez chwilę tak ją sobie wyobrażałem. Potem dotarł do nas odgłos otwierania drzwi wejściowych. Córka pospiesznie doprowadziła się do porządku, z mieszanką radości i niechęci oznajmiła: ?Oto i oni?, po czym zjawił się Saverio ? krępy, dbający o konwenanse Saverio o nalanej twarzy, tak inny od smukłej i eleganckiej Betty ? wraz z małym Mariem, ciemnowłosym jak ojciec, o wielkich oczach i szczupłej twarzy, w czerwonej czapce i granatowej kurtce z bufiastymi rękawkami.

Mały na kilka sekund zastygł w oczekiwaniu. Po Betcie, pomyślałem, nie odziedziczył nic a nic, skóra zdarta z ojca. Poczułem ukłucie niepokoju, że oto ucieleśnia się przed Mariem słowo „dziadek” ? nieznajomy, po którym dziecko spodziewało się niebywałych cudów ? więc w nieco teatralnym geście rozpostarłem ramiona. „Mario, chodź, mój śliczny, no chodź, ale ty urosłeś”. Rzucił się w moją stronę i byłem zmuszony go podnieść, przybierając uradowany ton, choć głos miałem zdławiony wysiłkiem. Z niebywałą energią uścisnął mnie za szyję i pocałował w policzek, jakby chciał go przedziurawić.

? Nie tak mocno! Bo go udusisz! ? wtrącił się ojciec, po czym zainterweniowała także Betta:

? Dziadek ci nie ucieknie, przez kilka dni będziecie ciągle razem, zamieszka z tobą w pokoju.

Nie była to dla mnie dobra wiadomość, że kilkuletni chłopiec musi jeszcze sypiać z dorosłymi. Zapomniałem, jak dawno temu zażądałem, by Betta spała w łóżeczku w pokoju obok, choć Ada nie mogła zmrużyć oka na myśl, że nie usłyszy jej płaczu lub prześpi porę karmienia. Przypomniałem sobie o tym teraz, stawiając Maria na podłodze, i stłumiłem poirytowanie, nie chcąc, by je odczuł. Podszedłem do płóciennej torby, którą po przyjeździe postawiłem obok walizki, i wyciągnąłem dwa cieniutkie tomiki, które zamierzałem mu podarować.

? Spójrz, co ci przywiozłem ? powiedziałem.

Sam dotyk książek sprawił, że znów pożałowałem, iż nie kupiłem mu czegoś atrakcyjniejszego, i zacząłem się obawiać jego rozczarowania. Tymczasem Mario z zainteresowaniem schwycił tomy i wymamrotawszy grzeczne „dziękuję” ? było to pierwsze słowo, które usłyszałem z jego ust ? zaczął się przyglądać okładkom.

Wtedy Saverio (zapewne podobnie jak ja pomyślał, że prezent jest chybiony, i bez wątpienia później zamierzał oznajmić Betcie: „Twój ojciec jak zwykle z niczym nie trafia”) pospiesznie wykrzyknął:

? Dziadek jest ważnym artystą, popatrz, jakie ładne obrazki, to on je narysował.

? Potem obejrzycie razem ? powiedziała Betta ? teraz zdejmiemy kurtkę i pójdziemy zrobić siusiu.

Mario nieco się opierał, ale w końcu dał się rozebrać, mocno ściskając obie książeczki. Nie wypuścił ich nawet wtedy, gdy matka zaciągnęła go do łazienki, a ja usiadłem z poczuciem dyskomfortu, nie wiedząc, o czym rozmawiać z zięciem. Rzuciłem kilka zdań na temat uczelni, studentów, trudów nauczania ? z tego, co pamiętałem, tylko to wzbudzało jego entuzjazm, prócz piłki nożnej, która z kolei mnie była całkiem obojętna. Lecz Saverio niemal natychmiast zmienił temat i niespodziewanie ? biorąc pod uwagę, że nie darzyliśmy się szczególnym zaufaniem ? zaczął mówić nieco pompatycznie, ale z boleścią o braku satysfakcji z życia.

? Nie można zaznać spokoju ani szczęścia ? wyszeptał.

? Trochę szczęścia zawsze się znajdzie.

? Nie, mnie otacza sam jad.

Zaledwie jednak wróciła Betta, uciął zwierzenia i znów zaczął nieskładnie mówić o uczelni. Nie ulegało wątpliwości, że małżonków denerwował wzajemny widok. Córka miała pretensje do Saveria, że zostawił w nieporządku nie do końca wiadomo co, a wskazawszy na Maria, który zjawił się z powrotem, ściskając prezent, podkreśliła wymownie: rezultat jest taki, że z tego tutaj wyrośnie ktoś jeszcze gorszy niż jego ojciec. Zaraz potem chwyciła z impetem moją walizkę i torbę, komentując z sarkastycznym uśmieszkiem, że w środku na pewno jest wszystko, co niezbędne do pracy, ale zabrakło koszul, majtek i skarpetek.

Kiedy zniknęła w korytarzu, dziecko wyglądało, jakby odczuło ulgę. Odłożyło jeden z tomików na stół, drugi położyło mi na kolanach, jakbym był biurkiem, po czym zaczęło przeglądać strona po stronie. Pogłaskałem je po włosach, a ono, być może zachęcone moim gestem, zapytało z pełną powagą:

? To naprawdę ty narysowałeś te obrazki, dziadku?

? Oczywiście, podobają ci się?

Zamyślił się.

? Są trochę ciemne.

? Ciemne?

? Tak. Następnym razem narysuj jaśniejsze.

Saverio wtrącił się pospiesznie:

? Nie, jak to ciemne? Są w porządku.

? Są ciemne ? uciął Mario.

Ostrożnie odebrałem mu książkę i przyjrzałem się kilku ilustracjom. Nikt nigdy nie mówił, że są ciemne. Odezwałem się do wnuka: „Nie są ciemne”, po czym dodałem, nieco dotknięty: „Ale skoro wydają ci się ciemne, najwyraźniej jest jakiś problem”. Z uwagą przekartkowałem książkę, spostrzegłem wady, których nigdy wcześniej nie widziałem, i wyszeptałem: „Być może źle je wydrukowali”. Ogarnął mnie smutek, nie potrafiłem znieść myśli, że czyjeś niechlujstwo może zniszczyć moją pracę. Powtórzyłem kilkakrotnie, zwracając się do Saveria: „Tak, są ciemne, Mario ma rację”. Następnie, utyskując i omawiając szczegóły techniczne, zacząłem krytykować wydawców, którzy żądają wiele, płacą mało i ostatecznie wszystko psują.

Mario przez chwilę przysłuchiwał się moim słowom, po czym się znudził i zapytał, czy chcę zobaczyć jego zabawki. Myślami byłem gdzie indziej, więc prychnąłem: „Nie”. Była to tylko chwila, ale zrozumiałem, że odmowa była zbyt stanowcza; ojciec i syn patrzyli na mnie zdezorientowani. Dodałem więc: „Jutro, maleńki, teraz dziadek jest zmęczony”.

3

Wieczorem zdałem sobie ostatecznie sprawę, że dla Betty i Saveria konferencja w Cagliari była przede wszystkim znakomitą okazją, aby umknąć z zasięgu wzroku i słuchu synka i móc kłócić się bez przeszkód. O ile po południu zwracali się do siebie w zdawkowych zdaniach będących praktycznymi komunikatami, to w trakcie kolacji darowali sobie nawet to i odzywali się tylko do Maria i do mnie, aby dziecko mogło się dowiedzieć wszystkiego o moich wyczynach, a ja o jego. Używali infantylnego tonu, a wypowiedzi niemal za każdym razem zaczynali od „wiesz, że dziadek” lub „no, pokaż dziadkowi”. W efekcie Mario był zmuszony przyjąć do wiadomości, że zdobyłem wiele nagród, jestem słynniejszy od Picassa, a ważni ludzie mają u siebie moje prace, ja zaś dowiedziałem się, że Mario potrafi odebrać telefon, pisze swoje imię, obsługuje pilota do telewizora, sam kroi mięso prawdziwym nożem i bez marudzenia zjada wszystko z talerza.

Wieczór zdawał się nie mieć końca. Przez cały czas dziecko nie spuszczało mnie z oka, jakby chciało mnie zapamiętać w obawie, że zniknę. Gdy robiłem jakiś ze starych głupich żartów, którymi rozbawiałem Bettę, kiedy była mała (na przykład udawałem, że mój kciuk ściśnięty między palcami wskazującym i środkowym jest nosem, który mu odrywam), Mario uśmiechał się niewyraźnie, na poły z rozbawieniem, na poły z politowaniem, po czym gestem ręki przecinał powietrze, jakby chciał mnie skarcić za te głupstwa. Gdy nadeszła pora snu, wybąkał: „Pójdę spać wtedy, kiedy dziadek”. Rodzice jednak zareagowali jednogłośnie i bez krztyny czułości. Matka wykrzyknęła: „Idziemy do łóżka, gdy mama mówi, że idziemy do łóżka”, a ojciec oznajmił: „Pora spać”, wskazując zegar ścienny, jakby dziecko potrafiło odczytać godzinę. Mario zaczął się żalić, lecz udało mu się tylko wyprosić, żebym zobaczył, jak sam się rozbiera, bez pomocy innych, jak wkłada piżamę, również bez pomocy, oraz jak precyzyjnie nakłada pastę na szczoteczkę i nieskończenie długo myje zęby.

Z zachwytem przyglądałem się temu spektaklowi. Nieskończenie wiele razy powtórzyłem: „Ależ ci świetnie idzie”, a Betta nieskończenie wiele razy mnie upomniała: „Nie rozpieszczaj go”.

? Ale ? dodała nagle z powagą, patrząc na synka ? naprawdę wszystko mu świetnie wychodzi. Sam zobaczysz.

Matka i syn oznajmili, że idą poczytać bajkę przed snem. Bezwolnie powlokłem się za nimi do pokoju, który nie był już moim pokojem. Mario nie umiał jeszcze czytać, ale ? jak podkreśliła Betta ? całkiem dobrze szła mu nauka. Oboje chcieli mi to pokazać i dziecko naprawdę, z niewielką matczyną pomocą, odczytało kilka słów. Tymczasem ja zachłannie spoglądałem na przygotowane łóżko polowe i pomyślałem, że gdybym tylko mógł się położyć, i ja wysłuchałbym bajki. Betta jednak ? choć dziecko prosiło, żebym został ? oznajmiła: „Nie, tato, idź, teraz trochę poczytamy, a potem śpimy”. Był to wyraźny rozkaz, zarówno dla Maria, jak i dla mnie.

Wyszedłem z pokoju i niechętnie ? gdzie się podział włącznik światła? ? zacząłem przemierzać ciemny korytarz. Nawet w Mediolanie ostatnimi czasy nie lubiłem mroku. Zapalałem wszystkie światła w domu, bo od kiedy przeszedłem zabieg, ciemności wydawały się ożywiać to, co nieożywione, i odnosiłem wrażenie, że osaczają mnie meble i ściany; wiązałem to z niewydolnością krążenia i niedotlenieniem komórek mózgowych. Stąpałem zatem ostrożnie, szukając ścian zaciśniętymi w pięści dłońmi, a przede mną nieprzerwanie majaczyła postać mojego srogiego ojca, który obiema rękami zaczesywał do tyłu włosy, postać mojej matki, która z zaniedbanego kopciuszka przeistaczała się czasem w bojaźliwą i smutną damę z woalką, postać mojej babki, która po udarze siedziała w milczeniu, arrugnata, co w dialekcie neapolitańskim znaczy „skulona”, zakrzywiona niczym sierp porzucony w jakimś kącie, by rdzewiał.

Jedynym oświetlonym miejscem w mieszkaniu była kuchnia. Zastałem tam zięcia, był w fatalnym nastroju, a jednak zajął się mną i wskazał krzesło obok siebie. Nie zdążyłem się jeszcze swobodnie rozsiąść, gdy stłumionym szeptem zaczął rozprawiać, jak między nim a Bettą ? po dwóch latach narzeczeństwa, dwunastu wspólnego życia w tym domu, pięciu małżeństwa ? wszystko się popsuło. Na nic zdałyby się próby zmiany tematu, subtelne napomykanie, że nie mam ochoty tego słuchać. Nic nas nie łączyło, a przede wszystkim byłem ojcem jego żony, lecz on nie przestawał ? bez wątpienia było mu źle i chciał się jakoś wyładować. Opowiadał, że katedrą matematyki zaczął kierować facet, którego moja córka znała od czasów liceum, i że zupełnie straciła dla niego głowę. Ten bystry matematyk, człowiek władzy, zaszczepił w niej nową energię, a ona co dzień starała się wyglądać coraz piękniej. Innymi słowy, uczelnia była jak ogromny zbiornik z gęstą cieczą, w którym drobne ciało Betty mimowolnie dryfowało w kierunku cielska przybysza (według Saveria typa o grubych udach i opasłym brzuchu), by w końcu się z nim zderzyć, obijając się o nie i oplatając, i ostatecznie razem pójść na dno.

? Wszystko to ? wyszeptał, a jego powieki były obrzmiałe z rozpaczy ? twoja córka wyprawia na moich oczach.

Nieznośne w tej kwestii ? jak wielokrotnie podkreślił ? było właśnie to, że Betta nie zadała sobie trudu, aby ukryć gwałtowną fascynację kierownikiem, i szukała z nim kontaktu na korytarzach, w gabinetach, salach wykładowych, kawiarniach, nie przejmując się obecnością męża i tym, że on może patrzeć. Coraz bardziej bezwstydnie demonstrowała swoje poruszenie. To Saveria pytała przed wyjściem do pracy, czy jest dobrze ubrana, wystarczająco atrakcyjna. To Saveriowi żaliła się do ucha w porywie nieopanowanej zazdrości, kiedy przy jakiejś okazji kierownik pojawił się z żoną, która nie odstępowała go na krok i nie szczędziła czułości. Nie mówiąc o niekończących się pozdrowieniach na początek i na koniec dnia, pocałunkach w policzek, które zmierzały niepostrzeżenie w stronę ust. I nie mówiąc o obłąkańczych próbach uzyskania niezależności. Kiedy pewnego razu Saverio stracił nad sobą panowanie, pociągnął ją za sobą długim ciemnym wydziałowym korytarzem i wykrzyczał, jak bardzo go upokarza, Betta się wydarła: „Czego ty chcesz, co ty wygadujesz, oszalałeś, będę robić, co mi się podoba” i zostawiła go samego, by podążyć za tym nieodpartym magnesem, który ? jak podkreślał mój zięć ? „wydałby ci się czymś niewiele lepszym niż prosty zlepek funkcji życiowych, jakaś forma sprzed ewolucji, krótko mówiąc: chujek”.

Milczałem, pozwoliłem mu się wyładować. Daremne byłyby uwagi, że kierownik ? tak przez niego opisany ? przypomina jego własny portret. Próżno mógłbym mu mówić, że najwyraźniej męski typ, który pociąga Bettę, jest masywny i ? jak on sam ? niezbyt urodziwy. Wtrąciłem tylko, jakby mimochodem: ?To przelotne zauroczenie, Saverio, ostatecznie i tak liczą się przyzwyczajenia, uczucia, Mario, który jest cudownym dzieckiem i którego szkoda zadręczać waszymi kłótniami; posłuchaj mnie i nie przejmuj się?. Jego odpowiedź była natychmiastowa jak ruch węża i bardzo mnie zaniepokoiła: „Owszem, to szaleństwo minie, ona się uspokoi, ale ja ? ja ? to wszystko widziałem, czuję odrazę i już jej nie kocham”.

Chciałem zgłębić tę kwestię ? odkryć związek między jego omamami a kresem miłości ? ale on przerwał, gdy tylko usłyszał w korytarzu kroki Betty, i wyglądał, jakby się ich przestraszył. Córka stanęła na progu w koszuli nocnej i zdegustowana wydała mężowi rozkaz:

? Jestem gotowa, chodźmy spać, tata jest zmęczony. Pójdę zamknąć drzwi i opuścić żaluzje, a ty umyj zęby.

Saverio przez dłuższą chwilę wpatrywał się w podłogę, po czym gwałtownym ruchem poderwał się z krzesła i wyszedł, rzucając mi ledwie słyszalne „dobranoc”. Betta zaczekała na dźwięk zamykających się drzwi łazienki, po czym zaniepokojona zapytała mnie szeptem:

? Co ci powiedział?

? Że macie trochę problemów.

? To on jest problemem.

? Z tego, co zrozumiałem, problemem jesteś ty.

? Źle zrozumiałeś. Saverio widzi rzeczy, których nie ma.

? Czyli nie masz romansu z jakimś kierownikiem nie wiem czego?

? Ja? Ja? Daj spokój, tato, Saverio jest nie do zniesienia.

? Ale jesteś z nim od dwudziestu lat.

? Jestem, bo zazwyczaj jest zrównoważony.

? A teraz jest niezrównoważony?

? Tak, i wytrąca z równowagi także mnie, dziecko, dom, wszystko.

? Zaczekaj: jest niezrównoważony do tego stopnia, że widzi, jak kleisz się do jakiegoś obcego faceta, gdy tymczasem wcale się nie kleisz?

Betta wykrzywiła twarz w grymasie.

? To nie jest obcy facet, tato, jest dla mnie jak brat.

Do oczu napłynęły jej łzy, co sprawiło (także dlatego, że nie darzyłem jej męża szczególną sympatią), że uwierzyłem w jej szczerość. Powiedziałem: „Chodź tutaj, uspokój się, jesteś dobra w swojej pracy, Mario jest wspaniały, no już, jedźcie, wyjaśnijcie sobie, a po powrocie wszystko będzie w porządku”. Czy była szczera, czy nie, doskonale wiedziała, że zawsze może liczyć na moją miłość i pocieszenie. Nie potrafiłem znieść, gdy płakała jako dziecko, ani teraz, gdy była dorosła. „Jeśli naprawdę musisz popłakać ? szepnąłem ? to płacz, kiedy jestem w Mediolanie”. Uśmiechnęła się, pocałowałem ją w czoło, pociągnęła nosem i wymamrotała: „Pokażę ci, gdzie zakręca się gaz”. Nie wystarczyło jej, że mi pokazała. Chciała, żebym sam przekręcił zawór, abym zapamiętał. Potem zaczęła wydawać całą masę instrukcji: gdzie są korki, że trzeba uważać na drzwi balkonowe, bo są nowe i niesprawne, że zawór wody jest pod zlewem, a odpływ prysznicowy czasem się zatyka i tak dalej. Po czym zdała sobie sprawę, że nie uważam, i wymamrotała niepocieszona: „Jutro wszystko ci napiszę”. Zapewne znów ogarnęły ją wątpliwości, czy stanę na wysokości zadania, które zresztą sama mi wyznaczyła, więc spytała, patrząc mi prosto w oczy: „Na pewno czujesz się na siłach zająć się dzieckiem?”. Przysiągłem, że tak, a ona pocałowała mnie w policzek, czego nie robiła nigdy, nawet w dzieciństwie, i szepnęła „dziękuję”.

Śledziłem ją wzrokiem, aż zniknęła w swoim pokoju. Potem poszedłem wyjąć rzeczy z walizki, starając się nie narobić hałasu, i zamknąłem się w łazience. Gdy przygotowywałem się do snu ruchami, których powolność i niepewność spowodowane były zmęczeniem, rozmyślałem o tych pierwszych godzinach spędzonych w Neapolu i jeszcze raz
pożałowałem, że opuściłem Mediolan. Czułem wszystko, tylko nie to, że mam wystarczająco dużo siły. Powinienem był powiedzieć jasno, że jestem jeszcze w trakcie rekonwalescencji, że nie mogę brać na siebie odpowiedzialności za Maria, że nie mam ochoty być obarczany ich kłopotami małżeńskimi. Przywołałem w pamięci krępujące wypowiedzi i obrazy z wieczoru i nie mogłem pozbyć się uczucia? jak by to nazwać? że byłem świadkiem jakiejś nieprzyzwoitości. W jednej chwili uznałem, że wszystko w tym domu było pozbawione stosownej szaty. Albo że kryła się w nim jakaś magma, albo jakieś gady, albo? czy ja wiem? małpy człekokształtne, albo nawet gorzej ? protobionty, prymitywne formy życia na oślep zbierające się w skupiska. Betta umizgująca się do swojego kolegi była nieprzyzwoita, jej mąż stający okoniem między nią a tym intruzem (kochankiem, bratem czy też braterskim kochankiem) był nieprzyzwoity, podobnie jak nieprzyzwoite były ściany, wiatr wiejący od wybrzeża i samo miasto. Jakiś czas po śmierci żony zajrzałem do jej zapisków ? co było równie nieprzyzwoite ? i nie trzeba było wiele, bym zrozumiał, że kiedy ja dzień i noc zajmowałem się toczeniem małych żmudnych wojen, by utwierdzić swoją pozycję jako artysta, gdy latami moja uwaga była rozproszona, a rzeczą, która liczyła się najbardziej, było podążanie za głosem talentu ? ona zdradzała mnie nieustająco, przy czym zaczęła to robić raptem kilka lat po tym, jak postanowiliśmy być razem. Dlaczego? Sama nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć, snuła jedynie hipotezy. Aby poczuć, że istnieje. Aby poczuć się w centrum uwagi. Bo moje bycie w centrum uwagi w naszym związku było przytłaczające. Bo jej ciało domagało się atencji. Bo kierował nią ślepy odruch żywiołowości. W głębi codziennego, przyzwoitego życia kryje się jakiś chochlik ? westchnąłem niepocieszony ? my zaś udajemy, że go nie widzimy, jakaś energia, która powoduje naszymi ciałami i przezwycięża z wolna wszelką układność, nawet u ludzi najbardziej układnych. Zgasiłem światło w łazience, potem w korytarzu ? trzy pstryczki; wcisnąłem jeden bez zastanowienia, trafiłem na właściwy ? gdy tylko zapaliłem lampkę przy swoim łóżku. I wreszcie wyciągnąłem się, wydając stłumiony jęk, a Maria, który leżał w drugim końcu pokoju, w łóżeczku przytłoczonym stosem zabawek i rysunkami na ścianach, nie obdarzyłem nawet jednym spojrzeniem.

Na zewnątrz dął nadal dziki wiatr, deszcz dudnił o posadzkę balkonu, barierka drgała, a hałas wdzierał się do pokoju pomimo podwójnych szyb. W jednej chwili zasnąłem, lecz niedługo potem obudziłem się spocony, ze zdławionym oddechem. Obok mnie stał Mario ubrany w niebieską piżamkę. Powiedział: „Zapomniałeś zgasić światło, dziadku, ale ja zgaszę, nie przejmuj się”. I zgasił je, a w pokoju zapanowały mrok i wiatr, wprawiając mnie w przerażenie. Dziecko oddaliło się bez lęku w stronę łóżka.
(…)

Domenico Starnone „Psikus”
Tłumaczenie: Katarzyna Skórska
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 208

Opis: Porywająca i niezwykle zabawna opowieść o starzeniu się, rodzinie, sztuce i pogodzeniu z własną przeszłością. Betta i Saverio, uniwersyteccy matematycy i rodzice czteroletniego Mario, przechodzą poważny małżeński kryzys. Kryzys potęguje wspólne zaproszenie na ważną konferencję naukową. Przez ten czas opiekę nad chłopcem ma sprawować dziadek ? siedemdziesięcioletni wdowiec i znany ilustrator książek. Zarówno dla ceniącego sobie własną przestrzeń starszego pana, jak i dla dopiero odkrywającego uroki świata małego urwisa, będą to niezwykle długie trzy dni pełne drobnych starć i nieporozumień, niewinnych figli i psikusów, niespodziewanych wyzwań i pytań, na które często nie sposób znaleźć właściwą odpowiedź. Siedemdziesiąt dwie godziny w (nie)odpowiednim towarzystwie mogą człowieka wiele nauczyć? A być może nawet uratować relacje, których przyszły los zdawał się wisieć na włosku?

Ilustracje Daria Maglionico pochodzą z anglojęzycznego wydania książki „Psiku”, które ukazało się nakładem Europa Editions.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek