banner ad

Przeczytaj pierwszy rozdział brawurowego thrillera szpiegowskiego „Gambit” Macieja Siembiedy

27 marca 2019


„To najbardziej niesamowita historia, na jaką natknąłem się w czasie ponad dwudziestu lat mojej pracy reporterskiej” ? mówi Maciej Siembieda, który czerpiąc z prawdziwej historii i opisując prawdziwych bohaterów, stworzył thriller trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny. Akcja powieści obejmuje pół wieku, od czasów II wojny światowej poprzez lata 60. do przełomu lat 80. i 90. „Gambit” ? nowa książka autora „444” ? ukaże się 3 kwietnia nakładem Wydawnictwa Agora, a tymczasem poniżej możecie przeczytać przedpremierowo pierwszy rozdział.

Rozdział 1
sierpień 1939?październik 1941 roku

1.

Grubas w kraciastej kamizelce energicznym ruchem przeładował wiatrówkę, chwycił ją za lufę i wyciągnął w stronę niewysokiego mężczyzny w szerokich letnich spodniach i zbyt obszernej koszuli z podwiniętymi rękawami.

? Pan szanowny ustrzeli coś dla pięknej panienki. ? Wyszczerzył się w uśmiechu, wskazując ruchem głowy fanty zgromadzone w strzelnicy sportowej, którą obsługiwał i która była jedną z atrakcji wojskowego festynu na Polu Mokotowskim. Urządzono go dla upamiętnienia dwudziestopięciolecia wymarszu Kompanii Kadrowej Piłsudskiego z krakowskich Oleandrów. Umundurowana orkiestra grała Pierwszą Brygadę, dzieci piszczały na widok prawdziwej armaty, a strzelnica reklamowała fabrykę braci Pasławskich, produkującą polskie karabinki pneumatyczne.

Mężczyzna w luźnej koszuli zatrzymał się, zakłopotany, i spojrzał na idącą obok piętnasto-, może szesnastoletnią dziewczynę z czarnymi warkoczami. Miała identyczne jak on lekko wystające kości policzkowe i migdałowe oczy, które mogły uchodzić za skośne. Z ojcem byli uderzająco podobni.

? Nic trudnego ? zachęcał grubas, ciągle trzymając w ręku wiatrówkę, której ciężar nie robił na nim żadnego wrażenia. ? Z tej oto precyzyjnej broni wystarczy trafić w patyk lizaka z niedalekiej odległości. Za trzy celne strzały z rzędu wygrywasz pan kosz łakoci słynnej wytwórni Wedel. ? Znów się uśmiechnął i tym razem wskazał dłonią niebo. Akurat z rykiem silnika przecinał je dwupłatowiec ze znakami firmowymi na skrzydłach, zasypując Pole Mokotowskie ulotkami reklamującymi czekoladę.

Ale niski mężczyzna uniósł obydwie dłonie w geście sprzeciwu.

? Nie mogę z przyczyn honorowych ? wyjaśnił z kresowym zaśpiewem. ? Jestem podoficerem wojska. Strzelam, można rzec, zawodowo. Nie godzi się wykorzystywać przewagi nad amatorami. Ale ? wskazał dłonią córkę ? ona nie jest podoficerem. ? Spróbujesz, Wandziu?

Okupujący strzelnicę tłumek wyrostków w kolorowych chustkach na szyjach ryknął śmiechem. Paru czerniakowskich cwaniaków, których uraziło nazwanie ich amatorami, zaczęło naciskać na grubasa, ale ten żywo protestował przeciwko dawaniu nieletniej panience broni do ręki.

? Coś pan taki formalista, panie Antoś ? nalegali ci z Czerniakowa tonem, który stawał się coraz mniej żartobliwy. ? Niech córuchna pana podoficera pokaże, jakie obrońcy ojczyzny nam rosną. Bądź pan człowiekiem, daj pan te giwere.

Grubas uległ.

Niechętnym ruchem podał wiatrówkę dziewczynie. Ujęła ją trochę niezdarnie, co wywołało kolejne komentarze wyrostków. Jeden z nich doradził nawet, żeby panna Wandzia uprzejmie mierzyła w lizaki, a nie w stojący obok kwiat młodzieży Czerniakowa, ale nie zareagowała na uszczypliwość. Oparła łokcie na ladzie strzelnicy i pochyliła się nad karabinkiem. Przez chwilę zastygła w skupieniu, zgrywając przyrządy celownicze, jak robiła to wiele razy na strzelnicy pułkowej, uczona przez ojca. W pewnej chwili znieruchomiała, wzięła głęboki wdech, wstrzymała powietrze i nacisnęła spust.

Chybiła.

Cwaniacy z Czerniakowa ponownie ryknęli śmiechem, a jeden z nich ? chudy i ospowaty ? strzyknął śliną pod nogi.

? Zabieraj pan latorośl, panie podoficer, i idź pan stąd, bo amatorzy chcą sobie obecnie postrzelać.

Niewysoki mężczyzna w zbyt obszernej koszuli całkowicie go zignorował.

Wziął od Wandy wiatrówkę, przyłożył do oka, wymierzył starannie raz i drugi, po czym pochylił się do ucha córki i szepnął jej coś, co stojący najbliżej usłyszeli, ale nie zrozumieli. Coś o korekcie szczerbinki czy jakoś tak.

Następne trzy strzały Wandy rozniosły w drzazgi patyki trzech lizaków i równocześnie marzenia uczestników festynu o koszu Wedla. Obdarowana nim przez grubasa, który starał się zamaskować wściekłość kwaśnym uśmieszkiem, powoli rozpakowała jedną z tabliczek czekolady. Podeszła do wyrostków z Czerniakowa i poczęstowała ich, patrząc, jak z łobuzów i cwaniaków nagle znów zamieniają się w dzieci. Odłamywali kostki czekolady z najwyższą czcią i unosili je do ust, aby za moment robić miny wyrażające rozkosz i kłaniać się Wandzie z przesadną czerniakowską galanterią.

2.

Dryg do karabinów Wanda Kuryło odziedziczyła po ojcu.

Któregoś dnia jeszcze w gimnazjum, kiedy pani podczas lekcji pokazała klasie oleodruk przedstawiający Emilię Plater atakującą Moskali na czele swojego oddziału w powstaniu listopadowym, Wanda dostała dwóję z historii. Na pytanie nauczycielki, jakie uczucia budzi w niej to, co widzi na obrazie, Kuryłówna odpowiedziała zgodnie z prawdą, że najbardziej podoba się jej karabin trzymany przez bohaterkę.

Za tę dwóję ojciec zabrał ją do lunaparku i na napoleonkę do Udziałowej.

Cyryl Kuryło bowiem, ojciec Wandy, kochał karabiny, a karabiny kochały jego. Pochodził z podkarpackich Łemków, o których Wanda wiedziała tylko tyle, że są niscy, milczący i zawzięci. Tak wyrzeźbiła ich historia. Całe wieki prześladowań z powodu religii, mowy, obyczajów, nawet wyglądu. Kto by od tego nie zdziczał?

Łemkowską naturę ojca najlepiej poznali ludzie, którzy pod koniec tamtej wojny zabrali go do polskiego wojska, choć Polski jeszcze nie było. Zabrali go z powodów, z jakich z reguły wciela się i wysyła na front krzepkich wiejskich parobków: żeby polegli ku chwale ojczyzny i spoczęli w mogiłach nieznanych żołnierzy, bo kto by tam spamiętał ich nazwiska.

A jednak Cyryla Kuryło zapamiętano.

Przede wszystkim dlatego, że jego zabicie wcale nie było proste. Na froncie prowadzili walkę pozycyjną, najczęściej leżąc w okopach, a Cyryl bez wysiłku trafiał z karabinu każdego nieprzyjaciela, który znalazł się w odległości strzału. Nigdy nie triumfował po tym, gdy żołnierz wrogiej armii padał nagle jak rażony gromem i nigdy więcej nie wstawał. Bo strzelec Kuryło nie ranił ludzi i oszczędzał sporo trudu przemęczonym sanitariuszom z wojskowych lazaretów. Zawsze celował w głowę i nigdy nie chybiał. A kiedy kolejna z czaszek rozlatywała się na kawałki, burząc przy okazji morale nieprzyjaciela, Cyryl brał na muszkę następną. ?Jego? odcinek frontu znaczyły makabryczne hieroglify bezgłowych ciał. Na ich widok wymiotowali najtwardsi frontowi weterani. Podczas obrony Lwowa, a potem walk z armią Budionnego nawet bolszewiccy ateiści uznawali polskiego strzelca za wysłannika szatana.

Po pierwszej wojnie usłyszał od dowódcy kompanii: „Zostań, Cyryl, na zawodowego. Na karabinach się znasz. Przydasz się”.

Został. Najpierw w 38 Pułku Piechoty Strzelców Lwowskich w Przemyślu, potem przeniesiono go do Warszawy, gdy się okazało, że nie tylko zna się na karabinach, ale także je rozumie i potrafi się z nimi dogadać.

Podczas zawodów pułkowych jakiś żartowniś z kwatermistrzostwa wykorzystał mylącą konfigurację terenu i tak daleko ustawił tarcze strzelnicze, że nikt nie trafił. Żartowniś zrobił do dla zakładu, którego pula wynosiła równowartość miesięcznej pensji podoficera, ale zakład przegrał. Cyryl Kuryło, odmieniec z Karpat, jako jedyny umieścił w tarczy pięć regulaminowych pocisków. Naciskany przyznał się, że chcąc zyskać lepszą skuteczność na długim dystansie lotu, „troszku” ulepszył amunicję. W warsztacie rozebrał gilzy, coś tam podosypywał, coś podpiłował, ot, tyle.

Tak został rusznikarzem.

3.

Sierżant Kuryło leżał na kocu w Nieporęcie, podparty na łokciu i zapatrzony w las. Oddychał rześkim powiewem sosen, który rozpraszał południowy upał. Niedziela 27 sierpnia 1939 roku była naprawdę gorąca. Nikt nie domyśliłby się po niej końca wakacji.

Siedząca obok żona, skromna urzędniczka pocztowa z Kieleckiego, lekko trąciła go patykiem w ramię.

? Co ci chodzi po głowie? ? spytała. ? Już w drodze na letnisko byłeś jakiś markotny.

? Mówią, że będzie powszechna mobilizacja ? odparł Cyryl, nie odwracając głowy. ? Ale nie o tym chciałem? ? Zmienił temat. ? Jak już pokażemy Hitlerowi zęby i skończy się to całe straszenie, pomyślałem, że Wanda zacznie od nowego roku szkolnego trenować strzelectwo. Co powiesz?

Stefania Kuryło uśmiechnęła się ukradkiem. Popatrzyła na córkę z książką w dłoni, opalającą się na sąsiednim kocu.

? Będzie wniebowzięta ? uznała. ? Choć nie wiem, które z was bardziej.

Sierżant Kuryło chrząknął z zadowoleniem.

? Zawsze myślałam ? dodała żona ? że zarazisz tym całym strzelaniem Romka. Jest starszy, no i to chłopak. Koledzy będą się z niego śmiać, że siostra uprawia męski sport.

? A widziałaś kolegę, który by się odważył śmiać z Romka? ? spytał Cyryl. ? Nie wiem, po kim on taki raptus. Właśnie dlatego nie jest zdatny do strzelectwa. Za wyrywny. Za prędki ? wyliczał. ? Do tego trzeba spokoju, opanowania. Na zawodach z Anglikami widziałem Hindusa, który za każdym razem trafiał w środek tarczy. Oficerowie mówili, że on potrafi tak się skupić, że zwalnia bicie własnego serca, uwierzysz? Nasza Wandzia będzie jeszcze lepsza, wspomnisz moje słowa. Jeszcze o niej przeczytasz w gazetach ? zapewnił i z dumą popatrzył na córkę.

Miała zaledwie szesnaście lat, a była już znana na strzelnicy pułkowej. Obdarzona ojcowskim genem bezbłędnej kontroli donośności i celności broni, o karabinach wiedziała wszystko. Potrafiła odróżnić zamek ślizgowo-obrotowy od iglicowego, niezawodnie wyczuwała opór, jaki powinien stawiać dobrze wyregulowany mechanizm spustowy, znała wszystkie rodzaje amunicji. Żartowano, że mogłaby strzelać z zamkniętymi oczami.

Tamta chwila w Nieporęcie, kiedy ojciec powiedział, że zapisze ją do sekcji strzeleckiej, była jedną z najpiękniejszych w jej dotychczasowym życiu. Leżała na ciepłej leśnej polanie wsłuchana w szmer sosen i czuła, jak wypełnia ją poczucie szczęścia. Pod wieczór, kiedy mieli już wracać, aby zdążyć na ostatni pociąg do Warszawy, lasem szarpnął nagły powiew wiatru. Trwający kilka chwil, ale niespodziewany i nienaturalny.

? Powierucha ? szepnęła Wanda, przejęta nagłym lękiem, ale Romek, który wyszedł właśnie z kąpieli w rzece, popukał się w czoło. Nigdy nie uwierzył w łemkowską legendę o złym wietrze zdolnym zamieniać ludzi w demony i zwiastującym nieszczęścia.

Pięć dni później powiew łemkowskiego wiatru na mazowieckiej polanie okazał się proroczy.

4.

Cyryl Kuryło uniósł z podłogi parę wojskowych trzewików, a następnie uderzył o siebie podeszwami i strzepnął na wycieraczkę resztki piachu z Nieporętu.

Postawił buty z powrotem, nałożył je i zasznurował, po czym zarzucił na ramię wojskowy plecak spakowany zgodnie z regulaminem na wypadek mobilizacji. Sięgał po kurtkę munduru wiszącą na wieszaku w przedpokoju, ale w tej samej chwili zatrzymał dłoń w powietrzu.

Zdjął plecak, odpiął haftki kołnierzyka koszuli i wydobył spod niego srebrny medalion, który zawsze nosił na szyi. Wręczył go córce stojącej w przedpokoju.

? Niech Przenajświętsza Bogarodzica i Archanioł Michał strzegą cię, dziecko, gdy mnie nie będzie ? powiedział już w progu.

? Jak to cię nie będzie? ? przestraszyła się żona, a Wandzie napłynęły do oczu łzy.

? No ? ojciec szukał słów pocieszenia ? w domu. Jak mnie nie będzie w domu ? powtórzył.

? Ale wrócisz? ? spytała Wanda.

Pogłaskał ją po głowie.

? Dopóki będziesz nosić ten medalion, zawsze będę przy tobie ? odparł.

Jedenaście dni później już go nie było.

? To było pospolite, bandyckie morderstwo ? powiedział chorąży, pułkowy kolega ojca, który walczył z nim na Ochocie w obronie Warszawy. Miał zęby zaciśnięte z gniewu, co nadawało słowom świszczący pogłos.

Siedzieli w kuchni mieszkania Kuryłów na Mokotowie. Chorąży, który od paru dni ukrywał się przed Niemcami, uznał za swój obowiązek zawiadomić rodzinę o okolicznościach śmierci Cyryla.

? Wasz ojciec ? obrzucił Wandę i Romka spojrzeniem, w którym duma mieszała się z żalem ? był w mundurze i powinien zostać potraktowany zgodnie z konwencją genewską. Ale nie został. Widzieliśmy wszystko zza barykady na ulicy Baśniowej. Cyryl? sierżant Kuryło? kierował ogniem działa, które trafiło kolejny niemiecki wóz pancerny. Wychylił się, żeby sprawdzić efekt, i wtedy dostał w udo. ? Chorąży zawiesił głos.

Żona szlochała. Wanda siedziała jak skamieniała, trzymając się kurczowo taboretu, z którym wydawała się tworzyć jedną całość. Romek wstał i wpatrywał się w gościa dziwnym wzrokiem. Ciężko dyszał.

? Ojciec z powodu tego postrzału nie zdążył wycofać się za barykadę z innymi ? wyjaśnił chorąży grobowym głosem, który nagle stwardniał: ? Leżał na ulicy i usiłował podnieść ręce w geście poddania. Wtedy powoli podszedł do niego niemiecki oficer w czarnym mundurze. Stanął nad nim i strzelił mu w głowę z pistoletu. Nasz kapitan powiedział później, że to był odwet. Za kilkadziesiąt czołgów zniszczonych tego dnia na Ochocie i hańbę 4 dywizji pancernej, która spodziewała się tryumfalnego wjazdu do polskiej stolicy, a poniosła klęskę i musiała się wycofać. Cyryl Kuryło za to zapłacił.

Romek nagle podszedł do gościa i wyciągnął rękę.

? Dziękujemy panu za wiadomość ? powiedział z dziwnym, niespotykanym u niego spokojem.

Chorąży odebrał to jako sugestię, że rodzina chce zostać sama. Wstał, poprawił marynarkę, pożegnał się niezdarnie i wyszedł.

Romek odprowadził go do drzwi i wrócił do kuchni. W ręku trzymał kurtkę i czapkę. Na pierwszy rzut oka widać było, że zaszła w nim jakaś przemiana.

? A ty dokąd? ? Przestraszyła się matka. Była blada i ledwo trzymała się na nogach. Córka pomogła jej usiąść.

? Do cerkwi ? rzucił krótko.

Wanda popatrzyła na niego jak na przybysza z kosmosu. Brat nigdy nie był religijny, jeśli mówił o Bogu, to z kpiną. Podobnie jak o pochodzeniu i łemkowskich przesądach ojca. Wierzył w technikę, auta, samoloty, maszyny. Chciał żyć szybko i nowocześnie.

? Jest wojna ? jęknęła Stefania Kuryło. ? Wszędzie Niemcy. Gdzie chcesz teraz szukać cerkwi?

? Na Woli. Na cmentarzu prawosławnym.

? Będzie zamknięta. ? Matka walczyła z jego determinacją resztkami sił.

? To wyłamię zamek ? odparł. ? Oczy mu błyszczały. Podszedł do Wandy.

? Daj mi medalion ojca.

? Nie ? cofnęła się o krok, kiedy sięgnął do jej szyi. Chwyciła go za rękę, ale był silniejszy.

Opór nie miał sensu. Wiedziała, że jeśli będzie protestować, brat szarpnie i zerwie łańcuszek. Odblokowała zapinkę i bez słowa oddała swój talizman.

Zacisnął dłoń, spojrzał tak, że aż przeszedł ją dreszcz, i wybiegł z mieszkania.

5.

Wieczorem oddał jej medalion z wyjaśnieniem, że potrzebował rzeczy należącej do ojca, aby poprzysiąc zemstę. W cerkwi. Przed obrazem Świętego Jerzego Zwycięzcy. Po łemkowsku.

Parę miesięcy później został żołnierzem Związku Walki Zbrojnej.

W konspiracji poznał Marysię, szczupłą szatynkę o nieco zbyt ostrych rysach. Zakochali się w sobie bez pamięci, z jakąś pospieszną, momentami dziką namiętnością. Marysia, córka aptekarzy z Żoliborza, której wojna przerwała studia farmaceutyczne, temperament odziedziczyła po rodzicach. Była wyważona i starannie dawkowała emocje. Romek był bodaj jedynym człowiekiem na ziemi, który potrafił rozpalać jej zmysły, ale i doprowadzać ją do szału.

Wanda dwa czy trzy razy była świadkiem ich burzliwych kłótni. Zawsze chodziło o jedno: Romkową żądzę zemsty.

? Nie można sprowadzać patriotyzmu do prywatnych planów zabicia jak największej liczby Niemców w czarnych mundurach ? tłumaczyła Marysia, jeszcze spokojnie, gdy w trójkę spacerowali po Lesie Bielańskim.

Romek przystanął.

? A co ma do tego patriotyzm? ? zapytał, podnosząc głos o jeden ton. ? Patriotyzm może odnieść z tego tylko korzyść! Dobry Niemiec to martwy Niemiec!

Marysia pokręciła głową.

? Tak z nimi nie wygramy. Tylko zaplanowane, zorganizowane i wspólne działanie może dać efekt. Nie wolno nam tracić rozwagi.

? Rozwagi? ? Romek starał się ją przedrzeźniać. ? Planujmy, organizujmy się i naradzajmy, a oni będą nas wybierać z tych narad jak ulęgałki z koszyka! Torturować na Pawiaku i rozstrzeliwać w Palmirach! A my planujmy.

? To idź! ? Marysia straciła cierpliwość. ? Weź ten kij, którym się podpierasz, i rozbij nim łeb pierwszego napotkanego Niemca w czarnym mundurze!

Romek spojrzał na kij i złamał go z trzaskiem. Był o krok od furii.

? Żebyś wiedziała, że pójdę!

? A idź. ? Marysia machnęła ręką. ? Mam dość tych bredni. ? Odwróciła się do niego plecami.

To rozsierdziło Romka najbardziej.

? Bredni!? ? krzyknął. ? Powiedz to mojemu ojcu! ? Cisnął kawałki kija w zarośla i odszedł szybkim krokiem.

Zdaniem Wandy Marysia była o zemstę zazdrosna.

6.

Stal pistoletu dodawała odwagi. Romek po raz piąty w ciągu kwadransa zanurzył rękę w kieszeni płaszcza i mocno ścisnął kolbę visa. Nonszalancko oparł się plecami o pień sosny i obserwował leśną drogę prowadzącą do posterunku policji kolejowej pod Warszawą. Ubrany w modny trencz i kapelusz sprawiał wrażenie amanta oczekującego na dziewczynę, z którą umówił się na podmiejski spacer po lesie. Wszystko wokół pełne było słonecznego światła i śpiewu ptaków, tak donośnego, że zagłuszał odległe odgłosy strzałów. Las przetwarzał je i Romkowi ubezpieczającemu akcję wydawały się stłumionymi klaśnięciami w dłonie.

Odkleił się od drzewa i nastawił uszu. Klaśnięcia umilkły, a to mogło znaczyć tylko jedno: że komendant Bahnschutzów z posterunku nikogo już nie skrzywdzi. Bydlak strzelał do dzieci, które zbierały przy torach kawałki węgla, jakie spadały z przejeżdżających pociągów towarowych. Od podziemia dostał za to wyrok śmierci.

Nagle zza zakrętu wyjechał na rowerze niemiecki żołnierz.

Najwyraźniej niczego nie słyszał. Spojrzał obojętnie na Romka, który przypalał papierosa i byłby go spokojnie minął, gdyby młody Kuryło nie dostrzegł nagle, że Niemiec ma na sobie czarny mundur wojsk pancernych. Natychmiast rzucił papierosa i wyszarpnął pistolet.

Tamten przeraził się, zarył przednim kołem w przydrożną skarpę parę metrów dalej, spadł z roweru, ale natychmiast się poderwał i sięgnął po przewieszony przez plecy pistolet maszynowy MP-40. Romek oddał w tym czasie kilka strzałów, ale iglica wysłużonego visa uderzała w spłonkę bez żadnego skutku. Tajemnicę, czy wadliwa była broń, czy amunicja, zabrał do grobu. Rozpaczliwa seria Niemca oddana z bliskiej odległości niemal przecięła go na pół.

Drugi chłopak z obstawy widział to wszystko na własne oczy. Stał sto pięćdziesiąt metrów dalej w zagajniku. Pod płaszczem miał stena, ale zanim zdołał go wyszarpnąć i wygarnąć do Niemca, na drodze pojawiło się auto z żandarmami. Grupa likwidacyjna cudem zdołała się wycofać.

Brat Wandy zginął bezimiennie i tak został pochowany. Gdzieś w anonimowym dole, bez trumny i włożonej do niej garści poświęconych ziół, które na tamtym świecie strzegą Łemków od złego. Bez nich dusze potrafią błąkać się wśród żywych i na noc trzeba im stawiać na stole talerz z czosnkiem i solą, aby miały się czym pożywić i oprzeć Powierusze.

Pod koniec lipca Wanda pojechała na miejsce, w którym zginął. Obeszła las, położyła się na miękkim mchu porastającym skarpę, z której posterunek Bahnschutzów widoczny był jak na dłoni.

? Dlaczego nie strzelaliście stąd? ? zapytała szeptem, jakby duch brata rzeczywiście był tuż obok. ? Dlaczego nie z karabinu? Jedna sekunda, jeden strzał, jeden trup i spokojny odskok w las. Dlaczego?

7.

Marysia zignorowała szeroki uśmiech otyłego niemieckiego oficera, który szarmancko zasalutował na jej widok. Odwróciła się i ruszyła w stronę pałacu Jabłonowskich. Układała reprymendę dla Wandy za spóźnienie, ale w tej samej chwili zobaczyła ją wysiadającą z tramwaju przy Senatorskiej.

Siostra Romka wyglądała o kilka lat starzej, była przygnębiona i szara. Marysi przyszło na myśl, że stanowi jej lustrzane odbicie. Ta śmierć zdruzgotała je obie.

Wanda bąknęła coś na powitanie i wzięła ją pod rękę. Szły w milczeniu, jakby na warszawską ulicę pełną zgiełku przeniesiono je z innego wymiaru. Przystanęły przy krawężniku, czekając, aż przejedzie odkryta ciężarówka Wehrmachtu, powszechnie nazywana wanną, a potem przeszły na drugą stronę.

Wanda odczekała, aż minie je patrol żandarmerii.

? Chcę wstąpić do konspiracji ? oświadczyła dobitnie.

Narzeczona jej poległego brata milczała przez kilka sekund.

? Dlaczego sądzisz, że mam z nimi coś wspólnego? ? spytała badawczo.

? Mogłabym skłamać, że Romek mi powiedział ? odparła Wanda. ? Ale ja nie kłamię. Jestem pewna, że razem byliście w podziemiu. Proszę cię, pomóż mi też tam się dostać. Chcę działać.

Marysia słuchała jej z całkowitą obojętnością. Nagle przystanęła i spojrzała na Wandę niemal wrogo. Jej twarz zrobiła się jeszcze ostrzejsza.

? Kochałam Romka równie mocno jak ty ? powiedziała dobitnie, choć nigdy nie zwierzała się Wandzie ze swoich uczuć. ? Był dla mnie wszystkim, rozumiesz? Za wszelką cenę starałam się ocalić go przed tą głupią, zawziętą zemstą. A teraz, proszę, siostrzyczka chce tego samego. Wiesz co? Jak cię tak ciągnie do konspiracji, to daj anons do gazety. Może się odezwą. Cześć! ? rzuciła oschle i szybkim krokiem poszła w kierunku placu Zamkowego.

Wanda potrzebowała kilku chwil, żeby ochłonąć, po czym pobiegła za Marysią i szarpnęła ją za rękaw eleganckiego kostiumu z przedwojennej bielskiej wełny. Kilkoro przechodniów przyglądało się tej scenie z rosnącym zainteresowaniem.

? Zaczekaj ? powiedziała stanowczo.

Marysia odwróciła się i popatrzyła na nią wyzywająco. Milczała.

? Ty straciłaś ukochanego, ja straciłam brata ? powiedziała Wanda pojednawczo. ? Nie chcę się mścić. Chcę wstąpić do organizacji, żeby nic takiego nigdy się więcej nikomu nie przydarzyło. Byłam w miejscu, w którym zginął Romek?

Marysia, stojąca dotąd obojętnie i błądząca wzrokiem po dachach Starego Miasta, wyraźnie drgnęła.

? Byłaś?? ? spytała z niedowierzaniem, aby za chwilę znów stężeć. ? Zdajesz sobie sprawę z tego, jak ryzykowałaś?

? Umiem się kryć ? stwierdziła Wanda.

? Po co tam pojechałaś?

Wanda nabrała powietrza, a potem powoli i rzeczowo opowiedziała jej o strzale z karabinu, który mógł załatwić sprawę z Bahnschutzem i ocalić Romka.

Dwa tygodnie później została zaprzysiężona.

8.

Na pierwszą akcję przeciwko okupantowi zamiast w mausera uzbrojono ją w plik konspiracyjnych gazetek. Co gorsza, mijały miesiące i nic się nie zmieniało. Wanda krążyła między Wolą, Żoliborzem i Ochotą, przewożąc bibułę i wydmuszki jajek wypełnione czarną farbą, służące do rzucania w szwabskie odezwy i plakaty. Kiedyś jedna z nich pękła w jej torebce, niszcząc nowiutką puderniczkę z wiśniowego drewna, szminkę i skórzane rękawiczki.

Pierwsza nieśmiała skarga do Marysi skończyła się burą:

? Wiedziałam, że tak będzie ? stwierdziła. ? Organizacja nie jest dla rozkapryszonych panienek. Wiedziałam.

Wanda zaczerwieniła się i nie odpowiedziała ani słowa, choć miała przygotowaną mowę o tym, jak bardzo mogłyby się przydać jej strzelecka wiedza i umiejętności.

? Jak wolisz, to pociesz się myślą, że za gazetki może być taki sam wyrok jak za broń palną ? dobiła ją Marysia. ? Czapa. Najpierw przesłuchania na Szucha, potem Pawiak i pod mur. Rozumiesz? Przestań się mazgaić i rób, co do ciebie należy. Sprawdzaj wiadomości w skrytce w kościele Świętego Marcina ? rzuciła na pożegnanie i wmieszała się w tłum.
(…)

Maciej Siembieda „Gambit”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 416

Opis: Rok 1966. Jerzy Ostrowski, konstruktor samochodów i mistrz szachowy, zostaje uprowadzony przez tajniaków. Jest przekonany, że czeka go egzekucja z zemsty za brata, ułana AK, który naraził się nowym władzom Polski. Rok 1943. Ludwik Kalkstein, gwiazda podziemnego wywiadu, zmienia front i doprowadza do aresztowania dowódcy AK. Wanda Kuryło, jeszcze niedawno współpracownica Kalksteina, rozpoczyna misję, która może odmienić powojenne losy Polski i Europy. W tym czasie w Oświęcimiu umiera jedyny człowiek, który może jej pomóc. Co łączy losy mistrza szachowego, zdrajcy i dziewczyny o niezwykłej urodzie, która po wojnie stanie się agentką MI6, a potem amerykańskiego kontrwywiadu? Gdzie ukryty jest bezcenny skarb, do którego chcą dotrzeć za wszelką cenę szpiedzy Hitlera, Stalina, Churchilla i Roosevelta? Czy Wandzie uda się poznać tajemnicę człowieka, którego kochała? Czy powiedzie się jej zemsta?

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek