banner ad

Przeczytaj fragment powieści „Dokąd odchodzą parasolki” Afonso Cruza

5 listopada 2018


Nakładem wydawnictwa Rebis ukazała się powieść „Dokąd odchodzą parasolki” portugalskiego pisarza Afonso Cruza. „Ta książka narodziła się z historii opowiadanej przez Gandhiego ? prawdziwej historii ? w której do Mahatmy przychodzi Hindus z martwym synem w ramionach i mówi, że zrobił to muzułmanin, i pyta, jak teraz powinien zareagować. Gandhi odparł, że powinien adoptować muzułmańskie dziecko. Zawsze uważałem tę historię za bardzo piękną i postanowiłem napisać powieść opartą na tym pomyśle” ? mówi autor. Akcję książki Cruz umieścił w niewymienionym z nazwy kraju na Bliskich Wschodzie, budując cały wszechświat niczym z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Poniżej możecie przeczytać fragment powieści wydanej w przekładzie Wojciecha Charchalisa.

2
? Za przeproszeniem
?

? Za przeproszeniem ? rzekł Fazal Elahi ? magiczny ptak żebraka miast ulatywać w niebo, szybował do wnętrza człowieka, a gdy wracał na ramię właściciela, śpiewał piosenkę ? a może recytował wiersz? wszystko jedno, do rzeczy ? i oto ta melodia czy ten wiersz, cokolwiek to było, w najdoskonalszy sposób wyrażało odwiedzaną duszę, ze wszystkimi pokojami i pomieszczeniami, które mają duszę, ze stołami uginającymi się pod dawnymi frykasami, z podłogami wyściełanymi ręcznie tkanymi dywanami, z przepalonymi żarówkami, z Koranem odłożonym przy łóżku. Aććha! Ów żebrak nazywał się Tal Azizi i wierzył, że człowiek ma dwie dusze, popatrz na moje palce, Iso, dwie dusze, jedna, druga, widzisz? Jedną w ciele, drugą zaś w niebie, tak jak myśl jest w mózgu, jak w krzesłach jest słowo siadać. Bardzo dawno temu, chwała Allahowi, te dusze żyły razem, były mężem i żoną, zanim począł się czas, zanim czas jął nas starzeć, okrywać chleb pleśnią, drzeć ubrania, sprawiać, że skrzypią krzesła, burzyć domy, porzucać starych, rozrzucać kości wokoło, robić jogurt ze świeżego mleka. Wcześniej wszystko, mój mały Iso, wcześniej wszystko było jednością, tak jak ten stół i drewno, z którego jest zrobiony.

Tak powiedział Fazal Elahi, bardziej do siebie niż do Isy, chłopaka chudego, tak cherlawego i cichego ? rzadko się odzywał ? że siedział mu na kolanach. Kończył się dzień, przez okno wpadało czerwonawe światło torujące sobie drogę poprzez gęste powietrze, aby na koniec opaść na dywan w salonie. Elahi siedział przy laminowanym stole, okrągłym, zaściełanym ceratowym obrusem i kilkoma martwymi owadami. Na ceracie stały trzy wazoniki ozdobione kwiatami, środkowy był najwyższy i przezroczysty. Te po bokach były białe. We wszystkich ułożono czerwone plastikowe róże z kroplami kleju udającymi krople wody. Ręce Fazala Elahiego drżały, kiedy z kieszeni lnianej kolonialnej koszuli wyciągał papierosa. Przesunął palcami po nosie, powąchał papierosa, zielonkawobrązowego, cieniutkiego, związanego konopnym sznurkiem. Za przeproszeniem, powiedział i z kieszeni spodni wydobył zapalniczkę, zapalił papierosa, wypuścił dym przeciw powietrzu przed sobą. Lewą ręką sięgnął po małą filiżankę z herbatą i uniósł ją do ust, poczuł ciepło spowijające mu język, podniebienie, zęby, nos, gardło, gdy tymczasem Isa siedział skulony pod dymem, który mieszał się z padającym przez okno światłem.

Amina, siostra Fazala Elahiego, oparta o futrynę drzwi prowadzących do salonu, z długimi paznokciami wbitymi w stare drewno, wrzeszczała:

? Hańba! Hańba dla naszej rodziny!

Elahi przyprowadził do domu chłopaka, dzieciaka z ulicy, co gorsza, chrześcijanina, o zgrozo, Amerykanina. Fazal Elahi posadził go sobie na kolanach i tym symbolicznym gestem, gdyż tak się czyniło od czasów Abrahama, pierwszego monoteisty, adoptował go, adoptował i uczynił spadkobiercą fortuny, której, jak twierdził, nie posiadał.

Isa miał: czarne włosy, chude ciało, suche usta. Nogi krzywe, kościste.

? Hańba! ? darła się Amina.

Isa przetarł piekące od dymu oczy. Spojrzał na Fazala Elahiego, jakby głuchego na krzyki siostry, i ponownie potarł oczy.

Kilka miesięcy przed tą obwieszczaną wrzaskami Aminy hańbą wydarzyła się wielka tragedia.

3
Kiedy urodził się Salim, Fazal Elahi otworzył dłonie w górę w geście
?

Kiedy urodził się Salim, Fazal Elahi otworzył dłonie w górę w geście szczęścia, z rozłożonymi ramionami, z drżącymi ramionami, z ramionami kościstymi, ze skórą spoconą i lśniącą. Chwała Allahowi, rzekł Fazal Elahi, chwała Allahowi. Światło wlewało się przez małe okno ciasnego pokoiku w szpitalu i padało na ściany, które ociekały kreślącą drobne żyłki po farbie wilgocią. Elahi zwrócił uwagę na kropelki wody na białej futrynie, postanowił je policzyć, zabrał się do tego w myślach: jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, chciał przestać, sześć, siedem, osiem, dziewięć, nie potrafił przestać, dziesięć, jedenaście, dwanaście, trzynaście, bardzo się denerwował. Pogubił się w rachunkach, kiedy żona coś powiedziała, a on tego nie zrozumiał. Fazal Elahi przyglądał się, jak woda, jak malutkie kropelki wody chwytają światło. Tak jak my, ludzie, pomyślał Fazal Elahi, malutkie kropelki są pułapkami na światło, niech będzie Allah pochwalony. W końcu spojrzał na Bibi, żonę, i opuścił ręce. Miał na sobie kolonialną koszulę z kieszeniami na piersiach i plamami potu, z kołnierzykiem niemodnym już od dziesięcioleci, ale pasującym do architektury szpitala, do małych i wielkich okien i połamanych okiennic, do drewna rozsypującego się od słońca i deszczu, i lat, od krzyków pacjentów i rodzących się, i matek, i umierających. Miał spodnie z białego lnu, nosił czarne włosy i brodę. Fryzura została wygładzona brylantyną ściekającą na czoło i kark, przez co skóra lśniła bardziej niż włosy. Bibi trzymała na rękach dziecko, noworodka, jego syna. Fazal Elahi popatrzył na jego zaciśnięte piąstki, to tak się rodzimy, przemknęło mu przez myśl, z zaciśniętymi pięściami, mój syn niczego nie chwyta, jedynie siebie samego, jednak po trochu nauczy się je otwierać, nauczy się, że aby coś mieć, trzeba otworzyć dłonie, tylko w ten sposób można pokochać, prawda, Bibi? Tylko w ten sposób można podać rękę, tylko tak można przyczesać włosy. Bardzo dobrze. Nauczy się chwytać rzeczy, doskonale różne rzeczy, twoje włosy, kochana Bibi, moje koślawe palce, a później broń, przepraszam, chciałem powiedzieć paciorki tasbihu albo piersi kobiece, albo jeśli taka wola Allaha, inne zamknięte dłonie, tak, inszallah.

Fazal Elahi ujął ręce nowo narodzonego dziecka i wzruszony uniósł je do ust. Miał łzy w oczach. Aććha! Jest wielkości mojego Koranu, pomyślał Fazal Elahi, patrząc na syna, ale wydaje się głębszy, a włosy są literami najbieglejszego kaligrafa, ta wygląda jak l?m, a tamta w?w.

? Cóż zapisano włosami rozczochranego? ? Fazal Elahi zapytał siebie na głos.

Bibi spojrzała na niego spod ciemnych i ciężkich brwi, ale nie odezwała się słowem. Elahi przyłożył usta do prawego ucha dziecka i wyszeptał: Za przeproszeniem, nie ma boga nad Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem. Następnie wyciągnął z kieszeni koszuli kilka daktyli, pogryzł kawek tego, który wydał mu się najsłodszy, i palcami rozprowadził sok po dziąsłach dziecka. Usłyszał nieśmiałe westchnienie, cichuteńkie.

? Wydawało mi się, że dzieci, gdy się rodzą, bardzo głośno płaczą. Proszę wybaczyć, ale naprawdę tak mi się wydawało, myślałem, że zapełniają cały świat swoimi pierwszymi wrzaskami, ale w końcu to raczej pojękiwania niż wrzaski, prawda, Bibi?

? Pewnie tak. Skąd mam wiedzieć? To płacze akurat tak, inne pewnie płaczą głośniej.

? Masz rację, nie wiem, co mówię, jedni płaczą więcej, inni mniej. Każdy jest inny, prawda, światło mojej duszy? Od chwili opuszczenia łona matki, a może nawet wcześniej. Moja siostra, kiedy się urodziła, ojciec mi mówił, nic nie powiedziała, nawet nie otworzyła ust, musieli ją walnąć, żeby dała jakiś znak życia.

? Nic o tym nie wiem. Mnie ojciec łoił codziennie. Nie po to, żebym płakała, tylko żebym się zamknęła. Tyle łez się nałykałam, że nie wiem, jakim cudem nie zasoliło mnie całkiem od środka. Odłóż dziecko do łóżeczka, niech śpi.

? Nie trzeba go nakarmić?

? Nie wiem. Połóż je do łóżeczka i idź do swojego kuzyna. Wszyscy musimy odpocząć.

Bibi miała spuchniętą twarz, włosy rozczochrane, mokre od potu i przylepione do czoła, ale była, według Fazala Elahiego, cudowna, olśniewająca i wspaniała. Brązowa skóra Bibi była zarumieniona, usta drżały jej lekko i miała lśniące oczy. Płynęły jej łzy, nie ze szczęścia, ale z wysiłku przy porodzie. Elahi, przyjrzawszy się żonie i poczuwszy swego rodzaju mistyczne uniesienie jej widokiem, spuścił głowę, jak zawsze. Tak właśnie żył, z oczyma utkwionymi w ziemię, ze spuszczonym wzrokiem. Odłożył Salima, czerwonego po porodzie, do łóżeczka. Zrobił to powolutku, bardzo ostrożnie i wszystko zastygło i stało się spokojne niczym wieczór, który przycupnąwszy na parapecie, popija zieloną herbatę.

Cisza.

Wszystko było spokojne, mimo panującego wokół harmidru, krzyków z korytarza, wrzasków dochodzących zza parawanu oddzielającego łóżko obok, muzyki z czyjegoś radia. Fazal Elahi patrzył na syna olśniony: nigdy nie widział nic tak wielkiego wyglądającego na coś tak maciupkiego.

Przesunął palcem po policzku dziecka.

? Przepraszam, pójdę do kuzyna, kochana Bibi, przepraszam. Wydaje mi się, że Salim może chcieć piersi, ma otwarte usta, wygląda jak ryba wyciągnięta z wody przed myciem akwarium.

Bibi wzięła dziecko, żeby je nakarmić. Elahi zszedł po schodach na parter. Mam nadzieję, że w swojej ostatniej chwili, pomyślał, mój syn będzie się śmiał pełną piersią, żeby zrównoważyć tę pierwszą, kiedy płakał. Minął dwóch lekarzy, ze szczęścia niemal przewrócił jednego z nich. Ostrożnie, zawołał lekarz, ale Elahi niczego wokół siebie nie słyszał, poza jakąś starą perską melodią, której nauczył się jako dziecko i która teraz się do niego przyplątała, przepełniając mu głowę i spływając po brodzie i ubraniu. Z głośników szpitala rozbrzmiewał tymczasem głos muezzina. W poczekalni siedział jego kuzyn Badini. Uścisnęli się.

? To chłopak, z tych, co płaczą po cichu.

Badini uśmiechnął się.

Jakiś mężczyzna, usłyszawszy Fazala, powiedział, że jego również przed chwilą spotkało to szczęście, został ojcem, chwała Allahowi!, i dodał: te pierdolone bachory robią z nas baby, mięczaków.

? Pójdziemy do domu? ? zapytał Elahi.

Kuzyn, niemowa, odpowiedział skinieniem głowy, ogromnej głowy, nieproporcjonalnie wielkiej w porównaniu z ciałem. Ponieważ Badini zgolił włosy, brodę, brwi, a nawet przycinał rzęsy, miał potworną twarz, niczym gigantyczny owad albo jak wszechświat przed własnymi narodzinami. Patrzył na ludzi nazbyt czarnymi oczyma, mrok bez światła sączył mu się ze źrenic, strzępy ciemnych nocy. A przy tym wyglądał, jakby przez cały czas się uśmiechał. Kiedy patrzyło się na niego, odnosiło się wrażenie, że jest zadowolony. Ale był to rodzaj ataraksji. Niemowa nie pozwalał, żeby świat go dotknął, i sam nie wplątywał się w świat, żył w przestrzeni nazbyt wewnętrznej, za bardzo w środku. Miał krótkie nogi i ręce krótkie. Jedna z rąk, które były jego słowami, miała o jeden palec mniej, bo odpadł mu, gdy był dzieckiem. Mały palec, cały czarny, poddał się jako pierwszy z całego ciała.

Fazal Elahi doskonale rozumiał kuzyna, lepiej, niż gdyby go słyszał. Zawsze gdy spoglądał na jego ręce, jakby widział swoją własną myśl, a czasem miał absolutną pewność, że usłyszał ręce niemowy, albo sam przypisywał swoje myśli rękom Badiniego.

Wychodząc ze szpitala, wpadli na Dilawara Krupina, zdyszanego, w brązowym kamizie, z tasbihem w prawym ręku, z purpurową twarzą. Jego błękitne oczy były okrągłe jak spodki, bardzo wybałuszone, niemal mu wypadały. Trzech mężczyzn pozdrowiło się wzajemnie. Niemy Badini odszedł o kilka kroków, kiedy Fazal Elahi dzielił się z Dilawarem nowinami. Za przeproszeniem, Dilawarze Krupin, zostałem ojcem, to chłopak, z tych, co to płaczą po cichu, chwała Allahowi. Dilawar uśmiechnął się, ale wyglądał na zmieszanego i kręcił ustami z jednej strony na drugą jak mysz. Fazal Elahi zagadnął go o ojca, generała Ilię Wasiljewicza Krupina, a on odpowiedział, że ojciec ma się świetnie, jak zawsze, silny jak sztorm, silny jak Hindukusz, silny jak kogut bojowy. Niech go Allah chroni, dodał Elahi. Dilawar Krupin dalej kręcił ustami, zacierał ręce. Niemy Badini, oddalony o kilka kroków, widział to zachowanie i zachodził w głowę. Fazal Elahi pożegnał się z Dilawarem, który pożegnał się z nim i niemową kiwnięciem głowy oraz kurtuazyjnym zdaniem. Słońce o tej godzinie padało pionowo z góry, raziło głowy, paliło wszystko, dziurawiło ciała i docierało do dusz, do trzewi, do kości. Dilawar wszedł po schodach na pierwsze piętro szpitala, podczas gdy Elahi odchodził z Badinim, ten zaś rękoma pytał, co też on tam może robić. Fazal Elahi spojrzał na ręce kuzyna, które nawet gdy mówił rzeczy najbardziej pospolite, prosił o solniczkę albo pozdrawiał kogoś, wydawały się poezją. Ręce Badiniego poruszały się jak poematy.

? Nie mam pojęcia ? odpowiedział Fazal Elahi.

? To dziwne, wydawał się zdenerwowany,
czy może ojciec
pogrążył się w chorobie? ? zapytał niemowa subtelnymi dłońmi.

? Generał? Nie. Jest zdrów jak góra.

? Może ktoś bliski,
ktoś z rodziny?
Tragedie cenią sobie
naszą intymność,
lubią przysiąść z nami
na herbatkę.

? Wszystko w porządku z rodziną, sam Dilawar mi to powiedział. Gdyby miał takie nowiny, pewnie by się nimi podzielił, prawda?

? W takim razie, co
on tu może robić?

? Nie mam zielonego pojęcia, kuzynie, nie mam pojęcia. Znasz Dilawara, może przyuważył jakąś pielęgniareczkę, lubi kobiety, trudno go winić. Ale z tego tylko same kłopoty, prawda? Potem trzeba im kupować perfumy, czekoladki i zabierać na przechadzki, same utrapienia. Kobieta musi być wyspacerowana, tak właśnie, jak pieski starych Francuzek.

Dalej szli w milczeniu, jeden obok drugiego. Fazal Elahi zatrzymał taksówkę i potargowali się o cenę. Elahi oznajmił taksówkarzowi, za przeproszeniem, cena, którą mi pan podaje, wystarczyłaby na podróż samolotem do Paryża, na co kierowca odpowiedział, żeby Elahi lepiej zaczął się uczyć hiszpańskiego, bo nie obniży ceny. Niemowa uśmiechnął się. Fazal Elahi przeprosił, ale w Paryżu nie mówi się po hiszpańsku, po czym dalej próbował swoim cichym głosem obniżyć cenę o połowę, potem do dwóch trzecich, potem zaledwie do trzech czwartych, a na koniec targowali się o obniżkę tak nieznaczną, że taksówkarz ustąpił.

W szpitalu wilgoć płynęła po ścianach, ale Dilawar nie zwracał na to uwagi. Wbiegł po schodach co dwa stopnie, poza ostatnimi trzema. Przebiegł korytarzem tłocznym od ludzi i krzyków, omijając nosze z chorymi, siedzących na podłodze, pielęgniarzy i pielęgniarki. Jego usta ciągle się poruszały jak u jedzącej myszy, oddech dalej był dyszący. Zatrzymał się przed drzwiami, nie zwracając uwagi na krople wody mieniące się na białym drewnie, nie zainteresował się, jak one pochwytują dusze i ból. Rzucił okiem na swoje buty, kompletnie zakurzone, przeszło mu przez myśl, że powinien był je wypastować.

Bez pukania wszedł do pokoju Bibi.
(…)

Afonso Cruz „Dokąd odchodzą parasolki”
Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 624

Opis: Tłem tej powieści o zniewalającym wręcz uroku jest Orient ? ze wszystkim, co ma w sobie magicznego, innego i przewrotnego. Równie niezwykli są zaludniający ją bohaterowie, a wśród nich człowiek, który pragnie być niewidzialny, dziecko, które chciałoby latać jak samolot, kobieta pragnąca wyjść za mężczyznę o niebieskich oczach, niemy poeta dłońmi wyczarowujący wiersze, zakochany hindus i chłopiec, który w ustach ma cały wszechświat.

Tagi: , , ,

Kategoria: fragmenty książek