banner ad

PRL, miłość i polityka. Premiera powieści „Serce pełne skorpionów” Wojciecha Engelkinga. Przeczytaj fragment

10 marca 2021

10 marca do księgarń trafiła nowa książka Wojciecha Engelkinga zatytułowana „Serce pełne skorpionów”. Akcja książki rozgrywa się w scenerii lat sześćdziesiątych. Główny bohater, Jacek, licealista z dobrego domu, zostaje uwiedziony przez koleżankę ze szkoły o imieniu Nina. Nie ma pojęcia, że ów romans jest częścią sowieckiego spisku, który ma doprowadzić do zmiany polskiego Ministra Spraw Wewnętrznych. „Napisałem powieść o miłości, polityce, latach 60. i Warszawie. A także o dorastaniu, piłce nożnej, Rosji, seksie, liberalizmach i nacjonalizmach, byciu chłopakiem, byciu młodzieńcem i byciu mężczyzną. Jak również o tym, jak jeden świat się kończy, drugi zaczyna i co się dzieje pomiędzy końcem a początkiem” – wylicza autor. Książkę znajdziecie już w księgarniach, a u nas przeczytacie sam początek.

LATO, JESIEŃ 1960

1

Tamtego lata graliśmy w piłkę, a ja biegałem za nią jak Brychczy w meczu Legii Warszawa z ŁKS-em Łódź. Miałem kolarki, szorty, kończące się zaraz przed kolanem skarpety oraz wyciętą w trójkąt oliwkową koszulkę. Na wysokości piersi, po prawej stronie, zdobiła ją obwiedziona białym okręgiem litera L. Piłka, którą kopaliśmy, także należała do mnie. Chociaż nie byłem wśród chłopaków z okolic alei Przyjaciół i Róż jedynym posiadaczem gały, moja była najlepsza, bo produkcji węgierskiej, z wentylem i bez sznurowania.

Graliśmy więc w piłkę, która niczym atomowa głowica pędziła po niebie, a gdy upadała w trawę, dobiegałem do niej, brałem mocniejszy zamach – i wtedy rozlegały się okrzyki chłopaków:

– Goooool! Korolewicz goool! Gol! Gol! Gol!

W spotkaniu Legii z ŁKS-em Brychczy zdobył dwie bramki; do końca meczu chłopaków z okolic alei Przyjaciół i Róż w ostatni dzień wakacji 1960 roku Jacek Korolewicz miał przeciwnej drużynie wbić aż cztery.

Drużynę przeciwną stanowili zaś: Lalu, Krowa, Maciek Tejchbaum i Czerkies, moją z kolei: Rysiek Pincer, Kuba oraz Jurek Złoty. To, że nie znalazły się nas dwie jedenastki, było nieistotne: nawet gdyby przybyło graczy, gole i tak zdobywałbym ja jeden.

– Bierz ją! – darłem się, gdy mecz dobiegał końca. Pędzący parę metrów ode mnie Rysiek Pincer zadyszał się. – Bierz! Podaj mi! Poo…

Piłki nie podał mi Rysiek, tylko Jurek Złoty, który, przejąwszy ją od Ryśka, wyrósł w pobliżu bramki. Czubek mojego buta zetknął się z gumą i zacząłem prowadzić gałę. Wówczas zaszedł mi drogę Krowa, zgodnie ze swoim nazwiskiem zwalisty i wielki. Przez chwilę rzucaliśmy wspólny cień, ale szybko go wyminąłem i pobiegłem w kierunku bramki, czyli pustej przestrzeni między latarnią a jedną z ławek rozsianych w Dolince Szwajcarskiej; pośrodku zasadzał się już na mnie Czerkies. Przyspieszyłem, on się wychylił, z tyłu usłyszałem krzyki:

– Jacek!.. Jacek, ku…

Nie reagowałem, bo wiedziałem, że to nie jest właściwa chwila, żeby oddać strzał.

Ta nastała trzy uderzenia serca później. Choć bardzo chciał złapać kopniętą przeze mnie piłkę, Czerkies jak głupi padł w trawę; gała poleciała na wspinające się w kierunku ulicy wzniesienie. Nie zdążyła się od niego nawet odbić, a chłopaki już wiwatowali.

– Brawo! Brawo! – Ich krzyki zagłuszał dźwięk uderzającej do mojej głowy krwi. Węgierska piłka sturlała się ze zbocza prosto pod mój but.

– Brawo. – Gdy ją podnosiłem, poczułem na swoim karku dłoń Ryśka.

– Dzięki – wydyszałem, czując, że jego palce jakoś zbyt długo dotykają mojej skóry.

Chwilę później zamiast tych palców dotknął jej chłodny powiew wiatru. Nad Warszawą ciemniało: olbrzymie, napompowane deszczem obłoki zasłaniały blask zachodzącego słońca. Nadchodziła burza, zupełnie jakby pogoda pragnęła obwieścić, że wakacje roku 1960 definitywnie się skończyły.

– Kurwa, ale jestem zmęczony – parsknął Czerkies, siadając na ziemi. Reszta chłopaków podążyła jego śladem. Dolinka Szwajcarska od zeszłych wakacji służyła nam za boisko – prowizoryczne, bo prowizoryczne, ale wygodne, i dla wszystkich, prócz mieszkającego na Żoliborzu Ryśka, niedaleko domu. Pewnego razu miał ochotę nam tam przerwać grę milicjant, lecz dowiedziawszy się, z kim ma do czynienia, szybko zmienił plany.

– Masz. – Lalu podał mi wypełnioną wodą butelkę po napoju „Płynny owoc”.

– To nowa? Ta piłka? – rozległo się pytanie Krowy. Węgierka pod moją dłonią, odrobinę brudna i nie do końca w kształcie kuli, z racji swego rodowodu nie wyglądała na tak wysłużoną, jak by to było w przypadku polskiej gały – a graliśmy nią jeszcze w poprzednie wakacje.

– Tak – odpowiedziałem, zanim zdążyłem się powstrzymać. – Nowa.

Nie żeby w posiadaniu rocznej piłki było coś złego, ale wolałem zmyślić, niż powiedzieć prawdę. Takim właśnie byłem chłopakiem, kiedy miałem szesnaście lat: wierzącym, że najbrzydsze zmyślenie lepsze jest od nawet najpiękniejszej prawdy.

– Za dobrze ci, Korolewicz, kurwa mać – skomentował Krowa.

– Żebym ci nie mówił, jak dobrze – rzuciłem i dokładnie tak, jak się spodziewałem, ktoś zaraz zareagował:

– Bułgaria?

Kimś, kto zareagował, był Rysio Pincer.

– Tak, Bułgaria – odpowiedziałem od razu.

Z Bułgarii wróciłem – i to nie byle jak, bo na pokładzie wojskowego Iła-118 – dzień wcześniej, z dwutygodniowego wywczasu, na który zabrał mnie i mamę tata, a mojej siostry Julki nie zabrał, bo na własne życzenie została w Warszawie. Zamieszkaliśmy przy plaży, w Polskim Domu Wypoczynkowym w Drużbie koło Warny. Choć z zewnątrz budynek był niskim, niczym niewyróżniającym się prostopadłościanem, w środku jego korytarze tworzyły labirynt przywodzący na myśl siedlisko Minotaura. Inaczej niż na poprzednich wycieczkach z rodzicami – do Mamai albo domu Urzędu Rady Ministrów w Zakopanem – w Bułgarii dostałem w ośrodku własny pokój i dobrze, jak powiedziałem chłopakom, z tego skorzystałem.

– Nie gadaj – odezwał się zaciekawionym tonem Lalu. – Dymałeś?

Jeszcze przed powrotem do Warszawy zastanawiałem się, co zrobić, gdy już zacznę swoją opowieść i któryś z nich o to zapyta: milczeć na znak potwierdzenia? A może uraczyć ich brutalnym, niepozostawiającym wątpliwości „owszem”?

– Nazywała się Cweta.

– I ty ją…?

Choć w gardle Krowy utknęło ostatnie słowo, nawet głuchy wiedziałby, co ma na myśli. Nawet głuchy wysłuchałby też odpowiedzi, którą uraczyłem chłopaków – krótkiej, lecz bogato inkrustowanej szczegółami. Tak wtedy robiłem ze wszystkimi historiami, które opowiadałem, gdy chciałem komuś zaimponować: ozdabiałem je detalami z precyzją, z jaką jubiler dekoruje pierścionek.

Szczegół pierwszy: plaża, przybój Morza Czarnego i piasek, który po północy robił się chłodny. Drugi: dotyk jego ziarenek, gdy się przewróciłem na plecy i miałem je pod swoimi dłońmi, plecami, karkiem, a Cweta się nade mną pochylała. Trzeci: jak powiedziałem, żebyśmy poszli do mojego pokoju w ośrodku. Czwarty: niebo, gwiazdy, księżyc całkiem w nowiu. Piąty: korytarz, tam się już zaczęło, a potem mój pokój, gdzie było, panowie – szczegół szósty – bardzo dużo dyszenia.

– A weź się pierdol – rozległ się głos Krowy. Na jego oburzenie chłopaki zareagowali chichotem. – Pierdol się – powtórzył.

– No, jeśli w ten sposób, to chętnie jeszcze raz – odciąłem się.

– A robiłeś to w gumie? – zainteresował się Lalu. Pokręciłem głową. – I nie bałeś się, że… no, wiesz?

– Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna!

Znów się roześmiali, a mnie coś chłodnego drasnęło w ramię.

– Pada – rzucił Rysiek Pincer, wstając. – Ja lecę!

Druga kropla, trzecia, czwarta, piąta; kiedy razem z Lalu i innymi chłopakami biegiem ruszyliśmy w stronę Mokotowskiej, lało już jak z cebra. Staraliśmy się biec jak najszybciej i tylko Rysiek, spokojnie, jakby deszcz wcale nie przybierał na sile, skierował się na przystanek autobusu na Żoliborz.

Kiedy tak pędziłem przez gęstniejącą ulewę, przeszło mi przez myśl, że – chociaż zadbałem o inne szczegóły – nie powiedziałem chłopakom ani słowa o tym, jak Cweta wyglądała. A ona przecież była inna niż pozostałe Bułgarki, które widziałem; była blondynką w tłumie brunetek, o skórze mniej smagłej, no i również o – sprawa kluczowa – większych piersiach.

Tak przynajmniej mi się zdawało, gdy się na nie gapiłem, ukryte pod materiałem kostiumu kąpielowego, bo nago oczywiście Cwety nie widziałem nigdy.

2

Światła w szybach naszego mieszkania były wygaszone. Myślałem, że wszyscy już śpią – może poza tatą, który mógł jak zwykle wciąż jeszcze nie wrócić z pracy. Kiedy jednak otworzyłem drzwi, rozległ się dźwięk pośpiesznie zamykanego okna, zwiastujący, że Julka paliła w kuchni. Rzuciwszy piłkę na podłogę w przedpokoju, stanąłem w progu sąsiedniego pomieszczenia.

– Cześć, siostra – powiedziałem.

Julia Korolewicz, lat dwadzieścia, bardzo ładna brunetka i studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, siedziała na parapecie, machając nogami.

– Cześć, Jacuś – odpowiedziała zupełnie niezrażona. – No, no.

– Co? – spytałem. Podszedłem do parapetu i usiadłem obok. Julka uchyliła okno, spod spódnicy wysuwając zieloną paczkę zefirów.

– Nic – powiedziała. – Opaliłeś się w tej Bułgarii. Opowiadaj, co się działo. Były jakieś przygody? – Roześmiała się, gdy wlepiłem wzrok w podłogę. – Czy dalej jesteś święty?

– Nie jestem żaden święty – odgryzłem się. Za oknem ulewa zdążyła się już rozszaleć: wędrując ulicami Warszawy, obmywała ją ze skwaru. Tamto lato, lato roku 1960, kiedy miałem szesnaście lat, było upalne i długie, jakby zapowiadało to, co nastąpi po nim.

– Więc coś – rzekła moja siostra i zapaliła kolejnego zefira.

Julka wiedziała o wszystkim, co mi się przydarzało z dziewczynami. Traktowałem ją jako niewyczerpaną skarbnicę wiedzy w tym temacie i ani razu, inaczej niż chłopaków, nie okłamałem. Tamtego wieczora również tego nie zrobiłem i kiedy opowiadałem o Cwecie, do akompaniamentu uderzającego o parapet deszczu, przyszło mi do głowy, że wcale nie było tak dużo bajeru w anegdocie, którą potraktowałem Lalu, Ryśka, Czerkiesa i pozostałych. Oczywiście: nie spałem z tą Bułgarką. Oczywiście: nie widziałem jej nago. Ale całowałem się z nią na plaży w ciepłą letnią noc, wsadziłem też rękę pod jej sukienkę i dotarłem nawet do majtek, zanim chwyciła mój przegub.

– Cnotka niewydymka – skomentowała Julka, wydmuchując obłok dymu.

– Prawda – potwierdziłem, chociaż nie do końca się z nią zgadzałem. – A ty? Siedziałaś cały czas z Romkiem?

Romek był chłopakiem mojej siostry; tak go przynajmniej nazywała, chociaż pasowało do tego człowieka każde określenie, tylko nie „chłopak”. Starszy od Julki o półtorej dekady, nie wiem, czym bardziej zadziwił naszego ojca, kiedy mu go przedstawiła: czy wiekiem, czy może tym, że nim Julkę poznał, pracował w gazecie, która nazywała się „Po prostu”.

– Z Romkiem, ale tylko przez pierwszy tydzień – odparła moja siostra. – Na basenie Legii. Jacuś, jeszcze rok, a będziesz mógł tam chodzić i wtedy ci przejdzie ochota na cnotki Bułgarki! Żebyś ty widział, jakie tam są kociaki! I to – puściła do mnie oko – w dwuczęściowych kostiumach. Będziesz sobie mógł popatrzeć na odsłonięte brzuszki.

– Klawo. A drugi tydzień?

– Autostop – powiedziała, a ja poczułem ukłucie zazdrości. Ten rodzaj podróżowania został zalegalizowany już trzy lata wcześniej, ale nikogo z naszej szkoły rodzice nigdy by na taką wyprawę nie puścili. – W góry. Tylko, oczywiście, nie mieszkaliśmy w domu Rady Ministrów…

– Wzięliście ze sobą radio? – spytałem, mając na myśli przenośną szarotkę, która należała do Julki. Pokręciła głową. – Czyli przegapiłaś wiadomości z olimpiady…

Ja – nie przegapiłem. W Polskim Domu Wypoczynkowym w Drużbie znajdowało się bowiem nie tylko radio, ale i telewizor, dzięki któremu na żywo widziałem, jak we Włoszech Ernest Pol wbija pięć goli bramkarzowi Tunezyjczyków. Potem niestety przegraliśmy i z Danią, i z Argentyną, i przez to nie wyszliśmy nawet z grupy.

– A co mnie olimpiada obchodzi? – Julka pstryknęła petem za okno. – Zresztą – powiedziała – najlepsze jest to, że kiedy wróciliśmy do Warszawy, to poszłam gdzieś, gdzie chyba nie powinnam. Nachyl się.

Nachyliłem, a ona mi opowiedziała.

– Żartujesz – wymamrotałem, kiedy skończyła. Zaprzeczyła ruchem głowy. – A co powiesz rodzicom? Przecież tata…

– O to się będę martwiła potem – przerwała. – A teraz czas spać. Chłopczykowi jutro zaczyna się szkoła.

W korytarzu pocałowała mnie w czoło na dobranoc.

Te odsłonięte brzuszki, o których powiedziała; wróciły do mnie, gdy już umyty leżałem potem w łóżku. Poczułem, że całego mnie ogarnia podniecenie, jakby po mojej skórze rozbiegły się rozżarzone mrówki, ściągnąłem gumkę pidżamy, a później trwało to już bardzo krótko: góra–dół, dół–góra, aż nastąpiła ta wspaniała chwila, gdy na sekundę przebywałem w świecie, w którym wszystko było prawdziwe o tyle, o ile nigdy się nie wydarzyło.
(…)

Wojciech Engelking „Serce pełne skorpionów”
tłumaczenie:
wydawnictwo: W.A.B.
ilość stron: 400

Opis: Warszawa, rok 1960. Mroczne miasto, które podnosi się z ruin. Jacek ma 16 lat, głowę pełną opowieści, na nogach jeansy Lee, na torsie biały podkoszulek i spojrzenia rówieśniczek. Wygląda prawie jak James Dean, potrafi mówić jak on i… czuje się trochę jak on. W paczce chłopaków ze Śródmieścia, w liceum, na boisku. Gdy do pokoju pełnego spoconych ciał, dymu papierosowego, butelek i dźwięków rock’n’rolla wchodzi Nina, atmosfera gęstnieje. Dziewczyna, która przyjechała do Warszawy ze Związku Radzieckiego nie wygląda na licealistkę, nie zachowuje się jak ona. Gdzieś tam pewnie czeka na nią starszy chłopak, jazzman albo aktor. W tym samym czasie w zaciszu pewnej garsoniery, równie zadymionej, toczy się gra, o której bawiący się nastolatkowie nie mogą mieć pojęcia. Gra, od której zależy nie tylko ich życie, ale też przyszłość Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

Tematy: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek