Premierowy rozdział powieści kryminalnej „Sufrażystki” Lucy Ribchester

3 listopada 2015

sufrazystki-fragment
Z okazji premiery kryminału historycznego Lucy Ribchester „Sufrażystki” rozgrywającego się w czasach, gdy do głosu dochodziły ruchy walczące o prawa kobiet, prezentujemy poniżej pierwszy rozdział tej powieści. Książka w przekładzie Roberta Walisia ukaże się 4 listopada pod patronatem Booklips.pl.

1 listopada 1912

Słońce mocno przygrzewało, gdy Frankie George jechała na rowerze Fleet Street, próbując nie dopuścić, aby jej notatnik i wizytówki wyfrunęły z dolnych kieszeni, a ołówki wbiły się jej w pierś.

Nie ufała ciepłej pogodzie, kiedy wstała w południe, żeby odebrać telegram od redaktora, który wzywał ją do biura przy Stonecutter Street. Teraz, kiedy omijała chłopców na motocyklach, które dmuchały fioletowym dymem, sterty końskiego łajna oraz parujące konie ciągnące omnibusy, żałowała, że tak się ubrała. Miała na sobie twarzowy tweedowy kostium w jasnobrązowych jesiennych barwach, doskonały do jazdy na rowerze, szczelny jak tapicerka. Na Fleet Street unosiły się odurzające opary, więc miała wrażenie, że brnie przez gorącą zupę. Zbliżył się do niej rozkołysany wóz pełen placków z mięsem i przez chwilę miała ochotę sięgnąć po jeden z nich, ale zmieniła zdanie, widząc, że koń ciągnący następny wóz na nie dyszy. Skręciła w Shoe Lane, omijając rozbite dyniowe latarenki pozostałe po poprzednim wieczorze, gdy świętowano Halloween, i dopiero wtedy przypomniała sobie, że jest dzień Wszystkich Świętych. A z nieba leje się żar. Co dalej? Atak lata w dzień Guya Fawkesa?

Przy Stonecutter Street znajdowały się głównie redakcje czasopism, które korzystały z niższego czynszu. W przypadku ?London Evening Gazette? oznaczało to gnieżdżenie się w strzelistej kamienicy, sześciokrotnie wyższej niż szerszej, przez co na każdym piętrze mieściło się tylko jedno pomieszczenie. Cegły były w kiepskim stanie, a w ścianach co rusz pojawiały się nowe przecieki i pęknięcia. Wciąż strategicznie rozstawiano kolejne wiadra i wtykano pęczki wyściółki w świszczące szczeliny. Frankie oparła rower o płot przed budynkiem, skąd ostatnio go pożyczyła, i wbiegła po schodach.

W redakcji jak zwykle panował histeryczny szum. Rozcinano pliki świeżo wydrukowanych gazet, mężczyźni ubrani w koszule i spodnie na szelkach biegali po schodach, nosząc kawałki papieru cienkie jak chusteczki. Z każdego piętra dobiegały donośne okrzyki ?kopia?, a wraz z nimi woń tureckiego tytoniu i od czasu do czasu odgłosy trzepnięcia któregoś z chłopców w ucho.

Frankie wyłowiła telegram z kieszeni i wręczyła go mężczyźnie w recepcji.

? Wiesz, czego chce? ? Mężczyzna przyłożył dłoń do ucha, żeby usłyszeć jej odpowiedź wśród panującego gwaru.

Frankie zerknęła na liścik. ?STONECUTTER STREET STARK?. Wzruszyła ramionami. Mężczyzna odpowiedział tym samym gestem, po czym dłonią wskazał jej schody.

Im wyżej w budynku, tym ważniejszy lokator. W piwnicach stały prasy drukarskie obsługiwane przez mężczyzn w fartuchach, którzy tak ogłuchli od hałasu maszyn, że wrzeszczeli do siebie nawet wtedy, gdy siedzieli przy tym samym stole w Olde Cheshire Cheese. Wciąż pod ziemią, ale jeden poziom wyżej wyszkoleni ludzie o zwinnych palcach pianistów siedzieli przy linotypach, ustawiając litery w równych rządkach.

Parter należał do dziennikarzy sportowych i pracowników etatowych, których można było natychmiast posłać do dowolnego miejsca w Londynie, żeby podstępem zdobyli informacje na posterunku policji, w kostnicy, sądzie rozwodowym lub u gadatliwych właścicielek pubów bądź mściwych służących. Pisarze nekrologów, korespondenci polityczni oraz redaktorzy dłuższych artykułów zajmowali biuro położone na pierwszym piętrze; mieli do dyspozycji czerwoną aksamitną kanapę, z której wzbijały się kłębu kurzu, gdy tylko ktoś na niej usiadł. Jeszcze wyżej korektorzy pracowali przy biurkach pełnych niebieskich ołówków, butelek z klejem i nożyczek, tnąc i układając teksty otrzymane przez pomocników biurowych. A na samym szczycie zasiadał sam pan Stark, redaktor naczelny, w gabinecie ze skrzypiącą drewnianą podłogą i potężnym dębowym biurkiem pokrytym konkurencyjnymi gazetami oraz skrawkami kalki, którym towarzyszyła szklaneczka whisky z trwałą skamieliną osadu po poprzednich drinkach.

Stark miał także honor goszczenia u siebie telegrafu Reutersa, czterech filarów zwieńczonych oszkloną skrzynką z plątaniną elektromagnetycznych kabli, które przy wtórze tykania i stukania wypluwały milę wiadomości dziennie. Wyniki konnych gonitw, przemowy parlamentarzystów, wydarzenia zagraniczne, wieści spedycyjne ? wszystko to wylewało się na cienki pasek papieru, który Nobby, pomocnik Starka, przycinał nożycami i przekazywał Starkowi do przeczytania. Większość wiadomości kończyła pod biurkiem w koszu na makulaturę. Podczas pierwszej wizyty w gabinecie Starka Frankie ostrożnie przyjrzała się koszowi, zastanawiając się, jak wiele wychuchanych i ręcznie zaadresowanych dziennikarskich wiadomości zostało zwiniętych w kulkę i wyrzuconych niczym stare skórki pomarańczy.

Tuż przed dotarciem na półpiętro w drodze do gabinetu Starka usłyszała czyjeś wołanie.

? Hej, Georgie.

? Mam na imię Frankie ? zaczęła, odwracając się. Od razu rozpoznała Teddy?ego Hawkinsa, jednego z dziennikarzy, którzy mieli swoje biurko w pokoju redakcji informacyjnej na dole. Miał wykrzywione usta, które wyglądały, jakby kiedyś zostały zmiażdżone i nigdy nie odzyskały pierwotnego kształtu. Niósł stertę wycinków z gazet.

? Dostałaś od nas telegram?

? Od pana Starka.

Hawkins zbył tę uwagę.

? Chce, żebyś opisała czyjąś sylwetkę. Tekst na pół, a nie trzy czwarte strony. ? Wyszczerzył się.

Frankie szybciej zabiło serce.

? Jutro wieczorem w Coliseum występuje pewna sufrażetka, akrobatka. Ebony Diamond. Znasz ją?

Dreszcz podekscytowania natychmiast ustąpił miejsca rozdrażnieniu. Już miała powiedzieć: ?A niby dlaczego miałabym ją znać??, ale Hawkins nie dał jej okazji.

? Nikt z nas nie ma pojęcia, co to za jedna. Dlatego szef chce, żebyś się tym zajęła. ? Zerknął na jej kostium. ? Wiesz co nieco o sufrażetkach, prawda? Tak czy inaczej, masz czas do jutra. On powie ci resztę. ? Wparował przed nią do gabinetu Starka, pozostawiając za sobą smród starego dymu.

Frankie usłyszała szmer pośpiesznej rozmowy, a po chwili Hawkins wyszedł, mrugnął do dziewczyny ? przez co poczuła się lekko zbrukana ? i zbiegł po schodach. Zanim zniknął, z zadowoleniem zauważyła, że przy bucie powiewa mu długa taśma z telegrafu.

Szybko otrzepała kostium i weszła do gabinetu. Stark pochylał potężne ciało nad korektą i przyglądał się jej przez monokl tkwiący w oczodole. Za ucho zatknął niebieski ołówek. Miał owalną figurę zwężającą się ku górze jak jajko i niezwykle wyraziste rysy: uszy, nos, niebieskie wyłupiaste oczy, które wyglądały jak przytwierdzone redaktorskim klejem, a w parze z niecodziennym wyglądem szedł niezdarny sposób wysławiania się. Stark lubił nazywać swoje dziennikark ?cukiereczkami? albo ?ciasteczkami?.

Nie podniósł wzroku. Frankie podeszła bliżej, tak że jej buty znalazły się w jego polu widzenia.

? Ebony Diamond ? powiedział, wciąż wbijając wzrok w długi tekst. ? Zna ją pani?

Frankie pokręciła głową, ale po chwili zrozumiała, że powinna odpowiedzieć.

? Nie. ? Odchrząknęła.

? Jest sufrażetką.

? Nie znam jej ? powtórzyła Frankie, starając się, żeby jej głos zabrzmiał pewnie.

? Więc chciałbym, żeby ją pani poznała. Już dwukrotnie siedziała w Holloway, więc nie musi się pani z nią cackać. Niech ją pani spyta o dozorczynie i przymusowe karmienie.

Czekała na dalsze instrukcje, patrząc, jak jego głowa przesuwa się tam i z powrotem wzdłuż linii tekstu.

? Jeszcze tu pani jest?

? Chodzi o to… panie Stark. Nie jestem pewna, czy tekst o sufrażetkach, zważywszy na moje doświadczenia… To znaczy przychodzi mi do głowy wiele innych tematów, które…

? Albo to, albo relacja z rzucania kółkami w Wimbledon Common. Chce pani relacjonować rzucanie kółkami?

Frankie w myślach szybko obliczyła odległość dzielącą ją od Wimbledonu. Prawie się opłacało.

? Nie, panie redaktorze, dziękuję.

? Nobby ma dla pani trochę notatek, prawda Nobby?

Pomocnik Starka, który stał w kącie, wpatrując się w tykający telegraf, nachylił się nad stołem i podał jej kawałek papieru. Na górze widniały nazwisko i adres zapisane przez Starka ozdobnym charakterem pisma za pomocą niebieskiego woskowego ołówka. ?Olivier Smythe, gorsety, New Bond Street 125?. Poniżej Nobby nabazgrał swoje notatki.

Frankie zmarszczyła czoło.

? Przepraszam, nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. To adres sklepu z gorsetami przy Bond Street.

? Tak.

Frankie się zawahała.

? On jej szyje kostiumy ? rzekł Stark, jakby to wszystko było oczywiste. Potem wrócił do studiowania korekty, a Nobby wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę telegrafu. Frankie westchnęła, złożyła kartkę i schowała ją do kieszeni, po czym wyszła na korytarz.

Była w połowie wysokości schodów, kiedy jakiś mężczyzna w brązowym robotniczym stroju wypadł z jednego z bocznych pokoi.

? Chwileczkę, chwileczkę. ? Zatrzymał ją, rzucając w jej stronę skórzane pudełko. Jego poplamione tuszem palce cuchnęły chemikaliami. ? Postaraj się o dobre ujęcie. Z bliska, od pasa w górę. Nie zapomnij o talii. Niech nie zamyka oczu. Płytki już włożyłem, ćwiartki. ? Wskazał połówkę trójkątnej rurki wetkniętą z tyłu urządzenia. ? Jeśli ją zgubisz, przerobię twoje palce na konserwę. Proszek w razie potrzeby możesz kupić w aptece. Najlepiej marki Muller?s.

Dopiero wtedy ją olśniło, czym jest ta skrzynka ze skóry.

? Już kiedyś robiłam zdjęcia ? odparła. To nie była prawda, ale ktoś kiedyś ją sfotografował, a to prawie to samo. Ostrożnie wyjęła aparat z pudełka i uważnie mu się przyjrzała. Miał sztywną czerwoną harmonijkę i lśniące mosiężne okucia. Na żółtym szklistym okręgu widniał napis ?J. Lizars Challenge. Glasgow, Londyn, Edynburg?.

Schowała aparat do pudełka i założyła na ramię skórzany pasek, a następnie wyszła z budynku, wystawiając twarz na światło słońca. Usiłowała pozbyć się słabego mrowienia, który poczuła przed gabinetem Starka, kiedy Teddy Hawkins powiedział jej, dlaczego otrzymała to zlecenie. Oczywiście Teddy Hawkins nigdy nie przeprowadzał wywiadów z sufrażetkami; wolał napełniać kufle policjantom i dawać w łapę politykom w Savage Club.

Tak mogłaby wyglądać "The London Evening Gazette", gdyby ukazywała się w rzeczywistości.

Tak mogłaby wyglądać „The London Evening Gazette”, gdyby ukazywała się w rzeczywistości.

Sufrażetka. Już ona mu pokaże sufrażetkę. Wystarczy rzut oka na jej spodnie i wszyscy od razu zakładają, że jest cholerną sufrażetką. Zresztą to nawet nie jest prawdziwe słowo, tylko nazwa, którą wymyślił ktoś w ?Daily Mail?, żeby odróżnić tłukące młotkami podopieczne pani Pankhurst od popijających herbatkę podopiecznych pani Fawcett. Sufrażystki i sufrażetki oraz kilka innych odłamów, a wszystkie wyglądały identycznie w swoich bluzkach, kostiumach szytych na miarę i kapeluszach ozdobionych wypchanymi zwierzętami, gdy wciskały ludziom broszurki na rogach ulic.

A teraz Frankie miała po prostu ruszyć tanecznym krokiem do sklepu z gorsetami w poszukiwaniu sufrażetki akrobatki, której nigdy nie widziała. To był dla nich wszystkich świetny dowcip. Wyobrażała ich sobie z natłuszczonymi włosami, spowitych wonią tureckiego tytoniu, jak zbierają się w pokoju redakcji i rechoczą jak małpy do swoich filiżanek z kawą.

Przełknęła ślinę i uniosła podbródek. To tylko praca, dodatkowa praca. Zresztą wywiad to awans w porównaniu z jej stałą rubryką, którą współtworzyła z Iskierką, oraz okazjonalnymi rysunkami satyrycznymi. Poza tym według Jurnalism for Women [Dziennikarstwa dla kobiet] Audrey Woodford nigdy nie należy odmawiać pracy. Przeczesała palcami kępkowate brązowe włosy, wsuwając je za uszy, poprawiła futerał z aparatem na ramieniu i ruszyła w stronę ogrodzenia. Kiedy do niego dotarła, zdążyła zobaczyć, jak sprzedawca gazet, wciąż wciśnięty między deski tablicy reklamowej, wskakuje na rower i chwiejnie odjeżdża ulicą.

? Hej!

Chłopak przyśpieszył, uderzając kolanami o tablicę. Frankie westchnęła i wyjęła spod żakietu stary zegarek kieszonkowy dziadka. Był już kwadrans po trzeciej. Od Bond Street dzieliło ją wiele mil, a centrum miasta było zapchane. Jeśli pojedzie metrem, być może zdąży.

***

W metrze panował tłok, ale dało się go wytrzymać, a Frankie znalazła nieco miejsca pod trzęsącą się ścianą. Kiedy pociąg mknął pogrążonymi w mroku tunelami, okna zmieniały się w lustra, dzięki czemu po raz pierwszy tego dnia mogła zobaczyć, jak wygląda, gdyż zazwyczaj nie zawracała sobie tym głowy przed wyjściem z domu. Wzorzysta wełniana chustka przekrzywiła się jej na szyi, a skóra wokół brązowych oczu lśniła. Oliwa z oliwek, którą matka dała jej do gotowania, skutecznie pozwalała zapanować nad fryzurą. Nosiła krótkie włosy od pierwszego dnia pracy jako asystentka zecera w ?Tottenham Evening News?, gdy jej szef bez ostrzeżenia obciął jej kucyki nożycami. Czy jej policzki wyglądały pulchniej niż zwykle? Zawsze chlubiła się smukłą sylwetką, ale ostatnio miała wrażenie, że jej pasek u spodni stał się ciaśniejszy. Zbyt wiele spotkań przy ginie ze starą Iskierką podczas pracy nad cotygodniową rubryką i zbyt dużo piwa w Cheshire Cheese.

Oparła się o okno, zastanawiając się, jak długo będzie szukać sklepu i czy w ogóle zastanie tam sufrażetkę. Gdyby udało jej się dobrze wypaść, pan Stark mógłby jej zlecić kolejne wywiady. To prawda, od wielu tygodni nękała go, żeby przydzielił jej jakieś pikantniejsze zlecenie. W ?Tottenham Evening News? zdarzało jej się zastępować chorych etatowych dziennikarzy i chodzić na rozprawy sądowe albo do kostnicy. Jednak najwyraźniej przy Fleet Street kobiety posyłano tylko na otwarcia zakładów krawieckich, bale, podczas których wprowadzano młode panny do towarzystwa, lub po sensacyjne plotki prosto z magla.

Kiedy windziarz na stacji przy Bond Street wydźwignął ją na powierzchnię, słońce już zaczęło się obniżać. Niebo pociemniało, ustępując miejsca mgle herbacianego koloru nawiewanej znad Tamizy.

Frankie poprawiła klapy kostiumu, po raz pierwszy tego dnia ciesząc się ze swojego tweedowego stroju. Przy skrzyżowaniu z Oxford Street stało kilka tramwajów, a dalej na New Bond Street czekały kryte jednokonne powozy. Lampy gazowe i elektryczne świeciły wewnątrz sklepów, otaczając towary na wystawach lśniącymi całunami srebra i złota. Klienci kłębili się na chodnikach, śpiesząc się aby dokończyć zakupy przed zmianą pogody.

Zerknęła na zegarek kieszonkowy ? za kwadrans czwarta, jeszcze wcześnie ? a następnie wyjęła grubego papierosa Matinee oraz pudełko zapałek z papierośnicy, którą trzymała pod żakietem. Najpierw chciała się wprowadzić w odpowiedni nastrój. Zapaliła papierosa i zdeptała zapałkę.

Powoli zaciągając się dymem, przeszła pomiędzy rzędem dorożek i sklepowych witryn. Była w połowie drogi od wysokiej dwukółki do trafiki, gdy jej wzrok przyciągnął jakiś kształt w oknie kolejnej dorożki. Podeszła i zajrzała do środka. Początkowo miała wrażenie, że to rozczłonkowane ciało skurczone do oszałamiająco małych proporcji, ułożone na ławeczce wewnątrz kabiny. Zamrugała i po chwili zrozumiała, na co patrzy, a wtedy się odwróciła. Za nią, na zakrzywionej witrynie sklepowej, podświetlony złotymi lampami gazowymi wisiał bladofioletowy jedwabny gorset. Kiedy się do niego zbliżyła, dziwaczne kopie tego kształtu zaczęły się pojawiać w mlecznym świetle wypełniającym wystawę ? zwisały z sufitu, opinały drewniane sylwetki. Podniosła wzrok na szyld. ?Olivier Smythe. Paryskie gorsety?. Poniżej znajdowała się złoto-czarna lakierowana płaskorzeźba przedstawiająca herb królewski.

A więc to tutaj panna Ebony Diamond zaopatruje się w bieliznę. Frankie nie wiedziała, że w wodewilach tak dobrze płacą. Odetchnęła z ulgą, że nie kazali jej szukać wiatru w polu, i zajrzała przez okno. Przy ladzie stali mężczyzna oraz wysoka, żywo gestykulująca starsza pani w pastelowym kapeluszu z kwiatami.

Jak dziennikarze zabierają się do takich spraw? Audrey Woodford przezornie zapomniała o tym wspomnieć. Frankie po raz ostatni zaciągnęła się gorzkim papierosem, po czym wyciągnęła swój notes i zerknęła na plik notatek, które dał jej pomocnik Starka. ?Akrobatka, sufrażetka, treserka tygrysów. W kwietniu zaatakowała Asquitha. Pracuje w Jojo?s Cocoa Bar w Soho. W piątek występuje w Coliseum. Nie zadzierałbym z nią?. Ostatnie zdanie podkreślono na niebiesko. Frankie uniosła brew.

Klientka uśmiechnęła się i przyjęła zapakowany zakup, a potem wypłynęła z powrotem na ulicę, dzwoniąc sklepowym dzwonkiem i poprawiając futro pod szyją. Frankie patrzyła, jak mężczyzna, którego uznała za pana Smythe?a, wygładza ubrania na wystawie. Było w nim coś dziwnego, czego nie potrafiła wskazać, jakaś delikatność działania. Zapięła żakiet, starając się wyglądać jak najbardziej elegancko, żałując, że jej koszula nigdy nie daje się równo wpuścić za pasek. Kiedy podeszła do drzwi sklepu, chłopiec w dużej czapce naciągniętej na ogniście rudą czuprynę wyłonił się z cienia i je otworzył. Frankie zaczęła grzebać w kieszeni, szukając pensa dla niego, ale znalazła jedynie cholernego szylinga, którego chciała zachować na opłatę za przejazd metrem, więc wyjęła pustą dłoń i tylko się uśmiechnęła.

Brzęk dzwonka wywołał w niej nerwowość. Weszła do mrocznego, wyłożonego panelami pomieszczenia, w którym unosił się słodki zapach, i spokojnie zaczęła przeglądać wieszaki z tkaninami, jakby kupowanie gorsetu było najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Prawdę mówiąc, przyprawiało ją to o lekkie mdłości: miękka satyna i szorstka koronka. To miejsce przypominało połączenie podupadłego sklepu rzeźnika z niesamowitym salonem fryzjerskim, niczym wspólne przedsięwzięcie panny Havisham i Sweeneya Todda. Akurat trzymała w dłoniach kremowo-karmelowy łaszek ? takie połączenie kolorów kojarzyło jej się z kaftanami bezpieczeństwa ? kiedy za sobą usłyszała kroki.

? Czym mogę służyć?

Frankie odwróciła się i wtedy zrozumiała, co było tak dziwaczne w tym człowieku. Był ściśnięty gorsetem do makabrycznych rozmiarów trzydziestu pięciu, czterdziestu centymetrów. Usiłowała nie patrzeć na jego ciało, skupiając się na twarzy. Miał wyraziste policzki, jakby skrojone krawieckimi nożycami, a w dużych okrągłych brązowych oczach kryła się ciekawość.

Odchrząknęła. Czy wypada od razu zapytać o Ebony Diamond? Zawahała się.

? Chciałabym kupić gorset.

Pan Smythe nie potrafił ukryć rozbawienia, kiedy powiódł wzrokiem po jej kostiumie ze spodniami.

? Naprawdę?

? Tak, muszę się wybrać na ślub. W sobotę ? dodała obcesowo, podejrzewając, że właśnie tak się zachowują klientki kupujące gorsety. Właśnie obmyślała potworną sukienkę, w rodzaju tych, na które namawiałaby ją matka, gdyby Frankie rzeczywiście musiała iść na ślub, gdy nagle zauważyła jakiś cień, który pojawił się na bocznej ścianie sklepu. Smythe najwyraźniej też go dostrzegł, ponieważ stanął przed Frankie, starając się przesłonić jej widok, i zaczął głośno rozprawiać o wyjątkowej pogodzie oraz o tym, czy wolałby brać ślub jesienią, czy raczej wiosną. Jednak dziewczyna już zauważyła niezwykłą sylwetkę. Nagle dotarło do niej, co fotograf z ?Gazette? miał na myśli, kiedy mówił ?Nie zapomnij o talii?.

Amerykańska sufrażystka demonstruje obcisłe spodnie noszone pod spódnicą podczas parady w 1916 roku.

Amerykańska sufrażystka demonstruje obcisłe spodnie noszone pod spódnicą podczas parady w 1916 roku.

To była Ebony Diamond. Na pewno. Niczym postać żywcem wyjęta z powieści wiktoriańskiej, wyłoniła się zza zasłony w głębi sklepu. Otaczała ją czarna staroświecka suknia, która sięgała aż do szyi, a poniżej opadała plisami i licznymi warstwami, sunąc tuż nad ziemią w ślad za pośpiesznie idącą właścicielką. Jednak to talia kobiety przyciągnęła uwagę Frankie. Ebony była opięta gorsetem równie ciasno jak sprzedawca. Frankie zrobiło się niedobrze, kiedy wyobraziła sobie ściśnięte jedzenie i wnętrzności. Nosiła usztywnienie zaledwie przez tydzień, kiedy miała trzynaście lat ? zakonnice nazywały to ?usztywnieniem?, ?gorsety? były przeznaczone dla Marii Magdalen tego świata ? ale bicie rózgą za odmowę jego zakładania było pestką w porównaniu z bólem, który powodowało jego noszenie, więc dała sobie spokój.

Kobieta w malutkich czarnych rękawiczkach trzymała dłonie przed sobą, żeby zachować równowagę, gdy wbiegła do sklepu, wpadając na wieszaki ze starannie rozwieszonymi gorsetami, przewracając je i potykając się o swoją suknię. Przemknęła obok Frankie, pozostawiając przyjemny słodki zapach poudre d?amour i ginu. Nagle jej kostka zaplątała się w wężowe paski jednego ze zrzuconych gorsetów i kobieta zatrzymała się, żeby odetchnąć.

Smythe poczerwieniał na twarzy i bez przekonania spróbował pokierować Frankie w stronę przymierzalni, ale zręcznie mu się wymknęła.

? Przepraszam ? wymamrotał, mijając dziewczynę i po drodze podnosząc kilka ubrań. ? Ebony ? syknął, a Frankie zdziwiła się, że nazwał kobietę po imieniu. ? Co w ciebie wstąpiło? Trzęsiesz się jak zbity pies.

Kobieta w czarnej sukni obróciła się w jego stronę.

? Ona jest na górze, prawda?

? Kto?

? Dobrze wiesz kto. A jeśli wiesz, co jest dla ciebie dobre, to wyjdziesz ze mną i nigdy nie wrócisz.

? To nie jest odpowiednia chwila.

Ebony drżącą ręką wyciągnęła coś spod koronkowego stanika.

? Może ją zapytasz… ? wskazała głową sufit sklepu, znad którego dobiegały przytłumione odgłosy warsztatu ? …skąd to wzięła. ? Podniosła przedmiot do światła, a Frankie zauważyła, że to duża srebrna broszka z migoczącym, lśniącym złotym wzorem wyrzeźbionym na powierzchni. ? Bo na pewno nie znalazła na manekinie u krawca. ? Zamachnęła się, znieruchomiała na chwilę, a potem mocno rzuciła przedmiotem w Smythe?a. Uchylił się, zakrywając głowę rękami, a broszka uderzyła o zieloną aksamitną zasłonę, która wisiała w głębi sklepu, po czym z trzaskiem spadła na podłogę.

? Ebony!

Ebony wbiła w niego wzrok. Jej czarne oczy płonęły. Frankie przez chwilę myślała, że kobieta się rozpłacze, ale jej oblicze znów stężało.

? Spytaj ją ? rzuciła, ponownie wskazując podbródkiem sufit. Odepchnęła na bok kolejny wieszak z ubraniami, zamaszyście otworzyła drzwi, aż dzwonek podskoczył, a potem zatrzasnęła je za sobą.

A więc to jest Ebony Diamond, pomyślała Frankie. Niesławna madame sufrażetka. Niezwykła twarz, nieco groźna, ale w końcu pomocnik Starka ostrzegał, żeby z nią nie zadzierać.

Frankie nagle przypomniała sobie o aparacie, który wciąż wisiał na jej plecach.

? Proszę zaczekać! ? Sięgnęła przez ramię, odpinając pudełko.

Mosiężne okucia za szybko wyślizgnęły się z futerału, tak że aparat prawie wypadł jej z rąk. Założyła sobie pasek na szyję i upuściła futerał na podłogę. ? Muszę zrobić zdjęcie. ? Potykając się o rozrzucone ubrania, podbiegła do drzwi.

Frankie widziała, jak Ebony Diamond pośpiesznie idzie ulicą, a jej przypominająca klepsydrę sylwetka rozpływa się we mgle. Szarpnięciem otworzyła drzwi, wpuszczając do wnętrza podmuch chłodnego, wilgotnego powietrza.

? Proszę zaczekać! ? zawołała. ? Jestem dziennikarką! Proszę zaczekać! Panno Diamond!

Ebony zaczęła przyśpieszać, przechodząc z szybkiego marszu do truchtu, a jej suknia powiewała jak krucze skrzydła. Frankie zacisnęła zęby i pobiegła za nią, czując ucisk spodni i żałując, że tak dużo wypiła w ciągu ostatnich kilku tygodni.

Na skrzyżowaniu z Brook Street Ebony musiała się zatrzymać, gdy minął ją ciąg tramwajów pobrzękujących dzwonkami. Ubrana w fartuch sprzedawczyni od Fenwicka podeszła do Frankie, potrząsając butelką najnowszej wody perfumowanej Guerlain.

? Piżmo! ? warknęła. ? Prosto od piżmowołu! ? Frankie uniknęła dłoni rozpylającej perfumy i stanęła przed Ebony Diamond.

? Panno Diamond.

Ebony dopiero po chwili zwróciła na nią czarne oczy. Miała twarz białą jak księżyc, krótki zadarty nos i szerokie szkarłatne usta.

? Śledzi mnie pani? ? rzuciła.

Frankie straciła oddech, ale udało jej się wysapać:

? Chcę tylko zadać pani kilka pytań. O więzienie Holloway. Chcemy opisać pani sylwetkę. W gazecie. Co pani na to? ? Wyjęła z kieszeni swoją wizytówkę.

Panna Diamond przez chwilę sprawiała wrażenie wystraszonej. W końcu przyjęła wizytówkę i z nieobecną miną przesunęła palcem po wytłoczonym napisie. Powoli przyjrzała się literom.

? Francesca George, współpracowniczka, ?London Evening Gazette?. ? Jej twarz się rozpogodziła; wyglądała, jakby miała coś na końcu języka. ? Dziennikarka, tak?

? Zgadza się. ? Frankie zaczęła ustawiać aparat. Gdyby udało jej się skłonić Ebony do pozostania w miejscu chociaż przez kilka sekund. Prawdę mówiąc, resztę mogła zmyślić. W ?London Evening Gazette? lekko traktowano fakty. A tamta sprzeczka w sklepie to pewniak, niezależnie od tego, czy chodziło o podatki, czy o różowe pludry.

Ebony tak energicznie wyciągnęła w jej stronę dłoń z wizytówką, że aparat uderzył Frankie w twarz.

? Ma pani tupet, że mi to proponuje.

Frankie zatoczyła się do tyłu.

? Nie wiem, o co pani chodzi. Chcę tylko zadać pani kilka pytań. W sprawie przymusowego karmienia.

? Przymusowego karmienia, akurat. ? Wskazała Frankie rogiem wizytówki. ? To pani narysowała tamtą karykaturę dla ?Puncha?, prawda? ?Chyba napiję się przez nos, Maud, podaj herbatę?.

Frankie spochmurniała. Wiedziała, że tak się stanie, gdy tylko Teddy Hawkins użył słowa ?sufrażetka?. Była pewna, że właśnie dlatego ją wybrali. Teraz wszyscy siedzą w Olde Cheshire Cheese, wychylając kolejne kufle portera, dzieląc się wieprzowymi skwarkami i uśmiechając kpiąco.

Frankie rzeczywiście kilka miesięcy wcześniej narysowała wspomnianą karykaturę z myślą o ?Puncha?. Przez lata starała się zamieścić tam swoje rysunki, ale zawsze powtarzano jej, że są za mało satyryczne, nie licząc tego jednego. Chłopak w recepcji, który wyglądał na zbyt młodego, żeby nosić długie spodnie, zakrztusił się ze śmiechu, zanim go jej oddał. Kiedy redakcja ?Puncha? odrzuciła karykaturę, ta popłynęła w dół mętnego łańcucha pokarmowego Fleet Street, aż w końcu trafiła pod drzwi ?London Evening Gazette?, szmatławca, który drukował swój tytuł cyrkową czcionką i używał hasła ?Najlepsza gazeta na ziemi?. Pan Stark stwierdził, że rysunek idealnie pasuje do profilu ?Evening Gazette?. Grupa kobiet stała wokół stołu zastawionego ciastami i babeczkami ? narysowane przez nią sylwetki były ?doskonałe?, stwierdził, ?zupełnie jak w ?Punchu?? ? podczas gdy jedna mocowała do dzbanka z herbatą długą rurkę w rodzaju tych, jakich używa się w Holloway do przymusowego karmienia kobiet prowadzących strajk głodowy. Ebony Diamond niewłaściwie zacytowała podpis, który brzmiał: ?Nie, Mildred. Myślę, że tym razem napiję się przez nos?.

Plakat z epoki pokazujący, jak w więzieniach karmiono sufrażystki siłą.

Plakat z epoki pokazujący, jak w więzieniach karmiono siłą sufrażystki, które prowadziły strajk głodowy.

W poniedziałek po wydrukowaniu rysunku pan Stark osobiście wezwał ją do swojego gabinetu, uścisnął jej dłoń ? wtedy po raz jedyny popatrzył jej w oczy ? i zaproponował prowadzenie piątkowej rubryki, którą nazywał ?przewodnikiem po społeczeństwie?, wspólnie z Iskierką, podstarzałą ?bywałą damą?.

? Potrzebuję tylko jednego zdjęcia. Nie musi pani nic mówić. Ale jeśli wrócę bez zdjęcia, mój redaktor rozwiesi moje flaki na sznurze z praniem.

? Proszę mi to zabrać z oczu. ? Czarna sukienka Ebony zaszeleściła, gdy kobieta przepchnęła się obok Frankie. Ruch uliczny zmalał, tworząc lukę. Frankie ruszyła w stronę Ebony, unosząc aparat do twarzy.

Nagle Ebony do niej doskoczyła. W tej samej chwili, gdy Frankie nacisnęła guzik migawki, jej szczęka odskoczyła pod wpływem prawego sierpowego Ebony Diamond. Ebony była nie tylko silna, ale także zwinna, i po chwili zdołała mocno chwycić aparat. Jednym gwałtownym ruchem wyrwała go dziewczynie i ruszyła z powrotem w stronę sprzedawczyni perfum.

? Nie jest mój. Proszę go oddać.

? Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. ? Ebony rzuciła aparat na ziemię i Frankie przez pełną przerażenia chwilę myślała, że zamierza go zdeptać.

? Nie jest mój, do diaska!

Ebony cofnęła się o krok, a następnie wyrwała sprzedawczyni buteleczkę piżma.

? Oszalała pani? ? Frankie z grozą zrozumiała, co Ebony zamierza, ale mogła tylko patrzeć, jak ta uderzeniem dłoni odrywa rozpylacz od szyjki butelki i wylewa jej zawartość na aparat. Potem sięgnęła do kieszeni sukni, wyjęła zapałkę, potarła nią o podeszwę buta i upuściła.

Klienci i sprzedawcy odskoczyli do tyłu, gdy błękitno-złote płomienie otoczyły skórzaną obudowę. Połyskująca farba ochronna zaczęła skwierczeć i płonąć.

Frankie aż się zatoczyła.

? Po co pani to zrobiła? Brakuje pani piątej klepki! Całkiem pani zbzikowała. ? Osmaliła sobie dłonie, usiłując stłumić płomienie. Rozglądając się rozpaczliwie, zobaczyła kataryniarza z blaszanym kubkiem pełnym piwa o paskudnym kolorze. Odebrała mu go, nie zwracając uwagi na jego protesty, i szybko oblała piwem płonący aparat.

Dym z palonej skóry z sykiem wzniósł się w powietrze. Płomienie zmalały, a po chwili zniknęły. Frankie ostrożnie dotknęła jednego z mosiężnych okuć i gwałtownie cofnęła palec, tak było rozpalone. Kawałki metalu na bokach aparatu stopiły się i zdeformowały. Zanim odda sprzęt, będzie musiała go zabrać do jednego z zegarmistrzów przy Gray?s Inn Road.

Podniosła wzrok, rozejrzała się, ale nigdzie nie dostrzegła Ebony. Londyński tłum ponownie wypełnił chodniki. Jeśli nie połknęła jej ludzka ciżba, to rozpłynęła się w gęstniejącej mgle. Frankie przykucnęła na zimnym gruncie i przeciągle jęknęła.

To był najgorszy dzień od czasu, gdy pan Rodgers z ?Tottenham Evening News? kazał jej spędzić sześć godzin przed kostnicą w Southwark, gdzie wypatrywała mężczyzny, którego zmasakrowała świnia. Frankie gorzko pożałowała, że nie wybrała się na turniej rzucania kółkami albo rozprawę rozwodową bądź nie została w łóżku, w ogóle rezygnując z pracy. Wszystko, byle nie ta zwariowana, dzika sufrażetka.

Wstała i podniosła przemoczony, przypalony aparat, z którego wydobywała się słodka woń. Po ulicy szaleńczo mknęły pojazdy, a na chodniku napierali na nią śpieszący się ludzie. Kobieta od Fenwicka wołała: ?Ojej, ojej?.

Frankie z ciężkim sercem ruszyła w stronę najbliższej stacji metra. Uszła kilka kroków, gdy nagle pośród brudnej mgły zauważyła jaskrawy błysk. Coś w kolorze jasnej miedzi kołysało się w górę i w dół, zrazu łagodnie, potem coraz bardziej żywiołowo, lawirując między pojazdami i przechodniami.

Rudowłosy chłopiec; ten sam, który wpuścił ją do sklepu. Frankie zatrzymała się, żeby na niego popatrzeć. Zanurkował za stojący wóz, rozejrzał się w tył i w przód, a potem ponownie ruszył, zwinny jak kocur.

Pewnie kieszonkowiec, pomyślała. Dzięki Bogu, że nie dała mu tamtego szylinga, bo byłoby jeszcze gorzej. A potem znów donośnie jęknęła ? tym razem zwracając na siebie uwagę zdjętych grozą przechodniów przy Bond Street ? gdy uświadomiła sobie, że zostawiła futerał od aparatu w sklepie z gorsetami.
(…)

sufrazystkiLucy Ribchester „Sufrażystki”
Tłumaczenie: Robert Waliś
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 432

Opis: Wartki kryminał historyczny. Londyn, 1912 rok. Napięcie w organizacji sufrażystek sięga zenitu, jednak dla Frankie George, spłukanej chłopczycy z Fleet Street, najpoważniejszym problemem jest przetrwanie w brutalnej branży prasowej. Redakcja zleca jej przeprowadzenie wywiadu z cyrkową akrobatką Ebony Diamond, która niebawem znika w tajemniczych okolicznościach. Podczas występu, zaś Frankie zostaje wciągnięta w świat oszustw, modnych felietonistek, fetyszystów, sufrażystek i cyrkowych dziwadeł. Jak zniknęła Ebony, kogo się obawiała i co dzieje się za drzwiami tajemniczej Fabryki Klepsydr? Zaginiona Ebony Diamond prowadzi Frankie śladem mordercy, który wciela w życie niewyobrażalny plan…

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek