banner ad

Premierowy fragment kryminału „Bezsilni” autorstwa Kati Hiekkapelto

23 marca 2017


W marcu w polskich księgarniach zadebiutowała fińska autorka kryminałów Kati Hiekkapelto. „Bezsilni” to wyzwolona i odważna powieść z aktualnym tłem społecznym, która zdobyła nagrodę Best Finnish Crime Novel 2014 roku. Poniżej możecie przeczytać fragment książki.

1

Sammy dostał się do Finlandii w taki sam sposób i taką samą drogą, jak dobrze mu znana heroina, którą przemycano, aby zaspokoić głód narkotykowy mieszkańców Europy Zachodniej: ukryty w ciężarówce pokonał w obłokach spalin niekończące się stepy Rosji.

Heroina jechała dalej, Sammy zakończył podróż.

Wystąpił o azyl i zamieszkał w ośrodku dla uchodźców, gdzie prawie udało mu się wyrwać ze szponów nałogu. Na decyzję w swojej sprawie czekał dwa lata, cztery miesiące i jeden tydzień. Kiedy w końcu otrzymał postanowienie o deportacji, uciekł, wylądował na ulicy i odkrył subutex.

Czoło Sammy?ego pokryły kropelki zimnego potu. Coraz bardziej bolała go głowa. Przeliczył pieniądze ? banknot i kilka monet, które dostał z kościelnej fundacji pomagającej bezdomnym. Na razie powinny starczyć, potem zastanowi się nad tym, skąd wziąć więcej. Kasa zawsze się pojawia, jeśli się wie, gdzie szukać. Zbierał butelki, pracował też na czarno w pizzerii, sprzątając i załatwiając sprawy, które zlecali mu właściciele. Przynajmniej nie musiał się prostytuować (w każdym razie nie za często) i popełniać poważniejszych wykroczeń. Nie był przestępcą. Nienawidził bydlaków, którzy okradali starszych ludzi albo włamywali się do domów. To chyba właśnie włamania wzbudzały w nim największą odrazę. Tak nie wolno. Dom to miejsce, w którym człowiek powinien się czuć bezpiecznie. Gdyby mógł spokojnie przebywać we własnym domu, gdyby czuł się tam bezpiecznie, nic złego by się nie wydarzyło. Uczyłby się i planował karierę. W niedziele chodziłby do kościoła i zerkał ukradkiem na dziewczynę, z którą zgodnie z wolą rodziców miałby się ożenić. Byłaby piękna. Kiedy wyczuwałaby jego spojrzenie, skromnie spuszczałaby wzrok, jej gęste, podkręcane rzęsy rzucałyby cień na wysoko osadzone kości policzkowe, a na twarzy pojawiałby się cień uśmiechu. Byłaby wiosna. Na dworze śpiewałyby ptaszki, przygrzewałoby słonko, a w dolinie za domem kwitłyby tysiące drzew.

Przejmujące zimno bez trudu przenikało przez ubranie Sammy?ego. Zamarznięta ziemia była śliska i nierówna, utrudniała chodzenie. Wcześniej przynajmniej rozgrzał się trochę w promieniach słońca. Wędrując po obrzeżach miasta, co jakiś czas zamykał oczy i unosił twarz ku niebu, aby poczuć na policzkach choć odrobinę ciepła. Jednak zima nie miała dla niego litości, temperatura wciąż spadała. Budrysówka, którą dostał z Armii Zbawienia, była cienka, a nigdy nie słyszał o ubieraniu się na cebulkę. Żył na ulicy od dwóch miesięcy i cały ten czas chodził zmarznięty. Czy zima i mróz nigdy się nie skończą? Gdzie tej nocy będzie spać?

Nieważne, najpierw musi zdobyć subutex. Buprenorfinę. Dragi. Tabsy. Jak zwał, tak zwał. Kiedyś na kursie fińskiego omawiali fińskie przysłowia i starali się znaleźć ich odpowiedniki we własnych językach. Sammy?emu nie przychodziło nic do głowy, choć nauczyciel nalegał, aby coś sobie przypomniał. Wydawało mu się, że od tych zajęć minęły całe wieki.

Ruszył do dzielnicy Leppioja. Znał fińskiego dilera, który tam mieszkał. Był w tym samym wieku, co on, a na dodatek też brał. Nie przepadał za Mackem. Wyczuwał w nim napięcie i gwałtowność, coś przerażającego, szaleństwo osoby uzależnionej. Tyle że Macke zawsze miał towar. Może da Sammy?emu jakiś rabat. A może nawet pozwoli mu spędzić u siebie noc. Głowa bolała go coraz bardziej. Przyspieszył. Dzielnica leżała dość daleko, właściwie było to zaledwie kilka niskich bloków i domów w zabudowie szeregowej pośrodku lasu. Nie przypominała zwykłych dzielnic zaludnianych przez ćpunów ? nie było tam nawet sklepu na rogu, który można by okraść. Sammy lubił ciszę i spokój. Z niejasnego powodu bardziej bał się aresztowania w centrum miasta niż gdzie indziej, chociaż zdawał sobie sprawę, że przyciąga większą uwagę w okolicach, gdzie nie widuje się zbyt wielu imigrantów. Najlepsze były największe dzielnice podmiejskie: Rajapuro, Koivuharju i Vaarala. Zawsze było w nich mnóstwo towaru i znajomych, nawet jego rodaków. Na przedmieściach nie mógł całkowicie wtopić się w otoczenie, ale przynajmniej panowała tam cisza. Leppioja była niewielka. Zdaje się, że rodzice Mackego mieli tam lokum i pozwalali mu w nim pomieszkiwać. Chyba tylko dlatego Macke jeszcze nie został eksmitowany.

Drzwi bloku oczywiście były zamknięte. Nie mógł dać znać, że przyjdzie, bo nie miał komórki. To utrudniało zdobywanie towaru, ale Sammy bardziej niż głodu bał się, że zostanie złapany przez kogoś z wydziału antynarkotykowego. Jeden niefortunny telefon albo esemes może być jak odcisk łapy na świeżym śniegu. Umiał rozpoznać ślady zająca. W nocy widywało się ich sporo wokół tego miasta, które dla niego było jak polana w niekończącym się lesie na obrzeżach syberyjskiej tajgi. Miasto, które zostawił za sobą, miało ponad milion mieszkańców. Poza tym nieustanne zmienianie telefonów i kart SIM było kosztowne i wiązało się z kolejnym ryzykiem: chodzeniem do sklepów. Sammy nie chciał pokazywać twarzy w miejscach, gdzie mogły być kamery.

Tym razem zaryzykował. Zaczekał przy drzwiach w nadziei, że ktoś się pojawi i będzie mógł wślizgnąć się do środka. Usiłował zachować spokój, ale i tak wciąż rozglądał się dookoła. Czy ktoś go widzi? Do następnego bloku było dobrych kilkanaście metrów. Pomiędzy budynkami rosło parę świerków i krzaków pokrytych szronem, był też plac zabaw i boisko o twardej jak kamień, oblodzonej powierzchni. Nieliczne latarnie nie miały wystarczającej mocy, by oświetlić cały teren. Mieszkańcy jeszcze nie spali, ze swoich okien nie widzieli jednak całego podwórka. Niestety Sammy nie mógł ukryć się całkowicie w ciemności. Jasna, heksagonalna lampa nad drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową była niczym reflektor. Światło nadawało jego ciemnej skórze siny odcień.

Czuł się jak aktor stojący na scenie i ogarniał go coraz większy niepokój. Minęło stanowczo za dużo czasu, odkąd ostatnio coś brał. Usiłował trzymać nałóg w ryzach, szprycował się tylko po to, by zagłuszyć ciągły strach i rozgrzać się w mroźne noce. Rzuci to w cholerę, gdy tylko wszystko zacznie się układać. Nie powinien mieć z tym problemu, w końcu nie był naprawdę uzależniony. Nagle poczuł, że zaczyna się trząść. To z zimna. Miał wielką ochotę stłuc szybę w drzwiach i zacząć wrzeszczeć. Musiał się dostać do środka. Macke się nim zajmie.

Nagle na klatce schodowej zapaliło się światło. Sammy wyprostował się, zrobił kilka kroków do tyłu i spróbował przybrać przyjacielski, beztroski wyraz twarzy, chociaż wiedział, że to bezcelowe. W tym kraju nigdy nie zdoła wmieszać się w tłum, stać się jednym z tych bezgranicznie szczęśliwych, różowiutkich Finów; jego czarne oczy i ciemna skóra zawsze przyciągną czyjąś uwagę. To właśnie dlatego trzeba sprawiać przyjazne wrażenie. Nawet najmniejszy cień groźby ze strony kogoś takiego jak on może sprawić, że ludzie sięgną po telefony i wezwą policję.

Na klatce schodowej pojawił się mężczyzna, nie za młody, ale i nie za stary. Sammy miał problem z określeniem wieku większości Finów. Ten był elegancki, wysoki, miał na sobie ciemną wełnianą kurtkę i czapkę. Ale nie wyglądał na szczególnie bogatego. Jego ubranie było stare. Chłopak obserwował ludzi na tyle długo, by wiedzieć, jak rozpoznać zamożność, życzliwość i zagrożenie z ich strony. Teraz wyczuwał to ostatnie. Kiedy mężczyzna był już przy samych drzwiach, Sammy podszedł do nich, jakby właśnie co się zjawił, po czym pochylił się i zaczął grzebać w kieszeni, udając, że szuka klucza, chociaż bał się, że wygląda, jakby chciał zwymiotować. „Ach, co za szczęście, że pan tu jest. Też życzę miłego wieczoru. Powodzenia”. Powiedziałby coś takiego, gdyby mógł wydobyć z siebie głos. Zdołał tylko się uśmiechnąć, mając nadzieję, że drżenie jego ciała nie rzuca się za bardzo w oczy. Mężczyzna zmierzył go wzrokiem i powiedział coś szorstkim głosem. Sammy pokazał na górę i uśmiechnął się jak kretyn. Facet stanął w drzwiach, przyglądając mu się sceptycznie. Chłopak wyczuł jego wahanie. Strach nagle się ulotnił. Raz jeszcze pokazał na górę i zdobył się na odwagę, by wypowiedzieć słowo „przyjaciel”. Mężczyzna spojrzał za siebie na klatkę schodową dokładnie w tej samej chwili, gdy zgasło światło. Zupełnie jakby wystraszyła go ciemność, otworzył szerzej drzwi i odszedł, nie oglądając się za siebie. Sammy znalazł się w pogrążonym w mroku korytarzu.

Vilho Karppinen padał z nóg. Przez cały wieczór miał mdłości i przysypiał przed telewizorem. W końcu poszedł do łóżka, ale nie mógł zasnąć z powodu straszliwego hałasu dobiegającego z któregoś z sąsiednich mieszkań. Nie słyszał melodii, ale bas był tak głośny, że przenikał przez ściany budynku, rezonował z ramą łóżka i wdzierał się w uszy. Całe łóżko drżało. Momentami hałas ustawał, a wtedy Vilho odpływał, potem jednak wszystko zaczynało się na nowo i wyrywało go ze snu. To się zresztą zdarzało nie pierwszy raz. Vilho liczył na to, że któryś z sąsiadów wezwie w końcu policję, ale najwidoczniej nikt tego nie zrobił. Hałas wciąż powracał, chociaż nie każdej nocy. Czyżby tylko jemu to przeszkadzało? Ci cholerni gówniarze nie dają innym spać i nikt nie zwraca na to uwagi! Tym razem nie ujdzie im to płazem. Zejdzie i każe im wyłączyć tę łupaninę, bo trudno to nazwać muzyką. Jeśli nie posłuchają, wezwie policję. A z samego rana poskarży się we wspólnocie mieszkaniowej. Te hałaśliwe nieroby zostaną wyrzucone na bruk i znów będzie mógł spać spokojnie. Potrzebował solidnej dawki snu ? człowiek w jego wieku zasługiwał na odpoczynek.

Vilho ostrożnie usiadł na brzegu łóżka. Zakręciło mu się w głowie. Trzeba to załatwić, powiedział sobie, po czym wstał z jękiem, włożył kapcie i poczłapał do przedpokoju. Dlaczego nagle stał się taki niedołężny? Kiedy to się zaczęło? Jeszcze kilka lat temu o tej porze roku jeździł na narty. A może to było dawniej? Wyszedł na korytarz w samej piżamie, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Nasłuchiwał w ciemności, próbując ustalić, skąd dochodzi hałas. Z piętra niżej. Pewnie z mieszkania, które zajmuje ten młody chuligan. Vilho nie znał go, mijali się tylko w korytarzu. Chłopak nie mówił „dzień dobry” ani nie patrzył mu w oczy. Podejrzany typ. Dobrze przynajmniej, że to ta sama klatka, nie musi wkładać kurtki.
Zszedł piętro niżej i wcisnął z całych sił dzwonek. Drzwi otworzyły się i ktoś wciągnął go do środka. Czyjaś ręka złapała go za górę piżamy, ciągnąc tak mocno, że materiał napiął mu się na plecach.

? Co jest, do chuja? Czego tu szukasz, dziadku?

Chłopak przyciągnął go do siebie. Vilho poczuł od niego alkohol i dokładnie spojrzał mu w oczy: źrenice przypominały łebki od szpilek. Wiedział już, że popełnił błąd. Trzeba było zadzwonić na policję, zamiast zgrywać bohatera. Czasami po prostu zapominał, ile ma lat, mimo zawrotów głowy, słabości i tego, że ilekroć spojrzał w lustro, widział tam siwego, zasuszonego staruszka.

? Mógłby pan trochę ściszyć muzykę? ? zapytał. ? Potrzebuję snu. To wszystko.

? A my, kurwa, chcemy tego posłuchać ? odparł chłopak i zaczął ciągnąć go do salonu. Vilho próbował się opierać, był jednak za słaby, nie miał szans przy tym młodym byczku, na dodatek nabuzowanym od jakiegoś chemicznego świństwa. Uderzyłby go, gdyby nie to, że jego pięści przypominały skórzane rękawiczki suszące się na kaloryferze ? były sztywne, a zarazem bezwładne. W salonie chłopak go puścił. Vilho wciągnął łapczywie powietrze. Na kanapie siedział drugi chłopak, o ciemnej karnacji i dobrym spojrzeniu. Nie sprawiał wrażenia groźnego. Może jednak uda mu się z tego wykaraskać.

? Nie chcę kłopotów ? powiedział Vilha. ? Przyszedłem tu w sprawie muzyki. Strasznie mi przeszkadza, mieszkam bezpośrednio pod wami.

? Stul gębę, stary pierdzielu. Za kogo ty się, kurwa, masz? Całymi dniami tylko szpiegujesz innych. Człowiek nie ma ani chwili spokoju, bo jebane staruchy wszędzie węszą.

Chłopak na kanapie powiedział coś cichym głosem. Vilho nie zrozumiał, ale cieszył go pojednawczy ton tamtego. Może się uda. Odwrócił się do wyjścia. Jednak znów zakręciło mu się w głowie i nogi się pod nim ugięły. Wyciągnął rękę do chłopaka, żeby się go przytrzymać. Ten jednak wrzasnął coś z gniewem i zdzielił go pięścią w twarz. Vilho upadł na podłogę, po drodze zawadzając głową o krawędź stołu. Krew trysnęła na śmierdzący dywan i utworzyła jeziorko między pustą strzykawką a puszką po piwie.

? Kurwa, zabiłem go! ? krzyknął chłopak i zaczął chichotać. Zanim Vilho stracił przytomność, zdążył zobaczyć, że chłopak przygląda mu się najpierw z rozbawieniem, a potem z coraz poważniejszą miną. W końcu przyłożył rękę do szyi staruszka, żeby sprawdzić puls.

? Ten kutas nie żyje! ? wrzasnął. ? Musimy coś zrobić. Rusz dupę, jebany Pakistańcu. Trzeba coś wymyślić. I to szybko!
(…)

Kati Hiekkapelto „Bezsilni”
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Wydawnictwo: Ringier Axel Springer Polska
Liczba stron: 352

Opis: Co łączy zaginięcia starszych ludzi na fińskich przedmieściach, handel narkotykami i nielegalną imigrację? Pochodząca z Węgier posterunkowa Anna Fekete rozwiązuje skomplikowaną sprawę razem z mrukliwym i aroganckim kolegą z policji Eskiem, rozpracowującym gangi Czarnych Kobr i Aniołów Piekieł. W miarę postępów śledztwa, prowadzącego przez meliny narkomanów, nocne kluby i mieszkania zwykłych obywateli, Anna nie tylko odkrywa mroczne tajemnice porządnych Finów i ciemne strony imigracji, ale też konfrontuje się z dylematami własnego życia uczuciowego. Intrygująca, niezwykle aktualna powieść z silnym tłem społecznym, doskonała dla fanów zagadek kryminalnych i wielbicieli bezkompromisowych, autentycznych bohaterek, jak Lisbeth Salander z sagi „Millenium” albo Sarah Lund z serialu „The Killing”.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek