banner ad

Premiera wyróżnionej National Book Award powieści „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” Jesmyn Ward. Przeczytaj fragment książki

27 lutego 2019


Nakładem Wydawnictwa Poznańskiego ukazała się najnowsza powieść utalentowanej amerykańskiej pisarki Jesmyn Ward. „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” uhonorowano prestiżową nagrodą National Book Award. W uzasadnieniu przyznania wyróżnienia kapituła napisała: „Narracja powieści jest tak pięknie zwarta i tak poruszająco wymowna, że zapiera dech w piersi. Dzięki wyimaginowanym postaciom, zarówno żywym, jak i martwym, ta powieść drogi wychodzi poza drogę, stając się większa opowieścią o tym, co to znaczy być Amerykaninem na wiejskim Południu, zarówno teraz, jak i przed dziesięcioleciami. Od starszych, kochających Tatków, po małą jasnowidzkę Michaelę, żywi i umarli stawiają czoła rasizmowi, nadziei i odwiecznemu wpływowi historii”. Poniżej prezentujemy fragment książki. Poznajcie ubogą, czarnoskórą rodzinę głównego bohatera, trzynastolatka Jojo. Na załączonych zdjęciach możecie zobaczyć Mississippi na południu USA, gdzie wychowywała się Jesmyn Ward i gdzie rozgrywa się akcja powieści „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”.

Duszący zapach wątróbki podsmażanej w rondlu drapie mnie z tyłu gardła, choć Tatko dorzucił do niej trochę smalcu. Kładzie ją na talerzu, ale w kuchni nadal śmierdzi; tłusty sos, którym ją oblewał, okala mięso przypominającą serce kałużą, a ja zastanawiam się, czy Tatko nie zrobił tego umyślnie. Niosę talerz pod drzwi Mamci, ale ona jeszcze śpi, więc wracam z wątróbką do kuchni, gdzie Tatko owija ją papierowym ręcznikiem, żeby nie wystygła, a potem przyglądam się, jak kroi i przyprawia resztę mięsa ? dodaje do niego czosnek, seler, paprykę i cebulę, od której pieką mnie oczy ? by wstawić je do gotowania.

Gdyby Mamcia i Tatko byli w domu podczas kłótni Michaela i Leonie, powstrzymaliby ją. „Chłopiec nie musi tego oglądać”, powiedziałby Tatko. „Nie chcesz, żeby twoje dziecko myślało, że tak się traktuje ludzi”, mogłaby dodać Mamcia. Ale nie było ich tamtego dnia w domu. Co nie zdarza się często. Nie było ich wtedy, bo właśnie tamtego dnia dowiedzieli się, że Mamcia jest chora na raka, a Tatko woził ją od jednego lekarza do drugiego. Wtedy po raz pierwszy, odkąd tylko pamiętam, oddali mnie pod opiekę Leonie. Po wyjeździe Michaela z Dużym Josephem czułem się dziwnie, siedząc naprzeciw Leonie przy stole i przygotowując kanapkę ze smażonych ziemniaków, gdy ona gapiła się nie wiadomo na co, krzyżowała nogi i majtała stopą, wypuszczając z ust wąską strużkę papierosowego dymu, który spowijał jej głowę jak welon, choć Mamcia i Tatko nie pozwalali jej palić w domu. Zostałem z nią sam na sam. Strzepywała popiół i gasiła papierosy w pustej puszce po coli, którą wcześniej wypiła, a gdy odgryzłem kęs kanapki, powiedziała:

? To obrzydliwe.

Otarła łzy po awanturze z Michaelem, ale wciąż widziałem suche, połyskujące ślady od płaczu na jej policzkach ? tam, gdzie spływały łzy.

? Tatko tak je.

? Musisz robić wszystko jak Tatko?

Pokręciłem głową, bo zdaje się, właśnie tego oczekiwała. Ale zawsze podobała mi się większość rzeczy, które robi Tatko: podobało mi się, jak stoi, kiedy mówi; podobało mi się, jak odgarnia włosy z czoła do tyłu i przyczesuje je po bokach, przez co wygląda jak Indianin z książek o Czoktawach i Krikach, które czytaliśmy w szkole; podobało mi się, że sadza mnie przed sobą i jeździ ze mną traktorem; podobało mi się, jak je ? starannie i schludnie, choć szybko; i podobały mi się historie, które mi opowiada przed snem. Kiedy miałem dziewięć lat, Tatko był we wszystkim dobry.

? Wygląda na to, że musisz.

Nie odpowiedziałem, przełknąłem z trudem. Ziemniaki były słone i grube, warstwa majonezu i keczupu za cienka, więc plasterki ziemniaków więzły mi w gardle.

? Nawet to ciamkanie brzmi obrzydliwie ? powiedziała Leonie. Wrzuciła papierosa do puszki i przesunęła ją przez stół w moją stronę. ? Wyrzuć to.

Wyszła z kuchni do salonu i podniosła z sofy zostawioną przez Michaela bejsbolówkę; naciągnęła ją mocno na oczy.

? Niedługo wrócę ? powiedziała.

Podreptałem za nią z kanapką w ręku. Trzasnęły drzwi, przepchnąłem się przez nie. ?Chcesz mnie zostawić samego??, miałem ochotę zapytać, ale ziemniaki utkwiły mi w gardle, zaklinowane przez pęczniejącą w brzuchu panikę: nigdy nie zostawałem sam.

? Mamcia i Tatko zaraz przyjadą ? rzuciła, zatrzaskując drzwi auta.

Jeździła niskim czerwonawym chevroletem malibu, sprezentowanym jej przez Mamcię i Tatkę, gdy skończyła szkołę średnią. Wyjechała z podjazdu, wystawiając rękę przez okno, żeby się ochłodzić albo pomachać ? trudno orzec ? i zniknęła.

Siedzenie samemu w zbyt cichym domu przerażało mnie z jakiegoś powodu, więc usiadłem na chwilę na werandzie, ale zaraz usłyszałem śpiew: wysoki męski głos fałszujący straszliwie jedną i tę samą przyśpiewkę: „Och, Ciołku-iiii czemuś niewierny miii?”. Ulicą szedł Ciołek, najstarszy brat Tatki, z długą laską w dłoni. Miał sztywne, tłuste od plam ubranie i wymachiwał laską jak siekierą. Nigdy nie mogłem zrozumieć, co mówi, kiedy go spotykałem, jakby mówił w obcym języku, choć wiedziałem, że mówi po angielsku: każdego dnia przemierzał całe Bois Sauvage, wyśpiewując i wymachując laską. Chodził wyprostowany jak Tatko i dumny jak Tatko. Miał taki sam nos, jaki ma Tatko. Ale wszystko inne było w nim niepodobne do Tatki, bo wyglądał tak, jakby ktoś wyżął mokrego Tatkę jak ścierkę i wysuszył nie tak, jak trzeba. Taki był Ciołek. Kiedyś zapytałem Mamcię, co mu jest i dlaczego zawsze śmierdzi jak pancernik, na co Mamcia zmarszczyła brwi i powiedziała: „Ma nie po kolei w głowie, Jojo”. A potem dodała: „Nie pytaj o to Tatki”.

Nie chciałem, żeby mnie zobaczył, więc zeskoczyłem z werandy i pobiegłem na tyły podwórka, do lasu. Ulżyło mi, gdy usłyszałem chrząkanie świń, kozy skubiące i jedzące to, co wyskubały, dziobiące i grzebiące w ziemi kury. Już nie czułem się mały i osamotniony. Przykucnąłem w trawie, patrząc na zwierzęta, wyobrażając sobie, że słyszę, jak do mnie mówią, i rozumiem, co chcą mi powiedzieć. Spoglądałem na tłustego wieprza z łatami na bokach; od czasu do czasu kwiczał do mnie i strzygł uszami, jakby mówił: „Podrap mnie tu, synku”. Kozy oblizywały mnie i trykały, skubały moje palce i meczały, a ja słyszałem: „Sól jest słona i dobra ? daj nam soli”. Trzymany przez Tatkę koń skłonił łeb, zatańczył i odskoczył, a łopatki zamigotały mu jak mokre czerwone błoto z Missisipi; chciał mi powiedzieć: „Mógłbym cię, chłopcze, całego przeskoczyć i och, pocwałowałbym sobie, pocwałował daleko przed siebie, i tylko tyle byś mnie widział! A ziemia, na której stoisz, zadrżałaby pod moimi kopytami”. Przeraziło mnie, że słyszę zwierzęta i rozumiem ich mowę. Bo Ciołek też to umiał. Czasem przystawał na środku ulicy i prowadził długie rozmowy z Casperem, czarnym kudłatym kundlem sąsiadów.

Ale trudno nie słyszeć zwierząt, gdy się na nie patrzy i od razu rozumie, tak jak się czyta, patrząc na zdanie i pojmując słowa ? wszystko za jednym zamachem. Więc po wyjeździe Leonie siedziałem trochę na tyłach podwórka i wsłuchiwałem się w mowę świń i koni, a śpiew starego Ciołka zamierał niczym szalejąca i cichnąca wichura. Chodziłem od zagrody do zagrody, zerkając na słońce, żeby oszacować, jak długo już nie ma Leonie, jak długo nie ma Mamci z Tatką i kiedy mogę się ich spodziewać, tak żebym zdążył wrócić do domu na czas. Chodziłem z zadartą głową, nasłuchując szumu opon, więc nie zauważyłem wystającej z ziemi wyszczerbionej pokrywy kubła, nie zauważyłem, kiedy postawiłem na niej stopę ? poczułem tylko, że coś przeszkadza mi w pójściu dalej. Krawędź wżarła się głęboko. Wrzasnąłem i upadłem, trzymając się za nogę; wiedziałem, że wszystkie zwierzęta rozumieją, co krzyczę: „Puść mnie, wielka paszczo! Nie pożeraj mnie!”.

Nie pożarła mnie, ale krwawiąca stopa bolała, więc siedząc na ziemi w końskiej zagrodzie, zapłakałem, czując keczup i kwas z tyłu gardła i trzymając się za kolano. Za bardzo się bałem, żeby samemu wyciągnąć stopę z pokrywy, ale usłyszałem trzaskanie drzwiami samochodu, a potem ciszę i wreszcie głos wołającego mnie Tatki; odpowiedziałem na wołanie, więc znalazł mnie siedzącego na ziemi, popłakującego, łapiącego spazmatycznie oddech i w ogóle niedbającego o to, że się mażę. Tatko stanął z boku i dotknął nogi, tak samo jak dotyka zazwyczaj nogi konia, gdy sprawdza mu podkowę. W jednym ułamku sekundy wyrwał pokrywę ze stopy, a ja wrzasnąłem z bólu. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że Tatko nie powinien czegoś robić.

Kiedy tamtego wieczoru Leonie wróciła do domu, nic nie powiedziała. Chyba nie zauważyła, co się stało z moją nogą, póki Tatko nie krzyknął na nią i nie zaczął powtarzać raz po raz: „Jasna cholera, Leonie!”. Drzemałem po lekarstwie przeciwbólowym, swędziła mnie skóra po antybiotykach, a całą stopę miałem owiniętą na biało, bardzo ciasno, i widziałem, jak Tatko walnął dłonią w ścianę, żeby podkreślić: „Leonie!”. Wzdrygnęła się, cofnęła, a potem syknęła do Tatki: „Ty w jego wieku obierałeś ostrygi na przystani, a Mamcia zmieniała pieluchy”. A potem: „Jest już duży”. Spojrzała na mnie: „Nic ci nie jest, hę, Jojo?”. Podniosłem głowę i odpowiedziałem: „Nie, Leonie”. To było coś nowego: patrzyłem na dłonie, które mnie głaskały, na krzywe zęby w nigdy niezamykającej się buzi i nie słyszałem w głowie „mama”, tylko jej imię: „Leonie”. Gdy je wypowiedziałem, roześmiała się, a śmiech wyrwał się jej jak wykopany ciężką łopatą z ziemi. Tatko spojrzał na nią tak, jakby chciał ją uderzyć, ale zmienił zdanie i parsknął jak wtedy, gdy nie udawały mu się zbiory albo maciora urodziła martwy w połowie miot ? jak ktoś bardzo rozczarowany. Usiadł ze mną na kanapie ? jednej z dwóch w salonie. Tamtej nocy po raz pierwszy zostawił Mamcię samą w łóżku. Ja spałem na szezlongu, a Tatko na sofie, na której ? gdy Mamci pogarszało się coraz bardziej ? już został.

Podczas gotowania koźlina pachnie jak wołowina. A nawet tak samo wygląda: jest ciemna i łykowata. Tatko dźga ją łyżką, sprawdza miękkość i zostawia pokrywkę lekko odsuniętą, żeby para nie kłębiła się tylko w samym garnku.

? Tatku, opowiesz mi jeszcze raz o sobie i Ciołku? ? proszę.

? O czym? ? pyta zaskoczony.

? O Parchman ? odpowiadam.

Tatko zaciska dłonie. Pochyla się, żeby powąchać gotującego się kozła.

? Nie mówiłem ci o tym? ? pyta.

Wzruszam ramionami. Czasem wydaje mi się, że jestem podobny do Ciołka, zwłaszcza z nosa i warg. Do Ciołka i do Tatki. Chcę usłyszeć, czym się różnią. Czym się wszyscy różnimy.

? No, ale chcę, żebyś mi to opowiedział jeszcze raz ? proszę.

Tatko robi to, gdy zostajemy sami, gdy siedzimy do późna w salonie albo na podwórku, albo w lesie. Opowiada mi różne historie. O jedzeniu wodnych pałek, które jego tatuś zbierał na moczarach. O tym, jak jego mamcia i inni zbierali oplątwę, żeby wypychać nią materace. Czasem opowiada mi jakąś historię trzy, a nawet cztery razy. Słuchanie tych opowieści sprawia, że głos Tatki jest jak ręka, którą do mnie wyciąga, którą mnie głaszcze po plecach, przez co mogę zapomnieć o wszystkim, co nie pozwala mi dorównać Tatce i tak jak on być pewnym własnych racji. Teraz każe mi się pocić i przylepiać do krzesła w kuchni, gdzie od gotującej się na piecu koźliny zrobiło się tak gorąco, że zaparowały okna, a cały świat skurczył się do tej jednej izby, w której siedzimy z Tatką.

? Proszę? ? marudzę.

Tatko tłucze mięso, które wrzuci do wrzątku: zmiękcza je i kruszy; po chwili odchrząkuje. Opieram łokcie o stół i słucham:

„Ja i Ciołek mieliśmy jednego tatusia. Reszta braci i sióstr była od innych tatusiów, bo nasz umarł młodo. Miał nie więcej jak ze czterdzieści lat. Nie wiem dokładnie ile, bo on sam tego nie wiedział. Mówił, że jego maman i tatuś chowali się przed rachmistrzami, co robili spisy i nigdy nie mówili im prawdy: kłamali, ile mają dzieciaków, i nigdy nie rejestrowali żadnych narodzin w urzędzie. Mówili, że rachmistrze przychodzą węszyć i liczyć ludzi po to, żeby nas uwięzić, pozamykać nas w klatkach jak bydło. Więc nigdy niczego nie załatwiali w urzędach i żyli jak dawniej. Tatuś, zanim umarł, nauczył nas paru tych dawniejszych sztuczek: uczył nas polować i tropić, skórować zwierzęta, chodzić prosto i w ogóle żyć. Słuchałem go. Zawsze go słuchałem. A Ciołek nigdy go nie słuchał. Nawet kiedy był mały, ciągle był zajęty uganianiem się za psami albo lataniem nad gliniankę i nigdy nie usiadł, i nie słuchał. A kiedy podrósł, latał do baru z muzyką. Tatko mówił, że jest za przystojny, mówił, że urodził się ładny jak laleczka i dlatego ma tyle kłopotów. Bo ludzie lubią wszystko, co ładne, a przez to życie przychodzi mu za łatwo. Maman mówiła ‚Nie gadaj’, jak Tatko tak mówił, i mówiła, że Ciołek jest wrażliwy, i tyle. Mówiła, że przez to nie może usiedzieć w jednym miejscu i pomyśleć. Nie powiedziałem im wtedy tego, co myślałem, ale miarkowałem, że oboje nie mają racji. Bo według mnie Ciołek był w środku martwy i dlatego nie umiał wysiedzieć i słuchać, dlatego musiał wspinać się na najwyższą skarpę, jak chodził pływać w rzece, i skakać z niej do wody na głowę. I dlatego, jak miał już osiemnaście czy dziewiętnaście lat, chodził w prawie każdy cholerny weekend do tego baru z muzyką, i chodził tam z nożem w każdym bucie i każdym rękawie, żeby rżnąć i wracać do domu porżnięty ? potrzebował tego, żeby poczuć, że żyje. I żyłby tak dalej, gdyby nie przygnało tu tego marynarza razem z całą bandą białych z północy, co stacjonowali na Ship Island. Chyba chcieli się zabawić z kolorowymi, ale wpadli na Ciołka przy barze i się z nim przemówili, więc ten marynarz rozbił butelkę na głowie Ciołka, a Ciołek go porżnął, choć nie na śmierć, ale żeby go zranić, żeby ten nie mógł biec za uciekającym Ciołkiem; ale co z tego, kiedy jego koledzy byli szybsi i dopadli Ciołka. Byłem sam w domu, jak Ciołek wpadł zdyszany; maman zajmowała się swoją siostrą, co mieszkała trochę dalej, a tatko był w polu. Za Ciołkiem wpadli biali, związali nas obu i zabrali na dwór. ‚Nauczyta się, chłopaki, co znaczy robota’, powiedzieli. ‚Co znaczy postępować właściwie i zgodnie z prawem boskim i ludzkim’, mówili. ‚Pójdzieta, chłopaki, do Parchman’.

Miałem piętnaście lat. Ale nie byłem tam najmłodszy ? mówi Tatko ? bo najmłodszy był Bogaś”.

Kayla budzi się jak na zawołanie: przewraca się na brzuch i podnosi z uśmiechem. Wszędzie ma włosy, splątane jak zwisające z sosen pnącza. Ma po Michaelu zielone oczy, a włosy trochę jak Leonie, a trochę jak Michael ? z odcieniem siana.

? Jojo? ? pyta.

Zawsze tak zaczyna dzień, nawet wtedy, gdy jest w łóżku z Leonie. To właśnie z tej przyczyny nie mogę już sypiać na szezlongu z Tatką w salonie; jak Kayla była malutka, przyzwyczaiła się, że przychodziłem do niej w środku nocy z butelką. Więc sypiam na podłodze obok łóżka Leonie, a Kayla najczęściej ląduje na moim posłaniu, bo Leonie przeważnie nie ma. W kąciku ust Kayli zebrało się coś lepkiego. Liżę krawędź podkoszulka i wycieram jej policzek, a ona odpycha moją rękę i wdrapuje mi się na kolana: jest malutką trzylatką, więc kiedy się we mnie wtula, nogi nie zwisają jej nawet przy moich bokach. Pachnie jak nagrzane słońcem siano, ciepłe mleko i zasypka dla niemowląt.

? Chce ci się pić? ? pytam.

? No ? szepcze.

Napiła się, więc rzuca kubeczek z ustnikiem na podłogę.

? Śpiewaj ? mówi.

? Co mam ci zaśpiewać? ? pytam, choć nigdy mi nie odpowiada.

Uwielbiam słuchać historii Tatki, a Kayla lubi, jak śpiewam.

Był sobie król? ? pytam.

Pamiętam tę piosenkę z wyrównawczego przedszkola Head Start: czasem przychodziły do nas miejscowe zakonnice z gitarami na plecach albo na ramionach, wiszącymi jak myśliwskie strzelby; grały i śpiewały dla nas. Śpiewam cicho, żeby nie obudzić Mamci, załamującym się, schrypniętym, zgrzytliwym głosem, a Kayla wymachuje rączkami i chodzi po pokoju. Tatko zostawia wrzący garnek i wchodzi do salonu, a ja nie mogę złapać tchu i bolą mnie ręce. Śpiewam teraz Mrugaj, mrugaj gwiazdko ma, inny przebój z Head Start, i podrzucam Kaylę wysoko, niemal pod sufit, a potem ją łapię. Nie robiłbym tego, gdyby piszczała, bo wtedy na pewno obudziłbym Mamcię. W powietrzu wisi zapach cebuli i czosnku, podsmażanych w maśle papryki i selera, a Kayla wznosi się i spada, rozkładając ręce i nogi z roziskrzonymi oczami i otwierając buzię w uśmiechu tak szerokim, że wygląda, jakby piszczała.

? Jeszcze! ? dyszy. ? Jeszcze ? stęka, gdy ją łapię, żeby znów podrzucić.

Tatko kręci głową, ale nie przestaję podrzucać Kayli, bo poznaję po tym, jak wyciera ręce w ścierkę do naczyń i opiera się o drewnianą framugę, której łuk sam wyheblował i przybił, że nie ma nic przeciwko temu. Celowo położył wysoko sufity w całym domu, dwanaście stóp od podłogi, bo Mamcia go o to prosiła, bo powiedziała, że im więcej świeżego powietrza w całym domu, tym będzie w nim chłodniej. Tatko wie, że nie zrobię Kayli krzywdy.

? Tatku ? stękam, bo Kayla spadła mi na pierś, a nie w ręce ? opowiesz mi resztę, zanim zaniesiesz mięso do wędzarni?

? Dziecko ? mówi Tatko.

Chwytam Kaylę za ręce i okręcam nią jak na karuzeli. Robi kwaśną minę, kiedy stawiam ją na podłodze i wyciągam spod sofy zestaw Fisher-Price?a, którym sam się bawiłem, kiedy byłem mały. Zdmuchuję kurz z pokrywy i przysuwam jej zabawki. W zestawie jest krowa i dwie kury, czerwone wrota stodoły są wyłamane, ale Kayla i tak siada, a potem kładzie się na brzuchu, żeby zwierzątka podskakiwały.

? Pacz, Jojo! ? woła i chwyta kózkę, która od razu bryka. ? Bee-e, bee-e.

? Nie słucha ? mówię. ? Nie zwraca na nas uwagi.

Tatko siada na podłodze za Kaylą i pstryka w drugie wrota do stodoły.

? Całe się lepią ? mówi.

A potem unosi wzrok ku spoinom gipsowo-kartonowych płyt na suficie i wzdycha, a westchnienie to zamienia się w zdanie, a potem następne. Znów opowiada swoją historię:

„Miał na imię Bogaś. Naprawdę nazywał się Bogard i miał nie więcej jak dwanaście lat. Dostał trzy lata za kradzież jedzenia: solonego mięsa. Za kradzież jedzenia siedziało tam wielu, bo wszyscy byli biedni i przymierali głodem, a choć biali nie mogli zatrudniać nas za darmo, robili wszystko, żeby nas nie zatrudniać albo nie płacić za robotę. Bogaś był najmłodszym chłopcem, jakiego spotkałem w Parchman. A było tam kilka tysięcy więźniów porozdzielanych na farmy na tych wszystkich polach. Prawie pięćdziesiąt tysięcy cholernych akrów. Parchman to takie miejsce, co na pierwszy rzut oka nie wygląda jak więzienie i człowiek najsampierw myśli sobie, że nie będzie tak źle, bo nie ma żadnych murów. W tamtych czasach było tylko piętnaście farm otoczonych drutem kolczastym. Żadnych murów z cegieł czy kamieni. Nas, więźniów, nazywano strzelcami, bo pracowaliśmy strzeżeni przez strzelców kalifaktorów, którzy sami byli więźniami, ale dostali broń od strażników, żeby pilnować reszty. Kalifaktorzy to byli tacy ludzie, którzy odzywają się pierwsi, jak gdzieś wejdą. Tacy, co ściągają na siebie całą uwagę, przechwalają się bez przerwy bójkami, nożami i zabijaniem, którego się dopuścili, żeby trafić do takiego miejsca jak Parchman i poczuć się w nim kimś ważnym i poważanym. Tacy, co widząc strach innych, czują się prawdziwymi mężczyznami.

Jak mnie wsadzili do Parchman, pracowałem na polach, sadząc, odchwaszczając i zbierając bawełnę. Parchman faktycznie wyglądało jak wielka farma. Widziało się otwarte pola, na których pracowaliśmy, i można było patrzeć przez druty, wyobrażać sobie, że da się chwycić te zasieki, postawić na nich nogę, podciągnąć się przeciętą do krwi ręką; wycięli tam wszystkie drzewa, więc ziemia wydawała się pusta i otwarta aż po horyzont, a każdy miarkował: ‚Ucieknę stąd, jak tylko się przekonam, co i jak. Pójdę na południe, kierując się właściwymi gwiazdami, i znajdę drogę do domu’. Można było tak myśleć, póki się nie zobaczyło kalifaktorów. Prawdziwych strażników się tam nie widuje i nie zna. Więc nikt nie wie, że ci strażnicy wywodzą się od pokoleń z ludzi chowanych po to, żeby traktować nas jak konie pociągowe albo myśliwskie psy; chowanych, żeby myśleć, że tak już zawsze zostanie. Nikt nie wie, że strażnicy wywodzą się od nadzorców plantacji. I nikt nie wie, że kalifaktorzy trafili do Parchman za znacznie gorsze rzeczy niż bójka w barze z muzyką. Wie się tylko, że ci spośród więźniów, co mają broń, siedzą, bo lubią zabijać i robili to na tysiące najgorszych sposobów, i zabijali nie tylko mężczyzn, ale i kobiety, i?

Siedzieliśmy z Ciołkiem na innych farmach. Ciołka skazali za napad z bronią, a mnie za udzielanie pomocy zbiegowi. Pracowałem już wcześniej, ale nigdy tak jak w Parchman. Nigdy od świtu do zmierzchu na polu bawełny. Nigdy w takim upale. Tam jest inaczej. Żar. Nie ma wody, nie ma wiatru, żeby się schłodzić, tylko lejący się z nieba, prażący żar. Jak w wilgotnym piekarniku. Wkrótce stwardniały mi dłonie, a stopy pokryły się zrogowaciałą skórą i krwawiły, ale zrozumiałem, że jak pracuję w skibie na polu, nie wolno mi o tym myśleć. Nie wolno mi też myśleć o tatusiu ani o Ciołku, o żadnym strażniku ani kalifaktorze, czy psach szczekających i toczących pianę z pysków przy miedzach pól, marzących tylko o tym, żeby wgryźć się w czyjąś piętę albo szyję. Zapominałem o tym i pochylałem się i prostowałem, pochylałem i prostowałem, i myślałem tylko o matce. O jej długiej szyi i dobrych dłoniach, o tym, jak wiązała włosy nad czołem, żeby zakryć ich nierówną linię. Marzenie o niej było jak blask dogasającego ogniska podczas zimnej nocy: ciepłe i gościnne. To był jedyny sposób, żeby nie myśleć o sobie, żeby uwolnić własną duszę i pozwolić jej szybować wysoko jak latawiec nad tymi polami. Musiałem o niej myśleć, bo przez te pięć lat padłbym na tej farmie trupem.

Bogaś nie dostał aż tak długiego wyroku jak ja. Ale każdy wyrok w Parchman jest wystarczający dla piętnastolatka, a co dopiero dla takiego dzieciaka jak on! Dwunastolatka! Trafił tam jakiś miesiąc i parę tygodni po mnie. Przyszedł zapłakany na farmę, ale płakał bezgłośnie, nie szlochał. Łzy same spływały mu po mokrych policzkach. Miał dużą głowę, taką cebulastą, za wielką i niepasującą do reszty ciała, bo ta reszta to była sama skóra i kości. Uszy odstawały mu od tej głowy jak liście od kapusty, a do tego miał takie ogromne oczy. Ale tego pierwszego dnia nawet nie mrugnął. Był szybki: chodził szybko, nie szurał ociężale nogami jak większość tych, co dopiero przychodzą do obozu, unosił wysoko kolana jak koń. Rozkuli go i poprowadzili do baraku, na pryczę; położył się w ciemności obok mnie, a ja wiedziałem, że wciąż płacze, bo te jego wąskie barki, ciążące jak skrzydła ptaka do ziemi, ciągle trzepotały, chociaż on sam był cicho. Nocni stróże przy drzwiach baraku robią sobie przerwy, a dwunastolatkowi, jeśli okaże się beksą, różne rzeczy mogą się przydarzyć w ciemności.

Obudził się przed świtem, wciąż było jeszcze ciemno, łzy już mu obeschły. Poszedł za mną do latryny i na śniadanie, a potem usiadł obok mnie na ziemi.

‚Trochę za młodyś, żeby tu siedzieć. Ile masz lat? Osiem?’, spytałem.

Poczuł się urażony. Zmarszczył brwi i otworzył usta.

‚Dlaczego te suchary są takie niedobre?’, zapytał i zasłonił usta dłonią. Myślałem, że wypluje chleb, ale przełknął i powiedział: ‚Mam dwanaście lat’.

‚I tak za młodyś, żeby tu siedzieć’.

‚Kradłem’. Wzruszył ramionami. ‚Jestem w tym dobry. Kradnę, odkąd skończyłem osiem lat. Mam dziewięcioro małych braci i sióstr, co zawsze płaczą, że są głodni. I płaczą, że wszystko ich boli. Mówią, że bolą ich plecy, że mają obolałe usta. I mają czerwoną wysypkę na dłoniach i stopach. A na twarzy taką skorupę, że prawie nie widać skóry’.

Znałem tę chorobę. Nazywaliśmy ją rumieniem. Słyszałem, jak lekarze mówili, że to z biedy: z jedzenia samego mięsa, mąki i melasy. Mogłem mu powiedzieć, że ci, co tak jedzą, mają dużo szczęścia, bo słyszałem o ludziach w Delcie, co smażą paszteciki z ziemi. Bogaś był z siebie dumny, gdy opowiadał mi, co robił, mimo że go złapali. Poznałem ? po tym, jak się pochylał, jak mi się przyglądał, gdy skończył mówić ? że czeka na moją pochwałę. Wiedziałem, że się go nie pozbędę, bo wszędzie za mną łaził i spał na sąsiedniej pryczy. Patrzył się na mnie tak, jakbym mógł dać mu coś, czego nikt inny mu nie da. Słońce wstawało pomiędzy drzewami, oświetlało niebo jak świeżo rozpalone ognisko, a ja już czułem jego promienie na barkach, plecach i ramionach. Żułem coś, co przypominało chleb i chrzęściło w zębach. Połknąłem to szybko ? lepiej było nie myśleć o tym, co się je.

‚Jak masz na imię, chłopcze?’

‚Bogard. Ale wszyscy wołają na mnie Bogaś. Dla żartu. Że niby taki bogaty jestem’. Spojrzał na mnie, unosząc brwi i uśmiechając się pod nosem, leciuteńko, tylko otworzył usta, ukazując białe, nachodzące na siebie zęby. Nie pojąłem tego żartu, więc opuścił ręce i wyjaśnił, machając łyżką. ‚Bo niby kradnę. Więc jestem bogaty?’

Spojrzałem w swoje dłonie. Ani okruszka, a wciąż byłem głodny.

‚To taki żart’, powiedział.

Więc w końcu dałem mu to, na co liczył. Bo był tylko chłopcem. Roześmiałem się?.

Czasem wydaje mi się, że rozumiem wszystko i wszystkich lepiej niż Leonie. Staje w drzwiach, zasłonięta papierowymi torbami z zakupami, zdejmuje haczyk siatki na owady, kopie ją i pcha się do środka. Kayla pędzi do mnie, słysząc łoskot kopniętych drzwi: chwyta kubek z sokiem i ssie, po czym ciągnie mnie za ucho. Szczypie mnie w płatek i zwija go palcami, co trochę boli, ale tak się przyzwyczaiła, więc podnoszę ją wyżej i pozwalam się szarpać. Mamcia mówi, że Kayla pociesza się w ten sposób, bo nigdy nie ssała piersi. „Biedna Kayla”, wzdycha za każdym razem Mamcia. Leonie złości się, jak Mamcia i Tatko mówią na Kaylę „Kayla”, tak jak ja. „Ona ma imię ? powtarza Leonie ? po tatusiu”. „Ale wygląda jak Kayla”, odpowiada Mamcia; Leonie nigdy tak na nią nie mówi.

? Hej, Michaela, moje maleństwo ? woła teraz.

Staję w drzwiach kuchni i widzę, jak Leonie wyjmuje z papierowej torby białe pudełko, więc dociera do mnie, że Mamcia po raz pierwszy nie upiecze tortu na moje urodziny, i czuję się winny, że przyszło mi to do głowy dopiero teraz. Tatko ugotuje obiad, ale powinienem był wiedzieć, że Mamcia nie będzie mogła piec. Jest zbyt chora ? na raka, który pojawia się i odchodzi, i znowu wraca; można na niego liczyć jak na przypływ i odpływ w bayou, i na księżyc.

? Kupiłam dla ciebie tort ? ogłasza Leonie, mając mnie za głupka, który nie wie, co jest w tym pudełku.

Wie, że nie jestem głupi. Sama tak kiedyś powiedziała, gdy wezwano ją do szkoły, żeby porozmawiać o moim zachowaniu. Nauczycielka stwierdziła wtedy: „W ogóle się nie odzywa w klasie, ale i tak nie uważa”. Powiedziała to przy wszystkich dzieciach, które siedziały w ławkach, czekając na autobusy. Wcześniej posadziła mnie w pierwszej ławce, najbliżej biurka, i co pięć minut pytała: „Słuchasz, co mówię?”, co oczywiście przeszkadzało mi w wykonywanej akurat pracy i nie pozwalało się skoncentrować. Miałem wtedy dziesięć lat i zacząłem zwracać uwagę na rzeczy, których nie dostrzegały inne dzieciaki, na przykład na to, że nauczycielka obgryza paznokcie do krwi i czasem ma mocny makijaż, żeby nie było widać siniaków od bicia. Wiem, jak wyglądają takie siniaki, bo Leonie i Michael miewali je raz po raz, jak się kłócili. Zastanawiałem się, czy nauczycielka też ma swojego Michaela. W dniu wizyty w szkole Leonie parsknęła: „On nie gupi. Idziemy, Jojo”. Skrzywiłem się, słysząc to „gupi” i widząc, jak pochyliła się ku nauczycielce, nawet o tym nie wiedząc, na co nauczycielka zatrzepotała powiekami i cofnęła się przed potencjalnym zagrożeniem przyczajonym w ramieniu Leonie, prężącym się od barku poprzez łokieć do zaciśniętej pięści.

Mamcia zawsze piekła mi czerwony ponczowy tort. Upiekła go po raz pierwszy, kiedy kończyłem rok. Przed czwartymi urodzinami pamiętałem tort już tak dobrze, że sam o niego prosiłem: powiedziałem ?ponczowy tort? i pokazałem Mamci obrazek na pudełku na półce w sklepie. Tort, który kupiła Leonie, jest nieduży, wielkości dwóch pięści. Na górze niebieska i różowa posypka, a z boku dwa niebieskie niemowlęce buciki. Leonie kicha, kaszle w zgięty chudy łokieć, a potem wyciąga wiaderko z połową galonu najtańszych lodów ? tych, co smakują jak schłodzona guma do żucia.

? Nie mieli już tortów urodzinowych. Ale buciki są niebieskie, więc pasują.

Dopiero wtedy pojmuję, że na trzynaste urodziny syna Leonie kupiła torcik na pępkowe. Wybucham śmiechem, ale nie jest mi wesoło, nie czuję ani krzty radości. Śmieję się śmiechem, który śmiechem nie jest, w dodatku tak głośno, że Kayla rozgląda się i patrzy na mnie tak, jakbym ją zawiódł. A potem zaczyna płakać.

Wspólny śpiew to moja ulubiona część urodzinowego przyjęcia; świeczki migoczą złocistą poświatą, rozjaśniają twarze Mamci i Tatki, wyglądających wtedy tak młodo jak Leonie i Michael. Mamcia i Tatko zawsze się uśmiechają, kiedy śpiewają dla mnie. Wspólny urodzinowy śpiew jest też ulubioną zabawą Kayli, która dołącza do dziadków, potykając się na trudniejszych wyrazach. Teraz Kayla każe mi wziąć się na ręce: płakała i odpychała Leonie, chciała przyjść do mnie i w końcu Leonie daje za wygraną, podaje mi Kaylę ze słowami:

? Weź ją sobie.

W tym roku wspólny śpiew przestaje być moją ulubioną częścią urodzin, bo zamiast stać w kuchni, tłoczymy się w sypialni Mamci, a Leonie trzyma tort tak samo jak wcześniej Kaylę ? jak najdalej od siebie, jakby chciała wszystko rzucić na podłogę. Mamcia nie śpi, choć nie wygląda na obudzoną: ma półprzymknięte oczy i nieobecne spojrzenie, jakby patrzyła gdzieś w dal poza naszymi głowami. Jest spocona, choć ma bladą i suchą skórę; wygląda jak wyschnięta kałuża latem po tygodniach bez kropli deszczu. Wokół mnie lata komar, wpada mi do ucha, wylatuje stamtąd, zastanawia się, jak mnie użreć.

Tylko Leonie śpiewa mi Sto lat. Ma ładny głos, który brzmi dobrze, gdy śpiewa nisko, ale łamie się na wyższych nutach. Tatko nie śpiewa; nigdy nie śpiewa. Kiedy byłem mniejszy, w ogóle tego nie zauważałem, bo śpiewała dla mnie cała rodzina: i Mamcia, i Leonie, i Michael. Ale w tym roku Mamcia nie może śpiewać, bo jest chora, Kayla wymyśla własne słowa urodzinowej pieśni, a Michaela z nami nie ma, więc słyszę, że Tatko nie śpiewa, porusza tylko ustami, udaje, ale nie wydobywa głosu. Śpiew Leonie załamuje się przy ?nasz Joseph?, a światło trzynastu świeczek jest pomarańczowe. I nikt oprócz Kayli nie wygląda młodo. Tatko stoi za daleko od światła. Mamcia zamknęła oczy ? przypominają teraz szparki na jej kredowej twarzy ? a zęby Leonie mają czarne obwódki. Nie ma w tym radości.

? Wszystkiego najlepszego, Jojo ? odzywa się Tatko, ale składając mi życzenia, nie patrzy na mnie. Wpatruje się w Mamcię, w jej rozłożone bezwładnie przy biodrach dłonie. Leżące wnętrzem do góry, jakby już były martwe. Pochylam się, żeby zdmuchnąć świeczki, ale dzwoni telefon, Leonie wzdryga się, a tort podskakuje razem z nią. Płomyki filują, parzą mnie w brodę. Perełki wosku spływają na niemowlęce buciki. Leonie odwraca się razem z tortem i spogląda w głąb kuchni na stojący na ladzie telefon.

? Pozwól temu chłopcu zdmuchnąć świeczki, Leonie ? mówi Tatko.

? Może to Michael ? rzuca, a potem już nie ma tortu, bo zabiera go ze sobą do kuchni i stawia na ladzie obok telefonu z czarnym kablem. Płomyki wyjadają wosk. Kayla płacze i zadziera głowę. Więc idę posłusznie za Leonie do kuchni, do mojego tortu, a Kayla się rozpromienia. Wyciąga rękę do ognia. Komar, który latał w pokoju Mamci, towarzyszy nam i teraz, znów bzyczy koło mojej głowy, gada do mnie, jakbym był świeczką albo tortem. „Taki ciepły i smaczny?”. Odganiam go.

? Słucham? ? mówi Leonie.

Przytrzymuję rączkę Kayli i pochylam się ku płomykom. Wyrywa mi się, zauroczona.

? Tak.

Dmucham.

? Kochany.

Gaśnie połowa świeczek.

? W tym tygodniu?

Druga połowa dalej wyjada wosk.

? Jesteś pewny?

Dmucham po raz drugi i nad tortem robi się ciemno. Komar siada mi na twarzy. „Taki apetyczny!”, woła i nakłuwa mi skórę. Macham dłonią, zostaje na niej plamka krwi. Kayla wyciąga rączkę.

? Przyjedziemy.

Zgarnia lukier z tortu, cieknie jej z nosa. Jasne loczki afro falują na jej główce. Wkłada palce do ust, a ja je wycieram.

? Spokojnie, mała, spokojnie.

Na drugim końcu linii telefonicznej jest zwierzę, które ma na imię Michael, siedzi za kratami w betonowej klatce, a jego głos biegnie całymi milami po drutach i wybielonych słońcem słupach. Wiem, co mówi, słyszę go jak głos skrzeczących i lecących zimą na południe ptaków, jak głos każdego innego zwierzęcia: „Wracam do domu”.
(…)

Jesmyn Ward „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Liczba stron: 336

Opis: 13-letni Jojo na swój sposób próbuje zrozumieć, co znaczy być dobrym człowiekiem. Stopniowo poznaje świat, czepiąc zarówno z bliskich mu wzorców, rodzinnych opowieści oraz legend. Splot wydarzeń zabierze go w podróż do więzienia stanowego Parchman w mrocznym sercu Missisipi, gdzie natrafi na pewnego udręczonego chłopca, który nosi w sobie całe zło amerykańskiego Południa. On również nauczy Jojo czegoś na temat człowieczeństwa, a także dziedzictwa, przemocy i miłości.

fot. autorki: MacArthur Foundation, pozostałe: La Grande Librairie

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek