banner ad

Premiera „Ostatniej misji Gwendy” Stephena Kinga i Richarda Chizmara. Przeczytaj fragment powieści zamykającej trylogię o magicznym pudełku z guzikami

18 maja 2022

Stephen King i Richard Chizmar po raz kolejny zabierają czytelników do świata, w którym niezwykłe pudełko znów objawia swe mroczne moce. W opublikowanej właśnie nakładem Wydawnictwa Albatros „Ostatniej misji Gwendy” czeka nas trzecie i ostatnie spotkanie z główną bohaterką. Akcja nowej książki rozgrywa się głównie w 2026 roku na stacji kosmicznej. Gwendy ma już 64 lata i wciąż jest czynną panią senator. Od ostatniego spotkania z Richardem Farrisem i pudełkiem z guzikami w „Magicznym piórku Gwendy” minęło 20 lat. Teraz ów przedmiot znowu pojawia się w życiu Gwendy, która będzie musiała stawić czoła ogromnym przeszkodom, zanim zniszczy pudełko raz na zawsze. Poniżej możecie przeczytać sam początek książki.

1

W PLAYALINDA NA FLORYDZIE, NIEDALEKO od Cape Canaveral, jest piękny, słoneczny dzień. Mamy rok Pański 2026 i tylko niewiele osób w tłumie stojącym po wschodniej stronie jeziora Max Hoeck Back Creek nosi maseczki. Większość z nich to starsi ludzie, którym trudno się od tego odzwyczaić. Koronawirus wciąż jest obecny, niczym natrętny gość, który nie chce wyjść z przyjęcia, i chociaż istnieją obawy, że zmutuje i szczepienia okażą się nieskuteczne, na razie został powstrzymany.

Kilka osób w tłumie – znowu ci starsi, którzy nie mają już tak dobrego wzroku jak kiedyś – używa lornetek, ale większość nie. Statek stojący na polu startowym Playalinda to największa załogowa rakieta, jaka kiedykolwiek wzbiła się z Matki Ziemi; z pełnym ładunkiem waży ponad dwa tysiące ton, ma więc wszelkie prawa do drugiego członu swojej nazwy: Eagle-19 Heavy. Mgła oparów przesłania górne piętnaście metrów studwudziestometrowego kosmolotu, ale nawet ci ze słabym wzrokiem mogą odczytać trzy litery z boku:

T

E

T

Kiedy wybuchają wiwaty, ci z lepszym słuchem mogą się przyłączyć. Jeden z mężczyzn – dostatecznie stary, żeby pamiętać trzeszczący głos Neila Armstronga, oznajmiającego, że Orzeł wylądował – ze łzami w oczach i gęsią skórką na opalonych, kościstych ramionach odwraca się do żony. To Douglas „Dusty” Brigham, a jego żona – Sheila Brigham. Dziesięć lat wcześniej odeszli na emeryturę i przeprowadzili się do miasteczka Destin, ale oboje pochodzą z Castle Rock w stanie Maine. Sheila była dawniej dyspozytorką w biurze tamtejszego szeryfa.

Z oddalonego o dwa i pół kilometra poligonu rakietowego korporacji TET wciąż dochodzą wiwaty. W uszach Dusty’ego i Sheili brzmią słabo, ale po drugiej stronie jeziora z pewnością są głośne, ponieważ czaple zrywają się białą koronkową chmurą z porannego miejsca wypoczynku.

– Wystartowali – mówi Dusty do swojej pięćdziesięciodwuletniej żony.

– Niech Bóg błogosławi naszą dziewczynkę – odpowiada Sheila, robiąc znak krzyża. – Niech Bóg błogosławi naszą Gwendy.

2

OŚMIU MĘŻCZYZN I DWIE KOBIETY idą gęsiego po prawej stronie budynku kontroli misji TET. Oddziela ich ściana z pleksiglasu, ponieważ od dwunastu dni odbywają kwarantannę. Technicy wstają od komputerów i klaszczą. To już tradycja, ale dzisiaj również wiwatują. Na zewnątrz oklaski i wiwaty podejmie tysiąc pięciuset pracowników TET (z naszywkami Rakietowi Dżokeje TET na koszulach, marynarkach i kombinezonach). Każda załogowa misja kosmiczna to wielkie wydarzenie, ale ta jest jeszcze bardziej wyjątkowa.

Przedostatnia w szeregu jest kobieta o długich włosach, siwych, zebranych w kucyk, prawie całkiem schowany pod wysokim kołnierzem skafandra ciśnieniowego. Twarz ma wciąż piękną, bez zmarszczek, chociaż wokół oczu i w kącikach ust widać cienkie linie. Kobieta nazywa się Gwendy Peterson, ma sześćdziesiąt cztery lata i za niecałą godzinę będzie pierwszym czynnym senatorem USA, który poleci rakietą na nową stację kosmiczną MF-1. (Co bardziej cyniczni wśród politycznych kolegów Gwendy twierdzą, że MF oznacza pewien kazirodczy akt seksualny, ale naprawdę to skrót od Many Flags – Wiele Flag).

Załoga na razie niesie hełmy w rękach, więc dziewięcioro z nich może machać wolnymi rękami, dziękując za oklaski. Gwendy – technicznie również członek załogi – nie może machać, jeśli nie chce pomachać małą stalową kasetką, którą trzyma w drugiej ręce. A nie chce.

Zamiast tego woła:

– Kochamy was i dziękujemy! To następny krok na drodze do gwiazd!

Oklaski i wiwaty przybierają na sile. Ktoś krzyczy: „Gwendy na prezydenta!”. Kilka innych osób podejmuje ten okrzyk, ale niezbyt wiele. Gwendy jest popularna, ale nie aż tak popularna, zwłaszcza na Florydzie, która po ostatnich wyborach znowu stała się republikańska.

Załoga wychodzi z budynku i wsiada do tramwaju z trzema wagonikami, który zawiezie ich do Eagle Heavy. Gwendy musi wyciągać szyję we wzmocnionym kołnierzu skafandra, żeby dojrzeć czubek rakiety. Czy ja naprawdę w tym polecę? – zadaje sobie pytanie, nie po raz pierwszy.

Na siedzeniu obok wysoki biolog o rudawych włosach nachyla się do niej i mówi zniżonym głosem:

– Jeszcze możesz się wycofać. Nikt nie będzie ci miał za złe.

Gwendy śmieje się, nerwowo i zbyt piskliwie.

– Jeśli w to wierzysz, to pewnie wierzysz też w Świętego Mikołaja i Wróżkę Zębuszkę.

– Racja. Ale nie przejmuj się, co ludzie pomyślą. Jeśli masz jakieś obawy, jakiekolwiek, że po odpaleniu silników zaczniesz świrować i wrzeszczeć: „Czekajcie, stać, rozmyśliłam się!”, zrób to teraz. Bo jak już silniki odpalą, nie ma powrotu i nikt nie potrzebuje na pokładzie spanikowanej polityczki. Ani spanikowanego miliardera.

Patrzy na wagonik przed sobą, gdzie jeden z mężczyzn wierci dziurę w brzuchu dowódcy. W białym ciśnieniowym kombinezonie facet przypomina maskotkę reklamową Pillsbury Doughboya.

Trzy wagoniki zaczynają się toczyć. Mężczyźni i kobiety w roboczych kombinezonach żegnają załogę oklaskami. Gwendy stawia stalową kasetkę na podłodze i mocno przytrzymuje ją stopami. Teraz może machać.

– Dam radę. – Nie jest tego całkiem pewna, ale powtarza sobie, że musi. Musi. Z powodu kasetki, która na obu bokach ma napisy wypukłymi czerwonymi literami ŚCIŚLE TAJNE. – A ty?

Biolog uśmiecha się i Gwendy uświadamia sobie, że nie pamięta jego imienia. Trenowali razem przez cztery tygodnie, zaledwie parę minut wcześniej sprawdzali nawzajem swoje kombinezony, zanim opuścili strefę zamkniętą, ale nie pamięta, jak facet się nazywa. To ND, jak mawiała jej nieżyjąca matka. Niedobrze.

– Dam radę. To będzie mój trzeci lot, a kiedy rakieta zaczyna się wznosić i przeciążenie wgniata mnie w fotel… To najlepszy orgazm dla chłopaka, w każdym razie dla mnie.

– Dzięki, że mi powiedziałeś – mówi Gwendy. – Na pewno zamieszczę to w swoim pierwszym meldunku na dół. – Tak nazywają Ziemię, na dole, to pamięta, ale jak się nazywa ten cholerny biolog?

W kieszeni skafandra ma notes z różnymi informacjami – nie wspominając o bardzo specjalnej zakładce. Są tam nazwiska wszystkich członków załogi, ale oczywiście Gwendy nie może teraz wyjąć notesu, a nawet gdyby mogła, prawie na pewno wzbudziłoby to podejrzenia. Ucieka się do techniki, której nauczył ją doktor Ambrose. Mężczyzna obok niej jest wysoki, ma kwadratową szczękę, błękitne oczy i strzechę rudoblond włosów. Wesoło szczerzy zęby, wygląda przyjaźnie jak wielkie kudłate psisko. Owczarek albo bernardyn…

Bern. Tak się nazywa. Bern Stapleton. Profesor Bern Stapleton, który przypadkiem jest również majorem Bernem Stapletonem w stanie spoczynku.

– Proszę, nie – rzuca Bern.

Gwendy jest pewna, że chodzi mu o porównanie z orgazmem. Nie ma kłopotów z pamięcią krótkotrwałą, przynajmniej na razie.

No… prawie.

– Żartowałam. – Poklepuje go po ręce w rękawicy własną rękawicą. – I nie martw się, Bern. Poradzę sobie.

Znowu sobie powtarza, że musi. Nie może zawieść swoich wyborców – a dzisiaj to cała Ameryka i większość świata – jednak to drobiazg w porównaniu z zamkniętą kasetką między jej butami. Nie może zawieść tego. Ponieważ w kasetce jest pudełko zrobione nie z hartowanej stali, ale z mahoniu. Ma około trzydziestu centymetrów szerokości, trochę więcej długości i osiemnaście centymetrów wysokości. Na wierzchu są guziki, a po bokach dźwigienki tak maleńkie, że trzeba za nie pociągać małym palcem.

Mają jednego pasażera, który zapłacił za swój lot, i nie jest nim Gwendy. Ona będzie pracować. Niewiele, głównie rejestrować dane na iPadzie i wysyłać do kontroli TET, ale to nie jest tylko przykrywka dla jej prawdziwej misji na górze. Będzie monitorować klimat; jej stanowisko to pogodynka, a załoga niekiedy żartobliwie nazywa ją Tempest Storm, pseudonimem dawnej gwiazdy burleski.

Co to jest burleska? – zastanawia się. Powinnam wiedzieć.

Nie wie, więc ponownie ucieka się do techniki doktora Ambrose’a. Słowo, którego szuka, kojarzy jej się z barem. Ludzie popijają drinki podczas przedstawienia…

– Kabaret – mruczy.

– Co? – pyta Bern. Nie dosłyszał, bo zagłuszyły ją oklaski grupki ludzi stojących obok jednej z karetek pogotowia. Które, daj Boże, nie będą potrzebne w ten piękny wiosenny poranek.

– Nic – odpowiada Gwendy, myśląc: burleska to rodzaj kabaretu.

Zawsze czuje ulgę, kiedy pojawiają się brakujące słowa. Wie, że już niedługo przestaną przychodzić. Nie podoba jej się to, tak naprawdę to ją przeraża, ale taka jest przyszłość. Na razie musi tylko przetrwać ten dzień. Jak już znajdzie się na górze (gdzie nie to, że powietrze jest rzadkie, ale w ogóle go nie ma), nie będą mogli po prostu odesłać jej do domu, jeśli odkryją, co jej dolega, prawda? Mogą jednak zrujnować jej misję, jeśli się dowiedzą. I jest coś jeszcze, coś znacznie gorszego. Gwendy nie chce nawet o tym myśleć, lecz nie może przestać.

A jeśli zapomni, jaki jest prawdziwy powód jej misji? Prawdziwy powód to pudełko w kasetce. To brzmi melodramatycznie, ale Gwendy Peterson wie, że to prawda: los świata zależy od tego, co jest w kasetce.

3

KONSTRUKCJA SERWISOWO-DOSTAWCZA OBOK EAGLE Heavy to kratownica stalowych belek, podtrzymująca wielką otwartą windę. Gwendy i jej dziewięcioro towarzyszy podróży wchodzą po dziewięciu stopniach do windy. Wnętrze jest obszerne, spokojnie pomieści ze trzydzieści osób, ale Gareth Winston staje obok niej; jego pokaźny brzuch wypycha przód białego kombinezonu ciśnieniowego.

Spośród całej załogi Gwendy najmniej lubi Winstona, chociaż jest przekonana, że on o tym nie wie. Ponad ćwierć wieku w polityce nauczyło ją subtelnej sztuki ukrywania własnych uczuć i przybierania miny „Ach, jaki jesteś fascynujący”. Kiedy po raz pierwszy wybrano ją do Izby Reprezentantów, polityczna weteranka Patricia „Patsy” Follett wzięła ją pod swoje skrzydła i udzieliła wielu cennych rad. Tamtego konkretnego dnia dotyczyły starego pryka z Missisipi, Miltona Jacksona (który już dawno odszedł do wielkiej sali konferencyjnej w niebie), ale później też okazały się pożyteczne: „Zachowaj najlepsze uśmiechy dla dupków i nie spuszczaj ich z oka. Kobiety pomyślą, że podobają ci się ich kolczyki. Mężczyźni pomyślą, że na nich lecisz. Żadne nie zgadnie, że obserwujesz każdy ich ruch”.

– Gotowa na największą przejażdżkę życia, pani senator? – zagaduje ją Winston, kiedy winda rozpoczyna powolną wspinaczkę po studwudziestometrowym boku rakiety.

– Zwarta i gotowa – odpowiada Gwendy, obdarzając go szerokim uśmiechem zarezerwowanym dla dupków. – A pan?

– Totalnie podniecony! – wykrzykuje Winston. Rozkłada ramiona i Gwendy musi cofnąć się o krok, żeby nie oberwać w klatkę piersiową. Gareth Winston ma skłonność do przesadnych gestów; pewnie uważa, że skoro jest wart sto dwadzieścia miliardów dolarów (nie tyle co Jeff Bezos, ale blisko), ma prawo być wylewny. – Totalnie nakręcony, totalnie napalony, totalnie podjarany!

Nie trzeba mówić, że to on jest płacącym pasażerem, a skoro to lot kosmiczny, zapłacił jak za zboże. Jego bilet kosztował dwa miliony dwieście tysięcy dolarów, ale Gwendy wie, że była jeszcze inna cena. Miliardy przekładają się na polityczną siłę przebicia, a przygotowując załogową misję na Marsa, korporacja TET potrzebuje wszelkich możliwych politycznych sprzymierzeńców. Gwendy ma tylko nadzieję, że Winston przeżyje tę wycieczkę i zdąży użyć swoich wpływów. Ma nadwagę i ostatnie badanie wykazało u niego znacznie podwyższone ciśnienie. Inni członkowie załogi Eagle może o tym nie wiedzą, ale Gwendy wie. Ma jego dossier. Czy on wie, że ona wie? To by jej wcale nie zdziwiło.

– Nazwać to wyprawą życia to niedopowiedzenie – ciągnie Winston.

Mówi tak głośno, że pozostali oglądają się na niego. Dowódca Kathy Lundgren mruga do Gwendy i lekki uśmiech unosi kąciki jej ust. Gwendy nie musi czytać w myślach, żeby zrozumieć, co to znaczy: „Lepiej, że padło na ciebie niż na mnie, siostro”.

Kiedy powolna winda mija dolne T w TET, Winston przechodzi do interesu. I nie po raz pierwszy.

– Nie jest tu pani, żeby wysyłać egzaltowane sprawozdania swoim kochającym fanom albo obserwować tę wielką niebieską kulę i sprawdzać, jak pożary w Amazonii wpływają na wiatry w Azji. – Spogląda znacząco na stalową kasetkę z napisem ŚCIŚLE TAJNE.

– Pan mnie nie docenia, Gareth. Na studiach miałam meteorologię i obkułam się z tego przez całą zimę – odpowiada Gwendy, ignorując zarówno komentarz, jak i sugerowane pytanie. Nie żeby on bał się zapytać wprost; pytał już kilkakrotnie, zarówno podczas czterech tygodni treningu przed lotem, jak i w czasie dwunastodniowej kwarantanny. – Okazuje się, że Bob Dylan nie miał racji.

Winston marszczy szerokie czoło.

– Nie nadążam za panią, pani senator.

You don’t need a weatherman to know… Tak naprawdę potrzebujemy prognozy pogody, żeby wiedzieć, skąd wieje wiatr. Pożary w Amazonii i Australii powodują zasadnicze zmiany we wzorcach pogodowych na Ziemi. Niektóre z tych zmian są złe, ale niektóre mogą nawet oddziaływać korzystnie na środowisko, chociaż to wydaje się dziwne. Mogą wstrzymać globalne ocieplenie.

– Nigdy nie wierzyłem w te rzeczy. W najlepszym razie to przesada, w najgorszym zwykłe wymysły.

Teraz mijają E. Zabierzcie mnie od tego faceta, myśli Gwendy, a potem uświadamia sobie, że jeśli nie chciała zadawać się z kimś takim jak Gareth Winston, powinna była całkiem zrezygnować z tej wyprawy.

Tylko że nie mogła.

Podnosi na niego wzrok, utrzymując na twarzy coś, co nazywa uśmiechem Patsy Follett.

– Antarktyka topi się jak lody na słońcu, a pan nie wierzy w globalne ocieplenie?

Ale Winston nie daje się odwieść od tego, co go interesuje. Może jest zarozumiałym grubasem, nie zarobiłby jednak swoich miliardów, gdyby był głupi. Albo roztargniony.

– Dałbym wiele, żeby wiedzieć, co jest w tej pani małej kasetce, pani senator, a mam wiele do zaofiarowania, jak z pewnością pani wie.

– Ooo, brzmi podejrzanie jak łapówka.

– Bynajmniej, to tylko figura retoryczna. A przy okazji, skoro niedługo będziemy kosmicznymi kumplami, mogę ci mówić Gwendy?

Gwendy nadal uśmiecha się promiennie, chociaż zaczyna ją od tego boleć twarz.

– Ależ oczywiście. A co do zawartości tego… – podnosi kasetkę – gdybym ci powiedziała, oboje mielibyśmy bardzo poważne kłopoty, takie, które kończą się w więzieniu federalnym, a naprawdę nie warto. Byłbyś zawiedziony, a ja nie chcę rozczarować czwartego najbogatszego człowieka na świecie.

– Trzeciego najbogatszego – prostuje Winston i obdarza ją uśmiechem równie promiennym jak jej uśmiech. Grozi jej palcem w rękawicy. – Ja się nie poddam, wiesz? Potrafię być bardzo uparty. I nikt mnie nie wsadzi do więzienia, skarbie.

O rany, myśli Gwendy. Przeszliśmy od pani senator przez Gwendy do skarbu w ciągu jednej jazdy windą. Oczywiście to bardzo powolna winda.

– Ekonomia by się załamała – dodaje Winston.

Na to Gwendy nie ma odpowiedzi, ale myśli, że gdyby pudełko w skrzynce – pudełko z guzikami – wpadło w nieodpowiednie ręce, wszystko by się załamało.

Słońce mogłoby nawet otrzymać nowy pas asteroidów pomiędzy Marsem a Wenus.

4

NA SZCZYCIE DŹWIGU ZNAJDUJE się duże białe pomieszczenie, gdzie kosmiczni podróżnicy stoją z podniesionymi rękami i wykonują powolne piruety, kiedy opryskuje ich dezynfekujący spray o zapachu podejrzanie przypominającym wybielacz. To ich ostatnie oczyszczenie.

Nie tak dawno był tam inny pokój, mały, z napisem na drzwiach: WITAMY W OSTATNIEJ TOALECIE NA ZIEMI, ale Eagle Heavy to luksusowy liniowiec wyposażony we własną łazienkę, która, podobnie jak trzy kabiny, jest właściwie kapsułą. Jedna z prywatnych kabin należy do Garetha Winstona. Gwendy uważa, że facet na to zasługuje; dostatecznie dużo zapłacił. Druga należy do niej. W innych okolicznościach mogłaby zaprotestować przeciwko takiemu specjalnemu traktowaniu – co z tego, że jest senatorką? – ale ze względu na główny powód jej uczestnictwa w tej wyprawie zgodziła się. Kierownik kontroli naziemnej Eileen Braddock zasugerowała, żeby sześciu członków załogi bez uprawnień do pilotażu, które mieli dowódca Kathy Lundgren i jej zastępca Sam Drinkwater, ciągnęło losy o pozostałą kabinę, ale załoga jednogłośnie postanowiła oddać ją Adeshowi Patelowi, entomologowi. Jego żywe okazy zostały już załadowane. Adesh będzie spał w ciasnej koi, wśród chrząszczy i pająków. Włącznie z (och, fuj, myśli Gwendy) tarantulą o imieniu Olivia i skorpionem Borisem.

Toaleta należy do wszystkich i nikt nie cieszy się z tego bardziej niż dowódca misji.

– Koniec z pieluchami – powiedziała Kathy Lundgren do Gwendy podczas kwarantanny. – To właśnie, droga pani senator, nazywam ogromnym skokiem dla ludzkości.

„Wejście na pokład – huczą głośniki z kontroli misji. – Czas do startu: dwie godziny piętnaście minut. Wszystkie wskaźniki zielone”.

Kathy Lundgren i jej zastępca Sam Drinkwater spoglądają na pozostałych członków załogi. Kathy, której kasztanowe włosy błyszczą od maleńkich klejnotów dezynfekującej mgły, zwraca się do całej ósemki, ale Gwendy ma wrażenie, że mówi głównie do miliardera i niej.

– Zanim zaczniemy ostatnie przygotowania, podsumuję harmonogram misji. Wszyscy go znacie, ale korporacja TET zażądała, żebym przypomniała go jeszcze raz przed wejściem na pokład. Wejdziemy na orbitę okołoziemską w ciągu ośmiu minut i dwudziestu sekund. Przez dwa dni będziemy okrążać Ziemię, wykonując trzydzieści dwa albo trzydzieści trzy pełne okrążenia po lekko zróżnicowanej orbicie w kształcie świątecznej kokardy. Sam i ja będziemy mapować kosmiczne śmiecie do usunięcia przy następnej misji. Senator Peterson… Gwendy… rozpocznie monitorowanie pogody. Adesh pewnie będzie się bawił ze swoimi robalami.

Gwendy śmieje się. David Graves, statystyk i informatyk misji, dodaje:

– A jeśli któryś wylezie na wolność, wylatuje przez śluzę. Razem z tobą, Adesh.

To prowokuje więcej śmiechów, brzmiących całkiem luzacko. Gwendy ma nadzieję, że sama też tak zabrzmiała.

– W dniu trzecim zadokujemy do Many Flags, która obecnie jest praktycznie opuszczona, poza chińską enklawą…

– Upiorne – wtrąca Winston i wydaje z siebie „Uuu”.

Kathy rzuca mu obojętne spojrzenie i kontynuuje:

– Chińczycy trzymają się na dystans w Szprysze Dziewięć. My zajmujemy Szprychy Jeden, Dwa i Trzy. Szprychy od Cztery do Osiem będą puste. Jeśli w ogóle zobaczycie Chińczyków, to będzie znaczyło, że coś się zepsuło, a to mało prawdopodobne. Będziecie mieli mnóstwo miejsca. Zostaniemy tam przez dziewiętnaście dni, więc taka przestrzeń życiowa to niewiarygodny luksus. Zwłaszcza po czterdziestu ośmiu godzinach w Eagle Heavy. Teraz najważniejsze, więc słuchajcie uważnie. Bern Stapleton to weteran dwóch wcześniejszych misji. Dave Graves ma za sobą jedną. Sam, mój zastępca, odbył pięć misji, a ja siedem. Reszta z was to nowicjusze, więc powiem wam to, co mówię wszystkim nowicjuszom. To wasza ostatnia szansa, żeby się wycofać. Jeśli macie nawet najmniejsze wątpliwości, czy potraficie wykonać swoje zadanie od wejścia na pokład do zejścia po zakończeniu lotu, musicie to powiedzieć teraz.

Nikt się nie odzywa.

Kathy kiwa głową.

– Doskonale. No to jedziemy z tym koksem.

Jedno po drugim wchodzą do łącznikowego rękawa i kwartet personelu pomocniczego w białych (zdezynfekowanych) kombinezonach pomaga im przejść na statek. Lundgren, Drinkwater i Graves – którzy będą nadzorować start, korzystając z szeregu ekranów dotykowych – wchodzą pierwsi.

Pod nimi, na drugim poziomie, siadają w rzędzie doktor Dale Glen, fizyk Reggie Black i biolog Bern Stapleton.

Na trzecim i najszerszym poziomie, gdzie w przyszłości zasiądzie więcej płacących pasażerów (przynajmniej korporacja TET ma taką nadzieję), są Jafari Bankole, astronom, który nie ma wiele do roboty, dopóki nie znajdą się na stacji MF, entomolog Adesh Patel, pasażer Gareth Winston i ostatnia, choć nie najmniej ważna, młodsza senator z Maine, Gwendy Peterson.
(…)

Stephen King, Richard Chizmar „Ostatnia misja Gwendy”
Tłumaczenie: Danuta Górska
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron:

Opis: Mistrzowie grozy, Stephen King i Richard Chizmar, ponownie zabierają czytelników do miasteczka Castle Rock w stanie Maine, a stamtąd w przestrzeń pozaziemską, gdzie Gwendy będzie miała do wykonania doniosłą i tajemniczą misję ocalenia świata – być może nie tylko tego, który znamy. Tymczasem Gwendy zmaga się z nie najlepszą kondycją swojego umysłu. Jej jedyną nadzieją jest magiczne pudełko, które równie dobrze może zagrozić powodzeniu jej działań. Kiedy Gwendy Peterson miała dwanaście lat, tajemniczy nieznajomy, Richard Farris, oddał jej na przechowanie tajemnicze pudełko. Można w nim było znaleźć słodycze i stare monety, ale trzeba było uważać, bo pudełko miało także swoją mroczna stronę. Naciśnięcie któregoś z kolorowych guzików ukrytych w jego wnętrzu wyzwalało groźną, niszczycielską moc. Wiele lat później magiczne pudełko ponownie pojawiło się w życiu Gwendy. Jako uznana pisarka i wschodząca gwiazda polityki raz jeszcze musiała zmierzyć się z pokusą, jaką stanowił ten przedmiot. Teraz, gdy siły zła chcą przejąć nad nim kontrolę, senator Gwendy Peterson jest jedyną osobą, która może je powstrzymać. I zrobi to za wszelką cenę. Bo wie o istnieniu miejsca, gdzie można je bezpiecznie ukryć, nawet przed potężnymi siłami.


Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek