banner ad

Premiera kryminału obyczajowego „Północna zmiana” Hanny Greń. Przeczytaj fragment książki

19 lutego 2021

Hanna Greń, autorka m.in. kryminalnej serii z Dionizą Remańską („Wioska kłamców”, „Więzy krwi”, „Piąte przykazanie”) wydała nową książkę. Tym razem pisarka zabiera nas do czasów PRL-u, do lat 80. „Północna zmiana” to połączenie kryminału i powieści obyczajowej, pełne tajemnic i niełatwych relacji międzyludzkich. Poniżej możecie przeczytać sam początek książki.

Rozdział 1
Cisza przed burzą

Wybrzeże, sierpień 1980

Polska wydała mu się całkiem obcym, nieledwie egzotycznym krajem, toteż przez pierwsze dni chłonął ją szeroko otwartymi oczami, a czasami także ustami, zanim zorientował się po wyrazach twarzy mijających go ludzi, że gapiąc się tak z rozdziawioną gębą, wygląda jak wsiowy głupek. Od tej chwili bardziej już nad sobą panował, chociaż ten dziwny kraj nieodmiennie go zaskakiwał. Wszystko tu było obce, ubogie i siermiężne, a mimo to emanowało niepokojącym urokiem. Tkwiła w tym jakaś sprzeczność, której natury nie potrafił pojąć, i właśnie dlatego zmienił pierwotne plany. Zamiast natychmiast wyruszyć do celu, Brink Speedman postanowił najpierw bliżej poznać Polskę, żeby zrozumieć ją i jej mieszkańców.

Zaczął od Wybrzeża, bynajmniej nie dlatego, że ten akurat region wydał mu się najbardziej interesujący. Znalazł się na dworcu kolejowym wyłącznie po to, by zostawić plecak w przechowalni bagażu, i byłby to uczynił, gdyby nie doszedł go głos megafonistki zapowiadającej pociąg do Gdańska. Wówczas poczuł nagły impuls każący mu zacząć zwiedzanie od tego właśnie miasta, pobiegł więc do kasy, nabył bilet i w ostatniej chwili, niemal już w biegu, wsiadł do wagonu.

W Gdańsku spędził tylko jedną dobę, gdyż zaraz następnego dnia po przyjeździe spotkał pewnego gitarzystę i jego przyjaciela. To młodsi o kilka lat studenci namówili Brinka, by wraz z nimi wędrował wzdłuż Wybrzeża. W ten sposób lepiej poznałby kraj swojego pradziadka i podszlifował przy okazji znajomość języka polskiego. Sami zaś liczyli na to, że udoskonalą swój angielski. Zachwyceni kanadyjskim kolegą, zaraz na początku udzielili mu cennych wskazówek, by unikał spotkań z milicją i nie wdawał się w dyskusje z obcymi.

– Przyjechałeś tu na zaproszenie rodziny, więc możesz mieć problemy z glinami, jeśli będziesz się włóczył po kraju – tłumaczył mu Marek, wydobywając przejmujący, żałosny dysonans z nieodłącznej gitary. – Nie wiem, czy to nielegalne, ale kto wie, czy nie wezmą cię za szpiega. Trzymaj się nas, przynajmniej na początku.

– Marek dobrze prawi – poparł go Paweł. – My mamy wprawę w robieniu blacharzy w bambuko, więc będziesz uczyć się od najlepszych. Po kilku dniach takiego treningu bez problemu sobie potem poradzisz.

Brink usłuchał, gdyż w tym, co mówili, było sporo racji, poza tym i tak nie miał żadnych skonkretyzowanych planów i jedyne, co dotychczas nim powodowało, to chęć poznania Polski takiej, jaką była naprawdę. Nie tej z przekazu telewizyjnego dziennika, przedstawianej jako kraina mlekiem i miodem płynąca, lecz tej prawdziwej, codziennej, widzianej „od kuchni”. Przystał więc do nowych kolegów i razem powędrowali na zachód, studenci bowiem pragnęli dostać się do Szczecina, a Brinkowi było w zasadzie wszystko jedno.

Tym sposobem w ostatniej dekadzie sierpnia znaleźli się w Jastrzębiej Górze, gdzie zamierzali zostać kilka dni, by podreperować nieco finanse, których stan przedstawiał się katastrofalnie. Przejawiający talenty kulinarne Paweł najął się do restauracji jako pomocnik kucharza, w zastępstwie za chłopaka, który zwichnął sobie nogę, Marek zaś „przytulił się” do zespołu przygrywającego w tej samej restauracji na dancingach. Wprawdzie pierwotnie planował wrócić szybciej do domu, ale ostatecznie przedłożył towarzystwo kolegów nad spędzanie czasu z rodziną.

Jeden Brink nie podjął żadnej pracy, ale też nie miał takiej potrzeby, zwłaszcza gdy nowi koledzy pouczyli go, by absolutnie nie wymieniał dolarów na złotówki w PeKaO, jeśli nie chce zostać nędzarzem. Kiedy więc Paweł uwijał się przy garnkach, a Marek odsypiał nocne granie, chłopak z Kanady zwiedzał Jastrzębią Górę i okolice, zachłystując się polskością. I właśnie podczas jednej ze swoich wędrówek odkrył małą polankę wśród brzóz rosnących nieopodal plaży.

Bielsko-Biała, sierpień 1980

Kinga i Inga… Czy naprawdę nie było innych imion? Czy koniecznie musiała donaszać imię po starszej siostrze, tak jak całe życie donaszała ubrania? Jak daleko sięgała pamięcią, nigdy nie dostała nowej kurtki czy bluzki, tylko zawsze przyodziewano ją w spłowiałą od prania odzież, nie zważając na naderwany wieszak czy obszarpane mankiety. Imię też dostała niepełne, z urwaną pierwszą literą, i nieraz rozmyślała o tym, że widocznie to brakujące „K” było odpowiedzialne za obojętność rodziców. To od jego obecności zależała ich miłość, a nieobecność spowodowała jej brak.

Inga po raz kolejny zastukała w drzwi łazienki, chcąc ponaglić siostrę. Niemal natychmiast doszedł ją głos Kingi, nieco zagłuszony szumem lejącej się wody:

– Czego?! Nie można w spokoju umyć głowy?

– Musisz teraz? – wrzasnęła, starając się nie poddawać panice. – Wpuść mnie, chcę się tylko uczesać.

Cenne minuty mijały nieubłaganie. Kinga ani nie odpowiedziała, ani nie otworzyła i Inga nie widziała innego wyjścia, jak rozpuścić skołtuniony po nocy warkocz i przeczesać gęste, długie włosy palcami. Doświadczenie pozwalało jej przypuszczać, że siostra tak szybko z łazienki nie wyjdzie. Znalazła nową broń do pognębienia „smarkuli” i będzie ją stosować, dopóki nie wynajdzie innego sposobu.

– Świnia jesteś!

Poparła wyzwisko uderzeniem pięścią w drzwi łazienki, aż zadrżała matowa szybka, złapała torebkę i pomknęła do windy. Ta wyjątkowo nie kazała na siebie długo czekać i już po chwili zatrzymała się ze zgrzytem na parterze. Inga pchnęła drzwi i wybiegła, wyprzedzając innych pasażerów. Wiedziała, że jest spóźniona. Znowu. Przystanęła na moment na szczycie schodów prowadzących z bloku na placyk przed chodnikiem i spojrzała w stronę przystanku. Autobus drgał leciutko, widocznie kierowca włączył już silnik.

Dziewczyna zaklęła pod nosem i zerwała się do biegu, wiedząc, że nie może pozwolić, by znowu jej uciekł. Nie mogła po raz trzeci w tym samym tygodniu przyjść do pracy po czasie, zwłaszcza że była dopiero środa, a zatem nie wiadomo, co jeszcze przyniesie los, zanim nadejdzie upragniona niedziela. Stłumiła śmiech, wspomniawszy słowa koleżanki po tym, gdy decyzją dyrektora sierpniowa wolna sobota została odwołana, rzekomo z powodu niewykonania planu produkcji:

– Wiecie, czym różni się kura od sarny? – Jolanta popatrzyła na koleżanki kręcące bezradnie głowami i wyjaśniła: – Tym, że kura znosi jajka, a Sarna wolne soboty.

Doceniły dowcip, gdyż dyrektor Sarnowski, nazywany przez podwładnych Sarną, należał do niereformowalnej części partyjniaków i w dalszym ciągu uważał, że wolna sobota, mimo że zaledwie jedna w miesiącu, jest demoralizującym pracowników wymysłem zgniłego imperializmu. Wszak ludziom powinno wystarczyć, że w soboty pracują tylko sześć godzin. Po co im więcej wolnego czasu? To niepotrzebne, a nawet niebezpieczne. Zaczną częściej uczestniczyć w różnych imprezach, spotykać się w większym gronie, rozmawiać, a stąd już tylko jeden krok do spiskowania przeciwko władzy ludowej.

Oczywiście nie zdradzał swoich obaw przed pracownikami, ale Inga doskonale znała te argumenty. Nieraz słyszała je z ust własnej matki, bez problemu więc zrozumiała powody, dla których dyrektor wykorzystywał każdy pretekst, by pozbawić podwładnych dodatkowego dnia wypoczynku.

Rozmyślania o wolnych sobotach pochłonęły Ingę na tyle, że dopiero ostry klakson autobusu przypomniał dziewczynie, że musi pędzić zamiast zwalniać kroku. Pomachała do kierowcy i by nie tracić cennych minut na omijanie trawnika, przebiegła jego środkiem. Czuła, jak obcasy zagłębiają się w gruncie rozmiękłym po nocnym deszczu, a w czółenkach pojawia się wilgoć. Trudno. Buty można umyć i wysuszyć na słońcu, postawiwszy je na parapecie okna. Lepiej przez godzinę siedzieć z bosymi stopami wsuniętymi głęboko pod biurko niż znów wysłuchiwać jazgotania szefowej.

Zdążyła, lecz zawdzięczała to wyłącznie uprzejmości kierowcy. Widząc ją nadbiegającą, mężczyzna zatrzymał pojazd i poczekał cierpliwie na spóźnioną pasażerkę. Zresztą zrobił tak nie pierwszy raz, stąd ten klakson, oznajmiający jej, że powinna się pospieszyć.

– Dziękuję panu – wydyszała Inga i oparła się bokiem o ściankę odgradzającą fotel kierowcy od części przeznaczonej dla pasażerów.

– Nie ma sprawy – odparł mężczyzna z uśmiechem. – Kiedy widzę biegnącą kobietę, a za nią powiewającą chmurę czarnych włosów, od razu wiem, że to pani.

Dziewczyna odruchowo przygładziła rozwiane kosmyki, których nie zdążyła przed wyjściem zapleść w warkocz z powodu guzdralstwa siostry. Teraz doszła do wniosku, że dłużej tak być nie może. Co innego znosić drobne złośliwości, w których sprawianiu Kinga była mistrzynią, a co innego nie móc zdążyć do pracy na czas tylko dlatego, że tamta perfidnie okupuje łazienkę. Nie dość, że z powodu siostry Inga została zmuszona do zrezygnowania z dalszej nauki, to jeszcze miałaby teraz stracić przez nią pracę?

– Stoi jak krowa i ani się ruszy. Jak mam skasować bilet, jak kasownik dupą zasłoniła? – dobiegł ją zirytowany głos i dopiero po chwili zrozumiała, że pełne jadu słowa odnoszą się właśnie do niej. Czym prędzej się przesunęła, umożliwiając dostęp do kasownika.

– Przepraszam – bąknęła w stronę obładowanej siatkami kobiety.

Ale tamta już nie zwracała na nią uwagi. Odbiła bilet i ruszyła jak taran w głąb autobusu, roztrącając siatkami innych pasażerów i pomstując cały czas na niewychowaną młodzież, bezczelnie rozwaloną na siedzeniach, podczas gdy stary, schorowany człowiek nie ma gdzie usiąść. Inga z rozbawieniem obserwowała, jak „stary, schorowany człowiek” dopada wolnego siedzenia, niemal przewracając stojącą obok dziewczynę, a potem toczy triumfalnym wzrokiem po współpasażerach. Jak na schorowaną, kobieta przejawiała niespotykaną energię.

– Niechże pani trochę uważa – syknęła potrącona dziewczyna, gdy rozpaczliwym wyrzutem ręki udało jej się złapać poręczy najbliższego krzesełka. – Podarła mi pani rajstopy tymi siatami.

– Nie będzie mi smarkula uwagi zwracać. Niewychowana gówniara.

Kobieta usadowiła się wygodniej na wywalczonym miejscu i wciągnęła pękające w szwach torby na kolana, przy czym jedna wylądowała na udach siedzącego obok starszego mężczyzny.

– Kamienie tu pani władowała czy co? – Pasażer bezskutecznie usiłował zepchnąć balast z nóg. – Niby stara i schorowana, a ciężary dźwiga jak Baszanowski. Całe Bielsko pani wykupiła?

– Na rynku byłam, dzieciom jarzynki kupić – wysapała kobieta. – W sklepach wszystko sztucznie pędzone, a na rynku świeżutkie. I jeszcze do masarza weszłam, bo kury mieli tanie, to jak nie wziąć? Będą miały dziecka rosołek.

– A te dziecka to same nie mogą sobie zakupów zrobić? Muszą się matką wysługiwać? – Potrącona dziewczyna nie mogła darować nadepniętej stopy i podartych rajstop. – Na innych pani mówi, a sama kiepsko pani dzieci wychowała, że się starą matką wysługują.

– Ja źle wychowałam?! – zaperzyła się kobieta. – Córka jest nauczycielką, a syn lekarzem. Co za bezczelność, żeby mi taka gówniara pyskowała! Wymalowane to, wypindrzone…

Coraz więcej osób włączało się w ten międzypokoleniowy konflikt. Większość stanęła po stronie dziewczyny, kilka kobiet poparło jednak jej antagonistkę, przy czym wyznawały najwyraźniej zasadę, że ten ma rację, kto głośniej mówi, gdyż mimo że były w mniejszości, w ilości emitowanych decybeli zdecydowanie wygrywały.

Zanosiło się na monstrualną awanturę i Inga chętnie poznałaby jej finał, lecz autobus właśnie zatrzymał się na jej przystanku koło baru „Młynówka”. Z trudem przepchała się do wyjścia, wyskoczyła na chodnik i odetchnęła rześkim powietrzem, tak różnym od autobusowego zaduchu. Zapowiadał się kolejny upalny dzień. Zegarek wskazywał dopiero dwadzieścia po szóstej, a temperatura już była na tyle wysoka, że dziewczyna zdjęła żakiet. Została w bluzce na cienkich ramiączkach i przyspieszyła kroku.

Szła szybko, zwinnie omijając kałuże wody zebranej w miejscach, gdzie chodnikowe płytki wskutek upływu czasu i naporu ludzkich kroków zamieniły się w pokruszony żwir. Inga podejrzewała, że chodnik jeszcze przez wiele lat nie będzie wyglądać lepiej. Tu, w przemysłowej dzielnicy Bielska-Białej, na remont drogi raczej nie było co liczyć.

– Inga! Inga, zaczekaj! – usłyszała za sobą okrzyk i przystanęła. Ujrzała koleżankę, z którą siedziała biurko w biurko.

– Cześć. Też jechałaś trójką? Nie widziałam cię, gdzie stałaś? – przywitała ją Inga.

Łucja Bukowiecka, każąca nazywać się Lucyną, wzruszyła ramionami.

– Trudno powiedzieć. Teoretycznie stałam przy tylnych drzwiach, ale część spódnicy została za nimi, a torebka była gdzieś u ludzi, bo poszła razem z nimi do przodu. Powinna mieć własny bilet.

Inga wybuchnęła śmiechem. Lubiła tę starszą o kilka lat dziewczynę o oryginalnej urodzie i ciętym języku. Wprawdzie pracowała w „Instal-Budzie”, jak w skrócie określano Zakłady Instalacyjno-Budowlane, dopiero dwa miesiące, ale już zdążyła się zorientować, że Lucyna w firmie raczej lubiana nie jest. Zdeklarowana panna, z własnym mieszkaniem i własnymi poglądami na życie, odbiegała od stereotypu przeciętnej kobiety. Nie dążyła do tego, by wyjść za mąż i mieć potomstwo, nie dawała się wciągać w rozmowy o genialnych osiągnięciach dzieci koleżanek, a na przechwałki o liczbie wykonanych przetworów reagowała wzruszeniem ramion. Kobiety potajemnie zazdrościły jej wolności i możliwości samostanowienia, głośno zaś ją potępiały, mówiąc, że prowadzi się zbyt swawolnie i zbyt dużo pije.

Dla Ingi ta opinia nie miała znaczenia. Współżyć seksualnie z Lucyną nie zamierzała, a w piciu alkoholu sama miała niezłą wprawę, więc nie wnikała, ile prawdy jest w tych opowieściach. Ważne, że Lucyna była inteligentna i miała poczucie humoru, dzięki czemu w jej towarzystwie nikomu nie groziła nuda.

– Idziemy dzisiaj z Urszulą na miasto. Idziesz z nami?

Propozycja była kusząca, lecz Inga z żalem musiała odmówić.

– Nie mogę. W sobotę przyjeżdżają goście i mama kazała mi umyć okna.

– Nie możesz umyć jutro? – Lucyna przystanęła, pogmerała w torebce i wydobyła paczkę klubowych. Podsunęła papierosa koleżance i sama także zapaliła. – Mamy w planach pochodzić po sklepach. Podobno w obuwniczym ma być dostawa, a mówiłaś, że chcesz kupić sandałki.

Nie dodała nic ponadto, lecz jej wzrok, skierowany w stronę stóp Ingi, powiedział więcej, niż gdyby użyła słów. Inga milczała. Wstydziła się przyznać, że nie ma już pieniędzy i będzie musiała do końca lata męczyć się w czółenkach, coraz bardziej zniszczonych, ze zdartymi fleczkami i obitymi noskami. Lucyna miała doskonałe relacje z matką i rodzeństwem, więc pewnie nie zrozumiałaby skomplikowanych stosunków panujących w domu Piątkowskich.

W zeszłym roku sandałki Ingi nie dotrwały do końca sezonu, ale matka uznała, że pod koniec sierpnia nie opłaca się już kupować nowych. Stwierdziła przy tym, że dziewczyna będzie miała dobrą nauczkę i na przyszłość zacznie szanować swoje rzeczy. O tym, że młodsza córka dostała buty w spadku po starszej, w dodatku mocno już zużyte, kobieta jakoś nie chciała pamiętać. W tym roku zdecydowała natomiast, że skoro Inga lada dzień zakończy edukację i zacznie pracować, powinna sama zapłacić za zakupy, bez obciążania domowego budżetu. Dziewczyna wiedziała, że wszelkie dyskusje są bezcelowe, zacisnęła więc tylko zęby i zaczęła odkładać pieniądze na buty. Ale sandałków i tak nie kupiła. Najpierw nie miała czasu chodzić po sklepach, bo był to okres sporządzania półrocznego bilansu i do późna przesiadywała w pracy, potem zaś nie mogła nigdzie dostać swojego rozmiaru. A wczoraj odkryła, że pieniądze zniknęły.

W odpowiedzi na pytanie o to, gdzie się podziały oszczędności Ingi, matka lekko poczerwieniała, po czym poirytowanym podniesionym głosem odparła, że potrzebowała pieniędzy na życie. Od tego są rodziną, żeby wspierać się w trudnych sytuacjach. Chwilę później dziewczyna zobaczyła siostrę przymierzającą nowy płaszcz, posyłającą jej ironiczny uśmieszek, i czara goryczy się przelała. Matka wysłuchała pełnych żalu słów całkiem spokojnie, a potem równie spokojnie odpowiedziała, że przecież Kinia nie może chodzić na zajęcia ubrana jak dziadówka. Jak Inga może być taką egoistką, że żałuje jedynej siostrze paru złotych?

Dziewczyna otrząsnęła się z zamyślenia i spojrzała na wpatrującą się w nią pytającym wzrokiem Lucynę.

– Może w przyszłym tygodniu – odpowiedziała. Miała nadzieję, że Lucyna i Urszula zdążą wydać przeznaczone na zakupy pieniądze i temat umrze śmiercią naturalną.

W „Instal-Budzie” przeszły obok portierni, wołając słowa powitania do pracującego tam mężczyzny, który na ich widok zrobił dobrze znany gest dłonią, imitujący pisanie. Oznaczało to, że nie muszą przystawać przy stoliku, gdzie leżała lista obecności.

– Niepotrzebnie leciałam na zbity pysk do autobusu. – Inga skręciła w stronę schodów. – Zapomniałam, że Urszula będzie dzisiaj wcześniej i na pewno nas podpisze.

– Co, znowu zaspałaś? – Lucyna parsknęła śmiechem. – Kobieto, życie prześpisz!

W biurze zastały już obie współpracownice. Urszula przyniosła czajnik z ogólnodostępnej kuchni i zalała kawę, z wielkim trudem zdobytą przez Jolę, czwartą z dziewcząt zajmujących to pomieszczenie. Jolanta właśnie poprawiała przed lustrem swoje kręcone rude włosy, w nieładzie opadające na plecy. Jej delikatnie obwiedzione czarną kreską niebieskie oczy błyszczały ekscytacją.

– Zdzisek dostał premię i dał mi forsę na tę bluzkę, o której wam opowiadałam – pochwaliła się, prężąc wysoką, smukłą sylwetkę i wypinając biust. – Nie ma to jak dobry mąż.

Lucyna, Urszula i Inga wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Dobrze wiedziały, że Zdzisław Tarnawa jest chamem, damskim bokserem i domowym gwałcicielem. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu ich koleżanka nosiła na nadgarstkach ewidentne ślady po jego czułym uścisku, a na podbródku siniec sugerujący specyfikę gry wstępnej w wykonaniu tego „dobrego” męża. Wiedziały też, że po każdym takim ataku Tarnawa próbuje odkupić swoje winy prezentami.

– Jakoś nie mogę przywyknąć do tego „Zdziska” – burknęła Urszula, niebędąca rodowitą bielszczanką. – U nas w Radomsku mówi się „Zdzisiek”. W innych regionach też.

– A u nas nie. Zdzisław to Zdzisek, i już – skwitowała krótko Lucyna i z błogą miną przyssała się do szklanki pełnej aromatycznego napoju, nie zważając, że parzy sobie wargi.

Po kawie Inga wstała i wyjęła z szafy metalową skrzynkę z kontami.

– Idziesz na halę maszyn? – spytała Urszula. – To zabierz najpierw klucz z portierni, bo zapomniałam. – Ziewnęła szeroko, niedbale przysłaniając usta dłonią. – Andrzej mówił…

Inga poszła na portiernię po klucz, nieciekawa słów Andrzeja. Nie rozumiała koleżanki. Urszula Zaleska wzbudzała zainteresowanie wielu mężczyzn. Mało który potrafił przejść obojętnie obok dziewczyny z twarzą o klasycznych, regularnych rysach, z wielkimi piwnymi oczami i jasnoblond włosami upiętymi w ciężki kok, podkreślający smukłość szyi. Mogła przebierać wśród wielu kandydatów, lecz oddała serce Andrzejowi Dębowiczowi, inżynierowi pracującemu jako kierownik budowy.

Dębowicz był mężczyzną przystojnym, podobającym się kobietom, lecz według Ingi miał dwie zasadnicze wady, dyskwalifikujące go jako potencjalnego partnera. Po pierwsze, najczęściej zachowywał się jak zwykły cham, a po drugie, był żonaty. Ale zakochana Urszula nie zważała ani na wady, ani na przeszkody i z uporem brnęła w ten niemający przyszłości związek, pogrążając się coraz bardziej. Jak tysiące kobiet przed nią i tysiące po niej, ona także wierzyła w obietnice, że mężczyzna wkrótce rozwiedzie się z niekochaną, nierozumiejącą go żoną i stworzy Urszulą nową rodzinę. Młodsza od koleżanki o osiem lat Inga nie pojmowała, jak można być tak naiwną. Miała nadzieję, że sama nigdy nie doświadczy takiego uczucia, odbierającego rozum i wszelki rozsądek.

Zabrała z portierni klucz i powędrowała z powrotem na drugie piętro, gdzie naprzeciwko ich biura znajdowała się hala maszyn księgujących. Otworzyła drzwi i weszła do środka. Podłączyła swoją ascotę do prądu, po czym uchyliła okno, by wywietrzyć pomieszczenie. Popatrzyła w dół, na plac i ciężarówki, wokół których kręcili się kierowcy. Dobiegł ją głośny śmiech, potem męski głos, wykrzykujący jakieś słowa. Widziała twarz skierowaną w stronę okna i czym prędzej się cofnęła. Domyśliła się, że mężczyzna wołał coś do niej, i była pewna, że nie było to nic pochlebnego. Jeszcze miesiąc temu Krzysiek Kozik deklarował jej miłość aż po grób, po czym stał się jej zawziętym wrogiem.

Zaczerwieniła się ze wstydu na wspomnienie przyczyn tej nagłej wolty i szybko poszła do biura, by zabrać stamtąd faktury do księgowania i skrzynkę z kontami, czyli kartami formatu A4, na których za pomocą maszyn księgujących prowadzono zapisy księgowe. Co się stało, to się nie odstanie, pomyślała, żywiąc nadzieję, że prędzej czy później Krzyśkowi znudzi się utrudnianie jej życia. Znajdzie sobie inną i zapomni.

Początkowo bardzo cierpiała z powodu zachowania mężczyzny, ale z każdym dniem ból był słabszy i teraz tylko z rzadka przypominał o sobie dławieniem w gardle i łzami napływającymi do oczu. Miłość mająca trwać do końca życia okazała się zaledwie cieniem prawdziwego uczucia, skoro tak szybko dała o sobie zapomnieć. A Krzysiek? Owszem, miał prawo czuć się upokorzony. Tamto zdarzenie pewnie zachwiało jego pewnością siebie, kazało zwątpić we własną męskość, ale nie powinien zwalać całej winy na Ingę. Przecież go uprzedzała, prosiła, żeby dał jej spokój.

Westchnęła i porzuciła niemiłe wspomnienia. Dziewczyny zakończyły poranne pogaduchy i zabrały się do pracy. Jola z zapamiętaniem tłukła po fakturach sprzedaży pieczątką dekretacyjną, Urszula wpisywała swoim pięknym technicznym pismem numery rejestru na dokumentach, Lucyna zaś, pogryzając papierówkę, układała faktury zakupu według dat.

– Jak już chodzisz, to zejdź do kiosku i dowiedz się, co będzie na śniadanie – odezwała się Urszula, nie podnosząc głowy znad biurka.

Inga przewróciła oczami, a gdy napotkała rozbawione spojrzenie Lucyny, przygryzła wargi, żeby się nie roześmiać. Już dawno doszła do wniosku, że nie ma chyba bardziej leniwej pracownicy od Urszuli Zaleskiej, umiejącej nieraz czekać godzinę lub nawet dłużej na chwilę, gdy któraś z koleżanek wstanie. Wtedy padało sakramentalne „jak już chodzisz, to…” – tu następowało sprecyzowanie życzenia. Czasem było to coś związanego z pracą, czasem prośba o dokonanie jakiegoś zakupu czy pożyczenie zapalniczki.

Dziewczyny nieraz zastanawiały się, jak Urszula może siedzieć osiem godzin na twardym krześle, z jedną zaledwie, krótką przerwą na wizytę w toalecie. Do kiosku na ogół nie chodziła. Rzadko się zdarzało, by nie przyniosła z domu śniadania, gdyż uważała, że wychodzi to taniej od kupowania gorącego posiłku przygotowanego w zakładowej stołówce. Taka sytuacja miała miejsce tylko wówczas, gdy kochanek zostawał u niej na noc. Domyślały się, że rano byli zbyt zajęci, by myśleć o śniadaniu.

– Poczekaj na mnie. – Lucyna wstała od biurka. – Zaniosę tylko kastlę na halę maszyn i pójdę z tobą.

Inga skinęła głową.

– Ja też już swoją zaniosę.

Zgodnym ruchem sięgnęły po kastle, jak nazywały skrzynki z kontami, na wierzchu położyły pliki faktur i ruszyły w stronę drzwi.

– Inga, jakby był bogracz, to mi kup – odezwała się Urszula, a Jola natychmiast dołączyła się do prośby.

Lucyna posłała im nieprzychylne spojrzenie.

– A co ona, wasza służąca czy jak?

– Ona to jest córka Leona. – Jola błysnęła dowcipem. Inga uśmiechnęła się krzywo.

– Mój tata ma na imię Leon.

Otworzyła łokciem drzwi i wyszła z biura, nie czekając na odpowiedź zmieszanej koleżanki. Lucyna pospieszyła za nią. Na hali maszyn złożyły swój balast na krzesłach ustawionych obok ascot.

– Nie pozwól, żeby Urszula się tobą wysługiwała. – Bukowiecka czuła się w obowiązku ostrzec młodszą koleżankę. – Jak będziesz jej ulegać, to wlezie ci na głowę tak jak Baśce i dowali swoją robotę.

Wyszły na korytarz i skierowały się w stronę schodów, mijając liczne drzwi, zza których dochodził szmer głosów i brzęk kalkulatorów przesuwających taśmy. Dział księgowości zajmował niemal wszystkie pomieszczenia znajdujące się na drugim piętrze sporego biurowca. „Instal-Bud” działał prężnie, zajmując się nie tylko budową mieszkań i hal produkcyjnych, ale także remontami istniejących już obiektów. W samej jedynie księgowości zatrudniano ponad trzydzieści osób, a dziewczyny nieraz napomykały, że to stanowczo zbyt mało. Inga już po kilku dniach zorientowała się, że musi pracować naprawdę szybko, by zdążyć z wykonaniem wszystkich niezbędnych czynności. Dlatego zdziwiła się, że jej poprzedniczka potrafiła wziąć na siebie jeszcze więcej obowiązków.

– Jak ta Baśka zdążała to wszystko zrobić?

– Nie zdążała. – Lucyna wzruszyła ramionami. – Zostawała po godzinach, ale niewiele to pomogło, bo przecież i tak ciągle musimy zostawać. No i w końcu się przejechała na tym robieniu za Urszulę. Nie udało jej się sporządzić noty w terminie i stary powiedział, że musi odejść. „Koleżanko, pani lekceważy swoje obowiązki. Dla takich osób nie ma miejsca w księgowości” – zacytowała głównego księgowego, udatnie naśladując jego nieco egzaltowany głos.

Inga parsknęła śmiechem. Rozbawiło ją zwłaszcza owo „koleżanko”, którym mężczyzna zwykł zwracać się do swoich podwładnych. Podczas każdej z nim rozmowy korciło ją, by odpowiedzieć słowem „kolego”. Uspokoiła Lucynę, obiecując, że nie pozwoli się wykorzystywać. Rzeczywiście nie zamierzała ulegać Urszuli i spełniać jej zachcianek; dość miała wykorzystywania w domu.
(…)

Hanna Greń „Północna zmiana”
tłumaczenie:
wydawnictwo: Czwarta Strona
ilość stron: 406

Opis: Rok 1980. Inga Piątkowska staje u progu dorosłego życia z niemałym bagażem doświadczeń. Choć od samobójstwa jej przyjaciela minął rok, wciąż nie może się pogodzić ze stratą. Mimo licznych teorii, tajemnica śmierci Maćka pozostaje niewyjaśniona. Inga próbuje otrząsnąć się z poczucia winy i poukładać swoje życie na nowo. W czasie wyjazdu służbowego młoda kobieta poznaje Brinka Speedmana. Kanadyjczyk przyjechał do Polski, aby odwiedzić nieznaną dotąd rodzinę i odnaleźć cenną pamiątkę po pradziadku. Co ciekawe, od pierwszego spotkania z Ingą mężczyzna nie może się pozbyć wrażenia, że dziewczyna wygląda dziwnie znajomo. Gdy Speedman znika w niewyjaśnionych okolicznościach, Inga zostaje uwikłana w sprawę jego zaginięcia. Od tej pory każda z trudem zdobywana wskazówka będzie na wagę złota.

Tematy: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek