Poznajcie Henry’ego Wilta, głównego bohatera cyklu powieści Toma Sharpe’a. Fragmenty książki „Wilt”

30 marca 2017


Wydawnictwo Poradnia K wznowiło w nowym tłumaczeniu popularną humorystyczną powieść „Wilt” Toma Sharpe’a. Zmarły w 2013 roku autor książki to kontynuator wielkiej tradycji angielskich pisarzy satyryków. Jego książki mają specyficzny styl, używa dosadnego języka, który w połączeniu z purnonsensowym humorem i groteską daje nieodparcie komiczny efekt. Krytycy mówią o nim, że ze złego gustu uczynił prawdziwą sztukę. Ile w tych słowach prawdy, możecie przekonać się, czytając dwa poniższe fragmenty „Wilta”. Książka ukazała się pod patronatem Booklips.pl.

Ilekroć Henry Wilt zabierał psa na spacer, a właściwie, gdy pies zabierał na spacer jego, a dokładnie, gdy pani Wilt mówiła im obu, żeby zabrali się z domu, bo chce poćwiczyć jogę, wybierał tę samą trasę. To znaczy, wybierał ją pies, a Wilt szedł za psem. Mijali pocztę, przecinali plac zabaw, przechodzili pod wiaduktem kolejowym i podążali milę ścieżką wzdłuż rzeki, po czym znów przechodzili pod wiaduktem i wracali ulicami, przy których rosły duże drzewa, stały domy większe od bliźniaka Wilta, a wszystkie samochody były roverami i mercedesami. Dopiero tam Clem, rodowodowy labrador, najwyraźniej czując się jak u siebie, podlewał latarnię, podczas gdy Wilt rozglądał się niepewnie dookoła, świadom, że nie pasuje do tej dzielnicy, i żałując tego. Był to bodaj jedyny moment podczas ich spaceru, kiedy w ogóle zwracał uwagę na otoczenie. Przez resztę drogi wędrował w myślach, trasą niemającą nic wspólnego z wyglądem okolicy i jego własnym. Była to podróż śladem pobożnych życzeń, pielgrzymka szlakami nikłych możliwości w rodzaju definitywnego zniknięcia pani Wilt, nagłego zdobycia majątku i władzy czy też zostania ministrem edukacji albo, jeszcze lepiej, premierem. Składała się po części z obmyślania desperackich planów, a po części z niemego dialogu, jeśli więc ktoś zauważył Wilta (większość ludzi go nie zauważała), mógł dostrzec, jak porusza wargami lub wykrzywia je w uśmiechu, który naiwnie uważał za sardoniczny, odpowiadając na pytania lub odpierając jakiś argument miażdżącą ripostą. Właśnie podczas jednego z takich spacerów, odbytego w deszczu po wyjątkowo męczącym dniu w college?u, Wilt po raz pierwszy doszedł do wniosku, że będzie mógł rozwinąć swe ukryte talenty i stać się panem siebie, tylko jeśli jakieś nie do końca przypadkowe nieszczęście uwolni go od żony.

Jak do wszystkiego innego, Henry Wilt dochodził do tego wniosku powoli. Nie był człowiekiem energicznym. Świadczyło o tym dziesięć lat pracy na stanowisku asystenta (stopnia drugiego) w Fenlandzkim College?u Nauk Humanistycznych i Technicznych. Od dziesięciu lat tkwił w Sekcji Przedmiotów Ogólnokształcących, ucząc monterów, tynkarzy, murarzy i hydraulików. A raczej pilnując, żeby siedzieli cicho. Przez dziesięć długich lat chodził codziennie od sali do sali z dwoma tuzinami egzemplarzy Synów i kochanków, Kandyda, Władcy Much albo Esejów Orwella i starał się, bez większego powodzenia, rozbudzić wrażliwość słuchaczy kursów dokształcających.

Pan Morris, kierownik sekcji, nazywał te zajęcia ?Kontaktem z kulturą?, ale według Wilta dochodziło tu raczej kontaktu jego samego z prymitywizmem, i to doświadczenie mocno podkopało ideały i złudzenia, jakie żywił za młodu. To doświadczenie i dwanaście lat małżeństwa z Evą.

O ile monterzy potrafili iść przez życie całkowicie nieczuli na emocjonalne znaczenie związków interpersonalnych przedstawionych w Synach i kochankach oraz wulgarnie rozbawieni głębokim wglądem D.H. Lawrence?a w seksualny aspekt ludzkiej natury, Eva Wilt nie była zdolna do takiej obojętności. Oddawała się rozrywkom kulturalnym i samodoskonaleniu z entuzjazmem, który Wilta przerażał. Co gorsza, jej pojęcie kultury zmieniało się z tygodnia na tydzień: czasem obejmowało Barbarę Cartland i Anyę Seton, czasem Uspienskiego, czasem Kennetha Clarka1, ale najczęściej instruktora z kursu garncarstwa we wtorki lub nauczyciela medytacji transcendentalnej w czwartki, toteż Wilt nigdy nie wiedział, co go czeka po powrocie do domu, oprócz pospiesznie przygotowanej kolacji, dosadnie wyrażonych opinii na temat jego braku ambicji i poronionego intelektualnego eklektyzmu, który wprawiał go w oszołomienie.

Aby odpędzić wspomnienie monterów jako rzekomych istot ludzkich oraz Evy w pozycji lotosu, Wilt szedł wzdłuż rzeki, snując mroczne rozważania, które stawały się jeszcze mroczniejsze wskutek świadomości, że piąty rok z rzędu jego prośba o awans na starszego asystenta prawie na pewno zostanie odrzucona, i że jeśli czegoś szybko nie zrobi, będzie skazany na trzecią monterską i drugą tynkarską ? i na Evę ? do końca życia. Nie była to radosna perspektywa. Musiał zacząć działać energicznie. Nad jego głową przejechał z hałasem pociąg. Wilt przystanął i patrząc na jego znikające w dali światła, pomyślał o wypadkach na przejazdach kolejowych bez zapór.

(?)

Pojechał w dół Parkview Avenue i utknął w korku na rondzie. Siedząc w samochodzie, klął pod nosem. Miał trzydzieści cztery lata i trwonił swoje talenty na trzecią mechaniczną i żonę, która była ewidentnie opóźniona w rozwoju umysłowym. Co gorsza, nie mógł się nie zgodzić ze stale wysuwanym przez Evę zarzutem, że nie jest prawdziwym mężczyzną. „Gdybyś był prawdziwym mężczyzną ? mówiła ? wykazywałbyś więcej inicjatywy. Musisz być asertywny”.

Wilt spróbował być asertywny na rondzie ? wdał się w sprzeczkę z kierowcą mikrobusu i jak zwykle zajął drugie miejsce.

? Według mnie kłopot polega na tym, że Wilt nie ma ikry ? stwierdził kierownik Filologii Angielskiej, mężczyzna całkowicie ikry pozbawiony.

Komisja ds. Awansów piąty rok z rzędu skinęła kolektywną głową.

? Może nie ma ikry, ale jest oddany ? zauważył pan Morris, podejmując swą doroczną obronę Wilta.

? Oddany? ? prychnęła kierowniczka Gastronomii. ? Oddany czemu? Sprawie aborcji, marksizmowi czy rozpuście? Bo którejś z tych rzeczy na pewno. Nie spotkałam jeszcze wykładowcy Przedmiotów Ogólnokształcących, który nie byłby dziwakiem, zboczeńcem albo rewolucjonistą, albo wszystkim naraz.

? Brawo! ? zawołał kierownik Techniki, na którego tokarkach jakiś obłąkany kursant wytoczył kiedyś kilkanaście rurek, które posłużyły mu do zrobienia bomb.

Pan Morris się zjeżył.

? Przyznaję, kilku wykładowców wykazywało pewną? hmm? nadgorliwość polityczną, ale wypraszam sobie insynuacje?

? Zostawmy te ogólniki i wróćmy do Wilta ? wtrącił się wicedyrektor. ? Powiedział pan, że jest oddany.

? Ale potrzebuje zachęty ? podjął pan Morris. ? Do diabła, facet pracuje u nas dziesięć lat i nadal jest tylko asystentem.

? To właśnie miałem na myśli, mówiąc o braku ikry ? oświadczył kierownik Filologii. ? Gdyby zasługiwał na awans, zostałby starszym asystentem już dawno.

? Ma pan zupełną rację ? powiedział kierownik Geografii. ? Człowiek, który przez dziesięć lat zadowala się uczeniem monterów i hydraulików, nie jest odpowiednim kandydatem na stanowisko administracyjne.

? Czy zawsze musimy przedstawiać do awansu z powodów administracyjnych? ? spytał pan Morris ze znużeniem w głosie. ? Wilt jest dobrym nauczycielem.

? Jeśli mogę zwrócić na coś uwagę ? odezwał się doktor Mayfield, kierownik Socjologii ? w obecnym momencie jest niezmiernie istotne, abyśmy pamiętali, że w świetle bliskiego wprowadzenia interdyscyplinarnego magisterium z socjologii miasta i poezji średniowiecznej, dla którego, o czym z przyjemnością informuję, Ministerstwo Edukacji wyraziło już wstępną aprobatę, powinniśmy rezerwować stanowiska starszych asystentów dla kandydatów posiadających specjalistyczną wiedzę z zakresu poszczególnych dyscyplin akademickich, a nie?

? Jeśli mogę panu przerwać, na moment obecny lub nieobecny ? wtrącił się doktor Board, kierownik Języków Nowożytnych ? czy chce pan powiedzieć, że mamy zatrudniać utytułowanych specjalistów, którzy nie potrafią uczyć, zamiast awansować asystentów bez doktoratów, którzy potrafią?

? Gdyby pozwolił mi pan kontynuować ? odparł doktor Mayfield ? zrozumiałby, co chcę powiedzieć.

? Wątpię ? mruknął doktor Board. ? Nie przy pańskiej składni.

I tak piąty rok z rzędu awans Wilta został odłożony ad acta. Fenlandzki College Nauk Humanistycznych i Technicznych wstąpił na drogę rozwoju. Mnożyły się nowe kursy magisterskie i na uczelnię napływało coraz więcej studentów o niższych kwalifikacjach, aby edukowało ich coraz więcej wykładowców o wyższych kwalifikacjach, aż pewnego dnia college przestanie być tylko college?em i awansuje, stając się politechniką. Marzyli o tym wszyscy kierownicy sekcji i ambicje Wilta oraz nadzieje Evy znów zostały pogrzebane.

Wilt dowiedział się o tym w stołówce, podczas lunchu.

? Przykro mi, Henry ? powiedział pan Morris, gdy stanęli z tacami w kolejce. ? To te nieszczęsne cięcia budżetowe. Nawet Języki Nowożytne musiały się ograniczyć. Przepchnęli tylko dwie kandydatury.

Wilt skinął głową. Spodziewał się tego. Tkwił w niewłaściwej sekcji, niewłaściwym małżeństwie i niewłaściwym życiu. Usiadł ze swoimi rybimi paluszkami przy stoliku w kącie i zjadł je w samotności. Wokół inni wykładowcy dyskutowali o wynikach egzaminów i składzie Rady Szkolnej w przyszłym semestrze. Uczyli matematyki, ekonomii lub angielskiego, w sekcjach, które się liczyły, i gdzie o awans było łatwo. Przedmioty Ogólnokształcące się nie liczyły i o awansie nie było co marzyć. Koniec i kropka. Po lunchu Wilt poszedł do biblioteki, żeby sprawdzić w spisie leków insulinę. Chodziło mu po głowie, że jest jedyną niewykrywalną trucizną.
(…)

Tom Sharpe „Wilt”
Tłumaczenie: Zuzanna Naczyńska
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 288

Opis: „Wilt” Toma Sharpe’a to historia o sympatycznym, ale niezaradnym nauczycielu akademickim. Żona trzyma go pod pantoflem, pies sam decyduje o trasie wspólnych spacerów, a w pracy brak perspektyw na awans. Pewnego dnia podejmuje śmiałą decyzję, która diametralnie odmienia jego życie. „Wilt” to świetna rozrywka dla wszystkich, którzy cenią satyryczną powieść akademicką i angielski czarny humor w najlepszym wydaniu jak choćby Davida Lodge’a i Martina Amisa. Książka jest wznowieniem wydanej przed kilku laty powieści w nowym, znakomitym tłumaczeniu.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek