banner ad

Początki sławy i śmierć Władzia Valentino – fragment książki „Wielki Liberace” Scotta Thorsona

15 marca 2014

Wielki Liberace - fragment
Prezentujemy fragment wspomnień Scotta Thorsona o Władziu Valentino Liberace ? legendarnym artyście estradowym, który kiczowatymi strojami i oprawą swych występów zainspirował kolejne pokolenia artystów, takich jak James Brown, Michael Jackson, Prince, Madonna, Elton John czy Lady Gaga. Książka „Wielki Liberace” ukazała się pod patronatem Booklips.pl.

„Zbyt wiele dobrego jest wspaniałe”, mawiał Liberace na widok nowego krzykliwego stroju albo komentując szalony pomysł na swój występ. Uwielbiał być postrzegany jako najbardziej ekstrawagancki artysta estradowy i wkładał mnóstwo wysiłku w utrzymywanie i wzmacnianie tego wizerunku. Także jego odejście okazało się spektakularne. Od 24 stycznia 1987 roku, gdy na okładce ?Las Vegas Sun? pojawił się artykuł z informacją, że Lee zachorował na AIDS, jego choroba, a później śmierć były już wydarzeniem medialnym.

Telewizyjni reporterzy koczowali przed posiadłością w Palm Springs, dokładnie odnotowując każdą osobę, która opuszczała teren jego posesji lub nań wchodziła. Przypierali do muru dostawców, lekarzy i członków rodziny. Czy to prawda ? pytali ? że Liberace umiera na AIDS? Personel Lee, instruowany przez niego samego i jego bliskich, zaprzeczał wszystkiemu, próbując skryć tajemnice chlebodawcy za nieprzeniknioną ścianą. Lee całe życie poświęcił na budowanie, jak sam mówił, ?legendy Liberace?. Wolałby zginąć w czeluściach piekieł, niż pozwolić na jej zniszczenie.

? Nie chcę zostać zapamiętany jako stary pedzio, który zmarł na AIDS ? powiedział mi Lee, słabo ściskając moją dłoń, gdy spotkaliśmy się po raz ostatni kilka tygodni przed jego śmiercią. Dotychczas wszystkie jego życzenia się spełniały. Tym razem jednak stało się inaczej. Gorliwy koroner hrabstwa Riverside wyjawił przyczynę śmierci Lee podczas konferencji prasowej nadawanej na żywo przez ogólnokrajową stację telewizyjną. Msza odprawiona w Palm Springs dwa dni później przyciągnęła tysiąc pięciuset gapiów szargających pamięć zmarłego, tłum reporterów, ale zaledwie kilku szczerych żałobników. Spośród dziesiątek celebrytów mieszkających w Palm Springs jedynie dwie gwiazdy ? sąsiad Kirk Douglas i aktorka Charlene Tilton ? pofatygowały się, aby go pożegnać. Aby uniknąć kolejnej medialnej nagonki, dzień i godzinę pogrzebu Lee trzymano w sekrecie.

Siódmy lutego 1987 roku był pięknym, słonecznym i niemal wolnym od smogu dniem, dokładnie takim, jaki Lee mógłby sobie wymarzyć na swój ostatni występ. Mszę zaplanowano na pierwszą trzydzieści po południu. Zjawiłem się punktualnie. Ochroniarze pozwolili jednak wejść do świątyni tylko kilku wybrańcom, a mnie nie było na ich liście. Podczas krótkiej mszy stałem na zewnątrz. Kiedy żałobnicy wyszli z budynku, doliczyłem się ich nie więcej niż dwudziestu. Może się mylę, ale według mnie wyglądali na skrępowanych tym, że ktoś ich widzi w tych okolicznościach, jakby żałoba po Liberacem była czymś, czego trzeba się wstydzić. Rozpoznałem większość twarzy. Wszyscy byli przez niego zatrudnieni. Mówił o nich ?moi ludzie?, tak jakby wypłacanie im pensji równało się posiadaniu ich na własność. Właśnie taki był. Lee miał miliony fanów, setki znajomych, fanatycznie oddanych pracowników, ale zaledwie kilku prawdziwych przyjaciół. Wszedłem do pustej świątyni i rozejrzałem się zaskoczony: jakże ponure było to miejsce. Żadnych wieńców, nic, co by wskazywało, że zebrali się tu ludzie, którzy żegnali wyjątkowego człowieka. Na pamiątkę żałobnicy dostali zwykłą kartkę z modlitwą do świętego Antoniego, patrona Lee. Na górze kartki znalazł się następujący napis: ?Liberace, 16 maja 1919 ? 4 lutego 1987?. Chwilę wpatrywałem się w kartkę, nie mogąc uwierzyć, że on naprawdę odszedł. Jego trumnę wyprowadzono tak szybko, że nie było nawet czasu się pożegnać. Lee nie chciałby, żeby tak to wyglądało, pomyślałem ze smutkiem. Swój ostatni występ zaplanowałby jako spektakularne wydarzenie. Usiadłem w pustym pomieszczeniu ze spuszczoną głową. Wyobraziłem sobie pogrzeb, jakiego życzyłby sobie Lee. Tyle razy uczestniczyłem w przygotowaniach do jego występów… Cała uroczystość byłaby w stylu vintage Liberacego, jak tysiące spektakli, które dał w ciągu swojego życia. Lee uwielbiał publiczność i zawsze sprawiał, że dobrze się czuła. Na pewno zadbałby o to również, planując swoje ostatnie przedstawienie.

Zajechałby drogim rolls-royce?em, tak jak podczas występów w Las Vegas. Karawan zatrzymałby się na środku sceny w oślepiającym świetle reflektorów, a trąbki i grzmiące kotły obwieszczałyby jego przybycie. Trumnę spowijałoby ulubione futro Lee, wart trzysta tysięcy dolarów płaszcz z lisów z niemal pięciometrowym trenem. Następnie pojawiłby się służący Lee i zdjął pelerynę, tak jak wiele razy ściągał ją z ramion Lee. Służący razem z peleryną odjechałby miniaturowym rollsem. Lee uwielbiał mówić publiczności, że ?ten cholerny płaszcz był jedynym ubraniem na świecie, które miało swój własny samochód z kierowcą?. W kaplicy zebrałby się tłum gwiazd mieszkających w Las Vegas, a Lee z pomocą Raya Arnetta, swojego menedżera produkcji, zapewniłby im odpowiednią rozrywkę. Zatrudniliby wielki chór i orkiestrę symfoniczną. Lee spoczywałby w wysadzanej kamieniami szlachetnymi i pozłacanej trumnie, dziele Boba Lindnera, który projektował jego niepowtarzalną biżuterię. Trumnę otaczałyby dekoracje z kwiatów, które przyćmiłyby nawet Paradę Róż. Mali chłopcy przebrani za cherubiny opuszczaliby się spod sufitu i latali po kaplicy, tak jak Lee, który unosił się nad sceną w Vegas Hilton jak fantasmagoryczny Piotruś Pan. Lee uwielbiał przepych ? błyszczącą biżuterię, wielkie futra, luksusowe samochody, bogaty wystrój wnętrz. Były jego częścią tak samo jak firmowy uśmiech. Zawsze domagał się tego co najlepsze i było go na to stać. Jego ostatnie pożegnanie powinno być wielkim wydarzeniem, spektakularną uroczystością na cześć człowieka, który sam nazywał się ?największym showmanem na ziemi?. Tymczasem urządzono mu pogrzeb ascetyczny i bezbarwny. Nieważne jak ani dlaczego zmarł! Lee zasłużył, żeby odpowiednio go pożegnać, żeby go opłakiwać i pochować z przepychem, do jakiego przywykł, a nie w pośpiechu i tajemnicy.

Gdy siedziałem sam w tej ponurej kaplicy, ogarnęły mnie przytłaczające poczucie straty i żal. To nie powinno się tak skończyć. Ludzie Lee śpieszyli się aż nieprzyzwoicie, aby mieć pogrzeb wreszcie za sobą. Trumnę po krótkiej mszy wyprowadziło sześciu karawaniarzy, pracowników cmentarza Forest Lawn, a nie oddani przyjaciele. Garstka żałobników szybko się rozeszła, jak kibice przegranej drużyny.

Jadąc tamtego popołudnia do domu, nie mogłem powstrzymać pytań, które kotłowały mi się w głowie. Dlaczego po tylu triumfach życie Lee skończyło się jak żałosna plotka z tabloidu, przypis do historii choroby zwanej AIDS? Pod wieloma względami ? mimo naszego wieloletniego związku ? Lee pozostał dla mnie zagadką. Kim był? ? pytałem sam siebie. Pełnym fantazji showmanem czy drobiazgowym despotą, hojnym darczyńcą czy działającym na pokaz rozrzutnikiem, oddanym kochankiem czy rozwiązłym poszukiwaczem przygód? Żyłem blisko z Lee jako jego kochanek, przyjaciel i powiernik. Nikt nie znał go lepiej niż ja; nikt inny nie mógł odpowiedzieć na moje pytania.

Poszukiwanie odpowiedzi okazało się długim, a czasem bolesnym procesem. Pierwszy raz spotkaliśmy się w 1977 roku, gdy on miał lat pięćdziesiąt siedem, a ja byłem osiemnastoletnim dzieciakiem. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru! Pierwszy raz obejrzałem wówczas występ Liberacego i poznałem tego legendarnego artystę. Nie tam jednak powinienem zacząć swoje poszukiwania. Powinienem sięgnąć do początków.

Liberace_warren

Z nietypową dla siebie skromnością Lee zwykł mawiać: ?Jestem tylko pianistą?.

Moim zdaniem był ?tylko pianistą?, tak samo jak prezydent Reagan był ?tylko politykiem?. Osiągnęli doskonałość w komunikowaniu się: Reagan z wyborcami, a Lee z bywalcami nocnych klubów. Od samego początku to właśnie ta umiejętność dotarcia do słuchaczy wyróżniała Lee na tle konkurencji. Nieważne, jakie błędy popełniał w życiu prywatnym, w zawodowym nigdy nie zrobił fałszywego kroku.

? Publiczność na kilometr wyczuwa nieszczerość ? powiedział mi kiedyś. ? Jeśli nie lubisz się z nią spotykać, jeśli nie kochasz tego, co robisz ? zauważy to.

Lee był jednym z tych szczęściarzy, którzy uwielbiali występować na żywo.

? Na scenie ? dodał ? wiem kim jestem. Jestem pewny siebie i mam całkowitą kontrolę.

Miał rzadki talent: sprawiał, że każda osoba obecna w sali miała poczucie, że występuje tylko dla niej. Nieważne, czy grał dla dziesięciu, czy dziesięciu tysięcy ludzi ? Lee wkładał tyle samo wysiłku w każdy koncert. Pracował tak ciężko, że czasem podczas jednego występu tracił ponad dwa kilogramy. Kiedy zacząłem pracować z Lee, miał rzesze fanów i grał w wypełnionych po brzegi salach. Miał też wiele słodko-gorzkich wspomnień, gdy na początku swojej kariery grywał dla pustych krzeseł. Każdy występujący w nocnych klubach potwierdzi, że drugi występ wieczoru w restauracji z programem rozrywkowym jest zawsze najgorszy. Amerykanie nie lubią czekać z kolacją do dziesiątej czy jedenastej. Jednak granie w tych niepopularnych godzinach pomogło ukształtować show Lee.

? Jeśli dziesięć tysięcy ludzi czeka, żeby cię zobaczyć i usłyszeć ? twierdził ? nie sposób wyróżnić któregokolwiek z nich. W przypadku małej publiczności czuję, że mogę porozmawiać z każdym z osobna.

Pod koniec lat czterdziestych show Lee nadal znajdował się w fazie przemian. Daleko mu było jeszcze do przepychu, dzięki któremu go zapamiętano. Kilka czarnych, klasycznych fraków, fortepian i parę kandelabrów ? to jedyne rekwizyty podczas cowieczornych występów dla nielicznych widzów. Na więcej nie było go stać. Lee angażował za to publiczność w swoje przedstawienie. Staromodne wspólne śpiewanie było ulubionym sposobem wciągania jej w zabawę, tak że stawała się częścią swojego własnego programu rozrywkowego. Jak wiele innych numerów Lee, ten pomysł był banalny, ale zdawał egzamin. Moim zdaniem Liberace był niezwykłym człowiekiem ze zwykłym podejściem do ludzi. Do końca nie stracił umiejętności dogadywania się z przedstawicielami klasy robotniczej, małżeństwami, które tygodniami oszczędzały pieniądze, żeby móc pozwolić sobie na wieczór w mieście. Jedno z jego powiedzeń brzmiało: ?Nigdy nie pozwalaj publiczności zastanawiać się, co zamierzasz zrobić. Powiedz to!?.

Jego występ każdego wieczoru wyglądał inaczej w zależności od nastroju i tego, jak reagowała publiczność, która przyszła go posłuchać. Ogłaszał, na przykład, że zagra wszystkie utwory Chopina albo Gershwina, które zna, a potem z uśmieszkiem dodawał, że nie powinno mu to zająć więcej niż pięć minut. Pomimo bogatego repertuaru i korzeni w muzyce klasycznej Lee nigdy nie patrzył na swoich słuchaczy z wyższością ? nie zapomniał, że sam pochodził z niższych warstw klasy średniej. Schodzenie ze sceny i uściski dłoni z publicznością pasowały do niego bardziej niż stawianie się na piedestale.

Lee mógł grzeszyć w życiu prywatnym, ale jego występy zawsze były uczciwe i przyzwoite. Ponieważ na jego koncerty przychodziły całe rodziny, Lee miał dostęp do publiczności nieosiągalnej dla większości artystów estradowych. Kiedy na widowni były dzieci, wykorzystywał to. Zapraszał któregoś dzieciaka na scenę, uczył go kilka minut, jak zagrać prosty kawałek, a potem występowali w duecie. Była to magia w czystej postaci i kolejny z wielkich talentów Lee ? słuchał, jak dziecko nieśmiało wciska kilka klawiszy, podczas gdy sam zwinnymi palcami wygrywał akompaniament, sprawiając, że maluch brzmiał jak muzyczny geniusz. Wszyscy to uwielbiali: dzieci, rodzice i menedżerowie klubów, którzy widzieli swoje rosnące konta bankowe. Zanim Lee pozwalał zejść dziecku ze sceny, dawał mu miniaturkę fortepianu z autografem. Te fortepianiki stały się cenną pamiątką z występów Lee.

Zanim nadeszły lata pięćdziesiąte, Lee znalazł swoją bezpieczną, aczkolwiek mało spektakularną niszę w przemyśle rozrywkowym. Oprócz występów w Las Vegas Lee był zobowiązany kontraktem z siecią Statler Hotels. Występował też w luksusowym Fontainebleau Hotel w Miami, słynnym nowojorskim Roxie Theater oraz Palmer House w Chicago, gdzie był ulubieńcem dyrektor do spraw rozrywki Muriel Abbott. W Nowym Jorku Lee pracował w radiu, ale twierdził, że to dla niego zbyt sterylne medium. Instynkt podpowiadał mu, że aby zdobyć względy publiczności, musi być dla niej widoczny.

Mówił, że miał ?komfortowe życie zawodowe?, ale chciał o wiele więcej. Zwierzył mi się, że marzył, by zostać aktorem filmowym, odcisnąć dłoń przed Teatrem Chińskim Graumana w Hollywood, zdobyć Oscara. Intrygowało go coraz popularniejsze nowe medium: telewizja. Lee najbardziej na świecie chciał być gwiazdą. Wydawało mu się to jednak coraz mniej prawdopodobne. Miał trzydzieści lat i jego włosy robiły się coraz rzadsze, a talia ? grubsza. Żył już w trasie od lat dziesięciu i nadal czekał, aż trafi go piorun popularności. Udało się to wreszcie pewnego wieczoru podczas jednej z kalifornijskich burz.

W 1949 roku Del Coronado Hotel w San Diego, razem ze swoim plażowym barem, był słynnym miejscem. Jak dawna piękność, której najlepszy czas już minął, stary, zdobny budynek miał w sobie elegancję. Uchodził za idealne miejsce na rodzinne wczasy. Tego właśnie lata telewizyjny menedżer Don Fedderson spędzał tam wakacje z żoną Tido i dziećmi. Któregoś wieczoru przez San Diego przeszły gwałtowne burze i rodzina Feddersonów zrezygnowała z rozrywek na mieście. Postanowili, że zjedzą kolację w hotelu, a resztę wieczoru spędzą w barze na plaży. Lee miał grać na fortepianie, a jego brat George na skrzypcach.

Bracia wyszli na scenę na pierwszy występ ubrani jak zwykle w czarne smokingi i wyglądali raczej jak właściciele zakładu pogrzebowego, a nie artyści estrady. Ani Feddersonowie, ani Liberace nie spodziewali się, jak ważny dla ich przyszłości okaże się ten wieczór. Lee, wspominając ten kluczowy dla swojej kariery występ, opowiadał, jak z przygnębieniem przebiegł wzrokiem po nielicznej grupie zgromadzonych. Zapowiadała się kolejna spokojna, mało spektakularna noc. Usiadł przy fortepianie i zaczął pogawędkę z publicznością, a gdy wszyscy poczuli się jak w domu, zaczął grać.

Lee miał staromodne podejście do swojego zawodu. Nie tylko wierzył, że show musi trwać; był przekonany, że każdy show i każda publiczność zasługują na to, żeby dał z siebie wszystko. Właśnie tak zrobił podczas tej burzliwej nocy: dał z siebie wszystko. Jak relacjonowali Lee i inni świadkowie, Don Fedderson słuchał uważnie i wracał każdego wieczoru do końca swoich wakacji, nawiązując po drodze przyjaźń z Lee. Telewizja dopiero raczkowała, ale była nienasycona, domagała się stałej dostawy nowych talentów. Dzięki Donowi Feddersonowi Lee zaczął występować w programie telewizji lokalnej, a potem objął wakacyjne zastępstwo w The Dinah Shore Show. Ten piętnastominutowy show, w którym występował przez dwa miesiące, okazał się tak popularny, że telewizja NBC zaoferowała Lee półgodzinny program. Pojawił się w 1953 roku i emitowany był przez trzy sezony. W tamtych czasach triumfy święcił Wujek Miltie*, Kocham Lucy, Honeymooners Jackiego Gleasona i The Ed Sullivan Show. Pod koniec sezonu w 1953 roku Lee dołączył już do tego wysoko postawionego towarzystwa i był zachwycony. Z dumą wspominał, że zyskał sobie przydomek ?pierwszego idola telewizyjnych popołudniówek?. Lee dopiął swego; już nigdy więcej obskurnych knajp, zapomnianych hoteli i drugorzędnych klubów. Przeprowadził się do Kalifornii i zbudował pierwszy dom w Sherman Oaks, które później mianowało go honorowym burmistrzem. Lee miał talent do public relations i w swojej posiadłości kazał zbudować basen w kształcie fortepianu, który wzbudził takie zainteresowanie, że pisało o nim wiele ogólnokrajowych magazynów. Nazwisko Liberace stało się z dnia na dzień znane i wszystko, co się z nim wiązało, było dobrym tematem dla mediów. Im bardziej ekstrawagancki robił się styl życia muzyka, tym więcej uwagi mu poświęcano. Lee szybko pojął tę zależność. Wystawne życie stało się równie ważną częścią jego wizerunku i legendy jak występy sceniczne.

Lee uwielbiał znajdować się w blasku reflektorów. Nowy status gwiazdy prawdziwie go ekscytował. Kalifornia jawiła mu się jako raj na ziemi ? dopóki nie wprowadziła się do niego matka. Liberace był staroświecki i po staroświecku czuł się zobowiązany do zajęcia się matką. Frances, która czasem traktowała go jak dziesięciolatka, bardzo mu przeszkadzała. Chciała poznać wszystkich jego przyjaciół, ogrzać się w blasku sławy swojego syna. Najbliżsi znajomi Lee byli gejami, niezupełnie w stylu kolegów, których przyprowadza się do domu, żeby przedstawić mamie, kiedy udaje się heteroseksualnego mężczyznę.

Lee opowiadał, że kazała mu zachowywać się jak supergwiazda i urządzać wielkie przyjęcia dla hollywoodzkiej elity. Frances nie rozumiała swojego syna ani świata, do którego teraz należał. Nie miała pojęcia o ?pierwszej lidze? ani biznesowych lunchach. W porównaniu z prawdziwymi elitami Hollywoodu ? szefami studiów, reżyserami i wielkimi gwiazdami ? Lee nadal był płotką w wielkim oceanie. A Frances schlebiała mu, wywierała na niego presję i manipulowała Lee tak samo jak wtedy, gdy był nastolatkiem i próbowała nakłonić go do zrobienia tego, co uważała za stosowne.

Lee potrzebował odskoczni i znajdował ją w wynajętym mieszkaniu w północnym Hollywood. Stało się jego kryjówką ? kolejnym sekretem.

Gwiazdy filmowe rzadko stają się sławne z dnia na dzień jak osobowości telewizyjne. Lee zawsze mówił o latach pięćdziesiątych jak o ?białej gorączce? swojego życia. Długo marzył o takiej popularności i dążył do takiego uznania. Teraz wreszcie je miał. Niebawem jednak przekonał się, że trzeba uważać na to, o czym się marzy. Zanim jego pierwszy program zniknął z anteny, Liberace był powszechnie znany. Zawsze gdy pokazywał się publicznie, ludzie zatrzymywali go i prosili o autograf. Gdziekolwiek się pojawiał, rozpoznawali jego szeroki uśmiech i pofalowane włosy.

Nie minęło wiele czasu i Lee zdał sobie sprawę, że anonimowość ma swoje zalety. Dopóki nie pojawił się w telewizji, nikt nie kwestionował jego orientacji seksualnej. Dopóki nie obnosił się ze swoim stylem życia, nie było z tym żadnego problemu. Pojawiał się w znanych gejowskich barach i klubach i nikt nie zwracał na niego uwagi. Romansował z wieloma kochankami, niektórzy z nich starali się zrobić karierę w rozrywce. Po dziesięciu latach znał gejowskie miejsca w każdym mieście, do którego zawitał, i często się w nich pojawiał. Nagła sława ograniczyła swobodę poruszania się. ?Idol popołudniówek? nie śmiał ryzykować, że zostanie rozpoznany gejowskim barze albo łaźni. Lee miał absolutną pewność, że większość jego fanów ? kobiet w średnim wieku, rodzin robotniczych ? odwróciłaby się od niego, gdyby tylko dowiedziała się, kim jest naprawdę. Zdemaskowanie i publiczne ujawnienie homoseksualizmu niosłoby nieobliczalne skutki.

Na szczęście przez lata wrósł w gejowską społeczność, a także zatrudnił grupę zaufanych pracowników, wśród których było sporo homoseksualistów. Począwszy od lat pięćdziesiątych, Lee zwracał się do nich, kiedy potrzebował towarzystwa albo wieczornej rozrywki. Ze swoimi przyjaciółmi gejami oraz potencjalnymi kochankami spotykał się w mieszkaniu, którego istnienia matka nigdy nawet nie podejrzewała. Próbował ukryć przed nią swoją orientację seksualną, od innych członków rodziny usłyszałem jednak, że często korzystał ze swojej kryjówki. Nikt nie wie, czy Frances domyślała się, dlaczego Lee tyle czasu spędzał poza domem.
(…)

wielki-liberaceScott Thorson „Wielki Liberace”
Tłumaczenie: Madalena Bugajska
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 388

Opis: Wielki Valentino Liberace ? legendarny artysta estradowy ? w szczerych aż do bólu, kontrowersyjnych wspomnieniach swego kochanka. Władzio Valentino z matki Polki i ojca Włocha. Grał Chopina i miał być drugim Lisztem. Liberace został za radą Paderewskiego. ?Książę przepychu? na scenie błyszczał jak skrzynia diamentów, poza nią skrzętnie ukrywał swój homoseksualizm. Prawda o jego życiu prywatnym zabiłaby gospodynie domowe piszczące z zachwytu na jego występach. Kochanek gwiazdora opisuje pięć lat zamknięcia w złotej klatce, głośne rozstanie, a w końcu pojednanie na łożu śmierci chorego na AIDS Liberace. najdziemy tu luksusowe domy, wysadzane klejnotami samochody, szyte na zamówienia futra i kilogramy biżuterii, które nosił na sobie gwiazdor. Na podstawie wspomnień Thorsona powstał niedawno film Stevena Soderbergha. (więcej o książce)

fot. Allan Warren

Tematy: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek