banner ad

Początek „Podróży z Charleyem” Johna Steinbecka

13 maja 2014

podroze-z-charleyem-fragment
Prószyński i S-ka w ramach serii wznowień dzieł zebranych Johna Steinbecka wydał „Podróże z Charleyem”, czyli jedno z najważniejszych dzieł portretujących Amerykę połowy ubiegłego wieku. Na pobudzenie czytelniczego apetytu poniżej możecie przeczytać początek tej znakomitej książki.

Część pierwsza

Kiedy byłem bardzo młody i czułem uporczywe pragnienie znalezienia się gdzie indziej, ludzie dojrzali zapewniali mnie, że dojrzałość uleczy te zachcianki. Kiedy zaś lata określiły mnie jako dojrzałego, przepisanym lekarstwem miał być wiek średni. W średnim wieku zapewniano mnie, że starszy wiek uśmierzy moją gorączkę, a teraz, kiedy mam lat pięćdziesiąt osiem, może załatwi to zgrzybiałość. Nic nie poskutkowało. Cztery chrapliwe ryki syreny okrętowej nadal jeżą mi włosy na karku i wprawiają moje stopy w ruch. Odgłos odrzutowca, rozgrzewanego silnika, nawet klapotanie podkutych kopyt na bruku wywołują dawny dreszcz, suchość ust i zmęczenie oka, rozpalają dłonie i wywracają żołądek wysoko pod żebrami. Inaczej mówiąc, nie poprawiam się; a mówiąc dalej, jak ktoś raz jest włóczęgą, zawsze będzie włóczęgą. Obawiam się, że ta choroba jest nieuleczalna. Stwierdzam to, nie żeby pouczać innych, ale żeby poinformować siebie samego.

Kiedy wirus niepokoju zaczyna opanowywać człowieka niesfornego, a droga zaczynająca się Tutaj wydaje się szeroka, prosta i miła, ofiara musi najpierw znaleźć w sobie dostateczny i dobry powód do wyjazdu. Nie jest to trudne dla prawdziwego włóczęgi. Ma on w sobie cały las powodów, z którego może wybierać. Następnie musi uplanować swoją podróż w czasie i przestrzeni, obrać kierunek i miejsce przeznaczenia. Na koniec zaś musi ustalić szczegóły wędrówki. Jak jechać, co zabrać z sobą, jak długo podróżować. Ta część owego procesu jest nieodmienna i nieśmiertelna. Notuję ją tylko dlatego, ażeby nowicjusze we włóczęgostwie, niczym nastolatki w nowo wyklutym grzechu, nie uważali, że sami ją wymyślili.

Z chwilą kiedy wędrówka jest już zaplanowana, przygotowana i wprowadzona w czyn, pojawia się nowy element, który wysuwa się na plan pierwszy. Wyprawa, safari, eksploracja jest pewną istnością, różną od wszystkich innych podróży. Ma swoją osobowość, temperament, indywidualność, jedyność. Podróż jest osobą samą w sobie; nie ma dwóch jednakowych. A wszelkie plany, zabezpieczenia, regulacje i przymusy są bezowocne. Po latach zmagań stwierdzamy, że nie my robimy podróż; to podróż robi nas. Przewodniki, plany jazdy, rezerwacje, ustalone i nieuniknione, rozbijają się w drzazgi o osobowość podróży. Dopiero kiedy to się uzna, może rzetelny włóczęga odsapnąć i wziąć się do dzieła. Dopiero wtedy odpadają rozczarowania. Pod tym względem podróż jest jak małżeństwo. Niezawodnym sposobem popełnienia błędu jest myśleć, że się nad nią panuje. Teraz, kiedy to powiedziałem, czuję się lepiej, jakkolwiek tylko ci, którzy sami tego doświadczyli, potrafią mnie zrozumieć.

 

Mój plan był jasny, zwarty i chyba rozsądny. Przez wiele lat podróżowałem po różnych częściach świata. W Ameryce mieszkam w Nowym Jorku albo też wpadam do Chicago czy San Francisco. Ale Nowy Jork nie bardziej jest Ameryką niż Paryż Francją czy Londyn Anglią. Dlatego też odkryłem, że nie znam własnego kraju. Ja, pisarz amerykański piszący o Ameryce, pracowałem z pamięci, a pamięć jest w najlepszym razie niedoskonałą, spaczoną zbiornicą. Od dawna nie słuchałem mowy Ameryki, nie wąchałem trawy, drzew i nieczystości, nie oglądałem jej wzgórz i wody, barw i odcieni światła. Znałem przemiany jedynie z książek i gazet. Ale, co więcej, nie wyczuwałem kraju od lat dwudziestu pięciu. Krótko mówiąc, pisałem o czymś, czego nie znałem, a wydaje mi się, że u tak zwanego pisarza jest to przestępstwem. Moje wspomnienia zostały skrzywione przez dwadzieścia pięć lat, które tymczasem minęły.

Niegdyś podróżowałem starym wozem piekarniczym, dwudrzwiowym gruchotem z materacem na podłodze. Zatrzymywałem się tam, gdzie zatrzymywali się lub gromadzili ludzie, słuchałem, patrzyłem, dotykałem, i w ten sposób uzyskiwałem obraz mojego kraju, którego dokładność zmniejszały tylko moje własne niedostatki.

I tak się stało, że postanowiłem przyjrzeć się znowu temu krajowi-potworowi i spróbować odkryć go na nowo. Inaczej nie mógłbym, pisząc, ukazywać owych drobnych, diagnostycznych prawd, które są fundamentami większej prawdy. Nasunęła się jedna duża trudność. W ciągu minionych dwudziestu pięciu lat moje nazwisko stało się dosyć znane. A przekonałem się z doświadczenia, że kiedy ludzie o kimś słyszeli, dobrze czy źle, wówczas się odmieniają; przez nieśmiałość czy inne cechy, które wywołuje rozgłos, stają się czymś, czym nie są w zwykłych okolicznościach. Ponieważ tak jest, podróż moja wymagała, ażebym zostawił w domu swoje nazwisko i tożsamość. Musiałem być perypatetycznymi oczami i uszami, czymś w rodzaju ruchomej płyty żelatynowej. Nie mogłem wpisywać się do ksiąg hotelowych, spotykać się z ludźmi, których znałem, przeprowadzać rozmów z innymi, a nawet zadawać dociekliwych pytań. Następnie zaś dwoje czy więcej ludzi zakłóca ekologiczny układ danego terenu. Musiałem jechać sam i być samowystarczalny, niby jakiś beztroski żółw niosący swój dom na grzbiecie.

Mając to wszystko na uwadze, napisałem do centrali wielkiej firmy produkującej ciężarówki. Wyszczególniłem moje cele i potrzeby. Chciałem dostać ciężarówkę pick-up o ładowności trzech czwartych tony, mogącą przejechać wszędzie nawet w trudnych warunkach, a na tej ciężarówce chciałem mieć zbudowany niewielki domek, na wzór kajuty małego statku. Przyczepą trudno jest manewrować na górskich drogach, nie można, a często nie wolno jej zaparkować, wreszcie podlega ona wielu restrykcjom.

W odpowiednim czasie nadszedł szczegółowy opis mocnego, szybkiego, wygodnego pojazdu z zamontowanym kamperem ? małym domeczkiem, w którym było podwójne łóżko, czteropalnikowa kuchenka, grzejnik, lodówka i oświetlenie za pomocą butanu, chemiczna toaleta, schowek na ubrania, miejsce na rzeczy, okna zaopatrzone w siatki przeciwko owadom ? dokładnie to, czego chciałem. Został mi on dostarczony w lecie do mojej małej rybackiej posiadłości pod Sag Harbor, przy krańcu Long Island. Jakkolwiek nie zamierzałem wyruszyć przed Świętem Pracy, kiedy to kraj powraca do normalnego życia, chciałem jednakże przywyknąć do tej mojej żółwiej skorupy, wyposażyć ją i nauczyć się jej. Przyszła w sierpniu ? piękna rzecz, tęga, a jednak zgrabna. Wóz był nieomal równie łatwy do prowadzenia jak samochód osobowy. Ponieważ zaś planowana podróż wywołała pewne żartobliwe uwagi wśród moich przyjaciół, nazwałem go Rosynantem, czyli, jak zapewne pamiętacie, imieniem rumaka Don Kichota.

Jako że nie robiłem tajemnicy z tego projektu, wyniknął szereg kontrowersji między moimi przyjaciółmi i doradcami (projektowana podróż płodzi całe ławice doradców). Mówiono mi, że ponieważ moje fotografie są rozpowszechnione tak szeroko, jak tylko to zdołał uczynić mój wydawca, okaże się dla mnie niepodobieństwem poruszać się bez rozpoznania. Niech mi będzie wolno z góry powiedzieć, że na dystansie przeszło dziesięciu tysięcy mil, w trzydziestu czterech stanach, nie zostałem rozpoznany ani razu. Przypuszczam, że ludzie identyfikują rzeczy tylko w kontekście. Nawet ci, którzy mogliby mnie poznać na tle uważanym dla mnie za właściwe, w żadnym przypadku nie zidentyfikowali mnie w Rosynancie.

Zwracano mi uwagę, że imię ?Rosynant?, wymalowane na boku mojego wozu w szesnastowiecznym hiszpańskim stylu, wywoła tu i ówdzie zaciekawienie i dociekliwość. Nie wiem, ile osób rozpoznało to imię, ale z pewnością nikt o nie nigdy nie zapytał.

Następnie mówiono mi, że zamiary człowieka obcego rozjeżdżającego się po kraju też mogą stać się przedmiotem dociekań albo nawet podejrzeń. Z tej przyczyny umieściłem na stojaku w ciężarówce strzelbę śrutową, dwa sztucery i kilka wędek, ponieważ wiem z doświadczenia, że jeśli ktoś jedzie zapolować lub łowić ryby, jego zamiary są rozumiane, a nawet pochwalane. W istocie rzeczy, moje czasy myśliwskie należą do przeszłości. Teraz już nie zabijam ani nie łowię niczego takiego, czego nie mógłbym rzucić na patelnię; za stary jestem na zabijanie dla sportu. Ta dekoracja sceniczna okazała się niepotrzebna.

Mówiono, że moje nowojorskie numery rejestracyjne wywołają zainteresowanie i może pytania, jako że były jedynymi zewnętrznymi znakami rozpoznawczymi, jakie miałem. I tak też się stało ? może dwadzieścia albo trzydzieści razy w ciągu całej podróży. Ale tego rodzaju kontakty miały niezmiennie ten sam przebieg, mniej więcej następujący:

Miejscowy człowiek: ? Nowy Jork, co?

Ja: ? Yhy.

Miejscowy człowiek: ? Byłem tam w dziewięćset trzydziestym ósmym czy może w trzydziestym dziewiątym? Alice, czy myśmy pojechali do Nowego Jorku w trzydziestym ósmym czy w trzydziestym dziewiątym?

Alice: ? To było w trzydziestym szóstym. Pamiętam, bo tego roku umarł Alfred.

Miejscowy człowiek: ? Tak czy owak, strasznie mi się tam nie podobało. Nie mieszkałbym tam, nawet gdyby ktoś mi płacił.

Niektórzy szczerze się niepokoili, że będę podróżował sam jeden, narażony na ataki, napaści, rabunek. Dobrze wiadomo, że drogi nasze są niebezpieczne. I tu przyznaję, że miałem bezsensowne obawy. Od szeregu lat nie byłem sam, bezimienny, bez przyjaciół, bez żadnego zabezpieczenia, jakie daje rodzina, znajomi i poplecznicy. W owym niebezpieczeństwie nie ma nic realnego. Jest to z początku tylko uczucie wielkiego osamotnienia, bezradności ? jakieś uczucie opuszczenia. Z tej przyczyny zabrałem w podróż jednego towarzysza ? starego pudla francuskiego imieniem Charley. Właściwie ma on na imię Charles le Chien. Urodził się w Bercy, na przedmieściach Paryża, a szkolony był we Francji, i chociaż zna trochę pudlowej angielszczyzny, reaguje szybko tylko na rozkazy wydawane po francusku. W przeciwnym razie musi je sobie przekładać, a to mu zwalnia tempo. Jest bardzo dużym pudlem, koloru zwanego bleu, i faktycznie jest niebieski, kiedy jest czysty. Charley to urodzony dyplomata. Woli negocjacje od walki, i słusznie, bo w walce jest bardzo kiepski. Tylko raz w ciągu swoich dziesięciu lat znalazł się w opałach ? kiedy spotkał psa, który nie chciał negocjować. Charley stracił wtedy kawałek prawego ucha. Ale jest dobrym, czujnym psem ? ma ryk lwa, przeznaczony do maskowania przed włóczącymi się po nocy obcymi faktu, że nie potrafiłby przegryźć cornet de papier1, aby się zeń wydostać. Jest dobrym przyjacielem i towarzyszem podróży i woli podróżowanie od wszystkiego, co może sobie wyobrazić. Jeżeli często występuje w niniejszej relacji, to dlatego, że wniósł duży wkład do podróży. Pies, szczególnie tak egzotyczny jak Charley, jest łącznikiem między obcymi. Wiele rozmów po drodze zaczynało się od: ?Co to za pies??.

Metody wszczynania rozmowy są uniwersalne. Wiedziałem od dawna i odkryłem to na nowo, że najlepszym sposobem przyciągnięcia uwagi, pomocy i rozmowy jest zabłądzić. Człowiek, który widząc rodzoną matkę dogorywającą z głodu na ścieżce, kopie ją w brzuch, żeby sobie oczyścić drogę, z radością poświęci kilka godzin swojego czasu na udzielanie błędnych wskazówek komuś zupełnie obcemu, kto utrzymuje, że zabłądził.

 

Pod dużymi dębami na mojej posiadłości pod Sag Harbor stał Rosynant, piękny i godny, i sąsiedzi przychodzili w odwiedziny, tacy sąsiedzi, o których nawet nie wiedzieliśmy, że ich mamy. Widziałem w ich oczach coś, co miałem widzieć wciąż i wciąż we wszystkich zakątkach kraju ? palące pragnienie odjazdu, ruszenia się, wybrania się w drogę, dokąd­kolwiek, byle daleko od każdego Tutaj. Mówili spokojnie o tym, jak bardzo chcą wyjechać któregoś dnia, przenosić się z miejsca na miejsce, swobodni i niezakotwiczeni, nie ku czemuś, ale od czegoś. Widziałem to wejrzenie i słyszałem tę tęsknotę wszędzie, we wszystkich stanach, jakie odwiedziłem. Prawie każdy Amerykanin łaknie zmiany
miejsca.

Jeden mały chłopiec lat około trzynastu przychodził co dzień. Stawał nieśmiało z boku i patrzył na Rosynanta; zaglądał przez drzwi, nawet kładł się na ziemi i badał tęgie resory. Był cichym, wszędobylskim małym chłopcem. Przychodził nawet po nocy, aby popatrzyć na Rosynanta. Po tygodniu nie mógł już dłużej wytrzymać. Słowa przebiły sobie drogę przez jego nieśmiałość. Powiedział:

? Jakby pan mnie z sobą zabrał, tobym wszystko robił. Gotowałbym, zmywał wszystkie naczynia i robił całą robotę, i opiekowałbym się panem.

Na nieszczęście dla mnie znałem jego marzenia.

? Chętnie bym cię wziął ? powiedziałem ? ale komitet szkolny i twoi rodzice, i cała masa innych mówią, że nie mogę.

? Wszystko będę robił ? odrzekł.

I myślę, że tak by było. Przypuszczam, że ani na chwilę nie dał za wygraną, dopóki nie odjechałem bez niego. Miał to marzenie, które ja miałem całe życie, i nie ma na to lekarstwa.

Wyposażenie Rosynanta było długim i przyjemnym procesem. Zabrałem o wiele za dużo rzeczy, ale nie wiedziałem, co mnie spotka. Przybory na wszelki wypadek, linki do holowania, mały wielokrążek, saperka i łom, narzędzia do wyrabiania, naprawiania i improwizowania. A dalej była żywność zapasowa. Miałem się znaleźć dość późno na północnym zachodzie i mogły mnie złapać śniegi. Przygotowałem się na co najmniej tydzień odcięcia od świata. Z wodą sprawa była prosta: Rosynant miał zbiornik trzydziesto­galonowy.

Przypuszczałem, że trochę popiszę w drodze, może eseje, chyba notatki, z pewnością listy. Zabrałem papier, kalkę, maszynę do pisania, ołówki, notatniki, i nie tylko to, ale także słowniki, krótką encyklopedię oraz tuzin innych książek źródłowych, i to ciężkich. Myślę, że nasza zdolność do samoułudy jest nieograniczona. Wiedziałem doskonale, że rzadko robię notatki, a jeśli tak, to albo je gubię, albo nie mogę ich odczytać. Wiedziałem również po trzydziestu latach uprawiania mojego zawodu, że nie potrafię pisać na gorąco o jakimś wydarzeniu. Musi ono przefermentować. Muszę robić to, co jeden mój przyjaciel nazwał ?przeżuwaniem? przez jakiś czas, dopóki coś się nie uleży. I mimo tej samoświadomości wyposażyłem Rosynanta w ilość materiałów piśmiennych wystarczającą na dziesięć tomów. Poza tym załadowałem sto pięćdziesiąt funtów tych książek, do których czytania jeszcze się nie zabrałem ? a oczywiście są to książki, do których czytania nigdy się nie zabiorę. Konserwy, naboje śrutowe, naboje kulowe, pudełka z narzędziami i o wiele za dużo odzieży, koców i poduszek, i dużo za dużo pantofli i butów, watowana bielizna na mrozy, plastikowe talerze i kubki, plastikowe wiadro do zmywania naczyń, zapasowa butla z gazem.

Przeciążone resory wzdychały i osiadały coraz niżej i niżej. Sądzę teraz, że zabrałem mniej więcej cztery razy za dużo wszystkiego.

Otóż Charley jest psem, który czyta w myślach. W ciągu jego życia wiele było podróży i nieraz musiał zostawać w domu. Wie, że wyjeżdżamy, na długo przed wyciągnięciem walizek, i chodzi tam i z powrotem, martwi się, skomli i popada w stan łagodnej histerii, choć taki jest stary. Podczas tygodni przygotowań plątał się cały czas pod nogami i naprzykrzał diabelnie. Nabrał zwyczaju chowania się w ciężarówce, gdzie zakradał się i usiłował skulić, aby być jak najmniejszym.

Zbliżało się Święto Pracy, dzień przełomowy, kiedy miliony dzieci miały powrócić do szkół, a dziesiątki milionów rodziców znaleźć się na szosach. Byłem przygotowany do wyruszenia możliwie jak najprędzej po tym wszystkim. I właśnie mniej więcej wtedy doniesiono, że huragan Donna dmie z Morza Karaibskiego w naszym kierunku. My, na czubku Long Island, zaznaliśmy tego dość, aby mieć respekt. Kiedy się zbliża huragan, przygotowujemy się jak do oblężenia. Nasza zatoczka jest niby osłonięta, ale nie za dobrze. Kiedy Donna sunęła ku nam, napełniłem lampy naftowe, zamontowałem ręczną pompę na studni i poprzywiązywałem wszelkie rzeczy ruchome. Mam jacht z kabiną, długości dwudziestu dwóch stóp, Fayre Eleyne. Uszczelniłem wszystkie jego otwory i wyprowadziłem go na środek zatoki, rzuciłem ogromną, staroświecką kotwicę na półcalowym łańcuchu i zakotwiczyłem na długim luzie. Tak mógł stać na wietrze o szybkości stu pięćdziesięciu mil, chyba żeby mu wywaliło dziób.

Donna sunęła przed siebie. Wydobyliśmy radioaparat na baterie, żeby móc słuchać wiadomości, bo prąd by wysiadł, jeśliby Donna uderzyła. Ale była jeszcze jedna dodatkowa troska ? stojący między drzewami Rosynant. W koszmarach na jawie widziałem drzewo walące się na ciężarówkę i rozgniatające ją jak pluskwę. Ustawiłem ją z dala od miejsca, gdzie drzewo mogło upaść, ale to nie znaczyło, że cała korona nie przeleci pięćdziesięciu stóp w powietrzu i nie zmiażdży wozu.

Wczesnym rankiem dowiedzieliśmy się z radia, że oberwiemy, a o dziesiątej usłyszeliśmy, że oko huraganu przejdzie przez nas i że dotrze tu o pierwszej zero siedem ? o jakiejś takiej dokładnej godzinie. Nasza zatoka była spokojna, bez jednej zmarszczki, ale woda wciąż ciemna, a Fayre Eleyne stała zgrabnie na kotwicy, z poluzowanym łańcuchem.

Nasza zatoka jest lepiej osłonięta od innych, toteż wiele małych łodzi przypłynęło, aby się tu zakotwiczyć. I spostrzegłem z przerażeniem, że wielu ich właścicieli nie wie, jak się to robi. Wreszcie przypłynęły dwa ładne jachty, z których jeden holował drugi. Rzucono lekką kotwicę i tak je zostawiono, przy czym dziób jednego uwiązany był do rufy drugiego, obydwa zaś znajdowały się blisko Fayre Eleyne. Poszedłem z megafonem na kraniec mojego mola i próbowałem zaprotestować przeciwko takiej głupocie, lecz właściciele albo mnie nie słyszeli, albo nic nie wiedzieli, albo nie dbali o to.

Wiatr uderzył w tym momencie, który nam zapowiedziano, i rozdarł wodę jak czarne prześcieradło. Grzmocił niczym pięścią. Cała korona jednego z dębów runęła, otarłszy się o domek, w którym byliśmy. Następny podmuch wgniótł do środka jedno z dużych okien. Wcisnąłem je na powrót i zamocowałem, wbijając siekierą kliny u góry i u dołu. Elektryczność i telefony przestały działać za pierwszym podmuchem, co, jak wiedzieliśmy, musiało się stać. Zapowiadano fale wysokości ośmiu stóp. Patrzyliśmy, jak wiatr szarpał ziemię i morze niczym sfora zajadłych terierów. Drzewa kładły się i gięły jak trawa, a na smaganej wodzie wezbrała śmietana pian. Jedna z łodzi zerwała się i wjechała na brzeg, a za nią druga. Domy budowane podczas dobrotliwej wiosny i wczesnego lata były oblewane falami po okna pierwszego piętra.

Nasz domek stoi na małym pagórku, trzydzieści stóp nad poziomem morza. Ale wezbrany przypływ przewalał się przez moje wysokie molo. Kiedy wiatr zmienił kierunek, przesunąłem Rosynanta, ażeby stale był za osłoną naszych wielkich dębów. Fayre Eleyne trzymała się dzielnie, obracając się od zmiennego wiatru jak chorągiewka na dachu.

Jachty uwiązane jeden do drugiego poplątały się teraz, hol dostał się pod śrubę i ster, a oba kadłuby uderzały i tarły o siebie. Inny stateczek wywlókł swoją kotwicę i wjechał na błotnisty brzeg.

Charley jest psem bez nerwów. Ogień armatni czy grzmoty, eksplozje czy wichury nie robią na nim żadnego wrażenia. Pośród ryczącej burzy wyszukał sobie ciepłe miejsce pod stołem i poszedł spać.

Wiatr ustał równie nagle, jak przyszedł, i chociaż fale ciągle toczyły się nierytmicznie, nie były już szarpane wichrem, a przypływ podnosił się coraz wyżej. Wszystkie mola na naszej zatoczce poznikały pod wodą i widać było tylko ich pale lub poręcze. Cisza była jak ostry szum. Radio powiedziało nam, że jesteśmy w oku Donny, w tej nieruchomej i przerażającej ciszy pośrodku przewalającej się nawałnicy. Nie wiem, jak długo trwała owa cisza. Czekanie wydawało się długie. A potem huragan uderzył w nas, z drugiej strony, wiatrem z przeciwnego kierunku. Fayre Eleyne okręciła się miękko i ustawiła dziobem do wiatru. Jednakże dwa związane jachty wywlokły kotwice, naparły na Eleyne i osaczyły ją. Zmagając się i protestując, została pociągnięta z wiatrem i przyciśnięta do sąsiedniego mola i słyszeliśmy, jak jej kadłub skrzypi, trąc o dębowe pale. Wiatr miał szybkość ponad dziewięćdziesięciu pięciu mil.

Wtedy pognałem, borykając się z wiatrem, dokoła krańca zatoki ku molu, o które obijały się jachty. Zdaje się, że moja żona, od której Fayre Eleyne wzięła imię, pobiegła za mną, nakazując mi krzykiem, żebym się zatrzymał. Powierzchnia mola była cztery stopy pod wodą, ale pale sterczały i można było ich się przytrzymywać. Torowałem sobie drogę krok za krokiem, zanurzony po kieszenie na piersiach, a wiatr wiejący ku lądowi chlustał mi wodą w usta. Mój jacht jęczał i skrzypiał, trąc o pale, i miotał się jak wystraszone cielę. Wreszcie skoczyłem i dostałem się na pokład. Po raz pierwszy w życiu miałem przy sobie nóż, kiedy był mi potrzebny. Osaczające Eleyne rozhuśtane jachty przypierały ją do mola. Przeciąłem linę kotwiczną i hol, odepchnąłem je kopniakiem, i wtedy zniosło je na błotnisty brzeg. Natomiast łańcuch kotwiczny Eleyne był nietknięty, a ten jej wielki hak wciąż tkwił na dnie ? sto funtów żelaza o grotach w kształcie pazurów, szerokich jak łopaty.

Silnik Fayre Eleyne nie zawsze jest posłuszny, ale tym razem zaskoczył za pierwszym dotknięciem. Trzymałem się na pokładzie, sięgając lewą ręką do koła sterowego, przepustnicy i sprzęgła. A ten jacht usiłował mi pomóc ? bo, jak myślę, taki był wystraszony. Wyprowadziłem go dalej i prawą ręką podciągnąłem łańcuch kotwiczny. W zwykłych warunkach, podczas ciszy, ledwie mogę podciągnąć tę kotwicę oburącz. Ale tym razem wszystko poszło świetnie. Pociągnąłem hak, a on poderwał się i uwolnił swoje pazury. Wtedy wydźwignąłem go z dna, ustawiłem się na wiatr, dałem gazu i ruszyliśmy w ten przeklęty wicher, i zaczęliśmy go pokonywać. Było to tak, jak gdybyśmy przeciskali się przez gęsty kleik. O sto jardów od brzegu rzuciłem kotwicę, a ona znikła pod wodą i uczepiła się dna, Fayre Eleyne zaś naprostowała się, podniosła dziób i jakby odetchnęła z ulgą.

I oto znalazłem się o sto jardów od brzegu, a Donna ujadała nade mną jak sfora białomordych ogarów. Żadna łódka nie utrzymałaby się na wodzie nawet minuty. Spostrzegłem przepływający obok kawał gałęzi i po prostu skoczyłem za nim. Nie było to niebezpieczne. Jeżelibym zdołał utrzymać głowę nad wodą, musiało mnie znieść na brzeg, ale przyznaję, że gumowe wellingtony, które miałem na nogach, zrobiły się dosyć ciężkie. Nie mogło minąć więcej niż trzy minuty, a już zgruntowałem, ta moja druga zaś Fayre Eleyne razem z sąsiadem wyciągnęła mnie z wody. Dopiero wtedy zacząłem trząść się cały, ale przyjemnie było zobaczyć nasz mały stateczek trzymający się dobrze i bezpiecznie na kotwicy. Musiałem sobie coś naderwać, ciągnąc kotwicę jedną ręką, bo w domu potrzebowałem trochę pomocy; szklanka whisky na stole kuchennym też była jakąś pomocą. Później próbowałem podnieść tę kotwicę jedną ręką i nie dałem rady.

Wiatr ucichł szybko i pozostawił nas wśród szczątków ? przewody elektryczne zerwane i brak telefonu przez tydzień. Ale Rosynant nie poniósł żadnych szkód.
(…)

Podroze-z-charleyemJohn Steinbeck „Podróże z Charleyem”
Tłumaczenie: Bronisław Zieliński
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 328

Opis: Usłyszeć prawdziwy język Ameryki, sprawdzić, jacy dziś są Amerykanie, poczuć zapach trawy i drzew, przyjrzeć się kolorom i światłu ? takie są główne cele Johna Steinbecka, który w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat, w roku 1960 wyrusza w podróż, by na nowo odkryć kraj, o którym pisał przez tyle lat. Wraz ze swoim psem, Charleyem, Steinbeck przemierza kamperem kolejne stany, autostrady, lokalne drogi, zaprzyjaźnia się z kierowcami ciężarówek, spotyka niedźwiedzie w parku Yellowstone i starych przyjaciół w San Francisco. Zastanawia się nad charakterem Amerykanów, rasizmem, szczególnym rodzajem typowej dla Amerykanów samotności, którą dostrzega niemal wszędzie, a także niespodziewaną gościnnością i otwartością, z jaką jego rodacy podchodzą do obcych. (więcej o książce)

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek