Pierwszy tajny agent Jej Królewskiej Mości. Przeczytaj fragment „Oczu królowej” Olivera Clementsa

6 sierpnia 2021

„Oczy królowej” to pierwszy tom serii „Agenci korony” Olivera Clementsa, której bohaterem jest John Dee, astrolog Elżbiety I, według niektórych pogłosek uważany za pierwszego tajnego agenta Jej Królewskiej Mości, pierwowzór szpiegów MI6. Autor tego thrillera historycznego właśnie w ten sposób wyobraża sobie tę postać, wplątując ją w XVI-wieczne konflikty, mające na celu obalić królową Anglii. Poniżej możecie przeczytać fragment powieści „Oczy królowej”, która zaczyna się w Noc św. Bartłomieja.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Saint-Marceau, Paryż, 24 sierpnia 1572

Zaczęło się od bicia dzwonu w nocy – zawsze przypuszczał, że taki będzie początek.

– Na miłość boską, co się dzieje?! – pyta go żona i głęboko wzdycha. – Już świta, a ja nie zmrużyłam oka.

– Ciii – szepcze. – Jeszcze ciemno. Połóż się i śpij. Niebawem zamilknie.

Ale bicie dzwonu nie ustaje. Jego głos, ponury i natarczywy, wciąż się rozlega. Po chwili Francis Walsingham zostawia w łożu podenerwowaną żonę w zaawansowanej ciąży, podchodzi do okna, otwiera okiennicę i spogląda ponad skromnymi dachami sąsiadów na północ, w kierunku miasta, skąd dobiegają dźwięki.

– Dzwon Saint-Germain – podpowiada mu córka, która się przebudziła. Sypia na sięgającym mu do kostek łóżku wysuwanym spod łoża rodziców.

– Masz dobry słuch – chwali ją szeptem.

– Co się stało? – pyta dziewczynka. – Śniły mi się strachy.

Ojciec uspokaja ją zdawkowo, szukając po omacku kaftana.

– Francis? – odzywa się jego żona.

– Przed świtem wrócę – zapewnia.

Wychodzi na korytarz. Zastaje tam Olivera Fellowesa, swego wywiadowcę, który jest już w kaftanie i pludrach i trzyma zapaloną świecę w dłoni. To syn starego przyjaciela Walsinghama, Johna Fellowesa, dwudziestolatek, młodzian w porównaniu z czterdziestoletnim Walsinghamem, przystojny, z rudawymi włosami i starannie przystrzyżoną brodą.

– Dobrze, że jesteś, Oliverze – mówi Walsingham. – Wstałeś tak wcześnie czy dopiero wracasz?

Pomimo zaniepokojenia biciem dzwonu Fellowes odpowiada ze śmiechem.

– Nieustannie pracuję, sir – kłamie.

Walsingham również się śmieje.

Ostatni raz na długo, bo przez wiele nadchodzących dni nie będzie miał po temu powodów.

– Co to może znaczyć pańskim zdaniem? – pyta Fellowes.

– Z pewnością nic dobrego.

Schodzą po wąskich schodach do wyjścia, gdzie odźwierny – krępy Francuz wiary reformowanej – czeka już z latarnią, gotów odryglować drzwi. Na dziedzińcu uderza ich rozgrzane sierpniowe powietrze. Wszyscy trzej wpatrują się w rozgwieżdżoną noc nad Paryżem.

– Nigdzie się nie pali – ocenia odźwierny. – W nocy pożar widać i czuć z daleka.

– W takim razie dlaczego dzwonią? – zastanawia się Fellowes. – Z okazji jakiegoś święta?

– Rano zaczyna się dzień Świętego Bartłomieja – wyjaśnia odźwierny. – Ale nie, nie o to chodzi.

Wtedy Fellowes dodaje cicho:

– Chyba nie o Coligny’ego? Czyżby aż tak szybko?

Walsingham właśnie tego obawia się najbardziej… Że Gaspard de Coligny, przywódca hugenotów, zmarł z powodu odniesionych ran.

Dwa dni wcześniej ktoś próbował zabić Coligny’ego, z okna na piętrze strzelając z arkebuza, ale tylko zranił go w łokieć i pozbawił palców. Mało prawdopodobne, żeby z tego powodu Coligny umarł, chyba że rana mu się nie goiła i wdało się zakażenie.

A może jednak nie żyje?

Gdyby rzeczywiście tak było, to nie wiadomo, jak dalej potoczą się sprawy. Czy hugenoci będą szukać odwetu na katolikach? A może katolicy uprzedzą hugenotów i na nich ruszą? Paryż to beczka prochu. Francja jest beczką prochu. Cały chrześcijański świat nią jest.

– Nie – Walsingham zwraca się do Fellowesa. – Moja córka ma rację. Bije dzwon Saint-Germain, kaplicy królewskiej, a katolicy z pewnością nie ogłaszaliby żałoby po Colignym.

Fellowes przyznaje mu rację, ale stwierdzenie, czym nie jest to, co się dzieje, wcale nie pomaga w ustaleniu, czym jest.

W tym momencie odzywa się kolejny dzwon, a chwilę później następny.

„Chryste Panie! Porozumiewają się” – myśli Walsingham.

Czuje ucisk w żołądku. Czyli sprawdziły się jego przewidywania. Dzieje się to, czego najbardziej się obawiał.

– Wyślij kogoś do sir Philipa. Trzeba go obudzić – poleca odźwiernemu. – Również Tewlisa i jego podkomendnych. Niech wygaszą ogień i zatrzymają kobiety w domu.

Odźwierny chrząka i rusza do sir Philipa Sidneya, sekretarza Walsinghama, potem do Tewlisa, dowódcy jego straży.

– Posłuchaj, Oliverze – Walsingham zwraca się do Fellowesa. – Zanim rozpęta się zawierucha, mamy do wykonania pewne zadanie. Postaraj się o kilka rapierów. Może uda ci się zdobyć jeszcze jakąś inną broń. I jak najszybciej spotkajmy się w stajni.

Fellowes marszczy czoło.

– Mam wezwać oddział straży?

– Nie. Najlepiej, żebyśmy tę sprawę załatwili we dwóch. Bez zbędnego zwracania na siebie uwagi.

Fellowes spogląda na niego przenikliwie.

– Pani Cochet? – pyta.

Walsingham przelotnie się uśmiecha. „Aha – myśli. – Jeszcze jeden zniewolony urokami Isobel Cochet”.

– Nie – odpowiada. – Liczę, że ona zostanie w Luwrze. Tam będzie bezpieczna, bez względu na to, co się wydarzy.

„Owszem, Isobel Cochet będzie bezpieczna wszędzie tam, gdzie się pojawi, i w każdych okolicznościach” – myśli. Przynajmniej taką ma nadzieję. Ostatecznie sam umieścił ją w Luwrze, by była jego uchem pod drzwiami i okiem przy dziurce od klucza. Gdyby się jej cokolwiek przydarzyło, to właśnie on, Francis Walsingham, musiałby stanąć oko w oko z jej córką – która pewnie ma teraz około sześciu lat – i powiedzieć dziewczynce, że jej matka nie żyje. Tak samo jak kiedyś przyszło mu osobiście powiadomić Isobel, że jej mąż zginął u niego na służbie.

Nieco później spotyka się z Fellowesem w oświetlonej pochodniami stajni znajdującej się za rezydencją, pilnowanej przez niebudzącego zaufania stajennego. Walsingham przypina rzadko używany pas i wsuwa rapier do pochwy. Wyprowadza konia na dziedziniec, a Fellowes rusza za nim.

Sir Philip Sidney wstał z łóżka, poprawił włosy i właśnie z odkrytą głową wychodzi na zewnątrz.

– Co się dzieje? – pyta.

– Przejmij pieczę nad rezydencją – poleca mu Walsingham. – Oliver i ja wyjeżdżamy na godzinę, najwyżej dwie. Gdybyśmy w tym czasie nie wrócili, wiesz, co robić.

Wszystko spalić i ewakuować rezydencję. Owszem, wie. Mimo to na jego urodziwej twarzy rysuje się niepokój.

– Nie mógłbym jechać zamiast pana? – pyta, chociaż zna odpowiedź.

Walsingham dosiada konia.

– Dziękuję, sir Philipie, ale to jest… – urywa.

Wszyscy trzej wiedzą, o co chodzi.

– Gotowy? – Walsingham zwraca się do Fellowesa.

Wywiadowca kiwa głową.

Gdy otwierają się wrota, w dalszym ciągu panuje mrok, ale niebo na wschodzie przybrało już krwistoczerwoną barwę, gdzieniegdzie poprzeplataną zielenią. W Paryżu biją już wszystkie dzwony.

Wyruszają. Kierują się w stronę Petit Pont, pozostawiając za sobą zamknięte bramy.

Saint-Marceau to skromna osada w znacznej części zamieszkana przez zwolenników reformacji, miejsce, gdzie Walsingham z trudem się utrzymuje za kwotę, którą dziennie ma do dyspozycji. Na drogę wylegli zatroskani ludzie. Stoją przed drzwiami ciągnących się wzdłuż niej domów. Na tle ciemności jasnym blaskiem odbijają się ich blade jak płótno twarze, a oni wsłuchują się w głos dzwonów. Chcą wiedzieć, co się dzieje.

Wiadomości docierają dość szybko. Walsingham i Fellowes przejechali zaledwie sto kroków, gdy widzą mężczyznę, który na rozpędzonym koniu wypada z miasta przez porte Saint-Marcel i przebija się przez grupę pierzchających na boki strażników.

– Zabili Coligny’ego! – krzyczy jeździec. – Katolicy! Wyrzucili go przez okno! Nadciągają tędy! Po drodze mordują! Uciekać! Uciekać! Na miłość boską! Wszyscy zginiecie!

Nie zatrzymuje się. Pędzi dalej. Podnosi się wrzawa, słychać lamenty. Sąsiedzi Walsinghama rozbiegają się, chowają w swoich domach.

Walsingham spina ostrogami konia i kieruje się w stronę mostu, Fellowes trzyma się blisko niego.

– Dokąd jedziemy, sir? – pyta. – Co robimy?

– Do Notre-Dame – rzuca Walsingham. – Spotkać się z księdzem.

W świetle budzącego się dnia droga się zapełnia. Tłum zmierza w ich stronę. Konie drżeniem zdradzają niepokój. Walsingham przyciska się do swego wierzchowca. Wokół nich roją się ludzie.

– Zawracajcie! – krzyczą.

– Nadchodzą katolicy!

Walsingham i Fellowes przedzierają się jednak przez gęstniejącą ciżbę prosto do pierwszej bramy. Pułapka, to zapewne pułapka. Wszystko, co się tam dzieje, każe Walsinghamowi zawrócić i uciekać. Droga przed nimi, biegnąca między wyższymi domami, się zwęża. Dzwony wciąż biją, mimo to mężczyźni i kobiety – teraz są ich setki – przepychają się i tłoczą. Niektórzy są w swoich najlepszych ubraniach, inni w koszulach nocnych. Każdy ściska w rękach to, co ze sobą wziął. Większość niesie niemowlęta. Uciekający mijają ich skuleni, przerażeni, ze łzami spływającymi po twarzach.

– Obcięli jej ręce! – szlocha kobieta. – Mojej matce obcięli ręce! – Podnosi swoje, zdumiona, że wciąż je ma.

– Rzeźnicy!

– Złodzieje!

– Bydlaki!

Walsingham czuje narastający gniew, który przejawia się silnym uciskiem w gardle. Jak tak można? Co z nich za katolicy? Jak mogą obracać się przeciwko współbraciom chrześcijanom i szlachtować ich jak tuczniki jesienią?

Wiele by dał, żeby być teraz w domu, w Anglii, z dala od tych żądnych krwi, nienasyconych, zacofanych i zabobonnych papistów. Od dawna obawiał się, że wydarzy się coś takiego.

U jego boku w napięciu i z pobladłą twarzą jedzie milczący Fellowes.

Jeszcze nie dotarli do mostu, a już ją czują – krew. Jej zapach wypełnia każdą szczelinę i pozostawia w ustach charakterystyczny miedziany posmak. Spłoszone nim konie wierzgają, podrzucają głowy.

– Dalej, naprzód! – Walsingham ponagla swego konia, a zarazem dopinguje Fellowesa. – Musimy się przedostać przez most. Zanim go zamkną.

Niestety jest za późno. Droga przed nimi pustoszeje i na południowym krańcu Petit Pont zamyka się ciężka brama. Miasto jest odcięte. Niech Pan Bóg ma w swojej opiece tych, którzy znaleźli się w pułapce.

Fellowes zwleka, ma nadzieję, że Walsingham zawróci, ale ten jeszcze nie rezygnuje.

– Spróbujemy przez rzekę – postanawia.

Prowadzi ich na wschód wzdłuż rue de la Bûcherie, gdzie woń krwi zastygłej między kamieniami, którymi została wybrukowana, jest na tyle intensywna, że tłumi zapach świeżej.

– Tutaj – mówi.

Zsiadają z koni i prowadzą je na podwórzec, który nie wygląda najgorzej. Przywiązują konie do słupa i oddalają się inną drogą. Schodzą po kilku stopniach do rzeki. Jest już widno, więc bez trudu dostrzegają mężczyzn na Île de la Cité, którzy w cieniu wieży katedry Notre-Dame spychają martwą kobietę do wody. Jest naga, ma tylko jedną rękę. Jej ciało znika w głębinie, a wtedy mężczyźni zauważają Walsinghama i Fellowesa. Machają do nich ręką kobiety. Śmieją się i wiwatują. Po chwili odchodzą, śpiewając jakąś piosenkę, której słów Walsingham nie rozumie. Kołyszą ludzką ręką, jakby była monstrancją obnoszoną w wiosennych procesjach podczas obrzędu okrążania pól w dni krzyżowe. Szukają kolejnych ofiar.

Walsinghamowi zbiera się na wymioty.

Brzeg rzeki w tym miejscu jest grząski, nieuregulowany. Znajdują łódź wyciągniętą z wody i ukrytą pod zapadającym się drewnianym zadaszeniem. Jej strażnik prawdopodobnie pobiegł wraz innymi.

Jest wiosło i drąg, więc spychają łódź do wartkiej, brunatnej rzeki.

– Na pewno, mistrzu? – pyta Fellowes.

– Musimy – odpowiada Walsingham.

Jedna fala i łódź kołysze się na wodzie. Walsingham sięga po drąg, Fellowes bierze wiosło, ale łódź porwana prądem obraca się wokół własnej osi. Jest głęboko i Walsingham nie może dosięgnąć drągiem do dna.

Fellowes pracuje wiosłem niczym Wenecjanin, mimo to wciąż dryfują z nurtem na zachód, w stronę mostu. Na wodzie unoszą się zwłoki. Nie psa. Ludzkie. Nagie, otłuszczone ciało ze skórą na plecach rozciętą od smagnięć biczem.

Nad nimi, po prawej, w odległości dwudziestu kroków, lśnią w słońcu postrzępione dachy wielkiej katedry i innych budynków na Île de la Cité.

– Dalej, dalej! – Walsingham dopinguje Fellowesa.

Dzięki łasce boskiej nikt ich nie widzi z mostu, gdy w obracającej się łodzi przepływają pod łukowatym przęsłem i ocierają się o potężny filar. W nagłym półmroku Walsingham chwyta żelazny łańcuch umocowany na filarze. Pospiesznie wysiadają na brzeg, grzęznąc w szlamie. Wszędzie roznosi się smród odchodów. Wyciągają łódź z wody w najciemniejszy zakątek, licząc, że zdołają do niej wrócić. Walsingham żałuje, że przed wyruszeniem w drogę nic nie zjadł.

Do dzielnicy katedralnej prowadzi kilka schodów, ale zanim na nie wejdą, Walsingham przystaje.

– Szybko! – ponagla Fellowesa. – Oderwij kawałek koszuli.

Widział, że wszyscy mężczyźni noszą białe opaski na prawej ręce powyżej łokcia, prawdopodobnie jako znak rozpoznawczy. Mają też do czapek przypięty biały krzyż, ale Walsinghamowi nic podobnego nie uda się zdobyć. Obaj z Fellowesem odrywają pas materiału od koszul. Przewiązują sobie nawzajem opaski na rękach i spoglądają na siebie.

– Wyglądam na katolika? – pyta Walsingham.

Fellowes zdobywa się na uśmiech.

– Powiedzmy. Ale proszę pa… – Dotyka ramienia Walsinghama.

Ten wie, czego ma dotyczyć pytanie, i przerywa mu w pół słowa.

– Owszem, to jest szaleństwo, Oliverze, ale nie prosiłbym cię o pomoc, gdyby… nie chodziło o przyszłość Anglii. Ona właśnie się waży. Jeżeli dziś nie zdołamy się dostać do katedry, to zaprzepaścimy niepowtarzalną szansę na dokonanie wielce pożytecznego czynu.

Chwyta ręką powietrze, jakby w nim dryfowała szansa.

– Co to za czyn? – docieka Fellowes.

Walsingham zdaje sobie sprawę, że jest mu winien coś więcej niż tylko zdawkowe wyjaśnienie. Dyskrecję ma we krwi i bardzo trudno mu się przemóc.

– Zdobycie pewnych informacji – zaczyna i szybko wyrzuca z siebie słowa, bo jeżeli przerwie, ponownie nie podejmie tematu: – Z dziennika pokładowego admirała da Silvy.

W przenikliwych oczach Fellowesa pojawia się zdumienie. Już miał z niedowierzaniem głośno powtórzyć nazwisko portugalskiego admirała, ale się powstrzymał. Wygląda bardzo chłopięco – młodzieniec z brodą, jakby pożyczoną.

– Czy to jest… to, czego szukamy od pewnego czasu? – pyta cicho.

Walsingham potwierdza skinieniem głowy, jakby wypowiedziane na głos słowa uważał za mało wiarygodne.

– Jak pan… do tego doszedł? – Fellowes po chwili znów drąży.

Ma na myśli równocześnie dwa pytania: Jak Walsingham dotarł do wiadomości bez jego wiedzy? I czy można im ufać?

– Porozmawiamy o tym później – ucina Walsingham. – Tymczasem musimy odzyskać dziennik, nim opuścimy Paryż na dobre.

Fellowes został przekonany. Na szczęście.

– A zatem ruszajmy.

Wchodzą po schodach. W połowie drogi natrafiają na spływającą po nich krew, która zbiera się we wgłębieniach kamiennych stopni, po czym przelewa się na kolejne poniżej. Muszą tę przeszkodę pokonać. Na górze zastają istne piekło. Od razu natrafiają na stos nagich ciał, z którego wycieka krew wyciśnięta z tych leżących niżej pod ciężarem znajdujących się na górze. Teren między Walsinghamem a schodami katedry zamienił się w rzeźnię. Grupa opętanych szałem osiłków morduje i szlachtuje ludzi. Zarzynają i rąbią tasakami, halabardami i toporami, ćwiartują żywych i umarłych. Oburącz wyrywają im kończyny owładnięci furią, a zarazem nieodpartą chęcią popisania się, jakby uczestniczyli w turnieju na świątecznym jarmarku i pragnęli zaimponować wybrankom swego serca.

Na schodach, nad największym rozlewiskiem krwi, zgromadzili się duchowni z katedry Notre-Dame, w uroczystej czerwieni, z monstrancjami w rękach. Turyferariusze kołyszą kadzielnicami, chór śpiewa Te Deum, ale w zawiesistej woni krwi nie czuć kadzidła, a wśród rozdzierającego krzyku nie słychać śpiewu.

– Boże przenajświętszy! – szepcze Fellowes, zakrywając usta dłonią.

Z okolicznych ulic oprawcy wyciągają za włosy, nozdrza, nogi kolejne ofiary. Niektóre już nie żyją, inne, całkiem nagie, wciąż krzyczą, wymiotują, zawodzą. Na placu widać wiele stosów ludzkich zwłok. Z każdego strumieniami wypływa krew, rozlewa się w szkarłatne bajoro. Walsingham czuje wilgoć w butach. Spogląda w dół i widzi, że stoi we krwi.

– Uciekajmy stąd czym prędzej! – rzuca.

Ruszają. Przedzierają się przez istne pandemonium. Walsingham wie, że nigdy nie zapomni pomruków i stękania rzeźników, dźwięku ich tasaków ćwiartujących ciała. Nigdy nie zapomni twarzy morderców i ich ofiar. Nie zapomni ostrej woni krwi jak w karnerze, fetoru odchodów i potu.

Dopiero gdy zbliżają się do schodów katedry, słyszy chór i jego dziękczynny hymn. Zapach kadzidła miesza się z odorem krwi.

Mijają schody i dostają się do świątyni, ale ich obecność nie przeszła niezauważona. Mężczyzna, prawdziwy rzeźnik pracujący w kuchniach Luwru, podczas przerwy na odpoczynek przy cienkim czerwonym winie, którym lubi się raczyć, dostrzegł dwie postaci przemieszczające się w przeciwnym kierunku niż wszyscy pozostali. Wydaje mu się, że w jednej z nich rozpoznaje angielskiego ambasadora z czasów, gdy ten zabiegał o względy króla i wzbraniał się przed jedzeniem koniny. Szturcha swego towarzysza, unosi tasak, którego ostrze przybrało niebieskoczarną barwę, a trzon lepi się od krwi, i ruszają przez dziedziniec po krwawych śladach tamtych dwóch.

Walsingham i Fellowes wchodzą do katedry przez mniejsze drzwi w zachodnim portalu, które zamykają się za nimi z głuchym trzaskiem. W środku, w nawie, zatapiają się w grobowej ciszy. Nikogo w pobliżu nie widać, ale po chwili nieoczekiwanie wyrasta przed nimi ksiądz, a w każdym razie ktoś jemu podobny, z wąskimi ustami i bladą twarzą świecącą jak księżyc w nowiu. Walsingham zanurza palce w święconej wodzie i żegna się po katolicku. Fellowes go naśladuje. Ksiądz wydaje się uspokojony. Walsingham widzi, że na czole Fellowesa pozostała różowa plama. „Prawdopodobnie na klamce drzwi wejściowych była krew” – myśli.

Mówi księdzu, że chciałby się pomodlić w kaplicy Świętej Klotyldy.

– Niestety jest zamknięta, monsieur – z żalem odpowiada kapłan.

Dostaje monetę. Kaplica zostaje otwarta, ale tylko na bardzo krótko.

Kapłan prowadzi ich do bocznej kaplicy po lewej stronie. Walsingham i Fellowes zostawiają ślady na kamiennych płytach. W kaplicy z wysokim witrażowym oknem znajduje się tablica upamiętniająca od dawna nieżyjącego kanonika. Niewielki pusty ołtarz przykryto tkaniną.

– Co robimy? – znów szeptem odzywa się Fellowes.

Kapłan czeka na kolejną monetę.

– Postaraj się odwrócić jego uwagę – prosi Walsingham. – Chociaż na chwilę, bo w przeciwnym razie będziemy musieli go zabić.

Słyszą odgłos zamykających się drzwi, przez które niedawno weszli. Ktoś przybył do świątyni lub ją opuścił.

Fellowes zwraca się do księdza. Rozmawiają po łacinie, choć Fellowes niezbyt dobrze sobie radzi.

– Spowiedź? – pyta.

Oczy księdza się rozjaśniają i Fellowes podąża za nim. Razem opuszczają kaplicę, by znaleźć się w miejscu, gdzie Walsingham nie będzie ich słyszał. Wychodząc, Fellowes dostrzega, że Walsingham pochyla się przed ołtarzem. Czyli tam jest skrytka na tajne wiadomości.

Fellowes klęka przed księdzem i szuka w pamięci słów modlitwy poprzedzającej wyznanie grzechów. Przywołuje ją w myślach i recytuje. Kapłan błogosławi go i przystępuje do zadawania pytań. Fellowes nie był u spowiedzi od śmierci królowej Marii, ale nie zamierza się do tego przyznawać. Wymyśla termin ostatniej spowiedzi, ale ksiądz pomija ten temat i chce poznać poważne grzechy, których penitent najbardziej się wstydzi. Fellowes przypomina sobie, jak bardzo bezceremonialny jest sakrament spowiedzi.

– Rozpusta, mój synu?

Już ma potrząsnąć głową i zaprzeczyć, ale przychodzi mu do głowy Isobel Cochet: „O mój Boże!”.

Wydaje się, że ksiądz czyta mu w myślach.

– Kobieta? – indaguje.

Fellowesowi pozostaje tylko przytaknąć. Czego się spodziewał? Z tyłu, w głębi kościoła słyszy kroki. Głośne dudnienie ciężkich butów na kamiennej podłodze.

– Kim ona jest? – kapłan nie daje za wygraną. Fellowes czuje na twarzy jego oddech. Zionie czosnkiem, mięsem i winem. – Jest zamężna?

– Nie. – Fellowes się śmieje. – To wdowa.

– Wdowa?! – kapłan powtarza z odrazą. Nie chce słuchać wyznań o starowinie.

Isobel Cochet do niej daleko. Fellowes chce powiedzieć, że nie jest to leciwa kobieta, i gdy zaczyna o niej myśleć, widzi promienny uśmiech, kształtne usta, dociekliwe spojrzenie. I jeszcze o wiele więcej: ładną szyję, ramiona i biodra, sposób, w jaki się śmieje. Czuje zapach, który przechodząc, pozostawia za sobą. „Mój Boże!” – myśli i oblewa się rumieńcem na wspomnienie luźnego pasma jej ciemnych włosów w wiosennym słońcu nad rzeką. Widział ją zaledwie kilka razy, zawsze w towarzystwie mistrza Walsinghama, zazwyczaj w Luwrze, chociaż… Tak, raz w rezydencji w Saint-Marceau, a potem drugi – na brzegu Sekwany. Odkąd ją zobaczył, jego życie się zmieniło. Od tamtego dnia niezmiennie jest świadomy jej obecności, czasem bliskiej, innym razem dalszej. Ona działa na niego jak kamień magnezyjski, choć prawdopodobnie nawet o tym nie wie. Jego świat wciąż się wokół niej obraca. Zdaje sobie sprawę, że jej urok zapewne w podobny sposób działa również na innych, ale do nikogo nie czuje animozji. Połączyło ich braterstwo dusz.

Zastanawia się, czy poprawienie ubrania byłoby naruszeniem powagi i świętości sakramentu. Ale teraz nie ma co zaprzątać sobie tym głowy.

Kapłan chce wiedzieć, czy myśląc o niej, Fellowes wydala nasienie tak jak Onan w Biblii. Oliver w innych okolicznościach pewnie by się roześmiał.

– Oliver?

To Walsingham. Fellowes się odwraca.

– Na nas już czas – ponagla go mistrz.

– Zaczekaj! – ostro reaguje kapłan. Nieoczekiwanie zaciska żelazną dłoń na nadgarstku Fellowesa.

On w tym samym momencie dostrzega dwóch mężczyzn za plecami Walsinghama.

– Mistrzu! – krzyczy.

Walsingham spogląda przez ramię.

Fellowes wyzwala się z chwytu księdza i duchowny przewraca się na podłogę. Anglik wyciąga rapier. W kościele? Dlaczego nie? Walsingham idzie w jego ślady.

Dwaj stojący przed nimi mężczyźni mają brudne ubrania i są umazani krwią. Jeden – z tasakiem – ma na nogach chodaki. Drugi – w skórzanym fartuchu kowalskim – trzyma nóż, na pewno też używany w rzeźni, ale chyba nie ma konkretnej nazwy. Obaj noszą na rękach zakrwawione opaski.

– Wiem, coś ty za jeden! – krzyczy do Walsinghama ten w chodakach i z tasakiem.

Walsingham go nie zna, ale się domyśla, kim może być.

– To jest świątynia – próbuje przypomnieć im wszystkim, gdzie się znajdują. Trudno dociec, czy właśnie o to mu chodzi, ale oprawca z tasakiem jest na tyle zdezorientowany, że przenosi wzrok na kapłana, czeka na jego reakcję.

– To są Anglicy – odzywa się ksiądz z podłogi. Upadając, do krwi zranił sobie nos. – To hugenoci.

Fellowes nigdy z zimną krwią nikogo nawet nie zranił, nie mówiąc o odebraniu komuś życia. Ale mężczyzna w chodakach zbliża się do niego tak szybko, że nie ma wyboru. Odskakuje do tyłu. Błyskawicznie wyprowadza cięcie z ramienia i tnie od prawego kolana w górę aż do twarzy przeciwnika. Ten jest leworęczny i widocznie liczył, że pokona Fellowesa ciosem w głowę, ale rana przy nadgarstku jest bardzo głęboka, a siła uderzenia rapierem tak duża, że tasak wzbija się w powietrze, kilkakrotnie obraca i spada na podłogę w sporej odległości. Mężczyzna krzyczy. Fellowes odskakuje na krok, może dwa od chwiejącego się rzeźnika i wbija mu ostrze w wątrobę. Rzeźnik jęczy, kuli się i osuwa na kolana, choć niewiele brakowało, a wyrwałby Fellowesowi rapier.

Napastnik w fartuchu kowalskim odwraca się i ucieka.

– Żeby cię szlag trafił! – krzyczy Walsingham i rusza za nim.
(…)

Oliver Clements „Oczy królowej”
tłumaczenie: Maja Justyna
wydawnictwo: Rebis
liczba stron: 344

Opis: W pierwszej odsłonie serii „Agenci Korony” człowiek, który zostanie pierwowzorem agentów MI6, chroni Anglię i Jej Wysokość królową Elżbietę I przed niegodziwymi planami Hiszpanii wrogiej protestanckiemu wolnomyślicielstwu.

Po stuleciach nędzy, prześladowań religijnych i barbarzyńskich obyczajów Europa nareszcie otwiera się na nowe idee. Uczeni, filozofowie i poeci wierzą, że będzie to epoka rozumu i nadziei dla wszystkich bez wyjątku. Niestety Hiszpania nadal poluje na tych, którzy ośmielają się sprzeciwić katolickiej ortodoksji, i wyrzyna ich w pień.

Tylko jeden kraj może stawić czoło mrocznym siłom zagrażającym renesansowym przemianom – jest nim Anglia, którą włada niezwykle inteligentna Elżbieta I. Odważna i uparta, ale też świadoma, że tej wojny nie wygra samym orężem. W momencie, gdy angielski skarbiec świeci pustkami, potrzebuje broni, dzięki której uda się jej stoczyć zupełnie inną wojnę… Wojnę podstępów, tajnych szyfrów i sekretów.

Charyzmatyczny John Dee, uczony, żołnierz i alchemik, jest lojalny jedynie wobec nauki… i swojej władczyni. Dla niej, kobiety, której nie wolno mu kochać, jest gotów ryzykować życie. I tak staje się „oczami królowej”. „Oczy królowej” to trzymający w napięciu, emocjonujący thriller historyczny, idealny dla fanów Kena Folletta i Dana Browna.

Tematy: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek