banner ad

Opowieść o Ameryce pogrążonej w kryzysie. Fragment „Elegii dla bidoków” J.D. Vance’a

16 lutego 2018


Nakładem wydawnictwa Marginesy ukazała się głośna książka „Elegia dla bidoków” J.D. Vance’a. Autor dorastał w małym, biednym miasteczku w „pasie rdzy”. To właśnie ludzie tam mieszkający, biali Amerykanie – pogardzani robociarze, którzy utracili wiarę w Amerykański Sen, są bohaterami tej porażającej, choć niepozbawionej humoru, autentycznej opowieści. Poniżej możecie przeczytać fragment książki, opublikowanej w przekładzie Tomasza S. Gałązki.

W trzeciej klasie dzięki dobrym wynikom z testów dostałem się na zajęcia dla zdolnych uczniów z poszerzonej matematyki – w programie było wszystko, trygonometria, zaawansowana algebra, zbiory, funkcje, logarytmy, matryce. Zajęcia prowadził Ron Selby, który wśród uczniów miał status legendy zarówno ze względu na swój geniusz, jak i wymagania, jakie stawiał. W ciągu dwudziestu lat pracy nie opuścił ani jednego dnia. Według legend krążących po liceum w Middletown, podczas jednej z klasówek u Selby’ego któryś uczeń zgłosił alarm bombowy – ładunek miał ukryć w swojej szafce na podręczniki. Kiedy wszystkich obecnych w szkole ewakuowano z budynku, Selby wkroczył tam z powrotem, wyciągnął całą zawartość szafki winowajcy i wyrzucił ją do kubła na śmieci.

– Miałem tego dzieciaka na zajęciach. Nie jest na tyle bystry, żeby skonstruować działającą bombę – oznajmił Selby policjantom, którzy zjechali się pod szkołę. – Proszę pozwolić moim uczniom na powrót do klasy, muszą skończyć sprawdzian.

Mamaw (moja babcia) uwielbiała takie opowieści i choć sama nigdy nie spotkała Selby’ego, podziwiała go i namawiała mnie, bym szedł w jego ślady. Selby zachęcał swoich uczniów, by zaopatrzyli się w rozbudowane kalkulatory z wyświetlaczem zdolnym pokazywać wykresy funkcji (nie był to jednak wymóg) – w owym czasie najnowszym i najlepszym modelem był TI-89 firmy Texas Instruments. Nie mieliśmy telefonów komórkowych ani fajnych ciuchów, ale Mamaw dołożyła wszelkich starań, żebym miał taki kalkulator. Dzięki temu wiele zrozumiałem o wartościach, którym hołdowała babcia, a przy okazji skłoniło mnie to do poważniejszego niż dotąd poświęcenia się nauce. Skoro Mamaw była gotowa wyłożyć sto osiemdziesiąt dolarów na kalkulator – stanowczo oznajmiła, że ja się do tego nie dokładam – znaczyło to, że powinienem naprawdę przysiąść fałdów. Byłem jej to winien, a ona wiecznie mi o tym przypominała.

– Skończyłeś to, co miałeś dla tego Selby’ego?

– Nie, babciu, jeszcze nie.

– No to zabieraj się do roboty, psiakrew. Nie po to wydałam ostatni grosz na ten tam komputerek, żebyś się cały dzień opierdalał.

Te trzy lata z Mamaw – bez przerw i intruzów – były moim zbawieniem. Nie dostrzegałem przyczyny zachodzących zmian, tego, że zamieszkanie u niej pchnęło moje życie na nowe tory. Nie zauważyłem, że jak tylko się do niej wprowadziłem, zacząłem zdobywać lepsze oceny. Nie miałem też pojęcia, że znajduję sobie przyjaciół na całe życie.

W tamtym czasie zaczęliśmy z Mamaw rozmawiać o problemach naszej społeczności. Mamaw zachęcała mnie, żebym podjął pracę – mówiła, że to mi się przyda, że nauczę się cenić każdego dolara. Skoro zachęty nie przynosiły skutku, zażądała, żebym znalazł robotę, więc znalazłem. Zostałem kasjerem w miejscowym sklepie spożywczym Dillman’s.

Praca na kasie uczyniła ze mnie socjologa amatora. Iluż naszych klientów było napędzanych gorączkowym stresem. Jedna z naszych sąsiadek podczas każdej wizyty wrzeszczała na mnie za byle niedociągnięcie – bo się do niej nie uśmiechnąłem, bo kiedyś zapakowałem w każdą torbę zbyt wiele rzeczy, a kiedy indziej za mało. Czasem ludzie wpadali do sklepu w pośpiechu, gnali pomiędzy półkami, rozpaczliwie szukając potrzebnego produktu. Inni zaś kroczyli alejkami z rozwagą, starannie wykreślając kolejne pozycje z listy. Jedni kupowali dużo jedzenia w puszkach i mrożonek, a inni regularnie podjeżdżali pod kasę wózkami wyładowanymi świeżą żywnością. Im bardziej zagoniony był klient, im więcej kupował dań gotowych czy mrożonek, tym większe prawdopodobieństwo, że był biedny. Wiedziałem, że to ludzie ubodzy, bo widać to było po ich ubraniach, mogli też płacić za zakupy bonami z opieki społecznej. Po paru miesiącach, wracając z pracy, zapytałem Mamaw, czemu tylko biedni kupują mleko w proszku dla niemowląt. „Bogaci też przecież mają dzieci, nie?” Babcia nie potrafiła mi na to odpowiedzieć i dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że ludzie zamożni zdecydowanie częściej karmią dzieci piersią.

Moja praca, poza dodatkową lekcją w temacie amerykańskich podziałów klasowych, spowodowała też, że zacząłem żywić pewną urazę wymierzoną nie tylko w bogaczy, ale też w ludzi takich jak ja. Właściciele sieci Dillman’s byli staromodni, pozwalali więc, by zamożne rodziny robiły zakupy na kredyt – czasami skredytowana żywność była warta ponad tysiąc dolarów. Byłem świadom, że gdyby ktoś z moich krewnych nabił rachunek na ponad tysiąc dolarów, zażądano by od niego natychmiastowej zapłaty. Szlag mnie trafi ał na myśl, że mój pracodawca uważa moich bliskich za osoby mniej wiarygodne od tych, którzy zakupy wożą do domu cadillakiem. Z czasem jednak przeszedł mi ten gniew: powiedziałem sobie, że kiedyś ja również będę mógł kupować na kredyt.

Dowiedziałem się też, jak ludzie ogrywali opiekę społeczną. Kupowali za bony zgrzewki napojów gazowanych i odsprzedawali je za gotówkę. Kazali nabijać zakupy na kasę w dwóch częściach: za żywność płacili bonami, a za piwo, wino i papierosy – gotówką. Regularnie rozmawiali przez telefony komórkowe, stojąc w kolejce do kasy. Za nic nie mogłem pojąć, czemu nasze życie było takie ciężkie, kiedy ci korzystający ze szczodrości rządu cieszyli się gadżetami, o których mogłem tylko pomarzyć.

Mamaw uważnie słuchała moich opowieści o spostrzeżeniach ze sklepu. Zaczęliśmy nieufnie spoglądać na znaczną część pokrewnych nam przedstawicieli klasy robotniczej. Większość z nas miała kłopoty z dociągnięciem do pierwszego, ale radziliśmy sobie, ciężko pracowaliśmy i mieliśmy nadzieję na lepszy los. Istniała jednak liczna mniejszość tych, których zadowalało życie z zasiłków. Co dwa tygodnie dostawałem skromną wypłatę i na pasku z rozliczeniem widziałem potrącane zaliczki na podatek stanowy i federalny. Przynajmniej równie często nasz sąsiad narkoman fundował sobie steki T-bone – ja byłem zbyt biedny, żeby kupić sobie taki, ale Wuj Sam zmuszał mnie do sponsorowania takich zakupów innym. Tak o tym myślałem jako siedemnastolatek i choć dziś jest we mnie znacznie mniej gniewu niż w tamtych latach, to wtedy po raz pierwszy dostrzegłem, że polityka prowadzona przez demokratów, zwanych przez Mamaw „partią ludzi pracy”, nie do końca ich właśnie dobro ma na celu.

Middletown w stanie Ohio, gdzie mieszkał autor książki, J.D. Vance.

Politolodzy zmarnowali miliony słów na próby wyjaśnień, czemu w ciągu życia niespełna jednego pokolenia rejon Appalachów i Południe z twierdzy demokratów stały się matecznikiem republikanów. Niektórzy winą obarczają konflikty rasowe i poparcie Partii Demokratycznej dla ruchu obrony praw obywatelskich. Inni przywołują kwestie religijne i zakorzeniony wśród tamtejszych chrześcijan konserwatyzm obyczajowy. Jednak w znacznej części za objaśnienie wystarczyłoby to, że wielu białych przedstawicieli klasy robotniczej dostrzegło dokładnie to samo, co ja, stojąc za kasą w Dillman’s. Już w latach siedemdziesiątych biała klasa robotnicza zaczęła przechodzić do obozu Richarda Nixona, ponieważ – jak to ujął jeden z jej przedstawicieli – mieli poczucie, że rząd „płaci ludziom, co tera są na zasiłku i nic nie robią! Się śmieją z naszego społeczeństwa! A my wszyscy ciężko harujemy, a oni się z nas śmieją, że robimy dzień w dzień!”

Mniej więcej w tym samym czasie nasz sąsiad – jeden z najstarszych przyjaciół, jakich Mamaw i Papaw mieli w Middletown – zarejestrował swój dom obok naszego w rządowym programie zwanym Section 8. Program ten polega na dopłatach do czynszu dla najemców o niskich dochodach. Przyjaciel Mamaw nie miał dotąd powodzenia w wynajmowaniu swojej posesji, ale gdy udostępnił dom ludziom z dopłatami z Section 8, właściwie zagwarantował sobie, że znajdą się lokatorzy. Babcia widziała w tym zdradę, gwarancję, że do dzielnicy sprowadzą się „źli” ludzie i ceny nieruchomości pójdą w dół.

Choć staraliśmy się wyznaczać wyraźne linie między biedotą pracującą a niepracującą, Mamaw i ja zdawaliśmy sobie sprawę, że wiele łączyło nas z tymi, którzy – jak uważaliśmy – przynosili takim jak my złą sławę. Beneficjenci dopłat z Section 8 niezbyt różnili się od nas wyglądem. Nestorka pierwszej rodziny, która sprowadziła się do domu sąsiada, urodziła się w Kentucky, ale za młodu przeniosła się na północ, kiedy jej rodzice ruszyli na poszukiwania lepszego życia. Kręciła z paroma facetami, każdy zostawił jej dziecko i zero alimentów. Była miła, jej dzieci też. Jednak narkotyki i awantury późną nocą zdradzały istnienie kłopotów, nazbyt dobrze znanych nazbyt wielu przesiedlonym bidokom. W obliczu takiego odzwierciedlenia kłopotów własnej rodziny w Mamaw narastały frustracja i gniew.

Z tego gniewu zaś zrodziła się Bonnie Vance, ekspertka w dziedzinie socjologii:

„Leniwa z niej kurew, ale skończyłoby się, jakby musiała znaleźć sobie robotę”.

Albo:

„Nienawidzę tych chujów, co dali tym ludziom forsę, żeby mogli się sprowadzić do naszej dzielnicy”.

Ciskała się na tych, których widywała w spożywczym:

„Nie rozumiem, jak to jest, że ludzie, co przepracowali całe życie, muszą liczyć każdy grosz, a te dziady fundują sobie z naszych podatków wódę i minuty na komórki”.

Zadziwiające poglądy jak na moją babcię samarytankę. Zresztą kiedy jednego dnia obsobaczała rząd za nadmierną szczodrość, następnego ganiła go za skąpstwo. W końcu rząd pomagał tylko ubogim znaleźć dach nad głową, a babcia uwielbiała ideę pomagania biednym. Dopłaty z programu Section 8 nie kolidowały z jej ideologią. Czasem więc wyłaziła z niej stronniczka demokratów. Wściekała się na kurczący się rynek pracy, głośno dumała, czy to właśnie dlatego jej sąsiadka nie może sobie znaleźć porządnego faceta. W chwilach wzmożonego współczucia Mamaw pytała, jaki to ma sens, że nasz kraj stać na lotniskowce, ale nie na kliniki odwykowe – takie jak ta, do której trafiła mama – dla wszystkich potrzebujących. Czasami krytykowała anonimowych bogaczy, którzy jej zdaniem zdecydowanie za mało chętnie brali na siebie należną część ciężarów dźwiganych przez społeczeństwo. Każdą referendalną porażkę prób wprowadzenia lokalnego podatku na dofinansowanie szkół (a było ich wiele) postrzegała jako oskarżenie naszego społeczeństwa, które nie potrafiło zapewnić porządnego wykształcenia dzieciom takim jak ja.

Poglądy Mamaw były w politycznym układzie współrzędnych rozrzucone od ściany do ściany. Zależnie od nastroju, babcia mogła być skrajną konserwatystką albo socjaldemokratką w europejskim stylu. Z tego względu uważałem ją z początku za niereformowalną prostaczkę, sądziłem, że ledwie otworzy usta w kwestiach wielkiej polityki czy małych politycznych zagrywek, najlepiej po prostu zatkać uszy. Szybko uświadomiłem sobie jednak, że w tych babcinych sprzecznościach kryła się wielka mądrość. Przez tyle lat po prostu żyłem na tym świecie, ale teraz, kiedy miałem okazję przyjrzeć mu się uważniej, zacząłem postrzegać go tak, jak Mamaw. Byłem przerażony, zdezorientowany, wściekły i zrozpaczony. Oskarżałem wielkie firmy o to, że zwijały działalność w Stanach i wynosiły się na inne kontynenty, a potem zastanawiałem się, czy sam nie postąpiłbym tak samo. Kląłem na rząd za niedostateczną pomoc społeczną, a potem dumałem, czy próby pomagania ludziom nie pogarszały czasem ich sytuacji.
(…)

J.D. Vance „Elegia dla bidoków”
Tłumaczenie: Tomasz S. Gałązka
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 304

Opis: „Elegia dla bidoków” to aktualne i niepokojące rozważania o tym, że znaczna część Stanów Zjednoczonych straciła wiarę w amerykański sen, co znalazło odzwierciedlenie w wyniku ostatnich wyborów prezydenckich. To książka, która pokazała Amerykanom z dużych miast, jak mało wiedzą o swoich rodakach, jak mylne mają o nich wyobrażenie. Ciepła, wyrozumiała narracja Vance’a stała się ważnym głosem w dyskusji o rozwarstwieniu społecznym. W tym sensie jest to rzecz uniwersalna, rzuca nowe światło na podziały społeczne i polityczne również w Polsce. Historia Vance’ów zaczyna się w pełnych nadziei latach powojennych. Ciężką pracą udało im się awansować do klasy średniej, a ukoronowaniem sukcesu stał się J.D., który jako pierwszy w rodzinie zdobył dyplom wyższej uczelni. Vance pokazuje jednak, że nie da się uciec od spuścizny przemocy, alkoholizmu, biedy i traum, tak typowych dla rejonu, z którego się wywodzili.

fot. Marginesy

Tagi: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek