banner ad

O dwóch kobietach. Fragment uhonorowanej Nagrodą Literacką Unii Europejskiej powieści „Wyspa Krach” Iny Wyłczanowej

14 października 2020

Opublikowana nakładem Wydawnictwa Wyszukanego „Wyspa Krach” bułgarskiej dziennikarki i pisarki Iny Wyłczanowej to opowieść o kobiecej kondycji, o frustracjach i lękach, tęsknocie i miłości, o krachu nadziei i niemożności spełnienia. Za tę książkę autorka zdobyła Nagrodę Literacką Unii Europejskiej w 2017 roku. Poniżej możecie przeczytać fragment.

Moim zdaniem powinna skrócić włosy. Cztery lata temu, kiedy się ostrzygła, to mało powiedzieć, że wyglądała o dziesięć lat młodziej. Mnie osobiście złości, kiedy ktoś mówi „wyglądasz o dziesięć lat młodziej”. O dziesięć lat młodziej od czego? Ważne jest nie to, że wyglądała młodziej, tylko że odnalazła swoją prawdziwą twarz. Mam na myśli to, co robią fryzjerzy, albo raczej reżyserzy filmowi – odkrywają prawdziwe twarze.

Zawsze o niej myślałam, że wygląda jak hrabina. Kiedy przygładza włosy i sczesuje je gładko do tyłu, to automatycznie prostuje ramiona, zaczyna patrzeć inaczej, chodzić inaczej i naprawdę przypomina hrabinę. Tyle że zazwyczaj jest rozczochrana, mruży oczy i łypie nimi spod grzywki. I nie ma pojęcia, że wciąż marszczy nos. Jest przy tym przekonana, że zawsze wygląda dobrze.

Powiedziałam jej wtedy, że wygląda świetnie i że stale powinna się tak nosić. A ona na to, że tak ostrzyżone włosy są paniusiowate i przypominają coś, co nazwała „fryzurą”. I nie minęły dwa tygodnie, jak zaczęła je ściągać ohydną pomarańczową gumką. Większość kobiet po prostu krępuje się dobrze wyglądać. A może obawiają się śmieszności. Znam ten strach, wielokrotnie go odczuwałam, zanim osiągnęłam obecną równowagę. Ludzie czasem pozwalają sobie na jakieś beznadziejne uwagi, a ty to odbierasz jak wyrok. Zwłaszcza kiedy się przekonasz, że to nie była pomyłka. W żadnym wypadku – patrzy ci taki prosto w oczy i struga z ciebie wariata.

Jakie to jest zabawne teraz, kiedy już wiem, ile jestem warta. I ile są warci tamci.

Ona oczywiście jest nieszczęśliwa i udaje, że nie jest. Jak wszyscy. Bez przerwy jest wesoła. Uśmiecha się nawet wtedy, kiedy jest sama i przechodzi korytarzem. Zamiast powiedzieć „dzień dobry”, uśmiecha się jeszcze szerzej. Niesamowity uśmiech. Aż się chce płakać.

Ale komplementy – nigdy. Nie zdarzyło się, żeby ci powiedziała coś miłego. Wlepia w ciebie te ufne oczyska i z miejsca bierze się do opowiadania kolejnej śmiesznej rzeczy, jaka jej się przydarzyła. Na przykład: wyłączyli prąd, bo zapomniała zapłacić, kot przewrócił świecę, a mąż zdenerwował się i odmówił wspólnego wyjścia do knajpki. Boki zrywać.

Nie czuję żadnej wyższości, raczej mi jej żal. Chyba osiągnęłam już taki poziom, na którym powinnam pomyśleć o pomaganiu innym. Dlatego nastawiam się na to, by ich zrozumieć. Próbuję sobie wyobrazić, jak człowiek może zapomnieć o opłaceniu elektryczności. Naprawdę jest mi smutno.

Teraz je tort. W naszym bufecie sprzedają tort, składający się wyłącznie z ciężkiego maślano-czekoladowego kremu. Jeden kawałek wystarczy do zatkania na amen wszystkich arterii. A ona prawie codziennie go je. Patrzy teraz na mnie, oblizuje łyżeczkę i się uśmiecha. Od dawna zdaję sobie sprawę, że ludzie robią takie rzeczy, kiedy podświadomie chcą się za coś ukarać. Tylko ja wiem, ile mnie kosztowało wydobycie się z tego kołowrotu.

Byłam grubym dzieckiem i to było okropne, a jeszcze gorsze, że pozostałam taka do wieku dojrzewania. Teraz oczywiście wiem, że sama byłam sobie winna, ale wtedy nie wiedziałam. Po prostu nie rozumiałam tej niesprawiedliwości, nie mogłam pojąć, dlaczego tylko ja jestem gruba, i okropnie się bałam.

Próbuję odpowiedzieć czymś w rodzaju uśmiechu, ale słabo mi to wychodzi, nie daję sobie rady z udawaniem, dlatego spuszczam wzrok i patrzę na herbatę. Herbata jest w porcelanowym kubku, który przyniosłam z domu. To żadna sztuka, ale mało kto tak robi. Ludzie nie przywiązują do tego wagi. Trzymają w dwóch palcach gorące, zwiotczałe plastikowe kubeczki, a plastikowe mieszadełka drapią ich w policzki. W telewizorze leci jakiś mecz i grupa mężczyzn nie odrywa oczu od ekranu. Oczywiście popijają. Piją ciepłe piwo i ciepłą wódkę z plastikowych kubeczków.

Patrzę na swój pierścionek – jest doskonały. Wreszcie coś, co nie jest plastikowe.
 
 
Chciałabym teraz opowiedzieć, co zrobiłam z mieszkaniem.

Moje mieszkanie znajduje się na ulicy Pirotskiej, ale w górnej części, poza ciągiem handlowym. Jest bardzo małe – dwa pokoiki, i to z tych mniejszych, na trzecim piętrze. Raczej ciemne, jeden malutki balkonik przy kuchni, żeby było gdzie trzymać ziemniaki. Teraz oczywiście nie ma tam ziemniaków, tylko kwiaty. Hortensje. Toaleta jest taka ciasna, że po wejściu ledwo się daje zamknąć drzwi. W łazience była krótka wanna do kąpieli na siedząco, obudowana zniszczonymi białymi kafelkami. Pokój dzienny z jednym tylko oknem i oddzieloną oszklonymi drzwiami alkową. Tam sypiałam w dzieciństwie. Długa, wąska sypialnia nie była przewidziana na podwójne łóżko, ale mama w którymś momencie zdołała takie zainstalować, w wyniku czego szafę dawało się otworzyć tylko do połowy. Ciasne kręcone schody, zawsze zasiusiane przez koty. Kiedy rodzice kolejno umarli w tym samym roku, co noc zaczęły mi się śnić koszmary, w których niebezpieczeństwo pojawiało się zawsze od strony schodów. Nie miałam wtedy jeszcze pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak feng shui, ale podświadomie wiedziałam: schody. Okazały się tak fatalnie usytuowane, że nie pomogły żadne lustra. Musiałam zamurować drzwi i przebić wejście z drugiej strony.

Nic w tym mieszkaniu nie było jak należy. Gdybym miała pieniądze, to bym je po prostu sprzedała i kupiła inne. Tyle że wtedy nie miałam pieniędzy. Stopniowo udało mi się zebrać fundusze na remont. Nie jem dużo. Robię na drutach i szyję – prawie wszystkie ubrania uszyłam sama. Z wyjątkiem kapeluszy. Nie umiem ich robić i muszę kupować. Ale poza tym – wszystko. Nawet w zeszłym roku uszyłam sobie palto.

Nie szło to szybko. Wtedy jednak, kiedy nie miałam pieniędzy na coś więcej niż chiński serwis do herbaty czy indyjskie zasłony, kupowałam książki i czytałam. Feng shui, joga, medytacje, poradniki. Codziennie robiłam jakiś mały krok. Nawet najdłuższa podróż zaczyna się przecież od pierwszego kroku.

Mój pierwszy krok był największy. Wyrzucałam. Odnoszę wrażenie, że przez kilka miesięcy śmieciarze pracowali tylko dla mnie. Nasz pojemnik na śmieci nigdy mi nie wystarczał – zapełniałam jeszcze dwa.

Wyrzucałam.

Na śmietnik poszły moje dziecinne zabawki, ubrania mamy i taty, ich świadectwa maturalne i fotografie ślubne. Cała ich bielizna pościelowa, wytarte wojskowe koce, poobijane garnki, ciężkie fajansowe talerze, wyszczerbione kubki, sito do przesiewania mąki i foremki do ciasta, Bolszaja sowietskaja encykłopedia, żakardowe chodniki i linoleum z kuchni. Najgorzej było z meblami. Nie stać mnie było na tragarzy, którzy znieśliby je po schodach. Kupiłam siekierę i zaczęłam je rąbać, co wcale nie było łatwe. Wtedy moja forma fizyczna jeszcze pozostawiała wiele do życzenia. Czasami przez całą noc walczyłam z jednym tylko meblem. Sąsiedzi podejrzliwie patrzyli, jak znoszę porąbane części. Musiałam też pociąć pościel i powynosić w torbach na śmieci. Najgorzej było z materacem – krajałam go, cięłam, siekałam. Walczyłam z nim przez cały tydzień. Została kuchenka i lodówka. Półautomatyczna pralka. Telewizor. Musiałam je tolerować jeszcze przez dwa miesiące. Bez końca dawałam ogłoszenia do prasy. Raz przyszła jakaś kobieta, popatrzyła, nic nie powiedziała i poszła. Wynajęłam w końcu Cyganów z Solnego Rynku i potem przez dwa tygodnie żyłam tylko jogurtem.

Ale nie zostawiłam kompletnie nic. Kupiłam kawał gąbki i przez siedem miesięcy spałam na podłodze, zanim zebrałam pieniądze na przebudowę wnętrza. Wszystko już miałam zaplanowane i rozrysowane na podłodze – wszystkie dziesięć kwadratów siatki feng shui. Dawno wymyśliłam, jak umocnić strefę związku, jak odbudować równowagę, jak wzmocnić yang.

Sprawa polegała na tym, że w domu naruszona została równowaga. Kiedy jednak człowiek wie, czego chce, to może wszystko.

Dzisiaj jest ostatni piątek miesiąca, więc do niej zadzwonię. Zawsze do niej dzwonię w ostatni piątek. Nic nie mówię. Tylko dzwonię. Ale zawsze o tej samej godzinie – dziewiątej wieczorem.

Czasem nie ma nikogo. Czasem odzywa się jej mąż albo syn. Nieważne. Zawsze w piątek i zawsze o dziewiątej. Przypuszczam, że już to zauważyła.
 
 
Napisałam podanie o urlop i złożyłam dokumenty na nowy paszport. Dobrze, że pomyślałam, żeby sprawdzić na cztery dni przed wyjazdem i już po kupieniu biletu, czy przypadkiem nie upłynął termin ważności tego, który miałam. Oczywiście upłynął, i to w zeszłym roku. Okazało się, że w ciągu ostatnich pięciu lat wyjeżdżałam tylko cztery razy. Teraz musiałam zapłacić sześćdziesiąt trzy lewy, żeby mi go wyrobili w ciągu trzech dni. Dlaczego tylko mnie zdarzają się takie rzeczy?

Nie udało się za jednym podejściem, chociaż się starałam. Zadzwoniłam do biura paszportów. Kiedy wreszcie ktoś się odezwał, spytałam, co mam przynieść – tylko dowód osobisty i stary paszport. I te sześćdziesiąt trzy lewy. W porządku. Poszłam i na drzwiach zobaczyłam kartkę: dowód osobisty, stary paszport i aktualne zdjęcie z ostatniego pół roku.

Super. To znaczy niekoniecznie. Nie dało się za jednym podejściem. Z drugiej strony dawno chciałam zmienić to zdjęcie, bo na każdej granicy patrzą na mnie ze zgrozą i robią trudności. Kiedyś na serbskiej granicy kazali mi wysiąść z całym bagażem z pociągu i gdzieś zabrali mój paszport. Spytałam, co się stanie, jeśli pociąg odjedzie, odpowiedzieli, że to nie ich sprawa. Pociąg stał na granicy dwadzieścia pięć minut, a paszport oddano mi w dwudziestej czwartej. Rzecz w tym, że nie mam garbatego nosa. W żadnym razie nie mam garbatego nosa, ale do zdjęcia jakoś tak mnie oświetlili, że przypominałam bośniacką uciekinierkę po przejściach, z garbatym nosem.

Dlatego na początku się ucieszyłam. Poszłam do najbliższego fotografa i poprosiłam o zrobienie zdjęcia. Powiedzieli, żebym się przygotowała, i zamknęli mnie w klitce bez żadnej wentylacji, z lustrem i dwoma włączonymi reflektorami. A to był jednak dwudziesty ósmy lipca i temperatura na dworze wynosiła 36 stopni. Siedziałam tam jakieś dziesięć minut i w którymś momencie spojrzałam w lustro. Twarz miałam całkiem mokrą i z czoła spływał mi pot. A pot drażni oczy i wtedy robią się czerwone. Dlatego wyszłam z tego pokoiku i powiedziałam, że już się przygotowałam. Tymczasem uśmiechnięta młoda kobieta zajęta była sprzedawaniem jakichś ramek. Wtedy przyszła ponura młoda kobieta i powiedziała: „Spokojnie, ja sfotografuję” – i znów mnie zaprowadziła do tej klitki. Spytała, czy się przygotowałam, a ja nieopatrznie powiedziałam, że chciałabym sobie czymś wytrzeć twarz, bo przez ten cały pot będzie się błyszczeć. Podała mi z niezadowoloną miną jakąś bardzo mocno pooklejaną paczuszkę, a ja zaczęłam ją ze wszystkich stron szarpać, ale ręce miałam spocone i zupełnie nie mogłam jej otworzyć. Okazało się, że to są „chusteczki nawilżające” i w tym kraju najwyraźniej wszyscy wiedzą, jak się je otwiera. Wszyscy z wyjątkiem mnie. Zresztą to było nieważne, bo twarz miałam taką mokrą, że żadne nawilżanie nie było jej potrzebne, dlatego siadłam na stołku i zaczęłam posępnie wpatrywać się w obiektyw. Ponura młoda kobieta powiedziała mi jednak, żebym pochyliła trochę głowę i uniosła podbródek. Spróbowałam jednocześnie wykonać te czynności i rzeczywiście mocno się starałam, co widać na zdjęciu, gdzie na szyi dwie żyły naprężyły się jak grube okrętowe liny.

(Telefon dzwoni jak szalony i po prostu go nie odbiorę, bo akurat teraz myję podłogę, co było przewidziane najpóźniej na wpół do czwartej po południu).

Ona też bardzo długo się bawiła z tym zdjęciem, jeszcze raz powiedziała, żebym pochyliła trochę głowę i uniosła podbródek, po czym spytała: „To co, pstrykać?”, na co odpowiedziałam: „Wszystko jedno, ja już i tak płaczę”. I wtedy pstryknęła i poprosiła, żebym popatrzyła na zdjęcie na ekraniku i powiedziała, czy mi się podoba, ale ja nie popatrzyłam i powiedziałam, że tak, podoba mi się.

Obejrzałam je dopiero na ulicy. Było jeszcze straszniejsze niż poprzednie, ale to pewnie dlatego, że się zestarzałam.
 
 
Mój wyjazd z Sofii był okropny. Poprosiłam jednak Misza, żeby mnie odwiózł na dworzec autobusowy, chociaż wiedziałam, że jest wściekły. Był dosłownie w apogeum swojego najgorszego nastroju. Przez cały czas narzekał, że zaraz utkniemy w korku, że wysiądzie wentylator, silnik się przegrzeje i że na pewno się spóźnimy, bo przyjazd z godzinnym wyprzedzeniem to absolutnie za mało. Powinno się być wcześniej. Tymczasem ja sobie wyobrażałam, że wystarczy przyjechać dziesięć minut przed odjazdem, bo to nie jest samolot, tylko zwykły autobus do Zagrzebia. Normalnie wsiądę bez żadnych kontroli celnych i paszportowych, byle zdążyć wsadzić plecak do bagażnika. Ale właśnie to okazało się fatalne.

Przyjechaliśmy godzinę wcześniej i nie utknęliśmy w żadnym korku, bo trzeba bardzo się starać, żeby utknąć w korku w niedzielę o godzinie trzeciej po południu. Potem musiałam znaleźć budyneczek, w którym jest biuro przewoźnika, żeby się dowiedzieć, gdzie jest mój autobus. Miszo postanowił czekać na mnie w samochodzie. Od razu znaleźliśmy parking, chociaż on przez cały czas miał wątpliwości, czy w ogóle będzie tam parking. Był. Tyle że cieć parkingowy powiedział mu, że po co płacić dwa lewy, skoro można zatrzymać się i tutaj, na ulicy. Więc się zatrzymał. Tymczasem ja szukałam tej firmy i oczywiście zabłądziłam między barakami i zupełnie nie pamiętałam, jak się ta przeklęta firma nazywa, bo one zawsze nazywają się prawie tak samo i zawsze to jest coś, co zaczyna się na „I” i jest bardzo krótkie. Wchodziłam do baraków pod szyldem „Ina”, „Iwa”, „Ivette”, „Irene”, „Iwi” i „Inko” i wszędzie pytałam, aż wreszcie się okazało, że potrzebna mi jest firma „Elen” i że to u nich kupiłam bilet. W ogóle nie zaczynała się na „I”. Wszystko to załatwiałam w przyspieszonym tempie jak na filmach z Charlie Chaplinem, dzięki czemu dokładnie po dziesięciu minutach dobiegłam zdyszana do samochodu i już wiedziałam, który autobus jest mój i gdzie się znajduje. Teraz trzeba było przenieść plecak. A plecak był bardzo ciężki, bo miało mnie nie być przez półtora miesiąca. Dlatego Miszo był wściekły, a ja wiem, że miał rację. W plecaku poza wszystkim innym były książki. Były też papierosy na półtora miesiąca, po jednej paczce na dzień. Były kremy i mleczka toaletowe, żeby tam nie kupować. Mokasyny na deszcz, sandały, tenisówki i klapki. Dwa płaszcze kąpielowe i kurtka, i gruby sweter na wszelki wypadek. Spodnie plażowe i spodnie na chłodniejszą pogodę, sukienki plażowe i nawet farba do włosów, bo w ciągu półtora miesiąca może mi być potrzebna. Poza tym trzy pojemniki z płytami i w ogóle plecak był okropnie ciężki. Dlatego poprosiłam Misza, żeby mi pomógł. Zazwyczaj wolę wrzucić plecak na ramiona i fru, bo tak mi najbardziej odpowiada. Tym razem jednak poprosiłam, żeby mi pomógł. Złapaliśmy plecak z dwóch stron i przenieśliśmy na parking autobusowy, który był odległy o pięćdziesiąt metrów. Mogło to trwać ze trzydzieści sekund, ale wystarczyło. Podniósłszy oczy, zobaczyliśmy podnośnik typu pająk. Właśnie umieścił nasz samochód między swoimi łapami i teraz zaczynał go podnosić. Porzuciliśmy plecak i pognaliśmy jak wariaci. Cieć parkingowy oczywiście znikł. Przypuszczam, że wezwał laweciarzy przez komórkę w sekundę po tym, jak Miszo zostawił samochód.

Faceci okazali się w porządku – odczepili samochód i wzięli w łapę tylko trzydzieści lewów. Miszo załatwił to po długich tłumaczeniach i przeprosinach. Ale wcale nie wyglądał na zadowolonego i zaraz odjechał. I tak bez pocałunku rozstaliśmy się na półtora miesiąca.
 
 
Każdego ranka wstaję o szóstej, wkładam strój do joggingu i ruszam do miejsca, w którym mogę pobiegać. Dla mnie najbliższym takim miejscem jest Park Zachodni. Jest tam dość obrzydliwie, ale kiedy człowiek kontroluje świat wokół siebie, to może widzieć tylko rzeczy, które chce widzieć, i nie widzieć tych, których widzieć nie chce.

Mój strój do joggingu jest piękny – nie jest markowy, ale kolory dobrane zostały z sercem i nawet przepaska na głowę ma dokładnie taki kolor, jak trampki. Zaczynam biegać natychmiast po wejściu do parku i biegnę przez dokładnie trzydzieści minut trasą, którą sobie wcześniej wybrałam. Czasem zabiera mi to dwadzieścia sześć minut, ale staram się nie zwiększać tempa. Ono powinno być stale jednakowe, a trzydzieści to dobra liczba. Po trzydziestu minutach opuszczam park i ruszam do domu. Mijam w swoim pięknym stroju szarych, nijakich ludzi, którzy już idą do pracy. Nie patrzą na mnie zbyt życzliwie, bo akurat w tej dzielnicy ludzie nie przywykli do oglądania strojów do joggingu. Ja z kolei w ogóle na nich nie patrzę. Staram się ich nie widzieć.

Po pokonaniu obsiusianych przez koty schodów – okazałam się bezradna, by to zmienić – przekręcam klucz w drzwiach i już jestem U Mnie.

U Mnie jest inaczej.

Z nieszczęsnej łazienki całkowicie zrezygnowałam i teraz wanna stoi w przestronnym pomieszczeniu ogólnym. Wanna jest piękna i kosztowna. Odkręcam wodę i stawiam imbryk na maszynce. Rano przed śniadaniem zawsze piję szklankę gorącej wody. To mnie oczyszcza wewnętrznie. Woda zagotowuje się dokładnie w tej chwili, w której wanna jest pełna. Nalewam sobie szklankę i wyciągam się w ciepłej wodzie. Nigdy nie korzystam z mydeł ani płynów do kąpieli – tylko ciepła woda od środka i od zewnątrz. Patrzę w górę, gdzie nad głową mam kolorowy witraż. Chciałabym patrzeć w niebo, ale to niemożliwe, bo nade mną są jeszcze dwa piętra. Wyciągam rękę do leżącego na podłodze pilota i puszczam Elvisa. Oczywiście żaden rock, wyłącznie najlepsze kawałki. Lubię słuchać jego łagodnego głosu, wyciągnięta w gładkiej wannie. Piję swoją ciepłą wodę małymi łykami, jak zaleca Dimkow*. W momencie, kiedy kończę ją pić, woda w wannie robi się zimna, wszystko zostało starannie rozplanowane w czasie, wychodzę z wanny i wkładam cyklamenowy płaszcz kąpielowy.

Śniadania nie muszę przygotowywać, bo jest od dawna gotowe. Nigdy nie jem kupnych płatków owsianych, które smakują jak styropian. Sama sobie przygotowuję kiełki pszenicy. Kupuję kilo pszenicy i nastawiam je z wodą na cały tydzień. Pszenica kiełkuje i codziennie tych kiełków jest coraz więcej. Muszę przemyśleć ten tygodniowy rytm, bo wydaje mi się, że w nim jest coś, co powinnam zrozumieć. Może te dni, w których kiełki są najdłuższe, są najważniejsze. Albo odwrotnie – ważne są te dni, w których proces dopiero się zaczyna. Jeszcze tylu rzeczy nie wiem.

Dziś jest niedziela i cykl kiełkowania dopiero się zaczął. Jem powoli, nigdzie się nie spieszę. Mam czas.

Kiedy kończę, przychodzi najważniejszy moment – pielęgnacja ciała. Mleczka kosmetyczne są drogie, a poza tym byle jakie. Ja używam oliwy, ale z dodatkiem ziół, które sama przygotowałam. Nie próbuję pachnieć „Niveą”, moja kombinacja zapachów jest rzeczywiście dziwna, ale to dlatego, że dobierałam ją nie nosem, tylko rozumem. Wiem, czym się nacieram, i dokładnie znam każdy składnik preparatu i jego znaczenie.

Teraz potrzebuję jeszcze trzydziestu minut, żeby wyschnąć, bo oliwa wolno się wchłania. Przez dziesięć minut robię ćwiczenia oddechowe i potem przez dwadzieścia minut medytuję. Wykorzystuję frazę: „Ja kontroluję ten świat i ja go stworzyłam”.
 
 
Nie wiem, kto wymyślił ten świat, ale wydaje mi się, że musiał być lekko złośliwy. Rozstaliśmy się z Miszem na półtora miesiąca, w ogóle się nie pocałowawszy, on wydał trzy dychy na laweciarzy i teraz na pewno myśli, że to ja jestem winna, a dokładnie dwadzieścia minut po moim wyjeździe z Sofii zaczęła się kolejka. Nawet na horyzoncie nie było jeszcze widać granicy, kiedy autobus się zatrzymał, zdjęłam słuchawki, żeby usłyszeć, co nam powiedzą, ale nic nie powiedzieli. I to jest najbardziej wkurzające, bo najpierw pędzisz, że mało nóg nie pogubisz, a potem – czekasz, czekasz, czekasz. Z tego pośpiechu zapominasz o różnych rzeczach, na przykład o kanapkach na drogę i wodzie mineralnej, a potem czekasz i nic nie możesz poradzić.

Trzy godziny trwało, nim zobaczyliśmy przejście graniczne.

A kiedy je zobaczyliśmy, kierowca powiedział przez mikrofon: „Znajdujemy się na granicy z Serbią. Mamy godzinną przerwę, ale proszę pilnować godziny odjazdu. Toalety są na lewo. Nic się nie płaci, ale nie ma wody i papieru toaletowego. Sklep bezcłowy jest na prawo. Macie prawo do jednej butelki i jednego kartonu papierosów. Wszystko poza tym – na własne ryzyko”.

Żwawo udaliśmy się do toalet. To były te nowoczesne kabinki, które każdy gwałtowniejszy ruch wprawia w dygot.

W sklepie bezcłowym nie było ani wody mineralnej, ani nic do jedzenia. Były perfumy, ale najtańsze kosztowały trzydzieści dziewięć euro i wcale mi się nie podobały. Dlatego kupiłam litr whisky za siedem euro i jeszcze jeden karton papierosów. Papierosy zawsze się przydadzą. Ja i tak byłam najskromniejsza, bo inni kupowali co najmniej po dziesięć kartonów, a jeden gość zażądał stu, wszystko jedno jakiej marki, i wtedy w sklepie bezcłowym zrobiło się pusto, bo nie zostało nic do sprzedania. Wszystko to popakowali w wielkie kraciaste torby, które mieli ze sobą. A do mojego plecaka już nic nie weszło, dlatego zostawiłam butelkę i papierosy na siedzeniu, jak ostatnia pijaczka i palaczka, i poszłam się przejść, bo autobus nie miał zamiaru ruszać. Wróciłam do sklepu bezcłowego i kupiłam sobie puszkę piwa. Zdołałam ją jakoś otworzyć i potem ufnie wstawiłam do specjalnego okrągłego otworu w stoliku przed sobą. W tej samej chwili autobus gwałtownie ruszył do punktu kontroli granicznej i całe piwo znalazło się na mojej spódnicy, która niestety była uszyta z dżinsu i przy tym wystarczająco szeroka, by zmieścić pół litra piwa. I wtedy autobus znów się zatrzymał, a kierowca powiedział przez mikrofon: „Kontrola celna. Proszę się ustawić z bagażem ręcznym w kolumnie po lewej stronie autobusu”.

Wylałam zawartość spódnicy na podłogę, wzięłam do jednej ręki plecak, a do drugiej – butelkę whisky i karton papierosów i apatycznie ustawiłam się w kolumnie. Celnicy rzucili na mnie tylko przelotne spojrzenie pełne pogardy. Wszystko było jasne.
 
 
O czwartej dwadzieścia pięć rano autobus stanął przed motelem. Było ciemno i padał deszcz. Chwyciłam dziarsko plecak i udało mi się zarzucić go na ramię, ale potem wlokłam się powoli przez ten deszcz i wyglądałam raczej kiepsko w wilgotnej, pogniecionej spódnicy.

Motel znajdował się w odległości dziesięciu kilometrów od Zagrzebia i na szczęście miał całodobową kawiarnię. Zostawiłam plecak na podłodze przy najbliższym stoliku i poszłam szukać toalety, potem kupiłam trzy centymetry espresso, za co ściągnęli ze mnie trzy euro, i teraz już miałam prawo usiąść przy stoliku i otworzyć książkę. Przyszła żona Cortesa odprawiała wraz ze swoją babką jakieś azteckie rytuały. Świetnie, to znakomicie pasowało do absurdalnego motelu wyrwanego z czasu i przestrzeni o godzinie czwartej nad ranem. Było ciepło i moja spódniczka dosychała, nabierając dziwnej, zwichrowanej faktury. Kawa była świetna. Warta tych dwóch lewów za centymetr, więc zamówiłam jeszcze jedną. Kiedy Emczo wreszcie się pojawił o wpół do dziewiątej zamiast o szóstej, miałam już na koncie cztery. Taniej kosztowała butelka whisky. Pocałowaliśmy się, on przeprosił i tłumaczył się, opowiadając coś o ruchu na drogach, ja mu powiedziałam, że espresso jest w porządku, on na to, że właśnie tego potrzebuje, dlatego poszłam do barku i kupiłam jeszcze dwa.

Jeśli chodzi o pieniądze, jestem raczej nieodpowiedzialna niż gospodarna, ale swoją drogą dużo ich nie przywiozłam. Tak zrozumiałam naszą umowę, poza tym Emczo wiedział, że nie mam tyle, co on. Pewnie udałoby mi się wykombinować więcej, ale uznałam, że to nie byłoby w porządku w stosunku do Małego Misza i do Dużego Misza. Mały Miszo jest synem Emcza. Imię ma po jego ojcu. I jak to ludziom wytłumaczyć, że Mały Miszo nie jest synem Dużego Misza. Zresztą oni pytają tylko, jak tam młody.

Emczo utył. Że ogolił głowę, to widziałam już w zeszłym roku i spodobało mi się, bo i tak nie miał tam dużo do golenia. Poza tym był wciąż tak samo wysoki, tak samo jasny i miał ten sam uroczy i rozbrajający uśmiech. Ja już od dawna przestałam go nienawidzić i nawet po swojemu go lubię. Emczo daje się lubić. Teraz mi opowiada, jak wybrał niby to krótszą drogę, prowadzącą przez góry, ale padał deszcz i była mgła, więc musiał prowadzić bardzo wolno. W dodatku były tam tunele, częściowo zasypane, ale jedyna droga prowadziła przez nie i jeśli mu obiecam, że nie będę wrzeszczeć, to możemy tamtędy pojechać, żebym sama zobaczyła.

Jak zawsze udało mu się ulepić opowieść. Pomyślałam, że dlatego mi się spodobał. Opowieści Emcza są zawsze pełne przygód i śmieszne, a opowieści Misza są smutne i dołujące. Tyle tylko, że są uczciwe. A opowieści Emcza nie są.

Dopijam piąte espresso i popielniczka stojąca przede mną jest pełna, a Emczo znów rzucił palenie i surowo mnie ostrzega, że w ich świecie się nie pali. To nieeleganckie. A ja sobie pomyślałam, że może dlatego przybrał dziesięć kilo, co również wydało mi się nieeleganckie, ale nic nie powiedziałam. Emczo jest słodki.

Jego samochód to nowiutka terenówka polakierowana na trawiastozielony kolor, sądzę, że dla podkreślenia powrotu do natury. Teraz zauważyłam, że jego utrzymane w militarnym stylu ubranie i ogolona głowa bardzo pasują do tej terenówki. Przykładnie zapięłam pas, a on mi tłumaczył, że tylko ze względu na mnie nie pojedzie tą okropną górską drogą, ale wreszcie znajdzie autostradę do Rijeki.

Szukaliśmy jej przez następne pięćdziesiąt minut, kręcąc się po różnych rozjazdach i wiaduktach i nieodmiennie trafiając na tablicę z nazwą jednej i tej samej wsi. Teraz się przekonałam, że rzeczywiście wyruszył w porę, a to, że kazał mi czekać w tym motelu dwie i pół godziny, nie wynikało tylko ze złej woli. Emczo ma bardzo słaby zmysł orientacji, zapomniałam o tym.

Wreszcie powiedziałam mu, że jeśli ósmy raz wybierzemy ten sam rozjazd, to z pewnością trafimy na tę samą wieś, wtedy Emczo w najmniej odpowiednim miejscu histerycznie zawrócił i w końcu zaczęliśmy widzieć miejsca, przez które jeszcze nie przejeżdżaliśmy. Jedyną pewną rzeczą było to, że jedziemy pod górę. Droga nie przypominała autostrady i coraz wyraźniej stawała się drogą górską. Po chwili zobaczyliśmy tablicę z napisem „Rijeka”.

– To jest ta sama droga! – krzyknął Emczo. – Znowu na nią trafiłem! Tylko mi obiecaj, że nie będziesz wrzeszczeć!

Nie powiedziałam, że pewnie innej drogi do Rijeki nie ma, bo między obydwoma miastami bądź co bądź są góry. Przynajmniej tak wynika z mapy. Obiecałam, że nie będę wrzeszczeć.

W którymś momencie miałam jednak ochotę wrzeszczeć z zachwytu. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego i tego, co widziałam, za nic nie da się opisać słowami. Wysoko nad górami widać było bowiem inne góry, które weszły do morza i wystawiały z niego swoje grzbiety jak prehistoryczne zwierzęta, a naprawdę były to prawdziwe góry, przeogromne i wysokie, stojące w morzu. Tymczasem niebo w każdej sekundzie się zmieniało, chmury wirowały jak szalone, co chwila inne było światło i inne kolory. I wszystko to oglądaliśmy z wysoka, a te ogromne góry stojące w morzu były w dole, w jakiejś bardzo głębokiej dziurze, nad którą kręciły się chmury, jakby czarownica mieszała w kotle.

– Piękne, nie? – powiedział Emczo. – To są właśnie Alpy. Dokładnie tu kończą się Alpy.

– To mi przywodzi na myśl Dantego – stwierdziłam. – Za chwilę zaczniemy schodzić do pierwszego kręgu piekła.
 
 
Tylko że zamiast do pierwszego kręgu piekła trafiamy do raju. Nie ma śladu tamtego przerażającego, apokaliptycznego pejzażu – tu wszystko jest łagodne, spokojne i piękne. Teraz już nie widzimy całego morza, tylko pojedyncze małe zatoczki, które przebłyskują jedna po drugiej między piniami i drzewami oliwnymi. Są absolutnie nieprawdopodobne i wyglądają, jakby były wymyślone. Taki kolor wody nie może w przyrodzie istnieć i trudno mi uwierzyć, że nie są farbowane. Oglądane z dołu chmurki są jak namalowane – śliczne i nieszkodliwe, najwyraźniej pozbawione jakichkolwiek złych zamiarów, mające za jedyne zadanie uzupełnienie pejzażu. A pejzaż jest jakby zdjęty z wezgłowia łóżka. Nie wiedziałam, że takie rzeczy naprawdę istnieją, myślałam, że to radosna twórczość malarzy-samouków.

– Zaraz zobaczysz naszą wyspę – mówi Emczo.

I widzę. Wcale nie jest podobna do wyspy – wygląda jak osobny kontynent. I prowadzi na nią ogromny, nieprawdopodobny most, wznoszący się prosto do nieba. Może to ten most jest miejscem, w którym powinnam „nie wrzeszczeć”, bo żadnych tuneli po drodze nie widziałam.

Emczo mieszka w Monachium i jest żonaty z Niemką. Z zawodu jest reżyserem filmowym, który nie robi filmów. Tutaj właśnie miał zacząć kręcić, ale wszystko się rypło i już nie mówmy o Monachium. Emczo zna języki i nie jest głupi. Jego żona właściwie nie pracuje i on utrzymuje rodzinę. Sprzedaje bilety samolotowe. Ma własne biuro. Chyba interesy mu idą dobrze, skoro mógł sobie kupić dom na adriatyckiej wyspie. Chociaż z drugiej strony wiem, że dom w Monachium należy do niej. Nie mieszkanie, tylko dom – widziałam go na zdjęciach. Nigdy się nie dowiedziałam, jak sprawy naprawdę wyglądają, a nie chciałam pytać. Nie wiem też, dlaczego nie mają dzieci. Cokolwiek mówić, ona jest w moim wieku, więc już najwyższy czas. Tym bardziej że Emczo ma dziecko, a ona nie ma, to jej pierwsze małżeństwo. Chris jest sympatyczna. Nie mówi dużo, ale ma swój rozum. Znosi z uprzejmym uśmiechem wszystkie numery Emcza, które mnie kiedyś doprowadzały do wrzasków i trzaskania drzwiami, po czym nagle rzuca coś zabójczo dowcipnego i o wiele skuteczniejszego od wszelkich awantur.

W zeszłym roku mieszkali u nas przez tydzień i gdyby nie ona, byłoby to nie do wytrzymania. Emczo i Miszo szczerze i na całe życie znienawidzili się od pierwszego wejrzenia, po czym postanowili, że nie będą zachowywać się jak chamy i że muszą się razem napić, żeby wyjaśnić wzajemne stosunki i ewentualnie nawiązać przyjaźń. Ten projekt zakończył się katastrofą, bo my z Chris pozwoliłyśmy im pić przez całą noc, po czym rano już w ogóle ze sobą nie rozmawiali i każdy czatował na mnie, żeby powiedzieć, jakie okropne rzeczy wygadywał na mój temat ten drugi. Wymieniałyśmy z Chris skruszone uśmiechy i ona w takim tempie brała się za sprzątanie kuchni i zmywanie naczyń, że ani razu nie udało mi się jej wyprzedzić. Za to Chris w ogóle nie gotuje. Po prostu mówi, że nie umie. Ja też nie jestem wybitną kucharką, ale coś tam codziennie pichcę, jak każda porządna Bułgarka. Kucharzami są Miszo i Emczo i tu również istniała rywalizacja.

A poza tym jest ta historia z Małym Miszem, który nie chce pojechać z wizytą do ojca. Przysięgam na wszystkie świętości, że nigdy nie nastawiałam Małego Misza przeciwko ojcu. Sama nie odczuwam do niego nienawiści, to nie leży w moim charakterze. Ale Mały ma coraz bardziej wrogi stosunek do swojego ojca, nie mam pojęcia dlaczego. Nie powiem, żeby się specjalnie zakochał w Dużym Miszu, właściwie bez przerwy się kłócą. Może to po prostu okres dojrzewania.

Nie sądzę, żeby między Emczem a Miszem istniała jakaś zazdrość. Przynajmniej o mnie. Minęło już tyle lat, z Emczem nie rozwiodłam się z powodu Misza, prawda jest taka, że to on mnie porzucił. Myślę, że to po prostu jakaś wrodzona antypatia. I może powodem jest Mały Miszo. Może Emczo sobie wyobraża, że Duży Miszo mu go odebrał.

To wszystko jest takie nieznośne i takie dokuczliwe, że mi się odechciewa o tym myśleć. Postanawiam zająć się tym podczas mojego samotnego pobytu na bezludnej wyspie. Plan mianowicie jest taki, że najpierw pobędę dwa tygodnie z Emczem i Chris, a potem na miesiąc zostanę sama.

Tyle że wyspa wcale nie wygląda na bezludną. Przejechaliśmy przez prowadzący do nieba most (gdzie nie wrzeszczałam, bo było bardzo pięknie, ale nie dało się porównać z niesamowitym widokiem z górskich szczytów) i zaraz znaleźliśmy się na przystani promów z kolejką samochodów ciągnącą się w nieskończoność.

– Tylko na szosie można zobaczyć, ile na wyspie jest ludzi – powiedział Emczo. – Poza tym ich nie widać, bo jest tak dużo zatok, że każdy ma po jednej. Czasami są malutkie, długie na trzy metry. Wielkości kawalerki.

A w zeszłym roku było tak, że Chris wszystko naprawiła. Albo przynajmniej ustaliła możliwe do przyjęcia granice. Odczekała jeden wieczór, żeby im minął kac, po czym oświadczyła, że dzisiaj ona stawia, i wyciągnęła dwie butelki whisky, co czyniło pół butelki na osobę. Ja wypiłam pierwszą porcję i wystąpiłam z oświadczeniem, że zaraz idę spać, bo po takim wieczorze nie można się niczego dobrego spodziewać, ale wtedy Chris wywołała mnie pod jakimś pretekstem do kuchni i powiedziała: „Uważam, że teraz my też powinnyśmy siedzieć do rana”.

W jakiś sposób okazała się genialna. Siedziałyśmy do rana, wypiłyśmy więcej od facetów i przeprowadziłyśmy babską rozmowę o tym, jacy oni obaj są okropni. Gorzej miał Emczo, bo o nim obie miałyśmy sporo do powiedzenia, ale kierowana jakimś poczuciem sprawiedliwości Chris starała się w równym stopniu atakować też Misza. Powiedziała mu, że zachowuje się zarozumiale i arogancko i że wysoko ceni moją odwagę bycia z nim, bo ona nie mogłaby wytrzymać nawet jednego dnia. Ja jeszcze wyżej oceniałam jej odwagę bycia z Emczem, ale tego nie powiedziałam, bo taką miałyśmy taktykę. Ponieważ Chris nie mówi po bułgarsku, rozmowa toczyła się w języku angielskim i na początku Miszo, dla którego to jest bułka z masłem, ostentacyjnie poprawiał angielszczyznę Emcza, ale po dwóch godzinach poprawiał już tylko mnie i Chris. Stopniowo obydwaj znaleźli się w sytuacji wojny z płcią przeciwną, zaczęli współpracować, usłużnie podpowiadali sobie repliki i w którymś momencie omal się nie wycałowali. Zamiast tego jednogłośnie oświadczyli, że idą spać i zostawiają te pijane baby razem z ich głupim gadaniem.

Myśmy rzeczywiście były pijane i nasze głupie gadanie nie wynikało jedynie z taktyki. Kiedy jednak i ja zaczęłam się zbierać, Chris oświadczyła: „Nie, my posiedzimy jeszcze dziesięć minut”.

Na drugi dzień bolała mnie głowa, ale nasi faceci zaczęli ze sobą rozmawiać. Nie powiem, żeby zapałali jakąś nagłą wzajemną sympatią, ale przynajmniej rozmawiali. Katastrofa nie była całkowita.

Droga jest wąska i ruchliwa, ale samochody ustępują sobie i przepuszczają się nawzajem. Nie ma śladu agresji. Samochody są średniej klasy, nie ma mercedesów, ale wszystkie są nowe i czyste. Przejeżdżamy przez środek wyspy i już nie widać morza, tylko drzewa figowe, oliwki i przydrożne winnice. I góry w oddali. Myślę sobie, że to moje zaproszenie miało stanowić pierwszy krok do odwiedzin Małego Misza, który i w zeszłym roku, i w tym kategorycznie odmówił przyjazdu.
 
 
Wydaje mi się, że w ogóle nie przyszła do pracy. Wiem, że u niej stale dzieją się jakieś dramaty, ale żeby w poniedziałek do godziny czwartej nie pojawić się w pracy? Trzy razy schodziłam do bufetu. W którymś momencie zajrzałam do jej pokoju. Biurko było wysprzątane, popielniczka – pusta i umyta. Pomyślałam nawet, że może jest na urlopie. Ale to oczywiście w sierpniu było wykluczone. Ona nigdy nie bierze urlopu w sierpniu.

Nie mogę zadzwonić, bo to nie jest ostatni piątek miesiąca. Kiedy latami budowało się jakiś związek, to trzeba przestrzegać reguł. Dlatego po pracy poszłam pod jej dom. Okna były zasłonięte. Oczywiście mogło tak być ze względu na upał, ale ja wiem, że tak nie jest. Coraz lepiej wyczuwam naturę wydarzeń.

W tym domu nikogo nie ma. Chyba stało się coś strasznego.

Okazało się, że dom jest daleko od morza, we wsi opasanej kamiennym murem. W swojej wewnętrznej części wyspa przypominała labirynt, bo cała była poprzecinana niskimi kamiennymi murkami, ogradzającymi nie wiadomo co. Czasami ogrodzone było dwadzieścia metrów kwadratowych trawy, pośrodku której ktoś postawił leżak. Te murki mają około metra wysokości i można je łatwo przeskoczyć. Przez kilka dni zastanawiałam się, jaki jest ich sens, i wreszcie spytałam Emcza. Rzecz w tym, że ziemia jest tu bardzo kamienista i ludzie wyciągają te kamienie, kiedy chcą cokolwiek posadzić, nawet jeśli to jest tylko trawa. A potem nie mają co z tymi kamieniami zrobić i układają je w murki. Gdyby spojrzeć na wyspę z lotu ptaka, to wyraźnie by się zobaczyło, że jest labiryntem.

Dom Emcza jest biały, piękny i stary, ma śródziemnomorski wygląd i ciemne okiennice. Na parterze jest ogromne kamienne pomieszczenie z paleniskiem, obecnie wykorzystywane jako kuchnia, i oni mają różne plany jego urządzenia, od których włos się jeży. Łazienka jest z boku, wchodzi się do niej osobnym wejściem z podwórka i pierwszą rzeczą, jaką w niej zobaczyłam, był skorpion w umywalce. Wyskoczyłam z krzykiem, w biegu podciągając majtki, ale Chris najspokojniej w świecie weszła do łazienki, zdjęła klapek i go zabiła. Powiedziała, że tu jest pełno skorpionów, ale one nie są groźne i że powinnam się przyzwyczaić, skoro mam zostać tutaj sama.

W górę prowadzą strome drewniane schody do czegoś w rodzaju holu, z którego wchodzi się do dwóch obszernych pokoi z oknami wychodzącymi na srebrzystozielone oliwki. Pokoje są prawie puste, w każdym jest jedno duże łóżko i cztery szafy, które Emczo ma zamiar stopniowo spalić w palenisku. Szafy są piękne i stare i od razu robi mi się ich żal.

Za to na dole, w kuchni, jest wszystko – kuchenka, lodówka, wieża, ekspres do kawy i stare szafki, które, jak przypuszczam, też pójdą do spalenia.

Słychać dzwonki i na drodze pojawia się stado owiec. Owce są czyściutkie, białe i jakby mniejsze niż zwykle. Pewnie tu działał ten sam artysta, który namalował zatoczki.

Wciągamy plecak do mojego pokoju na górze, rozkładam rzeczy do wszystkich czterech szaf (wyobrażam sobie, że uchronię je od ognia, jeśli będą pełne moich klamotów) i biorę prysznic w łazience, w której już nie ma skorpionów. Zastanawiam się, co włożyć, bo pogoda jest pochmurna i ciągle pada, a śródziemnomorski dom wygląda niestosownie na zimnym północnym tle, jakby podczas snu przeniesiono go gdzieś do Skandynawii. W końcu uznaję, że spodnie i T-shirt są odpowiednie i do plażowej, i do chłodniejszej pogody, zwłaszcza jeśli się włoży też sweter.

Schodzę na dół do kuchni i ponieważ jest południe, moi gospodarze doszli do wniosku, że pora na uroczysty obiad. Jemy odgrzane wczorajsze spaghetti i pijemy piwo. Emczo bez przerwy gada i naprawdę trudno mi za nim nadążać. Chris milczy. Emczo oświadcza, że jest bardzo zmęczony, ale jeśli chcę pojechać na plażę, to mnie zawiezie. Patrzę na skandynawski pejzaż za oknem i mówię, że moim jedynym pragnieniem jest pójść spać. Łóżko okazuje się niebywale wygodne.
 
 
Nie ma sensu opowiadać o czasie, który spędzam w firmie, bo wtedy jestem taka jak wszyscy – albo przynajmniej udaję. Pracuję w księgowości i jestem w tej pracy wyjątkowo dobra, ale nikt tego nie zauważa. Tak już jest – jeśli siedzisz cicho i pracujesz bez żadnych problemów, to tak jakby cię nie było. Solidnej pracy się nie zauważa, wrażenie robią tylko głośne skargi, że jesteś zawalona robotą, i im więcej problemów, tym dla ciebie lepiej. Kiedyś mnie to irytowało, ale dzisiaj jestem ponad. Nie przepadam też za udziałem w beznadziejnych biurowych rozmowach koleżanek – co ugotowały, co kupią do jedzenia i jak schudną, jedząc same sucharki. Najwyraźniej wszystkie przeczytały to w tej samej gazecie i teraz od dziewiątej do piątej chrupią. Pewnie myślą, że im więcej sucharków zjedzą, tym bardziej schudną.

Wiem, że niespecjalnie mnie lubią, to się czuje. Kiedy wchodzę do pokoju, milkną i zaczynają mówić o czymś innym. Przypuszczam, że je drażnię, i jest czym. Przewaga zawsze drażni. Nie jem sucharków, a widzą, że jestem od nich szczuplejsza. Ale najbardziej denerwują je kapelusze. Nie pokazuję się bez kapelusza, a to tym wiochmenkom strasznie działa na nerwy.

Wszystko to są jednak drobiazgi, które przechodzą obok mnie i staram się ich nie zauważać. Strasznie dużo godzin tracę w tej pracy i zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony szczęście, że mam zawód, co pozwala mi na niezależność. Bo ten drugi wariant już wypróbowałam.

Naprawdę najlepiej przeskoczyć ten czas, kiedy jestem w pracy. Jest piąta, wkładam kapelusz, zostawiam na biurku idealny porządek i ruszam do domu. Tym razem to potrwa dłużej, bo będę szła naokoło, żeby przejść pod ich domem. O piątej czterdzieści już nie jest tak gorąco i jeśli okna są zasłonięte, w mieszkaniu robi się ciemno.

Chcę się upewnić, bo jeśli rzeczywiście tak jest, to muszę działać.
(…)

Ina Wyłczanowa „Wyspa Krach”
tłumaczenie: Hanna Karpińska
wydawnictwo: Wydawnictwo Ezop
ilość stron: 252

Opis: Dwie kobiety w przełomowym momencie życia, dwie przeplatające się narracje, dwa intymne wszechświaty – odmienne, a jednocześnie niepokojąco podobne, powiązane niewidzialną nicią. Jedna z nich – astrolożka amatorka – śledzi w gwiazdach losy drugiej, próbując ją uchronić przed nadciągającą katastrofą. Jest to opowieść o kobiecej kondycji, o frustracjach i lękach, tęsknocie i miłości, o krachu nadziei i niemożności spełnienia. Jest to także opowieść o wyspie – odległym, fascynującym, wręcz mitycznym miejscu, gdzie codzienne ludzkie sprawy nabierają nowego znaczenia.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek