banner ad

Noblista docieka, dlaczego jego matka popełniła samobójstwo. Fragment „Pełni nieszczęścia” Petera Handkego

22 stycznia 2021

Wydawnictwo Eperons-Ostrogi rozpoczęło publikację serii dzieł laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 2019 rok – Petera Handkego. Jedną z pierwszych książek, które trafiły do księgarń, jest „Pełnia nieszczęścia”. W tym wyjątkowo osobistym dziele autor próbuje wyłożyć przyczyny, które doprowadziły jego matkę do popełnienia samobójstwa. Na przykładzie swej rodzicielki Handke ukazuje los wielu kobiet z jej pokolenia. „To jedna z najlepszych i najważniejszych książek naszych czasów napisanych w języku niemieckim” – powiedział Karl Ove Knausgård. Poniżej możecie przeczytać fragment „Pełni nieszczęścia”, którą przełożyła na język polski Barbara L. Surowska.

Gdy przyjechałem na pogrzeb, w portfelu mojej mamy znalazłem potwierdzenie nadania listu poleconego nr 432. Jeszcze w piątek wieczorem, nim wróciła do domu i zażyła tabletki, wysłała mi do Frankfurtu listem poleconym odpis testamentu. (Ale dlaczego EKSPRESEM?). W poniedziałek byłem w tym samym urzędzie pocztowym, ponieważ chciałem zamówić rozmowę telefoniczną. Było to dwa i pół dnia po jej śmierci. Rzucił mi się w oczy leżący przed urzędnikiem pocztowym żółty rulonik z etykietkami listów poleconych: od tamtego czasu wysłanych zostało jeszcze dziewięć listów poleconych, kolejny był numer 442, i obrazek z tą liczbą miałem właśnie teraz w głowie, numery były tak podobne, że już w pierwszej chwili poczułem się zdezorientowany i przez moment wydawało mi się, że ta sytuacja w ogóle nie miała miejsca. Nabrałem chęci, by z kimś o tym porozmawiać i od razu poprawił mi się nastrój. Był taki piękny dzień, śnieg, jedliśmy zupę z pasztecikami z farszem z wątróbki; „wszystko zaczęło się od…”, gdyby rozpocząć opowiadanie tymi słowy, wszystko wydałoby się zmyślone, zaś słuchacze albo czytelnicy nie czuliby się przymuszeni do angażowania się w czyjeś prywatne sprawy, albowiem mieliby do czynienia z najzwyklejszą wyimaginowaną opowieścią.

A wszystko zaczęło się od tego, że moja mama urodziła się ponad pięćdziesiąt lat temu w tej samej miejscowości, w której później umarła. To, co w tej okolicy przynosiło jakieś zyski, należało wówczas albo do kościoła, albo do wywodzących się ze szlachty właścicieli ziemskich. Pewna część tych terenów została wydzierżawiona miejscowej ludności, którą stanowili głównie rzemieślnicy i chłopi posiadający drobne gospodarstwa rolne. Ubóstwo było zjawiskiem tak powszechnym, że rzadko kto był właścicielem chociażby małego skrawka ziemi. Sytuacja nie zmieniła się tu praktycznie od 1848 roku, kiedy to poddaństwo zostało formalnie zniesione. Mój dziadek — jeszcze żyje, ma dziś osiemdziesiąt sześć lat — był cieślą i oprócz tego dodatkowo obrabiał z żoną kilka akrów ziemi i łąk, od których co roku odprowadzał podatek dzierżawny. Ma słoweńskie pochodzenie i jest nieślubnym dzieckiem, podobnie jak większość dzieci urodzonych w tamtych czasach w środowisku biednych chłopów, którzy, już dawno osiągnąwszy dojrzałość płciową, nie mieli z czego opłacić ślubu, nie było ich stać na założenie rodziny i zapewnienie jej jakiegokolwiek lokum. Jego matka była przynajmniej córką dość zamożnego gospodarza, u którego ojciec dziadka, a dla niego tylko „ten, który go spłodził”, był parobkiem. W każdym razie dzięki pieniądzom ojca prababka otrzymała środki na zakup niedużego gospodarstwa.

Po odejściu kolejnych pokoleń parobków, ludzi nieposiadających niczego, z niepełnymi świadectwami chrztu, rodzących się i umierających w cudzych izbach, po których nie można było nic odziedziczyć, jedyną bowiem rzecz jaką posiadali — odświętne ubranie, zabierali ze sobą do grobu, mój dziadek jako pierwszy dorastał w środowisku, w którym rzeczywiście mógł czuć się wreszcie jak u siebie w domu, nie będąc jedynie tolerowanym ze względu na codzienną służbę w cudzym gospodarstwie.

Niedawno w jednej z gazet, by usprawiedliwić gospodarcze założenia świata zachodniego, posłużono się sformułowaniem, że własność jest WOLNOŚCIĄ URZECZOWIONĄ. W czasach mojego dziadka określenie to mogło się odnosić bezpośrednio do niego, jako pierwszego właściciela, a przynajmniej pierwszego właściciela nieruchomości ziemskiej, wśród ludzi nieposiadających niczego, a co za tym idzie, również bezradnych: świadomość posiadania była tak wyzwalająca, że po wielu generacjach osób ubezwłasnowolnionych wola wreszcie mogła dać o sobie znać: wola zyskania jeszcze większej wolności, to z kolei oznaczało tylko jedno, i dla dziadka w jego sytuacji było z pewnością właściwe: powiększyć stan posiadania.

Jednakże majątek, którym na początku rozporządzał, był tak niewielki, że dla jego utrzymania trzeba było pracować ze wszystkich sił. Drobnemu posiadaczowi ziemskiemu z ambicjami pozostawało jedynie oszczędzać.

Zatem mój dziadek oszczędzał, dopóki w czasach inflacji w latach dwudziestych wszystkich oszczędności nie stracił. Potem znów zaczął oszczędzać, nie tylko odkładając to, co mu z pieniędzy pozostawało, ale przede wszystkim ograniczając własne potrzeby i oczekując również od swoich dzieci wcielania w życie upiornej zasady głoszącej, że można się obyć właściwie bez wszystkiego. Żona dziadka, jako kobieta od urodzenia wychowywana w myśl tej właśnie zasady, nie śmiałaby nawet marzyć o czymś innym.

Dziadek oszczędzał dalej, by w swoim czasie móc zapewnić dzieciom POSAG albo inne środki, konieczne do wyuczenia zawodu. W jego głowie nie mogła się oczywiście zrodzić myśl, by oszczędnościami, przeznaczonymi na ich kształcenie rozporządzić znacznie wcześniej i tym samym umożliwić córce zdobycie wykształcenia. Albowiem umysły jego synów wciąż jeszcze owładnięte były starymi jak świat koszmarami sennymi biedoty, która wszędzie czuje się obco. Jeden z nich, raczej przypadkiem, niż w sposób zamierzony dostawszy się do gimnazjum nawet kilku dni nie wytrzymał w przerażającym dlań środowisku, i nocą wrócił do domu ze stolicy okręgu, pokonując na piechotę czterdzieści kilometrów. Przed chałupą — była akurat sobota, kiedy to przed domem i w obejściu zazwyczaj się sprząta — chwycił za miotłę i bez słowa zaczął zamiatać. Odgłosy zamiatania o świcie wystarczyły, by domownicy zorientowali się, jak się sprawy mają. Później jako stolarz odznaczał się pracowitością i był zadowolony ze swojego życia.

Niedługo potem on i jego najstarszy brat zginęli w czasie II wojny światowej. Dziadek, który przez cały ten czas nadal oszczędzał, w okresie bezrobocia w latach trzydziestych znowu wszystko stracił. Oszczędzał, to znaczy: nie pił i nie palił, prawie nie grywał. Jedyną grą, na którą sobie pozwalał, była niedzielna gra w karty. Ale także w tym przypadku pieniądze, które wygrywał — a grał tak mądrze, że wygrywał prawie zawsze — odkładał, uszczknąwszy dzieciom co najwyżej jakąś drobną monetę ze swojej wygranej. Po wojnie znów zaczął oszczędzać i nie skończył do dnia dzisiejszego, a przebywa obecnie na emeryturze państwowej.

Jedyny syn, który przeżył wojnę, jako mistrz stolarski zatrudniający bądź co bądź dwudziestu pracowników nie musi oszczędzać, wobec czego inwestuje. To z kolei oznacza, że może, a nawet wypada mu czasem popijać i grać. W odróżnieniu od swego milczącego, odmawiającego sobie wszystkiego ojca, syn odnalazł niejako swój własny język, którym posługiwał się jednak wyłącznie jako członek Rady Gminnej reprezentujący pewną, zapomnianą przez świat, małą partię, odwołującą się do wielkiej przeszłości, której marzy się wielka przyszłość.

W tych okolicznościach urodzić się kobietą było równoznaczne z niechybną zgubą. Można też ująć to nieco łagodniej: nie trzeba było martwić się o przyszłość. Wróżki na odpustach czytając z dłoni poważnie przepowiadały przyszłość tylko chłopcom. Przyszłość kobiet i tak zakrawała wyłącznie na żarty.

Żadnych perspektyw, wszystko z góry do przewidzenia: droczenie się, chichoty, chwilowy brak opanowania, potem pierwszy raz w życiu nieznany, poważny wyraz twarzy, który szybko znika, pierwsze dzieci, pozostawanie jeszcze przez chwilę w kuchni po skończonej pracy, od samego początku nikt cię nie słucha i ty coraz częściej przestajesz słuchać, co mają do powiedzenia inni, rozmowy z samą sobą, następnie problemy z nogami, żylaki, mamrotanie przez sen, rak narządów rodnych, na koniec zaś, wraz ze śmiercią dopełniające się przeznaczenie. W pewnej dziecięcej zabawie, w którą często bawiły się dziewczynki z tych okolic, poszczególne stacje to: zmęczona/wykończona/chora/ciężko chora/martwa.

Moja matka była przedostatnim dzieckiem z piątki rodzeństwa. W szkole okazała się mądrą dziewczynką, nauczyciele wypisywali jej najlepsze cenzurki, chwalili przede wszystkim jej staranne pismo, ale szkolne lata bardzo szybko przeminęły. Nauka była dziecinnie prosta, jakkolwiek po wypełnieniu obowiązku szkolnego, wraz z dorastaniem, stała się zbyteczna. Kobiety nabywały wprawy w wykonywaniu prac domowych.

Brak uczucia strachu, prócz owego, ogarniającego każde stworzenie w ciemności czy podczas burzy. Jedyna odmiana: ciepło i zimno, wilgoć i susza, dobre i złe samopoczucie.

Czas mijał między świętami kościelnymi, obrywaniem po twarzy za wymykanie się na potańcówki, zazdrością o braci czy radością wynikającą ze śpiewania w chórze. Wszystko inne, co poza tym działo się na świecie, pozostawało nieodgadnione; nie czytano gazet oprócz niedzielnej gazetki diecezjalnej, a i tu lekturę stanowiły tylko powieści w odcinkach.

Niedziele: gotowana wołowina w sosie chrzanowym, gra w karty, upokarzające dla kobiet przypatrywanie się z boku, rodzinna fotografia z pierwszym odbiornikiem radiowym.

Moja mama miała nadzwyczaj wesołe usposobienie, na zdjęciach wspiera ręce na biodrach albo obejmuje ramieniem młodszego braciszka. Jest zawsze roześmiana, jakby nie potrafiła inaczej.

Deszcz — słońce, na zewnątrz — wewnątrz: kobiece uczucia były bardzo zależne od pogody, „na zewnątrz” bowiem na ogół nie mogło oznaczać nic więcej jak tylko podwórze, a „wewnątrz” wyłącznie dom rodzinny bez własnego kąta.

Klimat w tej okolicy jest bardzo zmienny: mroźne zimy i parne lata, ale tuż po zachodzie słońca albo w cieniu pod drzewami szybko robi się zimno. Dużo deszczu! Nierzadko już od pierwszych dni września za zbyt małymi okienkami, które nawet dziś nie osiągają większych rozmiarów, przez całe dnie unosiła się wilgotna mgła. Krople wody na sznurach do wieszania bielizny, ropuchy przeskakujące przez drogę pod nogami przechodniów, komary, insekty, ćmy nawet za dnia, za polanami w drewnianych chatach robaki i stonogi, do tego trzeba było przywyknąć, niczego innego nie było. Bywało, że człowiek o niczym nie marzył i był w pewnym sensie szczęśliwy, ale najczęściej nie marzył o niczym i był trochę nieszczęśliwy.

Nie było możliwości porównania tego stylu życia z jakimkolwiek innym, ale czy zachodziła w ogóle taka potrzeba?

Zaczęło się od tego, że moja mama w pewnym momencie nabrała na coś ochoty: zapragnęła się uczyć, bowiem w dzieciństwie, ucząc się, czuła, że jest sobą. To było uczucie, jakiego doświadczamy w sytuacji, kiedy możemy powiedzieć: „To właśnie ja”. Po raz pierwszy pojawiło się w jej sercu życzenie, które nawet wypowiedziała, niejednokrotnie, a które w końcu przerodziło się w obsesję. Mama mówiła mi, że „błagała” dziadka, by pozwolił jej się czegoś uczyć. Ale to nie wchodziło w grę: zbywał ją machnięciem ręki, nie było o czym marzyć.

Jednakże miejscowa ludność zgodnie z tradycją respektowała fakty dokonane: ciążę, wojnę, państwo, zwyczaje i śmierć. Kiedy więc moja matka w wieku piętnastu czy szesnastu lat po prostu opuściła dom i rozpoczęła naukę gotowania w hotelu nad jeziorem, dziadek się nie sprzeciwił, skoro już i tak wyszła z domu. Poza tym przy gotowaniu nauki było niewiele.

Kobiety tak czy owak nie miały zbyt wielu innych możliwości: pomoc w pralni, pokojówka, pomoc kuchenna, kucharka. „Zawsze będzie się jadło”. Na zdjęciach zaróżowiona twarz, błyszczące policzki, pod rękę ze stremowanymi, poważnymi przyjaciółkami, które poszły w jej ślady. Wesołość świadcząca o pewności siebie: „Nic mi się nie może stać!” Nieskrywana chęć uczestniczenia w życiu towarzyskim.

Miejskie obyczaje: krótkie sukienki (tzw. „chorągiewki”), buty na wysokich obcasach, trwała ondulacja i klipsy, beztroska radość życia. Nawet pobyt za granicą! Jako pokojówka w Szwarcwaldzie miała wielu WIELBICIELI, żadnemu NIE ULEGŁA! Wyjścia, potańcówki, rozrywki, uciechy. Strach przed seksualnością tuszowany słowami: „Żaden mi się nie spodobał!” Praca, zabawa, ciężko na sercu, lekko na sercu, Hitler w radio miał całkiem miły głos.
(…)

Peter Handke „Pełnia nieszczęścia”
tłumaczenie: Barbara L. Surowska
wydawnictwo: Eperons-Ostrogi
ilość stron: 136

Opis: Niezwykła konfrontacja Petera Handkego ze śmiercią matki. W bolesnej i odważnej próbie uporania się z niemal nieznośnym horrorem jej samobójstwa wybitny austriacki powieściopisarz i dramaturg postanawia poskładać w całość fakty z jej życia. Wyłania się z tego czuły portret nieukojonego żalu i kobiety, której żywotny duch był nie raz, lecz wciąż na nowo miażdżony przez niedolę czasu i miejsca. W surowej, klarownej prozie Handke podsumowuje życie swojej matki, obejmujące rozwój faszyzmu, drugą wojnę światową i powojenne cierpienia.

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek