banner ad

„Niepamięć” – kolejny zbiór opowiadań Davida Fostera Wallace’a już w sprzedaży. Przeczytaj fragment!

5 kwietnia 2017


Wydawnictwo W.A.B. przybliża nam kolejną – po „Wywiadach z paskudnymi ludźmi” i „Rzekomo fajnej rzeczy, której nigdy więcej nie zrobię” – książkę kultowego amerykańskiego pisarza Davida Fostera Wallace’a. „Niepamięć” to zbiór opowiadań uznany przez „New York Timesa” za jeden ze 100 najbardziej znaczących tytułów 2004 roku. Poniżej prezentujemy fragment zamieszczonej w książce noweli pt. „Kanał cierpienia”. Bohaterem opowiadania jest Skip Atwater, dziennikarz pracujący w fikcyjnym magazynie „Style”, którego redakcja mieści się w World Trade Center. Historia rozgrywa się w lipcu 2001 roku. Atwater próbuje napisać artykuł o niejakim Brincie Moltke, artyście, którego odchody przypominają prawdziwe dzieła sztuki. Tekst ma się ukazać w numerze gazety zaplanowanym na 10 września 2001 roku.

KANAŁ CIERPIENIA

1

? Przecież to gówno.

? A jednocześnie jednak sztuka. Wybitne dzieła sztuki. Dosłownie wprost niewiarygodne.

? Dosłownie to to jest gówno, i tyle.

Atwater rozmawiał z zastępcą redaktora naczelnego „Style”. Stał przy podwójnej kabince płatnych telefonów w hallu obok wejścia do restauracji Holiday Inn, do której zaprosił państwa Moltke na kolację i omówienie ich udziału w całym przedsięwzięciu. Z hallu były wyjścia do wind na parterze, toalet i zaplecza restauracyjnej kuchni.

W „Style” stanowisko redaktora naczelnego było w istocie dyrektorskie. Ci, którzy zajmowali się redagowaniem, nazywani byli zwykle zastępcami naczelnego. Taka konwencja panowała w całym BSG.

? Gdybyś je przynajmniej zobaczył.

? Nie chcę ich oglądać ? odparł zastępca naczelnego. ? Nie chcę patrzeć na gówno. Nikt nie chce patrzeć na gówno. Tak, Skip, o to właśnie chodzi: ludzie nie chcą patrzeć na gówno.

? No ale gdybyś?

? Nawet na gówno uformowane w podobizny i miniaturki czy co tam jeszcze oni twierdzą, że to jest.

Stażystka Skipa Atwatera, Laurel Manderley, przysłuchiwała się obu stronom tej rozmowy. To do niej najpierw zadzwonił Atwater, jako że nie mógł przecież zatelefonować na numer wewnętrzny stażystki zastępcy naczelnego w niedzielę i poprosić ją o przyjęcie rozmowy na koszt odbiorcy. Cały sztab redakcyjny „Style” siedział w biurze przez weekend, ponieważ podwójny letni numer pisma, Summer Entertainment, miał się zamknąć drugiego lipca. Był to więc okres wzmożonej pracy i stresu, co Laurel Manderley wytknęła Skipowi kilkakrotnie w późniejszej rozmowie.

? Nie, nie u f o r m o w a n e, w tym właśnie cała rzecz. Ty nie ro? One od razu takie wychodzą. Już gotowe. Stąd określenie „niewiarygodne”.

Atwater był pulchnym, drobniutkim mężczyzną o chłopięcej twarzy, który niekiedy nieświadomie zaciskał dłoń w pięść na wysokości pasa i poruszał nią w takt akcentowanych sylab. Mały, gruszkowaty etatowy pracownik „Style”, energiczny i kompetentny, dobry w pracy grupowej, nienagannie grzeczny. Czasami nieco zbyt dbały o wygląd zewnętrzny ? na przykład dzisiaj w małym hallu Holiday Inn było niesamowicie gorąco i duszno, a jednak Atwater nie zdjął marynarki i nawet nie poluzował krawata. Co złośliwsze stażystki ze „Style” żartowały, że Skip Atwater przypomina dżokeja, który młodo odszedł na emeryturę, demonstracyjnie przerywając trening. Niektóre wręcz wątpiły, czy w ogóle się goli. Atwater był czuły na punkcie swojej dziecinnej twarzy i dużych, odstających uszu, za to nie zdawał sobie sprawy z tego, że stale noszone granatowe marynarki i katalogowe spodnie to pierwsza rzecz, która zdradza jego środkowozachodnie pochodzenie w oczach tych stażystów, którzy znali się co nieco na kulturowej geografii.

Zastępca naczelnego używał telefonu z zestawem słuchawkowym i rozmawiając z Atwaterem, zajęty był paroma innymi redakcyjnymi sprawami. Był dużym, niedźwiedziowatym mężczyzną, strasznym cynikiem, z którym wesoło było się zadawać, jak to często bywa z redaktorami pism, i znano go z tego, że potrafi pisać dwie różne rzeczy jednocześnie, mając pod każdą ręką klawiaturę i prawie nie robiąc błędów. Dla stażystów „Style” ten jego bimanualny talent był fascynujący, więc często nalegali na stażystkę zastępcy naczelnego, żeby go namówiła na pokaz podczas krótkich, lecz bardzo intensywnych bankiecików, które się odbywały po zamknięciu numeru: każdy wypijał wtedy parę drinków i normalne hamulce wobec rangi i zachowań nieco się rozluźniały. Zastępca naczelnego miał córkę w Szkole Dziennej Rye Country, do której w okresie dorastania uczęszczało sporo stażystek „Style”. Talent maszynopisarski był ciekawy także z tego powodu, że zastępca naczelnego wcale nie pisywał do „Style” czy innego pisma ? przeszedł do działu informacji z działu sprawdzania faktów, który formalnie podlegał działowi prawnemu i odpowiadał przed całkiem inną częścią spółki matki „Style”. Tak czy owak, dubeltowe pisanie tłumaczyło nadmiar stukania w tle, gdy zastępca naczelnego odpowiadał na irytującą go kwestię, uznaną przez niego za nielicującą z naturą Atwatera, który był zawsze wytrawnym profesjonalistą, dobrze orientującym się w obszarze zainteresowań dodatku ŚWIAT NIE WIDZIAŁ pisma „Style”, nie wyskakiwał z dziwnymi tematami i rzadko trzeba było mu zmieniać tekst.

Redakcyjna rozmowa obu panów była szybka, dosadna i ostra. Zastępca naczelnego mówił:

? No to zastanów się, jak to przedstawisz. Dasz zdjęcie gościa na tronie, który robi kupę? Czy może opiszesz własnymi słowami?

? Wszystko, co mówisz, jest zasadne i zrozumiałe, a jednak powtarzam, że powinieneś obejrzeć rezultaty. Same dzieła.

Dwa płatne telefony miały drewnianą obudowę z czymś w rodzaju stalowej pępowiny na książkę telefoniczną. Atwater twierdził, że nie mógł zadzwonić z komórki, gdyż przy wyjeździe tak daleko na południe od Indianapolis i Richmond nie było zasięgu. Szklane drzwi i brak bezpośredniej klimatyzacji sprawiały, że temperatura w ciasnym pasażu zbliżała się do czterdziestu stopni, a do tego panował tam hałas ? przez ścianę znajdowała się kuchnia i słychać z niej było brzęk garnków i krzyki. Atwater pracował kiedyś w całodobowej restauracji przyległej do Union 76 Truck ?n Travel Plaza ? robił wtedy magisterium z dziennikarstwa na Ball State ? więc znał kuchenne odgłosy. Tamta restauracja w Muncie nazywała się po prostu JEŚĆ. Atwater stał odwrócony od wszystkiego ? wklęsły, wtulony w siebie i w przestrzeń kabinki, jak zwykle ludzie przy telefonach w miejscach publicznych. Jego pięść poruszała się tuż pod półeczką, na której leżała cienka książka telefoniczna okręgu Whitcomb-Mount Carmel-Scipio i okolic. Restauracja Holiday Inn, jak głosił szyld i menu, nazywała się Ye Olde Country Buffet. Na lewo od Atwatera para starszych ludzi usiłowała przetaszczyć wielką ilość bagażu przez szklane drzwi. Było tylko kwestią czasu, zanim zorientują się, że jedno z nich powinno po prostu wejść pierwsze i przytrzymać drugiemu otwarte drzwi. Wczesne popołudnie pierwszego lipca 2001 roku. Słychać było, że zastępca naczelnego rozmawia chwilami także z kimś innym w gabinecie, co nie było jego winą i formą marginalizowania Atwatera, tylko ciągle ktoś wchodził i o coś go pytał.

Niedługo później, skropiwszy twarz i uszy zimną wodą w męskiej toalecie, Atwater wyłonił się zza wypaćkanych drzwi hallu i zaczął przeciskać się przez tłum otaczający restauracyjny stół bufetowy. W lustrze łazienki dodał sobie trochę animuszu ? chwile przed lustrem były jedynymi, w których w pełni uświadamiał sobie to, co robił z pięścią. Nad wieloma daniami wystawionymi na bufet jarzyły się czerwone lampy ogrzewające, a mężczyzna w nieco wymiętej czapce kucharza kroił pierwsze żeberka na zamówienie gości. W dużej sali potężnie pachniało ciałami i gorącym jedzeniem. Wszystkie twarze błyszczały od wilgoci. Atwater miał emfatyczny chód kurdupla ? zarzucał wysuniętym do przodu ramieniem. Wśród biesiadników było dużo starszych ludzi, którzy nosili okulary z bocznymi klapkami (wynalazca tych okularów zasłużył chyba na profil w dodatku ŚWIAT NIE WIDZIAŁ). Lepu na muchy też już się prawie nigdzie nie widuje. Ich stolik stał daleko, w przedniej części sali. Nawet przez tłum nie było trudno ich tam dostrzec, a to za sprawą żony artysty, pani Moltke, której puszysta blond koafiura sięgała prawie podium hostessy. Atwater nawigował przez salę z wysuniętą głową, a jego uszy i czoło płonęły od szybkobieżnej myśli. Tymczasem w redakcji „Style”, na piętnastym piętrze wieży północnej World Trade Center w Nowym Jorku, zastępca naczelnego rozmawiał przez interkom ze swoją główną stażystką, jednocześnie wystukując na komputerze e-maile. Pan Brint Moltke, bohater proponowanego materiału, uśmiechał się niezmiennie do małżonki, prawdopodobnie w odpowiedzi na jakąś uwagę. Jego danie stało nietknięte. Pani Moltke usuwała małym palcem majonez z kącika ust i wtedy pochwyciła spojrzenie Atwatera, który wzniósł obie ręce:

? Strasznie się zapalili.

?

Atwater między innymi dlatego musiał się ochlapać wodą i dodać sobie animuszu w dusznej, ciasnej łazience restauracji w Holiday Inn, że rozmowa telefoniczna trwała w istocie jeszcze parę minut po tym, jak dziennikarz powiedział „Same dzieła”, i zaogniła się niemal, chociaż nie zmierzała do niczego i nie zmieniła stanowiska żadnej ze stron dyskusji, co najwyżej o tyle, że zastępca naczelnego stwierdził potem w rozmowie ze swoją główną stażystką, że Skip chyba zanadto bierze sobie tę dziwną historię do serca jak na tak wytrawnego zawodowca.

? Pracuję jak należy. Znajduję temat i go robię.

? Tu nie chodzi o ciebie ani o to, czy sobie radzisz z tematem ? odpowiedział zastępca naczelnego. ? Ja cię po prostu informuję o tym, co jest do przyjęcia, a co nie jest.

? Przypominam sobie, że ktoś kiedyś powiedział, że papuga jest nie do przyjęcia.

W tym miejscu Atwater nawiązał do dawnego artykułu, który napisał dla „Style”.

? Wekslujesz tę rozmowę na mnie i na ciebie. A przecież tak naprawdę tu chodzi o gówno. Ekskrementy. Ludzkie gówno. Rzecz jest bardzo prosta: „Style” nie zamieszcza artykułów o ludzkim gównie.

? Ale to także sztuka.

? Ale to także gówno. A ciebie teraz wysyłamy do Chicago na coś jeszcze innego, czemu pozwalamy ci się przypatrzyć, bo mnie przekabaciłeś, chociaż już sam temat budzi nasze wątpliwości. Popraw mnie, jeśli się mylę.

? Już w tym siedzę. Jest niedziela. Laurel zwolniła mnie na całe jutro. To dwie godziny jazdy międzystanową. Te dwa tematy są w stu dziesięciu procentach kompatybilne. ? Atwater pociągnął nosem i przełknął głośno. ? Wiesz, że znam teren.

Ten drugi temat dla „Style”, do którego nawiązał zastępca naczelnego, dotyczył Kanału Cierpienia, szeroko zakrojonej sieci kablowej, którą Atwater polecił Laurel Manderley zgłosić bezpośrednio do głównej stażystki redaktor naczelnej z myślą o dodatku ŚWIAT NIE WIDZIAŁ. Atwater był jednym z trzech pełnoetatowych pracowników przydzielonych do ŚWIAT NIE WIDZIAŁ, który dostawał siedemdziesiąt pięć kolumn tygodniowo i ze wszystkich dodatków BSG był najbliższy stania się tabloidem, toteż stanowił kość niezgody na najwyższych szczeblach „Style”. Atwater miał formalnie umowę na jeden czterystuwyrazowy artykuł co trzy tygodnie, ponieważ jednak najmłodszym etatowcom ŚWIAT NIE WIDZIAŁ zredukowano normę do połowy, odkąd Eckleschafft-Böd zmusił panią Anger do obcięcia redakcyjnego budżetu na wszystko oprócz newsów o celebrytach, w rzeczywistości oznaczało to średnio trzy teksty na osiem tygodni.

? Na jutro prześlę ci zdjęcia.

? Nie trzeba.

Jak już wspomniano, Atwater rzadko zdawał sobie sprawę z tego, że porusza pięścią, co, o ile dobrze pamiętał, zaczęło mu się podczas nerwowej pracy w „Star”, w Indianapolis. Gdy uświadomił sobie, że to robi, od czasu do czasu spoglądał na ruchomą pięść jak na obce ciało należące do kogoś innego. Była to jedna z kilku luk czy też białych plam w samopostrzeganiu się Atwatera, przez co z kolei wzbudzał czułość i lekką pogardę w redakcji „Style”. Ci, z którymi blisko współpracował, jak Laurel Manderley, widzieli w nim osobnika pozbawionego warstwy ochronnej, stąd pewne matczyne cechy w odnoszeniu się Laurel do Atwatera. Z kolei skłonność jego stażystów do ślepego oddania sprawiała, że niektórzy w „Style” widzieli w nim manipulatora, kogoś, kto zawisa na innych ludziach, zamiast rozwijać w sobie wewnętrzną odporność. Była zastępczyni naczelnego odpowiedzialna za dodatek SPOŁECZEŃSTWO nazywała Skipa Atwatera emocjonalnym tamponem, chociaż mnóstwo ludzi mogłoby poświadczyć, że ona sama miała rozmaite problemy osobiste. Jak wszędzie w polityce instytucjonalnej, rzecz budziła ogromne emocje.

Jak również wspomniano, redaktorska rozmowa telefoniczna była bardzo szybka i zwięzła, jeśli nie liczyć jednej dłuższej pauzy, w której zastępca naczelnego konferował z kimś z działu graficznego o kształcie ramki cytatu, co Atwater wyraźnie słyszał.

? Zobacz, czy ci się uda ? powiedział w końcu zastępca naczelnego. ? A gdybym ci tak powiedział, co pani Anger powiedziałaby mnie, gdybym hipotetycznie był tak rozentuzjazmowany jak ty i dał ci zielone światło, a potem by mnie za to ochrzanili na kolegium, powiedzmy, dziesiątego września. Czyś ty oszalał. Ludzie nie interesują się gównem. Ludzie brzydzą się gównem. Dlatego nazywają je gównem. Że nie wspomnę o wysokim procencie jesiennych stron reklamowych o jedzeniu i urodzie. Czyś ty z byka spadł. Koniec cytatu.

Pani Anger była naczelną „Style” i najważniejszą osobą w relacjach z macierzystym koncernem BSG, który stanowił amerykańską filię Eckleschafft-Böd Medien.

? Odwracając twoje rozumowanie, można powiedzieć, że jest to także powszechne i uniwersalne ? odparł Atwater. ? Każdy ma osobiste doświadczenia z gównem.

? Ale osobiste p r y w a t n e doświadczenia.

Chociaż technicznie ta ostatnia uwaga należała do rozmowy telefonicznej, stanowiła oddzielną część późniejszej wymiany zdań z Laurel Manderley, stażystką, która obecnie obsługiwała telefon i faks Atwatera, gdy był on w terenie, selekcjonowała materiały dostarczane przez „cienie” z działu researchu dodatku ŚWIAT NIE WIDZIAŁ i działała jako interfejs pomiędzy Atwaterem a redakcyjnymi stażystami.

? To się robi na osobności, w ustronnym miejscu, i spuszcza się wodę. Ludzie to spłukują, żeby nie widzieć. Jest to jedna z tych rzeczy, o których nikt nie lubi, żeby mu przypominać. Dlatego się o tym nie rozmawia.

Laurel Manderley, która jak większość stażystek pracujących w piśmie na wysokim szczeblu nosiła świetnie dobrany i skoordynowany profesjonalny strój, pozwoliła sobie na mały diamencik w nozdrzu, który nieco rozpraszał Atwatera podczas rozmów twarzą w twarz, lecz Laurel była nadzwyczaj bystra i pragmatyczna ? w głosowaniu rocznika ?96 Szkoły Panny Porter uzyskała tytuł Miss Racjonalności. Była też całkowicie niezdolna do napisania najprostszego deklaratywnego zdania, a zatem nie mogła, nawet w najczarniejszych porywach wyobraźni, stanowić konkurencji dla Atwatera na jego etatowym stanowisku w „Style”. Atwater polegał na Laurel Manderley tak, jak na najwyżej dwóch poprzednich stażystkach, i sondował ją, i doceniał jej wkład, o ile był on pożądany, i częstokroć długo konwersował z nią przez telefon, i zwierzał jej się z niektórych wątków swojej osobistej historii, posuwając się wręcz do pokazania jej zdjęć czteroletnich mieszańców schipperke, które były jego dumą i radością. Laurel Manderley, której ojciec nadzorował znaczną liczbę franczyz Blockbuster Video w całym zachodnim Connecticut, a matka była bliska uzyskania certyfikatu Mistrzyni Ogrodnictwa, miała zgodnie z wyrokiem przeznaczenia przetrwać ? czy to przez zbieg okoliczności, czy dzięki przeczuciu ? tragedię, za sprawą której „Style” miał za dwa miesiące zapisać się w historii.

Atwater potarł pionowo nos dwoma palcami.

? A jednak niektórzy o tym rozmawiają. Powinnaś posłuchać małych chłopców. Albo facetów w przebieralni: „Chłopie, nie dasz wiary, jaką kupę walnąłem wczoraj wieczór”. I tym podobne.

? Nie chcę tego słuchać. Nie chcę sobie wyobrażać, że mężczyźni rozmawiają o takich rzeczach.

? Nie za często ? przyznał Atwater. Prawdę mówiąc, czuł się trochę nieswojo, rozmawiając o tym z kobietą. ? Chodzi mi o to, że istotą tej sztuki jest właśnie zażenowanie i niesmak. Transfiguracja wstrętu. To jest WuPe. ? „WuPe” w redakcyjnym żargonie oznaczało „z wysokiej półki”, czyli to, co organy prasowe nazywają gorącym newsem. ? Powiedzmy: nieoczekiwane odwrócenie zażenowania i niesmaku. Triumf osiągnięcia twórczego w najmniej spodziewanym miejscu.

Laurel Manderley siedziała z nogami założonymi na otwartą szufladę biurka Atwatera, trzymając słuchawki, zamiast nadziać je na głowę. Szczupła w stopniu nieomal domagającym się interwencji medycznej, miała wypukłe czoło i zdziwione brwi i nosiła szylkretową spinkę we włosach, no i była, podobnie jak Atwater, nadzwyczajnie poważna i serio w każdej sytuacji. Przyszła na staż do „Style” blisko rok wcześniej i wiedziała, że jedyną słabostką Skipa jako dziennikarza BSG jest skłonność do popadania w wielkie abstrakcje, z których jednak dawał się stosunkowo łatwo sprowadzić na ziemię i spuszczał z tonu. Wiedziała ponadto, że ta jego skłonność była skutkiem kompensacji czegoś, co sam Skip uważał za swoją główną wadę, a mianowicie niedostatecznego poczucia tragizmu, które mu zarzucił redaktor z „Indiana Star”, gdy Skip był w wieku, kiedy takie uwagi zapadają głęboko w psychikę, stając się rdzeniem własnego pojęcia o tym, kim się jest. Jeden z profesorów Laurel Manderley w Wellesley skrytykował kiedyś jej pisane na drugim roku studiów eseje za to, co nazwał blaszanym uchem i kpiarskim tonem niezasłużonej pewności siebie, a to natychmiast stało się ciemnym aspektem jej samooceny.

? Więc weź i napisz pracę doktorską o tym gościu ? odpowiedziała. ? Ale nie każ mi iść do panny Flick i argumentować, że czytelnicy „Style” muszą obowiązkowo dowiedzieć się o kimś, kto sra miniaturowymi rzeźbami. Bo tego nie zrobię. ? Laurel Manderley prawie zawsze mówiła to, co myślała; dni kpiarskiego tonu miała za sobą. ? Utraciłabym wiarygodność i namawiałabym Ellen do tego samego, a wszystko w imię przegranej sprawy.

? Musisz uważać, do czego namawiasz ludzi ? powiedziała Ellen Bactrian, prywatnie zwana panną Flick, główna stażystka w dodatku ŚWIAT NIE WIDZIAŁ, nie tylko prawa ręka zastępcy naczelnego, ale też osoba znana z dobrych kontaktów z kimś wysoko postawionym w sztabie pani Anger, mieszczącym się na osiemdziesiątym pierwszym piętrze, ponieważ Ellen Bactrian i owa stażystka z dyrekcji często jeździły razem do pracy rowerami z dzielnicy Flatiron, pokonując nadzwyczajne ścieżki rowerowe biegnące wzdłuż rzeki Hudson prawie do samego Battery Park. Podobno miały nawet identyczne kaski.

Z racji zawiłych przyczyn osobistych i politycznych Skip Atwater czuł się nieswojo przy Ellen Bactrian i unikał jej, kiedy tylko było to możliwe.

Przez kilka chwil na linii słychać było jedynie hałas tła.

? A w ogóle to kim jest ten facet? ? spytała Laurel Manderley. ? Kto chodzi i wystawia na pokaz własne kupy?
(?)

David Foster Wallace „Niepamięć”
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 384

Opis: Wallace bierze na celownik jednostki, każąc im docierać do najgłębszych pokładów samoświadomości. Dziennikarz poczytnego magazynu, specjalista od reklamy, samobójca wdrapujący się na szczyt budynku, nauczyciel przeżywający na lekcji załamanie nerwowe i jego dziesięcioletni uczeń mający trudności z koncentracją ? czy będąc świadkami ich dramatów, jesteśmy w stanie zrozumieć motywacje ich postępowania? Wallace z właściwą sobie chirurgiczną precyzją rozkłada na czynniki pierwsze psychikę bohaterów uwikłanych w absurdy konsumpcyjnego świata.

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek