Nabożeństwo wężowników – fragment książki „Zbawienie na Sand Mountain”

12 kwietnia 2016

zbawienie_na_sand_mountain_fragment
Dzięki książce Dennisa Covingtona „Zbawienie na Sand Mountain” mamy okazję poznać mało znane oblicze amerykańskiego Południa – kościoły wężowników. Poniżej możecie przeczytać fragment tej publikacji, opisujący nabożeństwo odprawiane przez ludzi od węży. Książka ukazała się w serii Amerykańskiej wydawnictwa Czarne w przekładzie Bartosza Hlebowicza.

? Do tego potrzeba Ducha Pana! ? krzyczał brat Carl. ? Mówią, że ta rzecz zaczęła się dopiero w czasach George?a Hensleya. Cóż, moi mili, chcę, żebyście wiedzieli, że ta rzecz istnieje od wielu, wielu lat, od kiedy Mojżesz sporządził węża miedzianego, a oni patrzyli na niego i zachowali życie!1

Mówił dalej:

? Jest jednak mur. ? To powiedziawszy, wyrzucił ramiona, jakby pokazując jego krzywiznę. ? Ten mur to Jezus!

Amen. Dziękujmy Panu.

? Posłuchajcie mnie jeszcze: jeśli rozwalimy ten mur, ukąsi nas wąż!

Wskazywał teraz prosto na zgromadzonych, spięty, czerwony na twarzy.

? Możecie opuścić ten świat i, kochani, nie zabierze wam to wiele czasu!

Amen. Wiedzieli, ile czasu by to zabrało.

Wykonując teatralny gest, skończył kazanie tymi słowami:

? Lepiej dla nas, żebyśmy wiedzieli, kto jest naszym Zbawcą!

O tak!, odpowiedzieli. Lepiej dla nas!

Oblewałem się potem w pełnym napięcia oczekiwaniu, niesiony powszechnie wzbierającym podnieceniem. Wiedziałem, że zaraz coś się wydarzy, ale nie potrafiłem przewidzieć, co to będzie. Wiedziałem tylko, że będę tego częścią. W trakcie kolejnej pieśni Wszystko będzie dobrze zaczęły się dziać niezwykłe rzeczy. Lydia ­Hollins śpiewała chrypiącym i udręczonym głosem niczym Janis Joplin, a ekstrawagancki brat Timmy, porwany nagle rytmem muzyki, zaczął tańczyć i przemieszczać się wzdłuż nawy do przodu, uderzając w tamburyn. Widziałem go podczas nabożeństwa w kościele Carla w maju. Miał wtedy na sobie białe buty z lakierowanej skóry i bladoniebieską koszulę z żabotem. Wirował wówczas jak derwisz, a w rękach trzymał po grzechotniku. Jednak teraz nie podszedł od razu do skrzynek z wężami, tylko tańczył przed podestem, przytupując i gwałtownie ruszając głową, co przypominało ruchy ze starego przeboju tanecznego z lat sześćdziesiątych ?The Pony?2.

?Wszystko będzie dobrze?. Tuż za nim szło wiekowe małżeństwo, Ray i Gracie McAllisterowie. Gracie miała na sobie zwykłą różową bluzkę i kwiaciastą suknię, a siwe włosy upięła w kok. Wyglądała na ostatnią osobę w świecie, która chciałaby dotknąć grzechotnika, ale tańcząc, gwałtownie skręciła w stronę jednej ze skrzynek z wężami. Otworzywszy wieko, wyjęła długiego na dwie i pół stopy grzechotnika trzcinowego i go uniosła. Potem powoli się obróciła, trzymając węża w wyciągniętych rękach. Jej twarz wykrzywiał jakby ból albo wyrzuty sumienia.

Trzymanie węży podczas nabożeństwa w Kentucky, 1946 rok.

Trzymanie węży podczas nabożeństwa w Kentucky, 1946 rok.

Zrozumiałem wtedy, że widok człowieka, który namaszczony przez Ducha dotyka węża, wcale nie przypomina ekstazy religijnej. Wyraz twarzy takiej osoby ma w sobie raczej coś erotycznego niż boskiego, podobnie jak seks często wydaje się bliższy śmierci niż przyjemności. Pomyślałem, że to podobieństwo jest nieprzypadkowe. Kiedy człowiek doświadcza seksualnego uniesienia lub religijnej ekstazy, tym, co wycofuje się pierwsze, jest jaźń. Człowiek musi się poddać, by popaść w ekstazę. Ludzie biorący węże do rąk mówią o otrzymywaniu Ducha Świętego. Ale gdy Duch Święty całkowicie zawładnie taką osobą jak Gracie McAllis­ter, jej twarz będzie wyrażać coś diametralnie odmiennego: jak gdyby kogoś ? czy coś ? odebrano jej przemocą. Paradoks chrześcijaństwa ? jeden z wielu, o których mówi Jezus ? polega na tym, że musimy się zatracić, aby móc się odnaleźć, i być może dlatego ludzie trzymający węże w rękach często wyglądają na zdjęciach tak, jakby coś stracili.

Kiedy Gracie przekazywała grzechotnika swojemu mężowi Rayowi, pięciu czy sześciu wiernych przyłączyło się do nich, wyjmując węże z innych skrzynek bez wyraźnego porządku i planu. Okrzykami chwalili Pana albo głośno się modlili. Niektórzy mówili językami. Sprawy błyskawicznie zaczęły wymykać się spod kontroli. Sam podszedłem do przodu, uderzając tamburynem o nogę. Nigdy nie umiałem trzymać się z dala, gdy coś się działo. Zobaczyłem, że brat Carl się do mnie uśmiecha. W wyciągniętych rękach trzymał czarnego grzechotnika, który miał jakieś cztery stopy długości. Dotykał go z czcią i swoistą czułością. Widziałem, jak głaskał gada po pyszczku. Po mojej lewej stronie Dewey ­Chafin, siwowłosy emerytowany górnik, chwycił trzy grzechotniki równocześnie. W zamieszaniu upuścił jednego na ziemię i schylił się, żeby go podnieść. Kilka tygodni wcześniej ukąsił go mokasyn miedziogłowiec i Dewey wciąż miał opatrunek na kciuku. Nieco dalej młody Jeffrey Hagerman, dwudziestopięciolatek, zięć ostatniej śmiertelnej ofiary wężowego ukąszenia, chwycił dwa grzechotniki, każdego jedną ręką, i podskakiwał z nimi radośnie, a jego dzieci ? jedno ubrane w piżamkę ? szeroko otwartymi oczami obserwowały to wszystko z pobliskiej ławki. ?Wszystko będzie dobrze?. Potem mężczyźni zaczęli podawać sobie węże. W pewnym momencie wszystkie sześć węży trafiło do brata Charlesa, który stał obok mnie. ?Wszystko będzie dobrze?. Charles trzymał gady za ogony jedną ze swych wielkich dłoni, a drugą rozprostowywał je niczym krawaty rozwieszone na drążku. Myślałem, że wzrok płata mi figle. Wydawało się, że grzechotniki zamieniły się w gumę lub bandaż.

Przez dwadzieścia minut tańczyliśmy i śpiewaliśmy, a muzyka przeszła w szalone narkotyczne zawodzenie. Głos siostry Lydii brzmiał jak trzask rozdzieranego materiału. ?Wszystko będzie dobrze?. Jasne, że wszystko jest dobrze, pomyślałem. Nagle Dewey Chafin zebrał wszystkie sześć grzechotników i jedną ręką je uniósł. Następnie grzechotniki wziął brat Carl i położył je sobie na głowie, a potem rozdał je innym mężczyznom. Wszystko działo się tak szybko i było tak niesamowite, że straciłem rozeznanie, gdzie są węże i kto je trzyma. W ogóle mnie to nie obchodziło. Brat Timmy nachylił się w moją stronę i zobaczyłem węża tuż przed sobą. Kątem oka dostrzegłem, że Jim ze swoim aparatem padł na plecy obok stóp Timmy?ego. Melissa klęczała, próbując zrobić zdjęcia wężom od dołu. Duch Święty zstąpił jak huragan i zdawało się, że porwie całą wspólnotę. Gdy myślałem, że szaleństwo przekroczy wszelkie granice, obłąkańcza muzyka ucichła i wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tempie, jakbyśmy znaleźli się w oku cyklonu. Zapanował absolutny spokój. Wierni nadal kołysali trzymanymi wężami, modląc się i mówiąc językami. Siostra Lydia wyszła zza elektrycznych organów i wzięła jednego miedziogłowca, żeby go pogłaskać. W powietrzu była jakaś jasność, kojąca i oczyszczająca, jakby wylała się na nas struga lekkiej, przejrzystej oliwy.

Znałem to uczucie. Tak samo się czułem, gdy strzelano do mnie w Salwadorze. Przypływ adrenaliny, jakbym znajdował się w jakimś innym żywiole niż powietrze. Od ludzi wokół mnie biło światło, wypełniało ich twarze. Wydawało się, że nic nikomu nie może się stać, choć jednocześnie miałem świadomość, iż to złudzenie. Czuliśmy się nietykalni, nieśmiertelni. Wtedy znów rozbrzmiała muzyka, tym razem wolniejsza i bardziej dostojna. Bez żadnego dodatkowego sygnału ludzie zaczęli wkładać węże do skrzynek. Właściwie stali jeden za drugim, czekając na swoją kolej, żeby odłożyć gady do płaskich klatek z wyrytym po bokach napisem ?Jezus zbawia?. Nagle, gdy wszystkie węże trafiły już do klatek, a bracia położyli ręce na Gracie McAllister, chcąc uleczyć jej chore serce, zapragnąłem złożyć świadectwo. To był przymus. Wydawało mi się, że nie kontroluję ani swoich nóg, ani swoich ust. Stanąłem przed zgromadzonymi i oznajmiłem ? głosem, który wydał mi się gardłowy i nienaturalnie głośny ? że Duch Święty poprowadził mnie do Wirginii Zachodniej, abym zobaczył to wszystko i opowiedział o tym innym, dzięki czemu Słowo Boże rozleje się po całym kraju. Zabrzmiało to jak wyzwanie rzucone każdemu, kto się z nimi nie zgadza. Później sam się sobie dziwiłem, choć raczej byłem przerażony ? to właściwsze określenie. Jednak wtedy te słowa nie tylko wydawały się słuszne, ale też nieuniknione.

? Ta rzecz jest prawdziwa! ? powiedziałem bratu Carlowi po nabożeństwie. Byłem spocony i tryskałem energią.

? Racja ? odparł Carl, poklepując mnie po plecach i przyglądając mi się bacznie z ukosa, jak lekarz patrzący w oczy pacjenta, żeby sprawdzić, czy źrenice reagują na światło.
(…)
_
Przypisy:
1Zob. Lb 21,5?9.
2Chodzi o popularne piosenki Chubby?ego Checkera z lat sześćdziesiątych
XX wieku. Wykonywany do nich taniec przypominał trucht kucyka.

zbawienie_na_sand_mountainDennis Covington „Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach”
Tłumaczenie: Bartosz Hlebowicz
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 200

Opis: To jedna z najmniej znanych i tajemniczych twarzy południa Ameryki ? kościoły wężowników. Członkowie tych zborów, założonych w latach 20. XX wieku, wierzą w namaszczenie przez Ducha Świętego i spotykają się w ustronnych miejscach, by w czasie nabożeństw brać do rąk śmiertelnie niebezpieczne węże. W swej niewzruszonej wierze piją również strychninę, mówią językami, wypędzają demony, głoszą proroctwa i uzdrawiają. A wszystko to przy ogłuszającej muzyce i spontanicznych pieśniach chwalących Pana. Dennis Covington, reporter ?New York Timesa?, trafił przypadkiem na proces jednego z kapłanów ?ludzi od węży? oskarżonego o próbę zamordowanie swojej żony. Mężczyzna zmusił ją do tego, by włożyła rękę do klatki pełnej jadowitych węży. Pełen fascynacji i strachu Covington postanawia wkroczyć w hermetyczny świat wężowników, w którym ekstremalna wiara miesza się ze śmiercią, a cuda wydają się na wyciągnięcie ręki.

fot. Russell Lee / The National Archives

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek