banner ad

Morderstwo w oku cyklonu. Przeczytaj fragment powieści „Wichry Camino” Johna Grishama

25 maja 2021

John Grisham ponownie zabiera nas na Wyspę Camino, by pokazać świat książek od przestępczej strony. W „Wichrach Camino” księgarz Bruce Cable musi zmierzyć się z zagadką śmierci pewnego pisarza, do której dochodzi w trakcie huraganu. Czy miał miejsce wypadek, czy może jednak starannie zaplanowane zabójstwo? Powieść opublikowało Wydawnictwo Albatros, a poniżej przeczytacie jej fragment.

Rozdział 2

MIEJSCE ZBRODNI

1

Bruce, który nie miał żadnego doświadczenia w posługiwaniu się piłą łańcuchową, szybko oddał narzędzie Nickowi, który przynajmniej trzymał już kiedyś podobny sprzęt w rękach. Potrzebowali dziesięciu minut, by odkryć, jak uruchomić to cholerstwo, ale już wkrótce chłopak zaczął szaleć na podwórku, tnąc na kawałki nawet najcieńsze konary i gałęzie. Bruce chodził za nim w bezpiecznej odległości i zbierał pocięte drewno. Właśnie usypywał stertę z części konarów, gdy pojawił się policjant z Santa Rosa. Bruce dał znak Nickowi i ten niechętnie wyłączył piłę. Z oddali dobiegał głos kolejnego funkcjonariusza.

Ten pierwszy się przedstawił i po kilku minutach rozmowy o huraganie oznajmił:

– Przykro mi to mówić, ale mamy ofiary śmiertelne. Wygląda na to, że większość na północnym skraju wyspy.

Bruce pokiwał głową i spytał, co to ma z nim wspólnego.

– Pański znajomy Nelson Kerr został ranny w głowę i nie przeżył – odparł funkcjonariusz.

– Nelson! – zawołał Bruce z niedowierzaniem. – Nelson nie żyje?

– Niestety, tak. Zostawił pańskie nazwisko i numer jako miejscowy kontakt.

– Ale co mu się stało?

– Nie wiem. Nie byłem tam. Kazano mi pana odnaleźć. Mój szef prosi, żeby pan przyjechał i zidentyfikował ciało.

Bruce posłał oszołomione spojrzenie Nickowi, który był zbyt zszokowany, by się odezwać.

– Oczywiście. Chodźmy.

Policjant popatrzył na Nicka.

– Lepiej niech pan weźmie piłę – rzucił. – Może się przydać.

Przed domem stał zielono‑żółty pojazd terenowy Gator John Deere, dwumiejscowy, z napędem na cztery koła. Bruce usiadł z przodu, tuż obok policjanta, a Nick wszedł na pakę. Ruszyli na zachód i jechali zygzakiem, omijając gałęzie i śmieci na ulicy. Oddalali się od śródmieścia, powoli brnąc przez zniszczenia.

Huragan poczynił straszliwe spustoszenia. Każda ulica była zablokowana przez drzewa, gałęzie, zerwane kable, meble ogrodowe, drewniane płyty, gonty, odpadki i stojącą wodę. Dziesiątki domów zostały uszkodzone przez konary i gałęzie. Tylko nieliczni mieszkańcy stali na zewnątrz, a ci, którzy zabrali się do sprzątania, sprawiali wrażenie oszołomionych. Na Atlantic Avenue, głównej alei prowadzącej na plażę, ludzie z Gwardii Narodowej krążyli z piłami łańcuchowymi, kilofami i siekierami. Ulica była niemal nieprzejezdna, ale policjant powoli przebijał się przez chaos.

– Wygląda na to, że plaża Pauley’s Sound ucierpiała najbardziej – powiedział. – Hilton mocno oberwał. Już znaleźliśmy dwa ciała na parkingu.

– Ile jest ofiar śmiertelnych? – spytał Bruce.

– Jak dotąd trzy. Pański znajomy i ta dwójka, ale obawiam się, że będzie ich więcej. – Policjant skręcił z Atlantic Avenue w wąską ulicę biegnącą z północy na południe. Przez chwilę lawirowali między grubymi gałęziami i śmieciami, a następnie odbili na wschód i wkrótce zatrzymali się przy Fernando Street, biegnącej wzdłuż plaży. Sprzątała ją kolejna grupa gwardzistów. Policjant zatrzymał się i pomogli usunąć z drogi przewrócony samochód. W odległości stu metrów na wschodzie szumiał spokojny ocean, a z nieba mocno przygrzewało słońce.

Nelson Kerr mieszkał w dwupiętrowym szeregowcu, który stał przy ślepej uliczce niedaleko Hiltona. Mieszkania były mocno zniszczone, wiatr wyrwał okna i zdarł dachy. Zatrzymali się na ulicy i podeszli do podjazdu, na którym czekał Bob Cobb. Bruce podał mu rękę, a Bob go uściskał. Miał przekrwione oczy i rozczochrane siwe włosy.

– Ciężka noc, kolego – rzucił. – Trzeba było wyjechać z resztą mądrych ludzi.

– Gdzie jest Nelson? – spytał Bruce.

– Za domem.

Nelson leżał na krótkim ceglanym murku okalającym patio. Z pewnością nie żył. Miał na sobie dżinsy, T‑shirt i stare tenisówki. Policjant w stopniu sierżanta stał na straży, wyraźnie nie wiedząc, co ma dalej robić. Wyciągnął rękę do Bruce’a.

– To pański znajomy?

Pod Bruce’em ugięły się kolana, ale dzielnie ruszył naprzód, żeby przyjrzeć się zwłokom. Głowa Nelsona zwisała z murku. Nad jego lewym uchem widniała krwawa rana. Pod ciałem leżała gałąź indyjskiej lagerstremii. Wokół walały się kolejne gałęzie i liście.

Bruce cofnął się o krok.

– Tak, to on.

Nick nieco się nachylił.

– To Nelson.

– W porządku – rzucił sierżant. – Czy mogą panowie popilnować ciała, kiedy ja pójdę po pomoc?

– O jakiej pomocy pan mówi? – spytał Bruce.

– Nie jestem pewien. Chyba potrzebny będzie lekarz sądowy, żeby stwierdzić zgon. Po prostu proszę z nim zaczekać, dobrze?

– Jasne, nie ma sprawy.

– Zostawił pańskie nazwisko, adres i numer telefonu, a także zapisał nazwisko jakichś ludzi z Kalifornii, Howarda Kerra i jego żony. To pewnie jego rodzice.

– Prawdopodobnie. Nie poznałem ich.

– Chyba powinniśmy do nich zadzwonić. – Sierżant patrzył tak, jakby potrzebował jego pomocy, lecz Bruce nie chciał mieć z tym nic wspólnego.

– To pański obowiązek. Ale telefony nie działają, prawda?

– Mamy telefon satelitarny w Main Beach. Chyba tam wrócę i zadzwonię. Pan pewnie nie mógłby tego zrobić?

– Nie, panie sierżancie. Nie znam tych ludzi i nie należy to do moich obowiązków.

– W porządku. W takim razie niech panowie popilnują zwłok.

– Załatwione.

– Możemy rozejrzeć się po jego mieszkaniu? – spytał Bob.

– Myślę, że tak. Wrócimy najszybciej, jak się da. – Dwaj policjanci wsiedli do gatora i odjechali.

– Ci ludzie mieli nieco więcej szczęścia – powiedział Bob. – Fala zatrzymała się przed drzwiami frontowymi. Mieszkam dwie ulice dalej i mam półtora metra wody na parterze. Siedziałem na schodach i patrzyłem, jak się podnosi. Niezbyt miłe uczucie.

– Przykro mi, Bob – rzucił Bruce.

– Ale Nelsona nie nazwałbym szczęściarzem.

– Słuszna uwaga.

Wrócili na tylne patio i przyjrzeli się ciału.

– Nie mam pojęcia, co on robił na zewnątrz w środku burzy – odezwał się Bob. – Głupio z jego strony.

– Czy on nie miał psa? – spytał Bruce. – Może zwierzak uciekł.

– Rzeczywiście, miał psa – przypomniał sobie Bob. – Małego czarnego kundla, mniej więcej do kolan, wabił się Boomer. Poszukajmy go. – Otworzył drzwi. – Myślę, że nie powinniśmy niczego dotykać.

Weszli do nieoświetlonej kuchni i stanęli na mokrej podłodze, rozglądając się za psem.

– Gdyby tutaj był, powinniśmy się już zorientować – stwierdził Nick.

– Pewnie tak – zgodził się z nim Bruce. – Sprawdzę na górze. Wy pokręćcie się tutaj.

Pięć minut później, gdy już sprawdzili wszystkie pomieszczenia i niczego nie znaleźli, spotkali się w kuchni, gdzie z każdą chwilą robiło się coraz goręcej i wilgotniej. Wyszli na patio i ponownie zapatrzyli się na Nelsona.

– Powinniśmy przynajmniej nakryć ciało – odezwał się Bruce.

– Dobry pomysł. – Bob wciąż był nieco otępiały.

Nick znalazł w łazience dwa duże ręczniki i delikatnie rozłożył je na zwłokach. Bruce’owi nagle zrobiło się niedobrze.

– Muszę usiąść, chłopaki – powiedział. Nelson trzymał pod stołem w kącie patio cztery metalowe rozkładane krzesła, których nie porwał wiatr. Wyciągnęli je, otarli z pyłu i usiedli w cieniu kilka metrów od ciała. Nick znalazł w lodówce trzy butelki ciepłego piwa, więc wznieśli toast za martwego towarzysza. – Miałeś okazję dobrze go poznać, prawda? – spytał Bruce.

– Tak myślę – odparł Bob. – Sprowadził się tutaj… ile, dwa lata temu?

– Jakoś tak. Właśnie wydał swoją trzecią powieść, która nieźle się sprzedawała. Od kilku lat był rozwiedziony, nie miał dzieci i chciał się wyrwać z Kalifornii.

Popijali piwo i przyglądali się białym ręcznikom.

– To wszystko nie ma sensu – odezwał się Nick. – Jak pies mógł wydostać się z domu w środku huraganu?

– Może musiał się wysikać – odpowiedział Bob. – Nelson wypuścił go na chwilę, pies przestraszył się burzy i uciekł, a Nelson wpadł w panikę i próbował go złapać. Wtedy odłamał się konar i trafił go w głowę. Założę się, że nie był jedynym głupcem, który wczoraj dostał spadającą gałęzią. Znalazł się w niewłaściwym miejscu. Miał pecha.

– Właśnie skończył pisać nową powieść – przypomniał sobie Bruce. – Ciekawe, gdzie ona jest?

– Kurczę, pewnie jest dużo warta. Czytałeś ją? – spytał Nick.

– Nie, ale obiecałem, że to zrobię. Właśnie kończył drugą wersję. Z tego, co wiem, nie zdążył wysłać jej do Nowego Jorku.

– Pewnie ma tekst w komputerze, jak sądzisz?

– Prawdopodobnie.

– Co się z nim stanie? – spytał Nick.

Przez dłuższą chwilę zastanawiali się nad tym w milczeniu.

– Czy on nie był prawnikiem? – odezwał się w końcu Nick.

– Tak, w dużej kancelarii w San Francisco – potwierdził Bruce. – Z pewnością sporządził testament i ustanowił wykonawcę, który zajmie się jego sprawami. Będzie z tym spore zamieszanie.

– Skoro mieszkał tutaj od dwóch lat, to pewnie był rezydentem Florydy. Oczywiście, że tak. Ma naklejki na samochodzie. Czy w takim razie jego prawnik nie powinien też tutaj mieszkać?

– Nie mam pojęcia, ale pewnie tak. Nelson wszędzie ma… miał znajomych prawników.

Nick wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi.

– Możliwe, że będziemy tutaj czekali godzinami – odezwał się Bob. – Ci biedni gliniarze gonią w piętkę.

– Po drodze mijaliśmy gwardzistów, więc pomoc już przybyła.

– A co z twoim domem?

– Miałem farta. Sporo połamanych gałęzi, ale żadnych poważniejszych zniszczeń. Inaczej niż tutaj.

– Powinienem był wyjechać – rzucił Bob. – Teraz muszę zrywać wykładziny i tapety, wynosić łopatą błoto i cały ten syf. Tydzień bez prądu. Ponad trzydzieści stopni. Masz dużo jedzenia?

– Nie narzekam. Mam niewielki generator, więc piwo wciąż jest zimne. Wprowadź się do mnie i Nicka. Mamy żarcie, a kiedy się skończy, pójdziemy coś zwędzić. Będziemy się dobrze bawić.

– Dzięki.

Nick uchylił drzwi.

– Hej, chłopaki, chodźcie zobaczyć.

Gdy weszli do pokoju, chłopak oświetlił ścianę latarką.

– Skąd ją masz? – spytał Bob.

– Leżała na kanapie. Popatrzcie na te kropki obok regałów z książkami. To może być zaschnięta krew. Jest ich więcej na książkach po prawej.

Bruce wziął latarkę i uważnie przyjrzał się ścianie. Znalazł około dziesięciu ciemnych plamek. To mogła, ale nie musiała, być krew. Nelson i jego sprzątaczka, jeśli jakąś miał, z pewnością nie pozwoliliby, aby plamy szpeciły takie miejsce. Bob obejrzał je i pokręcił głową.

– Chodźcie za mną – powiedział Nick i ruszył wąskim korytarzem do łazienki. – Widzicie te różowawe plamy obok kranu? Mógł je zostawić ktoś, kto próbował zmyć ślady krwi.

– Naczytałeś się kryminałów? – spytał Bob.

– Czytam je setkami. To mój ulubiony gatunek książek.

– Więc gdzie się podział zakrwawiony ręcznik albo szmata? – spytał Bruce.

– Zniknęły. Nie było prądu, ale ciepła woda leciała z kranu, dopóki zbiornik się nie opróżnił. Nasz podejrzany nie mógł wrzucić ręcznika do pralki, ponieważ nie działała. Zresztą jest pusta. Nie chciał zostawić śladów, więc po prostu zabrał ręcznik ze sobą.

– Nasz podejrzany? – prychnął Bruce.

– Nie naśmiewaj się ze mnie. To może być poważna sprawa.

– Już jest poważna – zauważył Bob.

– Wiem o tym.

– Uważasz, że ktoś przyszedł tutaj w samym środku huraganu czwartej kategorii, dopadł Nelsona w salonie, zdzielił go w głowę, wywlekł ciało na zewnątrz, spróbował usunąć ślady krwi, a potem uciekł. Poważnie?

– Zdarzają się dziwniejsze rzeczy – odparł chłopak. – Tak naprawdę to idealny moment, żeby kogoś zabić i upozorować wypadek.

– Podoba mi się ten pomysł – przyznał Bob. – Ale dlaczego nie ma krwi na podłodze?

Popatrzyli pod nogi. Stali na mokrym poplamionym dywanie.

– Tu jest za ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć – stwierdził Nick. – Ale jeśli… dajcie mi szansę… jeśli stoimy w samym środku miejsca zbrodni?

– Ja tego nie zrobiłem, przysięgam – zaznaczył Bob.

– Przyjrzyjmy się dokładniej jego głowie – zaproponował Bruce.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a następnie na palcach wyszli na patio. Nick ruszył przodem i powoli zbliżył się do zwłok. Podniósł ręcznik i pochylił się. Krwawa rana nad lewym uchem Nelsona wyglądała paskudnie i chociaż byli w tej kwestii laikami, nie mieli wątpliwości, że jest na tyle poważna, aby spowodować śmierć. Używając ręcznika i uważając, by nie dotknąć ciała palcami, Nick spróbował podnieść głowę Nelsona, ale szyja już zesztywniała.

Nick się wyprostował.

– No dobrze, myślę, że powinniśmy stoczyć ciało z murku na werandę. Musimy zobaczyć twarz i drugą stronę głowy.

– No nie wiem… – Bruce się zawahał. – Gliniarze go widzieli i domyślą się, że ruszaliśmy zwłoki.

– Racja – zgodził się z nim Bob. – Ja go nie dotknę.

– Potem możemy go odłożyć na to samo miejsce – powiedział Nick. – Ale musimy wszystko obejrzeć.

– Dlaczego? – spytał Bruce. – Jaką masz teorię?

– Zabójca uderzył go raz wewnątrz domu i pozbawił przytomności, a potem wyciągnął tutaj i uderzył ponownie, prawdopodobnie więcej niż jeden raz, żeby go dobić.

– W środku burzy? – spytał Bruce. – W ulewnym deszczu?

– Właśnie. Zabójca nie bał się zmoknąć. Nie rozumiecie? To była idealna chwila na dokonanie zabójstwa.

– Za pomocą czego? – spytał Bob.

– Otóż to! Czegoś, co znalazł w mieszkaniu. Nie pojawił się na progu z pistoletem ani nożem. Nelson być może go znał, ale nie spodziewał się, jakie gość ma zamiary. Wpuścił go, ponieważ na zewnątrz szalał huragan. Wtedy gość chwycił pogrzebacz, kij baseballowy albo coś innego, co zapewne wypatrzył już wcześniej, i zrobił z tego użytek.

– Zdecydowanie czytasz za dużo kryminałów – skwitował Bob.

– Powtarzasz się – odparł Nick.

Stali bez ruchu i wpatrywali się w biednego Nelsona. W końcu Bruce wycofał się do cienia i usiadł na krześle. Nick i Bob powoli poszli w jego ślady. Słońce przygrzewało, temperatura stale rosła. Ekipy ratunkowe uwijały się w okolicy; słychać było coraz więcej śmigłowców i pił łańcuchowych.

Minęła godzina, odkąd policjanci odjechali.
(…)

John Grisham „Wichry Camino”
tłumaczenie: Robert Waliś
wydawnictwo: Albatros
ilość stron: 352

Opis: W noc huraganu szalejącego na wyspie Camino ginie Nelson Kerr, autor thrillerów. Nieradzący sobie z nawałem pracy policjanci przyjmują najprostszą wersję wydarzeń: ofiara została uderzona konarem drzewa. Nie budzi ich wątpliwości fakt, że uderzeń było kilka, ani pytanie, co Kerr robił poza domem podczas nawałnicy – wiadomo, pisarze są dziwakami. Bruce Cable, właściciel miejscowej księgarni, któremu zdarzało się, mówiąc delikatnie, omijać prawo, postanawia wziąć śledztwo w swoje ręce. Do pomocy ma pisarza, który może się pochwalić więzienną przeszłością, i studenta – fana kryminałów. Ekipa o takich kwalifikacjach musi osiągnąć przełom w dochodzeniu. Okazuje się nim niewydana jeszcze powieść Kerra. To między jej wierszami znajduje się odpowiedź na to, kto i dlaczego zabił pisarza.

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek