banner ad

Malinowski, Witkacy i Chwistek – trójca nieświęta z Krupowej Równi. Fragment książki „Dzikie żądze” Grzegorza Łysia

28 sierpnia 2021

1 września nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukaże się pierwsza w Polsce biografia Bronisława Malinowskiego, niezwykłego antropologa i podróżnika, autora głośnej książki „Życie seksualne dzikich”, bliskiego przyjaciela Stanisława Ignacego Witkiewicza i słynnego Lorda Nevermore’a z „622 upadków Bunga”. Poniżej prezentujemy wam przedpremierowo jeden z rozdziałów „Dzikich żądz”, w którym Grzegorz Łyś opisuje młodość Malinowskiego oraz jego przyjaźń z Witkacym i Leonem Chwistkiem.

TRÓJCA NIEŚWIĘTA Z KRUPOWEJ RÓWNI

Na pokład małego parowca Wakefield, którym miał popłynąć na wyspę Mailu u wschodnich krańców Nowej Gwinei, doktor Malinowski wkraczał w Port Moresby z duszą na ramieniu. Ekspedycja na Mailu w połowie października 1914 roku, w miesiąc po opuszczeniu cywilizowanej wiktoriańskiej Australii, była dla początkującego antropologa krokiem w nieznane. To pierwsze samodzielne przedsięwzięcie w tropikach miało stanowić jego trial run, próbną jazdę przed rozpoczęciem systematycznych badań na Trobriandach. Na wysepce o powierzchni niewiele większej niż kilometr kwadratowy zamieszkanej przez paruset krajowców chciał sprawdzić wartość swych metod pracy terenowej, swoją wytrzymałość psychiczną i fizyczną oraz odporność na tropikalny klimat. Niepewny swych naukowych kwalifikacji, sił i – jak zawsze – zdrowia, czuł się podczas tego krótkiego rejsu po wzburzonym morzu niewyraźnie. Doskwierało mu poczucie opuszczenia i osamotnienia. Dokuczały mu też, co już zupełnie niezwykłe, nostalgia i wspomnienia z lat przeżytych w kraju, zwłaszcza na Podhalu.

Z pokładu podziwiał bliskie brzegi Nowej Gwinei: jasne, intensywnie zielone zarośla mangrowe, głębokie zatoki, „fiordy”, wioski malowniczo położone na pagórkach, a na dalszym planie wysokie góry. Wszystko to tworzyło wspaniałą całość przypominającą brzegi Jeziora Genewskiego pokryte bujną zielenią, nasycone błękitem, oparte o wysoki, silny wał gór. W dzienniku notował jednak:

[…] nie umiem skupić się na tym pejzażu. To nie to, co nasze Tatry na Olczy, gdzie człowiek chciałby położyć się na pejzażu, objąć go cieleśnie – gdzie każdy zakątek mówi o możliwościach tajemniczo przeżytego szczęścia. Tu te cudne otchłanie zieloności są tak niedostępne, wrogie, obce człowiekowi. Nieporównanie piękna dżungla mangrowów z bliska jest piekielnym, śmierdzącym, obślizgłym bagniskiem, w którym trzech kroków zrobić niepodobna wśród gęstwy korzeni i miękkiego błota, w którym dotknąć niczego nie można. Dżungla sama prawie że niedostępna; pełna świństw różnych i gadzin; duszna, wilgotna, męcząca – rojąca się od moskitów i paskudnych owadów.

Magia tatrzańskich krajobrazów brała górę nad cudami południowych lądów także we wspomnieniach Stasia Witkiewicza, który towarzyszył mu wcześniej w australijskiej podróży. W relacji z tej egzotycznej wyprawy dla „Echa Tatrzańskiego” w 1919 roku Witkacy konstatował: „ani tropikalna puszcza Indii, ani czerwone jak cegła pustynie Australii nie mogą zniszczyć wizji zakopiańskiej zimy, która ma w sobie żar tropików”.

Zaraz po wylądowaniu na Mailu Malinowski, jako gość miejscowego misjonarza, pana Saville’a, uczestniczy w wieczornym nabożeństwie. „Pomimo serdecznej śmieszności ryków psalmowych w dzikim języku wytrzymuję i zachowuję nawet wewnętrzną życzliwość w stosunku do tej całej blagi i humbugu”. Uczonemu znawcy źródeł wierzeń religijnych, którym poświęcił swą pierwszą i jedyną większą pracę naukową napisaną po polsku, jak widać, nie zawsze udawało się zachować respekt wobec sacrum w jego różnych odmianach. Wrażliwy był zwłaszcza na komizm i teatralne aspekty rytuałów i tradycji służących kultywowaniu religijnych „fikcji pragmatycznych”, co z pewnością można złożyć na karb wielu lat bliskości ze Stasiem Witkiewiczem. Ale gdy parę dni później przygląda się wieczornym tańcom tubylców, powraca z owego widowiska z całkiem już innymi, godnymi poważnego antropologa odczuciami. „Silne wrażenie: w ciemną noc bezksiężycową przy świetle ognisk gromada dzikich, przystrojonych (niektórzy) w pióra i białe kawałki na ramionach w rytmicznym ruchu”.

Wielebny Saville kierował się w stosunkach z wiernymi specyficznym kodeksem. Uważał między innymi, że krajowca nigdy nie należy dotykać, chyba że chce się mu ceremonialnie podać rękę albo go uderzyć, oraz dowodził, że tubylec nie rozumie żartów, a jedynie „zwierzęcą mowę”.

Taka postawa różniła się radykalnie od głębokiej (choć szorstkiej) troski o parafian i poczucia humoru pierwszego zakopiańskiego proboszcza, księdza Józefa Stolarczyka, który w czasach dzieciństwa Bronia czynił wszystko, by swe góralskie owieczki w komplecie poprowadzić na niebiańskie hale. Inna rzecz, że nonszalanckie uwagi Malinowskiego o kabaretowych aspektach nabożeństw dla mieszkańców Mailu mogłyby w oczach bezbożników odnosić się równie dobrze do mszy świętych w parafialnym kościele zakopiańskim na początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Wypełniał go tłum wiernych, nad którym unosiła się zmieszana z kadzidłem odurzająca woń baranich kożuchów i jełczejącego masła, którego co szykowniejsi górale używali jako pomady do włosów. Starzy, religijnie powściągliwi gazdowie zapalali od lampki pod świętym obrazem swe blaszane fajeczki i kurzyli je, unikając wzroku proboszcza, który gromił takich grzeszników od ołtarza. Pomimo tych gorszących incydentów gorliwy katolicyzm ludu zakopiańskiego stawiano w kołach konserwatywnych i kościelnych za wzór dla coraz liczniej przybywających pod Tatry dekadentów, socjałów i innych niedowiarków, nie eksponując jednak zbytnio, że jest to wiara całkiem świeżej daty. Jakkolwiek bowiem górale zakopiańscy nominalnie byli chrześcijanami od wieków, to w istocie, według znawców ich historii i duchowości, przyjęli chrzest dopiero z rąk wielebnego Józefa Stolarczyka, nazywanego z tej racji Świętym Janem Chrzcicielem Skalnego Podhala. Co do swych podopiecznych proboszcz nie miał złudzeń. Pisał w kronice parafialnej: „Lud dziki, chytry i chciwy […] mało kto Ojcze Nasz uczciwie zmówić potrafił”. Swą rezerwę wobec praktyk religijnych górale zakopiańscy kurtuazyjnie tłumaczyli niechęcią do naprzykrzania się Panu Bogu. Ale niektórzy ze starych parafian przyznawali otwarcie, że „nijakiej chrześcijańskiej wiary nie było hań”.

Dzięki księdzu Stolarczykowi chrześcijaństwo stopniowo ogarniało Kotlinę Zakopiańską, ale sięgało tylko górnego regla. Wyżej, w kosodrzewinie, na halach i wśród skalnych turni, panoszyło się jak dawniej „złe” – strzygonie, zmory, upiory, ślepotnicy, płanetnicy, diabły w postaci zwierząt parzystokopytnych oraz najrozmaitsze demony. Szansę kontrolowania sił nieczystych i zarządzania urokami dawała jedynie magia. Jeszcze w 1882 roku etnograf i znany zoolog, entuzjasta teorii ewolucji August Wrześniowski pisał: „nie należy zapominać, że do dziś dnia Podhalanie są na poły dzicy i nie wyszli jeszcze z pierwotnego stanu dzikiej natury”.

W pierwszych dekadach XIX wieku Zakopane zaczęli penetrować podróżnicy i uczeni z nizin – Stanisław Staszic, Seweryn Goszczyński, Wincenty Pol. Ich wyprawy w te diabłem podszyte okolice przyniosły rewelacyjne odkrycie. Okazało się oto, że niemal pod Krakowem, zaledwie dwa dni drogi końmi, żyje w błogosławionym stanie dzikiej natury rodzimy lud pierwotny. Odkrycie to stało się nie tylko punktem zwrotnym w historii Skalnego Podhala, ale także wielkiej wagi wydarzeniem w dziejach polskiej kultury i historii politycznej. Ułamkiem owych dziejów, lecz ułamkiem wiele znaczącym, było pojawienie się na ich widowni Bronisława Malinowskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza – jednego z najbardziej twórczych i nowatorskich artystów XX wieku – a także Leona Chwistka, indywidualności o renesansowej konstrukcji, wybijającego się w Europie logika matematycznego, malarza, teoretyka sztuki i publicysty. „Urodzili się na Równi Krupowej i halny ich wykołysał” – pisał w swych zakopiańskich wspomnieniach Rafał Malczewski, malarz, syn wielkiego Jacka, nieco mijając się z prawdą. Witkiewicz urodził się bowiem w Warszawie, a Malinowski i Chwistek, podobnie jak autor wspomnień, w Krakowie. Wszyscy jednak spędzili dzieciństwo i wiele lat młodości w Zakopanem, jako pierwsze pokolenie „zakopiańców”, potomków ludzi „dólskich”, którzy ku zdumieniu i zgorszeniu górali osiedlili się pod Giewontem.

Zakopiańscy parafianie czcili w swym proboszczu nie tyle czystość serca i pobożność, ile żywotność i cielesną potęgę. Ksiądz Stolarczyk zawsze nosił z sobą okazałą drewnianą lagę, z której, przy aprobacie wiernych, nie wahał się czynić użytku nie tylko w obronie wiary. Ten właściwy góralom bezpośredni sposób pojmowania świata podobał się ludziom „dólskim” nadzwyczajnie. Osłabione duchowo elity podzielonego między zaborców kraju dostrzegły szansę, by poprzez zanurzenie się w jurny i dziki żywioł góralski odzyskać krwistą witalność i nabyć piorunowej energii. Wcześniejsza XIX-wieczna tendencja do idealizowania chłopstwa – które wieki pańszczyzny, ciemnota i pijaństwo sprowadziły do roli zwierząt roboczych – przyniosła bowiem rozczarowania. Wolni górale podhalańscy byli natomiast idealnym przedmiotem uwielbienia. Nad pobratymcami z nizin górowali bystrością umysłu, poczuciem godności, śmiałością, fantazją, przedsiębiorczością, siłą, zdolnościami artystycznymi, sprawnością fizyczną, urodą i poczuciem humoru. W ten sposób góral podhalański – identyfikowany często przez bolszewizującą lewicę z prostym, ale postępowym zbójnikiem – został ulokowany w polskim imaginarium jako narodowy ideał szlachetnego dzikusa.

Górale w 1929 roku (fot. Polona/Biblioteka Narodowa)

Przez parę dziesiątków lat Zakopane i okolice nawiedzały rzesze etnografów, domorosłych znawców folkloru, nauczycieli, malarzy, redaktorów, literatów. Na tej fali pojawiła się teza, że gwara góralska to archaiczna, źródłowa postać polszczyzny. Z pewnością niemało miałby tu do powiedzenia ojciec Bronia, najbardziej kompetentny w owym czasie badacz dialektów. Profesor Malinowski doskonale znał Podhale i Spisz; zebrał w tych okolicach sporo materiałów, niestety zwykle kłopotliwych, bo przeczących patriotycznym konceptom. Zdążył przed śmiercią opublikować tylko dwa krótkie artykuły o gwarze podhalańskiej. Jeden o wpływie na nią języka rumuńskiego, drugi – węgierskiego. Już tematy tych prac wskazują, że uczony językoznawca nie nadążał za potrzebą chwili i jego tezy prawdopodobnie nie spodobałyby się entuzjastom góralszczyzny. Niebawem doszli oni zresztą do wniosku, że nie tylko język, ale i cała kultura Podhala to zabytek najdawniejszej polskości, relikt utraconej lechickiej tożsamości, a góral to antropologiczny prototyp Polaka, „kość z kości, krew z krwi naszej”.

Zawrotna kariera góralszczyzny wzięła się w rzeczywistości nie z jej swojskości, lecz właśnie z egzotycznej inności i obcych wpływów. Jeden z pierwszych autorów podróżujących w Tatry, Teodor Tripplin, prekursor polskiej fantastyki naukowej i lekarz, dostrzegł „coś południowego w rysach twarzy tych górali atletycznie zbudowanych, rosłych i silnych, cera ich brunatna, oko czarne duże, pełne życia i wyrazu, włosy ciemne i na czole rozdzielone […] giętkość, szlachetność i swoboda w całym ustroju i wszystkich ruchach”. Górale kochali nie tylko pięknie się ubierać – w stroje do noszonych na nizinach niepodobne – ale także, co u mężczyzn z ludu było wyjątkowe, obwieszać się najrozmaitszymi ozdobami, łańcuszkami, frędzlami, wisiorkami na piersiach, kolczykami w uszach. Najwyżej cenili kunsztowne spinki. Świadomi swej inności i z niej dumni, często otwarcie pogardzali dólskimi i płonymi Lachami.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer, autor opowieści Na Skalnym Podhalu, urodzony w Ludźmierzu, widział w górach i górskich osadach rezerwat natury i tego, co dawne, oraz pierwotnej siły i witalności. Wierzył, że życie u stóp Tatr przypomina „wczesną epokę ludzkości, jej dziecięctwo czy młodość”, i pragnął uchronić ów rzadki zabytek przed działaniem czasu. Takie ujęcie sprawy, w szczególności oddelegowanie całej góralskiej społeczności do rejestru zabytków, dość dokładnie odpowiadało dominującej w owym czasie w światowej antropologii doktrynie ewolucjonistycznej. Z tą jednak różnicą, że dziecięctwo kultury według uczonych tej szkoły oznaczało jej zapóźnienie i niższość, podczas gdy dla syna Podhala było upragnionym ideałem. Poglądy wywodzące się z ewolucjonizmu zyskały wielką popularność wraz z ukazaniem się w 1896 roku polskiego przekładu Cywilizacji pierwotnej Edwarda Burnetta Tylora oraz z dotarciem do Polski już kilka lat wcześniej pierwszego wydania bestsellerowego dzieła innego wybitnego brytyjskiego ewolucjonisty, Jamesa George’a Frazera – The Golden Bough [Złota Gałąź]. To właśnie lekturze tej klasycznej monografii poświęconej mitom i religiom prymitywnym Bronisław Malinowski zawdzięczał – jak twierdził później w Anglii – swe antropologiczne powołanie.

Po latach wspominał z nostalgią, dedykując jedną ze swoich prac zawsze życzliwemu mu Frazerowi, że jako udręczony bólem duszy student opuścił gmach Collegium Novum, ściskając pod pachą trzy tomy w zielonych okładkach ozdobionych złotym tłoczonym rysunkiem jemioły – swą jedyną pociechę. Miał wtedy zrozumieć, że antropologia jest „wielką nauką, godną takiego samego oddania, jak którakolwiek ze starszych i bardziej od niej ścisłych dyscyplin”.

Wcześniejsze poczynania historyków, językoznawców czy domorosłych etnografów na Podhalu, tworzące szeroki nurt żywiołowej i wynaturzonej „antropologii”, mogły go od tej nauki tylko odpychać. Bardzo przy tym możliwe, że, choć podejmowane z zacnych intencji, zabiegi zmierzające do wykreowania górali na pierwsze ogniwo kulturowej ewolucji Polaków stały się jednym z powodów tego, że krytyka ewolucjonizmu konsekwentnie uprawiana przez Malinowskiego była tak nieubłagana, a nieraz napastliwa. Przykład Zakopanego pokazywał dobitnie, że spekulowanie na temat genezy i historycznych przemian pierwotnych kultur zamiast badania żywych społeczności, ich struktur instytucjonalnych i funkcjonowania może sprowadzić antropologów na manowce. Bronio, obdarzony umysłem racjonalnym i krytycznym, miał od dzieciństwa do czynienia z góralami i empirycznie nie stwierdzał ich doskonałości.

We wstępie do Argonautów Zachodniego Pacyfiku Malinowski zauważał:

dobrze jest, jeśli etnograf odłoży czasem na bok swój aparat, notes i ołówek i włączy się w nurt codziennych wydarzeń […]. Nie jestem pewien, czy jest to [zanurzanie się w życie tubylców] równie łatwe dla każdego – być może natura słowiańska jest tu bardziej plastyczna i z natury bliższa „dzikiej” niż zachodnioeuropejska.

Pomijając kontrowersyjną tezę o wrodzonym talencie Słowian do badań terenowych, jest oczywiste, że mieszkańcy na przykład Galicji mieli o wiele więcej niż Anglicy do czynienia ze społecznościami – trzymając się terminologii ewolucjonizmu – na niższych szczeblach rozwoju. W przypadku Malinowskiego, który aż do czasów gimnazjalnych mieszkał niemal stale w górskich wsiach, była to okoliczność dająca mu przewagę nad brytyjskimi kolegami i rywalami. Bliskie kontakty z tubylcami oraz umiejętność dogadywania się z nimi i urządzania się pośród nich były dla niego kwestią praktyczną, a nie naukowym czy egzystencjalnym wyzwaniem. Bez podhalańskich doświadczeń Bronia doktor Bronisław Malinowski nie odważyłby się prawdopodobnie zejść z werandy na Trobriandach.

Australijski antropolog Michael W. Young, autor fundamentalnej biografii Bronisława Malinowskiego, natrafił w archiwum London School of Economics na jego nieznany rękopis – rodzaj wstępu do antropologicznego życiorysu uczonego, który miał się ukazać w Ameryce jako część podręcznika antropologii, lecz ostatecznie niestety nie powstał. Na kilku stronach papieru kancelaryjnego twórca szkoły funkcjonalnej naszkicował wizerunek Ponic w pobliżu Rabki, gdzie spędził z matką trzy lata wczesnego dzieciństwa, do piątego roku życia. Ta dość posępna, bo dowodząca nędzy i prymitywizmu wsi galicyjskiej, bukolika ukazuje wiejskich patriarchów rozstrzygających sprawy gromady pod starą gruszą, wiernych idących przez życie pod kuratelą lokalnego świętego, pastuszków słuchających jak bajek opowieści ich rówieśnika z miasta o kamiennych domach i kościołach czy brukowanych ulicach, po których jeżdżą lśniące mosiądzem powozy. Są w niej także postaci emblematyczne dla c.k. prowincji – pleban gospodarujący w podszytym wiatrem drewnianym kościołku, Żyd karczmarz, cesarski żandarm z gwerem, w kapeluszu ozdobionym pękiem czarnych kogucich piór. A także brawurowa uwaga, która miała pewnie zbulwersować amerykańskich czytelników, że w Ponicach „nie było w ogóle pieniędzy”. Kilka następnych, zakopiańskich już lat umocniło i utrwaliło te wrażenia.

Kiedy skończyłem osiem lat, żyłem w dwóch całkowicie odrębnych rzeczywistościach kulturowych, mówiłem dwoma językami, jadałem dwa różne rodzaje pożywienia […]. Poznałem również dwa zbiory przekonań religijnych, wierzeń i praktyk i byłem pod wpływem dwóch systemów moralności i obyczajów seksualnych

– pisał autor Życia seksualnego dzikich o swym zanurzeniu się w XIX-wiecznej wielokulturowości.

Chociaż dzieciństwo i młodość wśród górali pomogły Malinowskiemu zdobyć światową sławę, oni sami niewiele go obchodzili. Tradycyjną opisową etnografię, skromną starszą siostrę antropologii, lekceważył, nazywając ją badaniem haftu na damskich majtkach. Nie interesował się zupełnie ani polską, ani słowiańską kulturą ludową czy folklorem. I nawet nie próbował udawać, że ceni czy lubi polski lud. Kiedy jego uczeń, znany socjolog i socjalistyczny polityk, Feliks Gross, z którym Bronisław zbliżył się bardzo w ostatnich latach życia w Stanach Zjednoczonych, opowiadał z podziwem o talentach polskich robotników organizujących się w przemysłowych amerykańskich miastach, Malinowski zamyślił się, po czym orzekł kwaśno: „Musisz ich nie znać. Ja ich znam. Jednego z moich przodków zarżnęli piłą podczas rabacji”.

Wieści o pięknym i dzikim góralskim szczepie, żyjącym na łonie równie dzikiej i pięknej natury, ściągały do Zakopanego mniej więcej od 1870 roku setki letników i turystów. Wyprawa na Podhale wymagała jednak niemałej determinacji. Podróż z Krakowa do Zakopanego podskakującą na kamieniach w dolinie Dunajca góralską „budką”, zwykle z obiadem Pod Lwem w Myślenicach i noclegiem w Zaborni, trwała dwa dni. Po wybudowaniu kolei do Chabówki w 1884 roku oraz bitego traktu z Nowego Targu do Kościeliska podróż „do Tatr” zajmowała nadal cały dzień.

Przed stu pięćdziesięciu laty zakopiańscy górale mogli wynająć przyjezdnym, nie licząc małej austerii Krzeptowskiego, półtorej setki pomieszczeń w dymnych, czyli kurnych chatach. Korzystało z nich około czterystu osób rocznie. Na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku wieś wzbogaciła się o karczmę u Sieczki i nowe sklepy, a baza noclegowa – podwoiła. Wrota do zagubionej wśród lasów wioski otworzyła gruźlica.

Otóż doktor Chałubiński potrafił wmówić polskiemu społeczeństwu, że osiedle pod Giewontem jest krynicą zdrowia dla suchotników. Jednak zdaniem sceptyków nie miał po temu danych. Zmienna aura Zakopanego kładła zdrowych do łóżek, halny wiatr był zgubny dla chorych na płuca, a z silniejszych robił alkoholików. „Chałubiński, posiawszy złe ziele, stworzył nieśmiertelnego dziwotwora”. Z tego zasiewu zaczęły wyrastać placówki lecznicze. W roku 1887 powstał imponujący, liczący przeszło sto pokoi zakład hydropatyczny doktora Andrzeja Chramca, pierwszego góralskiego syna z dyplomem lekarskim. Kilka lat później w wybudowanej na łące przy Krupówkach willi (znanej potem pod nazwą Gerlach) otworzył podobną lecznicę doktor Bronisław Chwistek, ojciec Leona. Zakłady te, zbliżone do dzisiejszych ośrodków SPA, wyspecjalizowane były w mocno kontrowersyjnym leczeniu plagi belle époque hydroterapią. Nieszczęsnych gorączkujących suchotników raczono w nich kąpielami i natryskami, także zimnymi, a u doktora Chwistka traktowano również prądem elektrycznym. Dopiero w początkach XX wieku zaczęły powstawać sanatoria przeciwgruźlicze z prawdziwego zdarzenia oferujące leczenie klimatyczne, jak zakład doktora Kazimierza Dłuskiego na zboczu Gubałówki, wybudowany przy wsparciu wielu znakomitych rodaków z kraju i zagranicy, sanatorium nauczycielskie czy sanatorium Bratnia Pomoc. W tym ostatnim, dla kilkunastu tylko pacjentów, leczyli się po sąsiedzku szerzej jeszcze nie znani Władysław Sikorski i Feliks Dzierżyński.

W 1890 roku na dwa tysiące siedemset osób, które spędziły wakacje pod Giewontem, siedemdziesiąt dwa procent stanowiła inteligencja – w tym aż stu jedenastu profesorów polskich i zagranicznych wyższych uczelni. Szansa podratowania zdrowia w połączeniu z urokiem pierwotnej góralszczyzny skłoniła owego roku niektórych gości do pozostania na Podhalu dłużej lub na stałe.

Byli wśród nich pani Józefa Malinowska ze skłonnym do konwulsji synem oraz zagrożony suchotami Stanisław Witkiewicz z żoną Marią z Pietrzkiewiczów i ukochanym jedynakiem, Stanisławem Ignacym. Już wcześniej, w 1888 roku, objąwszy posadę pierwszego lekarza klimatycznego w Zakopanem, osiadł tu z rodziną doktor Bronisław Chwistek.

W latach 1891–1898, gdy Malinowscy mieszkali stale lub latem pod Giewontem, zdarzało się, że w czasie wakacji wielu z przyjezdnych musiało nocować w okolicznych wsiach pod jednym dachem z końmi czy krowami. Kwater wciąż brakowało, choć budowano co roku nowe chaty na wynajem, a potem pensjonaty, wille, hotele, zakłady wodolecznicze, a także cukiernie, sklepy kolonialne i galanteryjne. Cena gruntów wzrosła na początku lat dziewięćdziesiątych do niebywałego poziomu dwóch florenów za sążeń kwadratowy. Gdy w 1889 roku dobra zakopiańskie obejmujące najważniejsze partie dzisiejszych Tatr Polskich kupił na licytacji hrabia Władysław Zamoyski z Kórnika, ludzi „dólskich” ogarnął szał budowlany.

Bronisław Malinowski – siedzi pierwszy z lewej w pierwszym rzędzie – wraz z rodziną w 1902 roku (fot. Polona/Biblioteka Narodowa)

Malinowscy również włączyli się w wir zakopiańskich interesów. W 1890 roku co najmniej pięćdziesiąt osób zakupiło w okolicy ziemię lub gotowe domy. „W tej liczbie i ja się znajduję. Kupiłem za 1700 florenów niecały mórg w bliskości willi dra Baranowskiego na Chramcówkach” – zwierzał się z pewnym zakłopotaniem przyjacielowi z Pragi Lucjan Malinowski. „Na wiosnę buduję jeden dom, a następnie drugi. Wdałem się tedy w spekulację. Stało się to w ten sposób, że mnie wciągnięto, ale nie żałuję” – tłumaczył. Z powodu nieustannych deszczów oraz braku sił fachowych (w Zakopanem wznoszono wtedy jednocześnie siedemdziesiąt willi i domów) Malinowskim nie udało się wykończyć „chaty” w następnym roku. Profesor zaczynał już sobie wyrzucać, że puścił się na tak awanturniczą imprezę, i marzył o wyjeździe nad morze. W nadmorskich kurortach – w przeciwieństwie do górskich – czuł się doskonale, zwłaszcza na niemieckich wyspach na Morzu Północnym, gdzie w 1892 roku, na wschodniofryzyjskiej wyspie Juist, spędził wakacje z Broniem. Jedyne wakacje, gdy byli sami ze sobą.

Ostatecznie przedsięwzięcie budowlane skończyło się szczęśliwie. I oto pociąg z Krakowa wspina się z mozołem na okryte głębokim śniegiem beskidzkie stoki. Po południu zatrzymuje się na stacji w Chabówce. Na profesora Malinowskiego czeka już młody góral z saneczkami malutkimi jak łupina orzecha. Pogoda jest prześliczna. Promienie słońca odbite od śniegu ogrzewają powietrze tak, że pomimo silnego mrozu wcale nie czuć zimna. Zniżające się słońce nakłada na bielutki całun ziemi różową barwę. Sanna wyborna. Góral Jasiek Wojciak dla rozgrzania się biegnie, zwłaszcza pod górę, za sankami. Łupinka mknie szybko wśród górskich olbrzymów, a profesor czuje się u ich stóp dziwnie mały. Wieczorem sceneria się zmienia. Rumiany ze snu księżyc wychyla się powoli od strony Szczawnicy. Ocknąwszy się należycie, bladym już licem świeci nad drogą. Jego błękitne światło nadaje krajobrazowi osobliwie uroczysty charakter. Coraz zimniej, coraz ciszej. Konik z przodu i góral za sankami jak dwa dobre duchy „zbierają nogi”. Już widać Gubałówkę, coraz bliżej Chramcówek. Po chwili okryty szronem Lucjan Malinowski wkracza do zakopiańskiej „chaty”, gdzie na jego przyjazd przygotowano iluminację. Panie – żona i dwie kuzynki – wieszają właśnie na ganku chińskie lampiony, a chłopcy z Broniem na czele sypią góry śniegu, na których mają zapłonąć pochodnie. „Podróż w góry zimową porą ma swoje oryginalne powaby” – notuje ojciec Bronisława.

Ale ani podhalańskie landszafty, które profesor podziwiał ze smakiem godnym malarza, ani rodzinne ciepło domu na Chramcówkach nie mogły zasłonić przykrej prawdy: od chwili osiedlenia się żony i syna na Podhalu życie profesora dzieliło się na dwie części – pobyt w Zakopanem i tęsknota za rodziną w Krakowie.

Zadośćuczynieniem był bez wątpienia znakomity wpływ zakopiańskiego klimatu i trybu życia na kondycję jedynaka, „jedynej naszej pociechy”. Podczas któregoś z wcześniejszych letnich wyjazdów Bronio był w czerwcu tak chory, że „prawie nie było nadziei, żeby żył”. Po trzech miesiącach spędzonych, czy deszcz, czy słońce, na powietrzu, biegał po całych dniach i „robił wielkie postępy w mówieniu”. W ostatnich latach życia, gdy lekarze stanowczo odradzali Lucjanowi Malinowskiemu wyjazdy w góry, jednocześnie nadal podkreślając ich zbawienny wpływ na zdrowie Bronia, okresy osamotnienia profesora stawały się coraz dłuższe i trudniejsze.

Domem, który kosztował łącznie cztery i pół tysiąca florenów – równowartość dwuletnich dochodów na przykład inżyniera – Malinowscy nie cieszyli się zbyt długo. Profesor zmarł w styczniu 1898 roku. Józefa Malinowska sprzedała „chatę” prawdopodobnie już dwa lub trzy lata po jego śmierci. Nie spełniły się również dalekosiężne plany doktora Chwistka, który nie radząc sobie finansowo, musiał wydzierżawić swój ledwo ukończony zakład wodoleczniczy przy Krupówkach. Rodzina przeniosła się z willi Gerlach do odkupionej od kolejnego właściciela legendarnej Adasiówki – dawnego domku poczmistrza przy drodze do Kuźnic – w której urządzono lecznicę dla „nerwowych”, a później pensjonat.

Coraz zuchwalej panoszący się na Podhalu duch interesów nie miał przystępu do Stanisława Witkiewicza, twórcy nieskalanej prozy polskiej, malarza i architekta. Jak wspominał go Rafał Malczewski – „człowieka o błękitnych oczach i podobnej duszy”. Jako autor wydanej w 1891 roku, ilustrowanej stu trzydziestoma pięcioma drzeworytami, stanowiącej kanoniczną wersję romantycznego mitu Podhala i Podhalan księgi Na przełęczy. Wrażenia i obrazy z Tatr, został on obwołany ewangelistą Tatr i naturalnym kandydatem na następcę Chałubińskiego w roli króla góralszczyzny.

Ściągająca do Zakopanego inteligencja, wśród której nie brakowało chyba ani jednego znaczącego nazwiska z dziedziny nauki i sztuki, z biegiem lat zaczęła w nim widzieć autorytet zarówno estetyczny, jak i moralny, a co gorliwsi jego przyjaciele – wieszcza i sumienie narodu. Jak pisał Władysław Orkan: „Siedział w Zakopanem w Ślimakowej izbie na Krupówkach jak pająk z bajki pod strzechą, gdy przesuwała się przed nim cała niemal Polska, szli doń jak do proroka”. W jednym z listów Witkiewicz skarżył się: „Od rana jestem literalnie rozdeptany przez ludzi”.

Po domu Witkiewiczów wśród tłumu gości plątał się blady, nerwowy, dość rozpuszczony synek Ignacy. Przyszły demon z Krupówek od maleńkości „chował się na geniusza”. Malować zaczął przed ukończeniem szóstego roku życia. Jako ośmiolatek zabawiał rodzinę i przyjaciół swymi drukowanymi na ręcznej drukarence dramacikami, w których objawiał się jego nadzwyczajny talent do zawiązywania i rozwijania pokrętnych fabuł, nadawania niezwykłych imion i nazwisk bohaterom, a także ekscentryczne, dziwne, zwłaszcza u dziecka, poczucie humoru. Dla ojca, całego otoczenia i jego samego było oczywiste, że w przyszłości Staś może zostać jedynie artystą.

W przeciwieństwie do małego Witkiewicza starszy o rok neurotyczny Bronio Malinowski za cudowne dziecko nie uchodził i na jednostkę wybitną się nie zapowiadał. Jego ojciec stwierdzał tylko nader ostrożnie, że chłopak jest bystry i wcale nie głupi.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Zakopane jesienią wciąż jeszcze zamierało. Zimę spędzali w nim tylko stali mieszkańcy oraz pacjenci zakładów wodoleczniczych i goście paru czynnych pensjonatów. Malinowscy i Witkiewiczowie szybko zatem zaczęli się odwiedzać, a ich synowie z miejsca się zaprzyjaźnili. Dołączył do nich rówieśnik Bronia, Leon Chwistek.

Ulica Krupówki w Zakopanem w 1933 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Zejście się pod Giewontem tych trzech niespełna dziesięcioletnich osobistości okazało się przypadkiem niezwykle szczęśliwym dla światowej nauki i kultury. Powstał jakby układ potrójny gwiazd, które w przyszłości, dzięki wzajemnym oddziaływaniom intelektualnym i uczuciowym, mogły zaświecić jaśniejszym blaskiem. Bez Witkiewicza nie byłoby Malinowskiego, przynajmniej takiego, jakiego znamy: uczonego, który zrewolucjonizował antropologię.

Nie da się zrozumieć twórcy funkcjonalizmu jako naukowca i człowieka bez wglądu w życie i dzieło jego najbliższego przyjaciela, Witkiewicza. Dopełniali się jak dwa kontrastujące kolory. Również Staś Ignacy był w wielkim stopniu uzależniony od Bronia, wierzył w jego niezwykłe moce życiowe i wspierał się jego przykładem, a czasem korzystał z realnej pomocy w chwilach zwątpienia i depresji. Ta wzajemna zależność, choć pełna konfliktów, przetrwała w utajonej formie przez całe życie, nawet po traumatycznym zerwaniu podczas wspólnej wyprawy do Australii, które ostatecznie zakończyło prawie dwudziestoletni okres największej bliskości.

W podobnie zawiły i zapalny sposób ułożyły się relacje między Witkiewiczem a Chwistkiem. Przez długie lata wszystkie niemal zwroty ich myśli i praktyczne poczynania rodziły się z rywalizacji, wzajemnej fascynacji, a później nienawiści, „aż miłosnej”, pełnej żarliwego uznania.

Mniej iskrzył emocjonalnie trzeci bok owego trójkąta. Chwistek i Malinowski żywili wobec siebie szacunek i podziw, ale temperatura ich przyjaźni była raczej umiarkowana. Wydawało się nawet, że specjalnie za sobą nie przepadają.

Pierwsze wspólne przedsięwzięcia trójki przyszłych słynnych „zakopiańców” nie zapowiadały ich nadchodzących doniosłych osiągnięć. Przyjaciele oddawali się godziwym zajęciom, takim jak zbieranie minerałów czy ziół na górskich łąkach i układanie zielnika. Wkrótce jednak w ich rozmowach pojawiły się tematy moralnie ryzykowne, na przykład sens i prawomocność religii. Z biegiem lat paliwem ich przyjaźni stały się – oprócz sekretów i problemów życiowych nękających dojrzewającą młodzież – zwierzenia dotykające najgłębszych stanów ducha oraz burzliwe starcia o sztukę, naukę, filozofię, wartości, etyczną strategię egzystencji. Zajmowały ich także fantazje o przyszłej wielkości, sławie i potędze. Rozmowy te toczyli, przemierzając ścieżki pod reglami i drogi między Krupówkami a Olczą, Jaszczurówką czy Kuźnicami, niby wędrowna trupa komediantów – za sprawą Stasia Witkiewicza obdarzonego szatańską łatwością przeobrażania prozy własnego i cudzego życia w spektakl teatralny, dramat lub kabaret. Czytali sobie utwory literackie i traktaty naukowe własnego wyrobu, wcielali się w bohaterów słynnych dzieł scenicznych i recytowali wiersze, całkowicie pogrążeni w intelektualnych zmaganiach ze sobą i światem.

O wzmocnienie sił cielesnych w tych czasach nie dbali. Chorowity Malinowski, gruby w dzieciństwie i krótkowzroczny Chwistek, chuderlawy w okresie dorastania Witkiewicz nie mieli zrozumienia dla sportu, który zresztą był wciąż tylko nowym angielskim wynalazkiem. W przyszłości miało się to zmienić. Witkacy jeszcze przed Wielką Wojną nauczył się jeździć na nartach, a Chwistek trenował szermierkę i jeździł konno, z zapałem skacząc przez przeszkody. Malinowski systematycznie uprawiał gimnastykę, w niektórych okresach życia bardzo intensywnie, a na Trobriandach pływał i wiosłował na tubylczych łodziach. Wcześniej, jeszcze w Zakopanem, widywano go, gdy dla ćwiczenia siły woli i odwagi wspinał się samotnie na okoliczne skały.

Na relacje w osobliwym trójkącie młodocianych intelektualistów oprócz sporów o poglądy i osobistych zwierzeń egzystencjalnych składała się też zaciekła rywalizacja oraz aranżowane z zamiłowaniem i znawstwem intrygi i prowokacje. Bronio z zasady sprzymierzał się ze Stasiem. Leon irytował go i często nudził swymi wywodami i koncepcjami. Dochodziło między nimi do konfliktów. „Malinowski nie mówił, co myśli, był ostrożny, by później postąpić stanowczo, zrzucając z siebie odpowiedzialność [za konflikt]”.

Najoryginalniejszą i najbardziej twórczą osobowością z trójki przyjaciół był rzecz jasna przyszły Witkacy. Leon, który mając osiem lat, zaczął malować i biegle rachował, wyróżniał się fantazją oraz wyjątkową, w lot chwytającą najtrudniejsze kwestie, inteligencją. Bronio, nie tak szybki i efektowny, górował nad nimi pilnością, zdolnościami do planowania i konsekwencją. Już wtedy w ich relacji tkwiły zalążki przyszłych kryzysów – różnice temperamentów, charakterów, potrzeb i sposobu postrzegania świata. Na razie jednak, gdy mieli po kilkanaście lat, między przyjaciółmi panowało niezachwiane zaufanie, z którego brało się choćby niekrępowane żadnymi granicami czy względami poprawności prawo do wzajemnej zjadliwej krytyki i korzystania w sporach z najróżniejszych argumentów, nawet podstępnych, demagogicznych czy obraźliwych.

Ta szkoła pod reglami uczyniła z Malinowskiego wytrawnego, bezlitosnego, w razie potrzeby bezczelnego polemistę, z dezynwolturą naruszającego konwencje dyskusji obowiązujące w anglosaskim świecie naukowym. Brytyjczyków drażniło także efekciarskie aktorstwo jego wykładów, przemówień, a nawet pism. Z podobną jak doktor Malinowski zawziętością i złośliwością wojował ze swymi przeciwnikami Chwistek, Witkacy zaś unicestwiał oponentów morderczym sarkazmem i wyszukanymi inwektywami.

Zarówno nowatorski artysta in spe, jak i przyszły sławny uczony, który równość kultur uznawał za jedno z naczelnych praw antropologii, w młodych latach zakopiańskich odznaczali się bezwstydnym snobizmem. Cierpiał na tym Chwistek. Jego rodzina, do której należał folwark Witkówka w dolinie Dunajca, od kilku pokoleń prowadziła ziemiański tryb życia, ale herbem nie mogła się pochwalić. Leon nie znosił swego nazwiska i obrażał się na aluzje łączące go z starożytnym słowiańskim demonem Pochwistem, personifikacją wiatru. Czasem tylko w przystępie lepszego humoru sam wspominał o księciu Chwoście, zwanym też Chościskiem, który według Galla Anonima był przodkiem Piastów. Niestety, słowiański chwost oznaczał nie tylko warkocz symbolizujący władzę książęcą, lecz także zwykły ogon. Wprawdzie babcia Leona ze strony ojca pochodziła z Ujejskich, ale Bronio i Staś Ignacy dawali koledze poznać, że nie należy do lepszego towarzystwa. Witkiewicz powiedział mu kiedyś prosto w oczy, że w starych dworach na Litwie czy Ukrainie, gdzie jeździł na wakacje do rodziny, „takich Chwistków by nie przyjmowano”. Leon zapamiętał mu to na zawsze i niewykluczone, że był to jeden z czynników, które sprawiły, że pod koniec życia stał się zwolennikiem komunizmu.

„Jak oderwany od zieleni listek, biega po Zakopanem zakochany Chwistek” – wierszyk, który krążył po zakopiańskich kawiarniach, mógł się odnosić zarówno do Leona, jak i do jego ojca, ponieważ obaj byli nałogowymi i nieuleczalnymi kobieciarzami, co podobno odziedziczyli po Kornelu Ujejskim.

Doktor Chwistek, choć czynny, ruchliwy i towarzyski, uważany był za człowieka nieprzesadnie odpowiedzialnego i o słabym charakterze. W medycynę nie wierzył w ogóle i zabawiał swych pacjentów opowieściami o bezsilności lekarzy. W 1905 roku w obliczu bankructwa ewakuował się przed wierzycielami do Ameryki, porzuciwszy rodzinę, która od tej chwili utrzymywała się z prowadzenia pensjonatu, ledwie wiążąc koniec z końcem. Po powrocie ze Stanów mieszkał we Lwowie, w czasie I wojny światowej służył w austriackim wojsku, a ostatnie lata, w Poroninie, przeżył niemal w biedzie. Ta sytuacja sprawiła, że Leon był zdecydowanie bardziej synem matki – w młodości pianistki i malarki, uczennicy Matejki. Zbliżało go to do Bronia i jego skrytych kompleksów.

Inaczej i bardziej jeszcze pokrętnie ułożyło się życie rodzinne Stasia Ignacego. Letnicy i górale mogli codziennie po południu widzieć na Krupówkach, jak pan Witkiewicz w miękkim kapeluszu z szerokim rondem i wytartym baranim serdaku narzuconym na szary garnitur, wywijając laseczką lub zwykłym kijkiem, wyrusza raźnym spacerkiem ze swej pracowni w stronę Kuźnic. Wielu z nich wiedziało także, że jego celem jest Chata nad Foluszowym Potokiem należąca do Marii Dembowskiej. Wdowa po Bronisławie Dembowskim, znanym etnografie, wcieliła się w rolę muzy i egerii ściągających pod Giewont literatów i artystów. Oprócz Stanisława Witkiewicza bywali w Chacie inni znakomici goście; niemal codziennie, gdy był w Zakopanem, wstępował tam na herbatę Henryk Sienkiewicz.

Maria Dembowska inspirowała większość publicznych i artystycznych poczynań Witkiewicza ojca w Zakopanem. Przyczyniła się między innymi do powstania i rozkwitu stylu podhalańskiego w architekturze i zdobnictwie. „Sposób” zakopiański, nazywany cokolwiek uszczypliwie barokiem witkiewiczowskim (choć wbrew nadziejom jego twórcy, który chciał „drewnianym dachem nakryć całą Polskę”, nie zapoczątkował nowej narodowej architektury), pod Giewontem stopniowo wypierał wcześniejsze kosmopolityczne budownictwo zdrojowe, najczęściej wzorowane na stylu tyrolskim.

Związek ewangelisty Podhala z Dembowską, jak się okazało dozgonny, zrujnował jednak życie rodzinne Witkiewiczów. Nie bez osobistych powodów Witkacy, światowej klasy ekspert w dziedzinie demonologii, przyznawał Dembowskiej rangę demona pierwszej klasy – największego, jakiego spotkał w życiu.

Staś Ignacy, w przeciwieństwie do Chwistka i Malinowskiego, mógł być pewien uczuć obojga rodziców. Kochali go wielką, a w przypadku ojca jakby romantyczną miłością. Witkiewicz ojciec włożył ogromny trud – co pokazują setki listów, które wymienili – by jego syn wyrósł na wolnego od wpływów osób trzecich oraz mody i kierunków w sztuce artystę, zdolnego twórczo wykorzystać wszystkie dane mu przez naturę czy Boga talenty. Chciał ukształtować jego indywidualność na swój obraz i podobieństwo, w lepszej być może wersji. Nie posłał go do szkoły ani gimnazjum, odradzał też studia na uniwersytecie, a wstąpienia do akademii sztuk plastycznych wręcz zabraniał. Aż do matury młodszy Witkiewicz uczył się w domu. Nawiasem mówiąc, dzieci innych przyjezdnych miłośników góralszczyzny na ogół również nie chodziły do szkół elementarnych na Podhalu, gdzie mogłyby poznać małych góralczyków. Zabiegi wychowawcze Witkiewicza ojca Jan Błoński nazwał terrorem pedagogicznym i porównał do zabawy kota z myszą. Są jednak świadectwa przeczące temu twierdzeniu. Młodszy o dwa lata od Stasia Ignacego pisarz i wydawca Michał Gwalbert Pawlikowski w swych pamiętnikach osądzał surowo: „Stary Witkiewicz nie miał żadnych talentów pedagogicznych, a poza sztuką i góralszczyzną nie wyznawał się na niczym […]. Staś miał umysł o wiele starszy od ojca i patrzał na niego ze stanowiska ciekawego obserwatora z pewną pobłażliwą ironią”.

Zakopiańscy górale na nartach w 1935 roku (fot. Polona/Biblioteka Narodowa)

Witkiewicz ojciec oddawał się w Zakopanem głównie rozwijaniu i uwznioślaniu swego drewnianego baroku. Pisał, rysował i obmyślał nowe wzory i rozwiązania architektoniczne. Nie przynosiło to niekiedy złamanego grosza, bo potrafił swe projekty oddawać bogatym miłośnikom Podhala za darmo. Na utrzymanie męża, syna i siebie zarabiała pani Witkiewiczowa, dając lekcje fortepianu i dziergając firanki. Starała się jednocześnie wychowywać, gdy szło o codzienne życiowe sprawy, niełatwego pod tym względem Stasia Ignacego. Trudy te, a przede wszystkim znana w całym Zakopanem jej dwuznaczna pozycja częściowo porzuconej żony sprawiły, że stała się gorzka, chłodna i surowa; między matką a synem pojawił się dystans bliski wrogości. Dopiero po śmierci Stanisława Witkiewicza i zakończeniu Wielkiej Wojny, gdy Witkacy, powróciwszy do Zakopanego, wyzwolił się od psychicznej i artystycznej zależności od ojca, uczuciowe związki między matką a synem odrodziły się i okazały zdumiewająco silne.

Z upływem lat dyskusje trójki przyjaciół stały się dla nich sposobem dojrzewania i zaczęły zmierzać ku słynnym „rozmowom istotnym” Witkacego, służącym zgłębianiu tajemnicy bytu. Staś Ignacy w wieku lat siedemnastu był już, jak później twierdził, zdeklarowanym wyznawcą Czystej Formy w sztuce oraz autorem ambitnego eseju Marzenia improduktywa. Zdradzając wcale głęboką znajomość przedmiotu, ze swobodą poruszał w nim kluczowe problemy filozoficzne epoki, roztrząsając między innymi wpływ kantyzmu na idee Schopenhauera.

Dla Bronia i Leona metafizyczne dziwności świata nie były jednak aż tak pociągające, jak dla Stasia. Spory na temat postaw życiowych i poglądów pogłębiały się, ujawniając zasadnicze pęknięcia, które w przyszłości doprowadziły do faktycznego, choć niecałkowitego zerwania przyjaźni opisanych przez trzy boki trójkąta. Na zawsze pozostała jednak świadomość ich znaczenia i podziw dla dawnych przyjaciół. Witkacy przyznawał: „Mimo że są to wrogowie, szczęśliwy jestem, że z nimi to spędziłem pierwszą młodość, i wiem, ile tym pierwszoklasowym łbom zawdzięczam, wiem, w ilu ciemnych zakamarkach myśli błądziłbym jeszcze, gdyby nie oni”. Malinowski już po wybuchu II wojny światowej i samobójczej śmierci Witkacego zwierzył się Grossowi, że Witkiewicz i Chwistek byli dla niego niemal jak bracia.

Na razie przyszłe gwiazdy polskiej kultury, które miały przynieść chlubę naszej nauce, literaturze i sztuce, więcej łączyło, niż dzieliło. W szczególności wspólne im było nadzwyczajne zainteresowanie życiem seksualnym. Wszyscy trzej przejawiali na tym punkcie pewnego rodzaju obłąkanie, które wcale nie cofało się wraz z wiekiem. Przeciwnie – nienasycenie erotyczne przeszło u całej trójcy nieświętej w stan chroniczny.

Dla Witkacego erotyzm był częścią sztuki i, podobnie jak czysta forma, uniwersalnym sposobem wypełnienia egzystencjalnej próżni. Artysta urzeczywistniał tę ideę z niezachwianym przekonaniem zarówno w swych dramatach oraz powieściach, pełnych treści seksualnych i erotycznej metaforyki, jak i w praktyce, zdobywając niezliczone kobiety, od znanych aktorek, panien z aspiracjami artystycznymi i żon doktorów na wakacjach, po młodsze od niego o dziesiątki lat manikiurzystki.

Nie mniejszym entuzjastą kobiet i życia płciowego oraz „wybitnym Don Juanem” był Chwistek. Wizytę w jego domu, już w latach międzywojennych, wspominał ciepło Boy-Żeleński:

Uderzyła mnie dziwna zmysłowość bijąca z porozwieszanych obrazów: spytałem artysty, czy są to jego ostatnie prace. Ożywił się: wyjął tekę jedną, drugą, trzecią, przesunął przed memi oczami – więcej niż bez obsłonek – cały seraj odurzających piękności. Spojrzałem na Chwistka: oczy jego błyszczały, cała jego twarz miała coś uduchowiono-zwierzęcego. Piękna żona artysty, milczący świadek tej sceny, spoglądała na niego życzliwie.

W przeciwieństwie do przyjaciół, którzy z zapałem oddawali się rozpuście, dla autora Życia seksualnego dzikich seks był nie tylko pasją, lecz także egzystencjalnym problemem, jako jedyna ważna sfera życia, której w pełni nie ogarniał. Podejmowane bez większego powodzenia próby zapanowania nad wybujałym temperamentem i żywiołem płci były dla Malinowskiego powodem frustracji i poczucia winy, przy jego obsesyjno-kompulsywnej konstrukcji psychicznej niekiedy bardzo dotkliwych i skutkujących nastrojami depresyjnymi. Zwłaszcza że jego orientacja seksualna nie była do końca określona i składał się na nią także pewien czynnik homoseksualny.

Ze swych istotnych i mniej istotnych dyskusji adepci wędrownej szkoły pod reglami wynieśli między innymi niezwykłą, wyprzedzającą epokę swobodę mówienia i pisania o seksie. Witkacy w liście do żony, Jadwigi z Unrugów, z którą pozostawał po okresie niesnasek w zażyłych relacjach przyjacielskich, donosił na przykład z Zakopanego o swych postanowieniach: „Kurważ musi być zwiększony. Kurwa co tydzień, jak Flaubert”. Można twierdzić, że Życie seksualne dzikich, wraz ze swym bezpretensjonalnym tytułem, to późny plon erotycznych fascynacji i szczerego do granic ekshibicjonizmu dyskursu o seksie toczonego przez filozofujących nastolatków.

Wściekłe żądze, z którymi musieli radzić sobie wszyscy trzej, wynikały rzecz jasna po części z genów, czynników biologicznych czy, dokładniej, biochemicznych, ale także z kontekstu kulturowego. Zakopane przełomu wieków było nie tylko polskimi Atenami, lecz także domeną Erosa, choć z pewnością nie Sodomą, jak uważali niektórzy ze współczesnych. Bronio, Staś Ignacy oraz Leon, zanim jeszcze zdali maturę, zdążyli zetknąć się z co najmniej czterema wzorami seksualności: dwulicową obyczajowością krakowskiego mieszczaństwa, usankcjonowaną rozpustą kurortów czasów belle époque, pierwotnym seksem górali oraz intencjonalnym rozpasaniem Młodej Polski, której wódz i prorok Przybyszewski głosił bluźniercze credo: „Na początku była chuć”.

Owa chuć, rzec można, nadjechała pociągiem. Wraz ze schyłkiem XIX wieku dobiegał końca pionierski okres Zakopanego. Pierwszy parowóz ciągnący wagony z szutrem dotarł do budującego się dworca w pobliżu zakładu leczniczego doktora Chramca latem 1899 roku. W legendarnych czasach Zakopanego w góry wyprawiali się, prócz gruźlików, głównie arystokraci, uczeni i artyści. Kiedy podróż pociągiem z Krakowa na Podhale zajmowała już tylko sześć godzin, „do Tatr” wyruszyły rzesze ziemian z wszystkich stron Polski, rodziny Dulskich oraz pospólstwo rozmaitej kondycji, reformatorzy, rewolucjoniści, marzyciele, wariaci w sensie klinicznym, pijacy, dziady oraz wszelaka swołocz. Gruźlicy wprawdzie nie dawali za wygraną i nadal licznie przeprowadzali się z Krupowej Równi na Pola Elizejskie. Z cieszącą się nie najlepszą sławą lecznicy doktora Hawranka wynoszono ich ciała nocami, gdy żyjący jeszcze pacjenci grali w karty. Zakopane, stacja klimatyczna od 1888 roku, zaczęło się przeobrażać nawet zimą w pełen życia i występku kurort, oazę rozpusty, pijaństwa i hazardu – uświęcone tradycją belle époque miejsce, w którym obowiązujące tabu i normy moralne zostają zawieszone. W zakładzie leczniczym doktora Chramca, a także w większych pensjonatach, przez cały rok urządzano bale, rauty i reuniony, które stwarzały niezliczone okazje i pokusy erotyczne. Nie mniejszym powodzeniem cieszyły się kąpiele wodne i słoneczne, zwłaszcza nago, oraz zabiegi wodolecznicze, jak pobudzające libido bicze wodne. „Owe noce zabaw i reunionów, noce halnych wiatrów, gdy nikt nie trafiał do swego pokoju, noce igrów i dni leniwych wypoczynków” – wspominał z rozrzewnieniem Malczewski.

Jednak najbardziej nawet wyuzdane reuniony nie mogły się równać z góralskimi weselami:

Goście z nizin porwani wdziękiem towarzyskim i jurnością górali marli ze strachu, widząc, jak na weselach i chrzcinach potrafią się prać, aż nieraz parę trupów zakończy uroczystość. […] Ziemia dudniła od przytupywań stóp obutych w kierpce, w dzikich tańcach uszy puchły od ryku zapijaczonych gardzieli, świat się kolebał i dymił potem i gorzałą. Tęgie łydy dygotały w „drobnym”, furczały ciupagi w „zbójnickim”. Po zapłociach i w cieniu smreków okalających chaty obłapiały się ciała piękne i spalone żądzą. I tak potrafił takowy dur [trwać] przez szereg dni i nocy […] podczas gdy w chałupie odchodziło żarcie, gżenie się i taniec.

Chrześcijańskie nauki padały tu na wyjątkowo jałową glebę. Osobliwości życia rodzinnego i seksualnego górali zdumiewały już pierwszych badaczy Podhala. Autor najstarszej pracy etnograficznej o ludności tych stron, Ludwik Kamieński, stwierdził na przykład z zaciekawieniem, że: „U górali dziewka w wyborze męża ma słowo i podług jej woli tego lub innego obrać sobie może”.

Kilkunastoletni chłopcy i dziewczyny, choć podlegali władzy rodzicielskiej, mieli całkowitą niemal swobodę w kontaktach z rówieśnikami, w tym wolność nieskrępowanego życia seksualnego przy akceptacji lub przynajmniej braku potępienia środowiska wiejskiego. Zresztą całe lato młodzież spędzała na halach poza wszelkim nadzorem. Inny XIX-wieczny etnograf Żegota Pauli potwierdzał, że rozwiązłość jest wielka, i obwiniał za to ostre górskie powietrze. Wolność płciowa dziewcząt kończyła się jednak z chwilą wyjścia góralki za mąż. Wieśniaczki z Podhala uważano za gospodarne i wierne żony. Rzecz jasna zdarzały się wyjątki. Niektóre młode mężatki romansowały z juhasami i zaopatrywały ich w jedzenie oraz, szczególnie cenione, koszule i gatki. Zdarzył się nawet gorszący przypadek, że nowo poślubiona żona, chcąc bez przeszkód spotykać się z kochankiem, zamknęła swego poczciwego gazdę w komorze i w dodatku go głodziła. Nieślubne dzieci, które w innych okolicach były wykluczane ze środowiska, na Podhalu traktowano pobłażliwe i nie uważano ich za przeszkodę w zawarciu małżeństwa. Przeciwnie, uchodziły nawet za rodzaj posagu.

Bronka Malinowskiego nic nie obchodziły zachwycające miłośników góralszczyzny hafty na koszulach, rzeźbione łyżniki i figury świętych czy gadki Sabały, chrzestnego ojca Stasia Witkiewicza. Udręczony piekielnymi żądzami, podobnie jak jego koledzy intelektualiści, nie mógł nie zazdrościć wolności, którą cieszyli się ich prości rówieśnicy z Zakopanego. Jak opisywał Kamieński: „Noc to dopiero prawdziwa uciecha dla młodzi góralskiej – każden niemal wyrostek kochankę posiada, a schodzą się po nocach, najczęściej to się dzieje, iż razem spać się kładą. Nie mają sobie za występek każący moralność i obyczajność, ale przeciwnie, dziewka widziałaby się shańbioną, jeśliby kochanka nie miała”.

Bolesna, zwłaszcza dla dojrzewającego młodzieńca, różnica między cielesnymi uciechami młodzieży podhalańskiej a pełną hipokryzji i opresji seksualnością cywilizowanych mieszkańców Galicji stała się prawdopodobnie jednym z motywów podjęcia przez doktora Malinowskiego pionierskich badań właśnie nad życiem seksualnym dzikich. Naukowiec z Krakowa wiedział lepiej od swych brytyjskich kolegów, czego może się spodziewać na Trobriandach. Liczył też słusznie, że uda mu się zagłębić w istotę innych frapujących go osobiście instytucji i zjawisk, które w kulturze góralskiej przedstawiały się odmiennie niż u ludzi „dólskich” – pokrewieństwa o pewnych cechach matrylinearnych, ojcostwa biologicznego i społecznego, pozycji kobiet i dzieci w rodzinie.

Grzegorz Łyś „Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie”
tłumaczenie:
wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 544

Opis: Znakomity antropolog, pełen pasji podróżnik i socjolog. Autor pionierskiej pracy „Życie seksualne dzikich”. Słynny Lord Nevermore z „622 upadków Bunga” Stanisława Ignacego Witkacego. Uwielbiany przez słuchaczy wykładowca i nauczyciel. Twórca teorii funkcjonalnej i jeden z pionierów badań terenowych. Jaki naprawdę był Bronisław Malinowski? Błyskotliwa, napisana z werwą i reporterskim zacięciem, biografia przedstawia koleje życia wielkiego naukowca: od dzieciństwa w młodopolskim Krakowie, przez burzliwa młodość spędzoną w towarzystwie Leona Chwistka i Witkacego w Zakopanem oraz wielką wyprawę badawczą na Nową Gwinee i Trobriandy – po przełomową dla rozwoju antropologii pracę naukową i międzynarodową sławę. Grzegorz Łyś odkrywa przed czytelnikami mało znane szczegóły barwnego życia Malinowskiego, osobowości niebywale twórczej i złożonej, fascynującej, ale i kontrowersyjnej – autora dziennika, którego opublikowanie spowodowało w swoim czasie prawdziwy skandal.

Tematy: , , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek