banner ad

Jak rodził się Zielony Balonik ? fragment „Historii polskiego kabaretu” Izoldy Kiec

20 października 2014

historia-polskiego-kabaretu
Opublikowana przez Wydawnictwo Poznańskie książka Izoldy Kiec to pierwsza, bogato ilustrowana zdjęciami archiwalnymi „biografia polskiego kabaretu”. Poniżej możecie przeczytać jej fragment, opisujący, jak w cukierni Apolinarego J. Michalika rodził się legendarny kabaret literacki Zielony Balonik. Książka ukazała się pod patronatem Booklips.pl.

A jednak ? na początku był Kraków, Boy i Zielony Balonik. Choć wtajemniczeni wiedzą, że tak naprawdę na początku była Cukiernia Lwowska Jana Michalika ? usytuowana tuż za Bramą Floriańską, w pobliżu Akademii Sztuk Pięknych. Są co prawda tacy, którzy twierdzą, że właściciel lokalu nie bardzo rozumiał przesiadujących tu godzinami malarzy, ale jak ktoś, kto nadawał poetyckie imiona produkowanym przez siebie ciastkom (na przykład Carmen, Goplana, Marzenie albo Flirt), mógł być pozbawiony artystycznej duszy? Trudno uwierzyć. Może po prostu częściej zwyciężał w nim duch przedsiębiorcy? Jan Apolinary bowiem w gardzącym reklamą Krakowie pierwszy wprowadził (u progu nowego, XX stulecia) afisze promujące ciastka, zamienił swojskich ?chłopców? na prawdziwych kelnerów i wbrew pośmiertnej sławie ?mecenasa? oraz ?opiekuna? wcale nie dokarmiał głodnych cyganów i nie sprzedawał niczego ?na kreskę?. A kiedy po zakończeniu inauguracyjnego sezonu Zielonego Balonika zauważył, że są w rachunkach jakieś drobne pozycje kredytowe, rozesłał gwiazdom kabaretu, które rozsławiły jego cukiernię na cały Kraków, ba, całą Polskę, wezwania do zapłaty! Wreszcie jednak zaakceptował artystyczną brać panoszącą się w jego cukierni, ?po latach ? jak wspominał Tadeusz Żeleński ? podpiwszy raz sobie trochę (bo i pić nauczyli go w końcu ci rozpustnicy), ściskał nam dłonie z rozczuleniem, mówiąc: >Panowie zrobili ze mnie człowieka

Pierwszą zatem kolizję odnotowano już na samym początku znajomości. Oto bowiem niepokorni adepci malarskiej sztuki, opuszczając mury Akademii, przesiadywali w Cukierni Michalika (która wkrótce zyskała nieoficjalną nazwę Michalikowej Jamy), gdzie tworzyli przeciwwagę dla monumentalnej Matejkowskiej tradycji szkoły krakowskiej: poprzez satyryczny rysunek, karykaturę, parodię. Karol Frycz, Kazimierz Sichulski, Witold Wojtkiewicz, Henryk Szczygliński, Stanisław Kuczborski ? to tylko niektórzy ze stałych bywalców Jamy i osławionego ?stolika malarskiego?. Oprócz studentów miejscowej Akademii widywano tu młodych redaktorów ?Czasu? ? Witolda Noskowskiego i Stanisława Sierosławskiego, właściciela zakładu litograficznego Zenona Pruszyńskiego (najwierniejszego z wiernych, który już po likwidacji Balonika i tak codziennie przesiadywał w Jamie, o stałej godzinie spotkań, ot tak, dla utrzymania tradycji), prawnika, przyszłego wziętego adwokata Tadeusza Zakrzewskiego, wreszcie ? Edwarda Żeleńskiego, brata Tadeusza, urzędnika bankowego, w głębi duszy ? wrażliwego artystę.

Pokoik za sklepem był ciasny i dość ponury, weseli artyści długo starali się o zgodę właściciela, by przemalować i ozdobić freskami jego ściany. Trudne były negocjacje z Michalikiem, który obawiał się profanacji swej firmy. I słusznie może? Bo gdy w końcu się zgodził, natychmiast Alfons Karpiński zrealizował pomysł, który nie mieścił się w głowie mieszczańskiego przedsiębiorcy! Na obrazie, przedstawiającym dyskutowane wówczas powszechnie odkrycie bieguna północnego, o które spierali się Fryderyk Cook i Edwin Peary, namalował podróżnika, który dotarł do celu, ze zdziwieniem odnajdując tu? resztki cudzego śniadania. Wśród namalowanych pozostałości jedzenia znalazła się także przyklejona do płótna prawdziwa skorupka od jajka.

historia-polskiego-kabaretu-rys1

Przykładowe strony z książki „Historia polskiego kabaretu” Izoldy Kiec.

Na drugi dzień artysta, który robił obraz, widzi, że skorupki nie ma ? relacjonuje Boy. ? Myśląc, że odpadła, przykleja nową. Skorupka znowu znika. Zaintrygowany malarz pyta kelnera, co to znaczy: dowiaduje się, że pan gospodarz kazał zdjąć skorupkę. Idzie do Michalika. ?Tak, ja kazałem zdjąć ? odpowiada Michalik chłodno ? bo w moim lokalu nie mogą się walać skorupki od jajka?. Artysta próbuje obrócić to w żart, ale widzi, że to bardzo serio. Z kolei on wpada w irytację. ?To ja zabieram obraz?. ? ?Może pan zabrać obraz, ale w moim lokalu skorupki od jajka nie będzie?. ? ?To my się wszyscy wyniesiemy od pana?. ? ?Mogą się panowie wynieść, ale u mnie skorupki od jajka nie będzie?. Było to tak zabawne, że w końcu malarz parsknął śmiechem i zrezygnował ze skorupki. Tłumaczyliśmy to sobie tym, że za młodu biedny Jaś tyle musiał się nabrać w cukierni po karku za każdą walającą się skorupkę od jajka, że wytworzył się w nim ?kompleks skorupki?.

Warto przy okazji przytoczyć jeszcze jedną zabawną anegdotę dowodzącą stałości przekonań wybitnego cukiernika. Oto bowiem, nie mogąc pomieścić wszystkich gości w ciasnej klitce za barem, Michalik zdecydował się na otwarcie nowej, większej sali, której wystrój powierzył Fryczowi i Franciszkowi Mączyńskiemu, ci zaś zamówili u Sichulskiego wielkie panneau, będące parafrazą Sądu Ostatecznego Michała Anioła z twórcami i uczestnikami zielonobalonikowych spotkań w roli głównej. Nie podejrzewając, że obraz ów powtórzy w jakimś sensie historię oryginału! Ponownie zatem głos zabiera Boy:

Mianowicie, nagie a dosadnie malowane postacie obudziły takie zgorszenie w stałym gościu cukierni, emerytowanym austriackim generale, że nie dopił rannej kawy, splunął i opuścił lokal. Można sobie wyobrazić, jakie to uczyniło wrażenie. Generał nie pił kawy, generał splunął!… Skonsternowani chłopcy donieśli o tym Michalikowi; przybiegł, zaperzony, i oświadczył, że wyrzuci obraz na podwórze, o ile artysta nie pozasłania bodaj najdrażliwszych szczegółów. I tak samo jak Michał Anioł, Sichula musiał dorobić kąpielowe majtki wszystkim, począwszy od niżej podpisanego, który wraz z Nosem [Witoldem Noskowskim ? I.K.] i Teofilem [Trzcińskim ? I.K.] znajduje się w centrum obrazu. Szkoda mi dróbek [Ferdynanda ? I.K.] Hoesicka, które były potraktowane przez artystę z łagodnym humorem.

Wracając do początku: wystarczyła iskra, by ten młodzieńczy śmiech zabrzmiał w całym kraju, wywołując epidemię cabaretiasis. Iskrę tę prosto z Paryża przywlókł do Krakowa Jan August Kisielewski, dramaturg i jeden z pierwszych teoretyków nowej sztuki rodem z Montmartre?u (w 1904 roku zamieścił w ?Wędrowcu? słynny Panmusaion, projekt kabaretu, zrywającego z akademickimi normami sztuki, a ustanawiającego Niezależną Scenę Młodych). To po zainicjowanych przez niego wśród stałych już bywalców Jamy burzliwych, nocnych obradach ?programowych?, które odbyły się późną jesienią 1905 roku, postanowiono powołać do istnienia kabaret. Nazwa znalazła się ponoć sama ? bo gdy nad ranem towarzystwo opuszczało lokal, natknęło się na chłopca sprzedającego baloniki ? zielone jak nadzieje i jak nastroje przyszłych szansonistów, tancerzy i kawalarzy. Kisielewskiemu przypadła zaszczytna rola pierwszego konferansjera Zielonego Balonika. Choć już od drugiego wieczoru ? z powodu niedyspozycji Jana Augusta ? głową spotkań okrzyknięto redaktora ?Czasu? Stanisława Sierosławskiego, popularnego Stasinka, niegdyś terminującego w towarzystwie smutnego krakowskiego szatana, Stacha Przybyszewskiego, a przez zielonobalonikowych przyjaciół postrzeganego jako przezabawna mieszanina grymasu krakowskiej celebry z podbitym okiem ulicznika. ?Stasinek stale miał na estradzie frak, ale zawsze ten frak robił wrażenie, że go od trzech dni nie zdejmował. Coś niby Stanisław Tarnowski, który by się przespał w rurze wodociągowej? (Boy).

historia-polskiego-kabaretu-rys2

Przykładowe strony z książki „Historia polskiego kabaretu” Izoldy Kiec.

Kontynuując tradycję Czarnego Kota, nadano Zielonemu Balonikowi charakter elitarnego klubu malarzy, poetów, ludzi teatru, dziennikarzy, filozofów oraz ich satelitów, w którym nie było podziału na scenę i widownię, w którym najważniejszym elementem występu była improwizacja, w którym część artystyczna przeplatała się z częścią ? nazwijmy ją ? towarzyską. Dominowały parodie malarskie (głównie Frycza, Sichulskiego i Kaspra Żelechowskiego) oraz teatralne (w których celował młodziutki Julian Maluszek, już niebawem znany jako Juliusz Osterwa , popularny amant polskiego teatru, a także charyzmatyczny twórca Reduty); piosenki wzorowane na francuskich chansones, wykonywane przez gimnazjalistę Leona Schillera, wkrótce wybitnego reformatora rodzimych scen dramatycznych; wreszcie ? okolicznościowe pieśni improwizowane przez Witolda Noskowskiego, redaktora ?Czasu?, recenzenta teatralnego, melomana i wirtuoza amatora ? jak określa go Żeleński (Boy). Olbrzymia sylwetka Nosa pochylonego nad klawiaturą fortepianu widnieje na słynnych zaproszeniach Zielonego Balonika; autor Słówek przewrotnie charakteryzował go w jednej z piosenek (?jedzie Nos do Marienbadu, wiezie cztery morgi zadu?), a po latach zadedykował mu jedno ze swych krakowskich wspomnień: ?Kochanemu Tolowi Noskowskiemu?… Najpiękniejszy jednak portret nadwornego kompozytora i akompaniatora krakowskiej Michalikowej cyganerii zawierają opowieści Adama Grzymały-Siedleckiego:

Tylko człowiek o tak niespożytych siłach fizycznych i takiej wytrzymałości nerwowej mógł w zadymionym, dusznym, oparami alkoholowymi nasyconym pokoju przez trzy albo cztery godziny uzupełniać muzycznie wszystkie ostrości dowcipu, którymi nasycały się zielonobalonikowe słówka. Na jednym (a czy nie na kilku?) zaproszeniach Frycz czy Sichulski skarykaturował go, opaślucha oblanego obfitymi kroplami potu i pracującego przy pianinie. Ale trzeba go było widzieć, gdy po ostatnim akordzie wstawał uszczęśliwiony i radosnymi oczami powiadamiał zebranych: ?A co, czy nie arcydzieło?? To były jego zasługi na theatrum, na u c z t a c h sobotnich, ale ileż jego pomysłowości, ile jego humoru wsiąkło w przygotowywanie ?repertuaru?[?]. Cztery morgi zadu i odpowiednią ilość morgów reszty swego organizmu przesycił jak najszczęśliwszą miksturą temperament owego humoru z intelektualną cienkością dowcipu. Jąkaniem upośledzona jego mowa niemal że pomocą mu się stawała, ilekroć w słuchacza chciał strzelić jakimś prześwietnym powiedzeniem; przez trudy dykcji dowcip Nosa jakby obrastał w wagę. Nie na próżno tkwił w nim niedoszły aktor ? nawet jąkanie nie przeszkadzało mu w majsterstwie podawania pointy. Tymi to umiejętnościami uzupełniał niebywałe swoje obdarowania humoru, a całym sobą, zawsze świetnym swym usposobieniem wysłoneczniał atmosferę owych wspólnych narad wesołkowych nad tematami najbliższej soboty.

Te wspólne narady rozpoczęły się jednak dopiero wówczas, gdy Zielony Balonik z inicjatywy malarskiej przeistoczył się w kabaret literacki, to znaczy kiedy dołączył do grona artystów brat Edwarda Żeleńskiego, Tadeusz, dotąd lekarz, biedzący się nad rozprawą naukową, ale już zarażony kabaretowym bakcylem (gdyż na początku XX wieku, przebywając w Paryżu, miał okazję zaznajomić się blisko i zachwycić kabaretami Montmartre?u).
(…)

historia-polskiego-kabaretuIzolda Kiec „Historia polskiego kabaretu”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Liczba stron: 432

Opis: Pierwsza biografia polskiego kabaretu! Autorka przedstawia twórców kabaretu, prezentuje zmiany, jakie dokonują się w nim i przez Wielką Reformę prowadzi ku jego nowym formom. Jest to historia śmiechu, żartu i ironii, przedstawiona jak opowieść podsłuchana w jednej z zadymionych i ciasnych kawiarni. Rozpoczyna się od ciastek o dźwięcznych imionach Carmen i Flirt, ?kompleksu skorupki? i pewnego balonika. Dalej jest tylko ciekawiej, a zabawne anegdoty sprawiają, że humor książki staje się najlepszym towarzyszem kabaretowych spektakli. Jest to bowiem historia pełna uroku, ciepła i wspomnień. Izolda Kiec w sposób finezyjny pisze o jednej z najpopularniejszych form rozrywki bo, jak mówi Władysław Sikora ?Sztuka kabaretowa, to sztuka uwodzenia publiczności?.

Tagi: , , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek