Humorystyczna strona Stephena Kinga. Fragment opowiadania „Pijackie fajerwerki” ze zbioru „Bazar złych snów”

10 listopada 2015

bazar-zlych-snow-fragment
Choć Stephen King znany jest głównie jako autor literatury grozy, prywatnie uchodzi za osobę o wielkim poczuciu humoru. Jak sam przyznaje, dostrzega komizm prawie we wszystkim, stara się więc przemycać go też do swojej twórczości. W opublikowanym 5 listopada najnowszym zbiorze opowiadań pisarza, „Bazar złych snów”, najlepszym tego przykładem jest utwór „Pijackie fajerwerki”, którego obszerny fragment publikujemy poniżej.

PIJACKIE FAJERWERKI

Zeznanie Aldena McCauslanda
Policja hrabstwa Castle
Zeznanie przyjął komendant Andrew Clutterbuck
Obecna na przesłuchaniu także posterunkowa Ardelle Benoit, która dokonała zatrzymania
11.15?13.20
5 lipca 2015

Tak, można powiedzieć, żeśmy z mamą po śmierci taty dużo pili i wałkonili się na kempingu. To nie jest zabronione, co? Znaczy, gdy tylko człowiek potem nie siada za kółkiem, a myśmy tak nie robili. I mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby się obijać, bo wtedy byliśmy już, że tak powiem, bogatymi próżniakami. Kto by się spodziewał. Przecież tata całe życie był stolarzem. Mawiał o sobie, że jest ?stolarzem wykwalifikowanym?, a mama zawsze dodawała ?bardziej pijanym niż wykwalifikowanym?. Taki żart.

Mama pracowała w kwiaciarni Royce?a na Castle Street, ale cały etat miała tylko w listopadzie i grudniu ? wieńce świąteczne, pogrzebowe zresztą też, to była jej specjalność. Wiecie, dla taty też zrobiła wieniec. Zawiązała na nim żółtą wstążkę z napisem OD TYCH, KTÓRZY CIĘ UMIŁOWALI. Prawie jak z Biblii, nie? Ludzie płakali, kiedy to zobaczyli, nawet ci, którym tata wisiał pieniądze.

Po szkole średniej zacząłem pracować w warsztacie Sonny?ego. Wyważałem koła, wymieniałem olej, łatałem opony. Dawniej tankowałem też paliwo, ale teraz oczywiście jest samoobsługa. No i trochę handlowałem trawą, nie ma co ukrywać. Dawno przestałem, więc za to mnie nie posadzicie, ale w latach osiemdziesiątych to był dobry interes, zwłaszcza w tych stronach. Wymiana z ręki do ręki, klient daje kasę i dostaje towar. Zawsze miałem za co wyjść na miasto w piątek i sobotę wieczorem. Lubię towarzystwo pań, ale od ołtarza trzymam się z dala, przynajmniej na razie. Jeśli o czymś marzę, to chyba tylko, żeby zobaczyć Wielki Kanion i być, jak to się mówi, dożywotnim kawalerem. Wtedy mniej jest problemów. Poza tym, muszę mieć oko na mamę. Wiecie, jak to mówią, najlepszym przyjacielem chłopca jest jego?

Przejdę do rzeczy, Ardelle, ale jeśli naprawdę tak ci na tym zależy, to daj mi mówić po swojemu. Kto jak kto, ale ty powinnaś rozumieć, że człowiek chce wyłożyć wszystko od początku do końca. Jakeśmy razem do szkoły chodzili, gęba ci się nie zamykała. Język lata jak łopata, mawiała pani Fitch. Pamiętasz ją? W czwartej klasie. Ale z niej był numer! Pamiętasz, jakeś jej gumę do buta włożyła? Ha!

O czym to ja? Kemping, tak? Nad jeziorem Abenaki.

To nic nadzwyczajnego, trzypokojowy domek, kawałek plaży i stara przystań. Tata kupił go zdaje się w dziewięćdziesiątym pierwszym, kiedy wpadła mu mała premia za jakąś robotę. Na pierwszą ratę nie wystarczyła, ale dołożyłem zyski z moich ziółek i było git. Dość tam obskurnie, przyznaję. Mama nazwała to miejsce Wylęgarnią Komarów i nigdy nie zrobiliśmy remontu, ale tata spłacał raty dość regularnie. Kiedy z jakąś zalegał, dorzucaliśmy się z mamą. Marudziła, że musi wydawać to, co zarobi na kwiatach, ale nie żeby tak na poważnie; od początku lubiła tam jeździć, mimo robali, przeciekającego dachu i całej reszty. Siadaliśmy na tarasie, robiliśmy sobie piknik i patrzyliśmy, jak życie się toczy. Już wtedy nie odmawiała poczęstunku sześciopakiem czy kawową brandy, chociaż w tamtych czasach piła raczej tylko w weekendy.

Domek spłaciliśmy na przełomie wieków i co w tym dziwnego? Stoi na brzegu od strony miasta ? zachodnim ? a oboje wiecie, jak tam jest, płytka woda, trzciny, krzaki i nic więcej. Wschodni brzeg jest ładniejszy, z dużymi domami, takimi, co to letnicy koniecznie muszą je mieć; wyobrażam sobie, że kiedy patrzyli na nasze slumsy po drugiej stronie jeziora, same chałupy, domki letniskowe i przyczepy mieszkalne, mówili między sobą, jakie to przykre, że tubylcy muszą żyć w takich warunkach, bez kortu tenisowego i w ogóle. Mogli sobie myśleć, co chcieli. Nam było dobrze. Tata łowił ryby z przystani, mama smażyła wszystko, co złapał, na opalanej drewnem kuchni, a po dwa tysiące pierwszym (może drugim) mieliśmy już wodę bieżącą i nie musieliśmy po nocy latać do wychodka. Mówię, było dobrze.

Myśleliśmy, że gdy już chałupę spłacimy, będzie trochę pieniędzy na remont, ale ni cholery; aż się dziwiliśmy dlaczego, bo przecież w tamtych czasach banki dawały pożyczki prawie każdemu, kto chciał coś budować, a tata miał stałą pracę. Kiedy umarł na zawał przy robocie w Harlow, to było w dwa tysiące drugim, baliśmy się z mamą, że jesteśmy spłukani.

? Nic to, jakoś se poradzimy ? powiedziała ? a jeśli przepuścił tę forsę na dziwki, nie chcę tego wiedzieć. ? Stwierdziła jednak, że będziemy musieli sprzedać domek nad Abenaki, jeśli tylko znajdziemy kogoś na tyle stukniętego, że zechce go kupić.

? Zaczniemy go pokazywać ludziom na wiosnę ? wymyśliła sprytnie ? zanim się meszki wylęgną. Pasuje ci, Alden?

Powiedziałem, że tak, i nawet próbowałem chałupę nieco ogarnąć. Zdążyłem wymienić gont i najbardziej przegniłe deski na tarasie, kiedy pierwszy raz uśmiechnęło się do nas szczęście.

Mama odebrała telefon z firmy ubezpieczeniowej z Portlandu i dowiedziała się, dlaczego nie mieliśmy pieniędzy na dodatkowe wydatki nawet po spłaceniu domku i hektara ziemi, na którym stał. Tata nie chodził na dziwki; wszystko, co zaoszczędził, włożył w ubezpieczenie na życie. Może miał ten, no, jak to się nazywa, przeczucie. Dziwniejsze rzeczy są na świecie: deszcze żab, dwugłowy kot, co go widziałem na jarmarku hrabstwa Castle ? potem miałem koszmary ? czy ten potwór z Loch Ness. W każdym razie siedemdziesiąt pięć tysięcy dolarów spadło nam z nieba i wylądowało na naszym koncie w Key Bank.

To był Uśmiech Losu Numer Jeden. Dwa lata po tym telefonie, prawie co do dnia, nastąpił Uśmiech Losu Numer Dwa. Mama miała w zwyczaju raz w tygodniu po zakupach w SuperShopie Normiego kupować zdrapkę za pięć dolarów. Robiła to długie lata i nigdy nie wygrała więcej niż dwadzieścia dolarów. Aż tu nagle pewnego dnia w dwa tysiące czwartym trafiło jej się 27 na górze i 27 na dole w zdrapce Big Maine Millions i, Chryste Panie na rydwanie, zobaczyła, że taka para warta jest dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

? Myślałam, że się posikam ? powiedziała. Powiesili jej zdjęcie w witrynie SuperShopu. Może to pamiętacie, było tam ze dwa miesiące. Co najmniej.

Okrągłe ćwierć bańki! To znaczy, po opłaceniu podatków jakieś sto dwadzieścia tysięcy, ale mimo wszystko. Włożyliśmy to w Sunny Oil, bo mama mówiła, że ropa zawsze będzie dobrą inwestycją, przynajmniej dopóki się nie wyczerpie, a tego to my nie dożyjemy. Nie mogłem się z nią nie zgodzić i rzeczywiście dobrze na tym wyszliśmy. To były złote lata giełdy, jak pewnie pamiętacie, i wtedy zaczęło się dla nas życie jak w Madrycie.

W tamtym czasie zaczęliśmy też ostro tankować. Czasem w domu w mieście, ale rzadko. Sami wiecie, jak sąsiedzi lubią plotkować. Naprawdę poszliśmy w ciąg, dopiero kiedy już prawie na stałe przenieśliśmy się do Wylęgarni Komarów. Mama odeszła z kwiaciarni w dwa tysiące dziewiątym, ja jakiś rok później powiedziałem ?pa, pa? łataniu opon i wymienianiu tłumików. Potem właściwie nie mieliśmy już po co siedzieć w mieście, przynajmniej dopóki było ciepło; nad jeziorem nie mamy pieca, rozumiecie. W dwa tysiące dwunastym, kiedy zaczęły się nasze przejścia z tymi makaroniarzami z drugiego brzegu, przyjeżdżaliśmy do domku pod koniec maja i zostawaliśmy gdzieś tak do Święta Dziękczynienia.

Mama trochę przybrała na wadze ? jakieś siedemdziesiąt kilo ? chyba przez kawową brandy, nie bez powodu nazywają ją sadłem w butelce. Stwierdziła jednak, że i tak nigdy nie była typem Miss Ameryki czy nawet Miss Maine. ?Jestem z tych dziewczyn, co to zimą grzeją, a latem ocieniają?, mawiała. Doktor Stone odpowiadał jej na to, przynajmniej dopóki nie przestała do niego chodzić, że jeśli nie odstawi Allen?s, będzie z tych dziewczyn, co to młodo umierają.

? Sama się prosisz o atak serca, Hallie ? powiedział. ? Albo marskość wątroby. Już masz cukrzycę typu drugiego, to ci nie wystarczy? Wytłumaczę ci w prostych słowach, co powinnaś zrobić. Po pierwsze, przestać pić, po drugie, zapisać się do AA.

? Ojeju! ? powiedziała mama, kiedy wróciła. ? Po takiej burze muszę się napić. Co ty na to, Alden?

Powiedziałem, że chętnie, więc wyszliśmy z krzesłami na koniec przystani, jak to często robiliśmy, i zalaliśmy się w pestkę, oglądając zachód słońca. Dobrze nam tam było, lepiej niż wielu. Zresztą, każdy musi od czegoś umrzeć, nie? Lekarze o tym zapominają, ale mama zawsze to wiedziała.

? Ten makrobiotyczny sukinkot pewnie ma rację ? stwierdziła, kiedy wracaliśmy wężykiem do domku; późnym wieczorem, koło dziesiątej i oboje byliśmy pieruńsko pokąsani, chociaż wysmarowaliśmy się Deetem. ? Ale przynajmniej odchodząc będę wiedziała, że żyłam. No i nie palę, a to przecie szkodzi najbardziej, każdy to wie. Dzięki temu może jeszcze trochę pociągnę, ale co będzie z tobą, Alden? Co poczniesz, jak umrę i pieniądze się skończą?

? Nie wiem, ale bardzo chciałbym zobaczyć Wielki Kanion.

Zaśmiała się i dała mi sójkę w bok.

? Moja krew. Z takim podejściem nigdy nie dostaniesz wrzodów. A teraz chodźmy się przespać. ? I tak zrobiliśmy. Obudziliśmy się koło dziesiątej, a koło południa zaczęliśmy leczyć kaca Muddy Rudderami. Nie martwiłem się o mamę tak bardzo, jak pan doktor; myślałem sobie, że za dobrze się bawi, żeby umrzeć. No i traf chciał, że przeżyła doktora Stone?a. Pijany kierowca zabił go pewnej nocy na Pigeon Bridge. Można powiedzieć, że to ironia losu, tragedia albo że po prostu takie jest życie. Nie wiem, nie jestem filozofem. Dobrze choć, że nie wiózł swojej rodziny. I mam nadzieję, że regularnie opłacał ubezpieczenie.

No dobra, to jest tło sytuacji. Teraz przejdziemy do sedna.

Rodzina Massimo. I ta, za przeproszeniem, pierdolona trąbka.

Nazywam to Wyścigiem Zbrojeń na Święto Niepodległości. Na poważnie rozkręcił się w dwa tysiące trzynastym, ale tak naprawdę zaczął się rok wcześniej. Rodzina Massimo miała dom dokładnie naprzeciwko nas, duży, biały, z filarami i trawnikiem sięgającym do plaży, która była czyściutka, piaszczysta, nie kamienista jak nasza. W środku pewnie z tuzin pokojów. Może nawet dwadzieścia parę, jeśli liczyć domek gościnny. Swoją działkę nazwali Obóz Dwanaście Sosen, bo dookoła głównego domu rosły sosny, prawie jak ogrodzenie.

Obóz! Boziu drogi, toż to była prawdziwa posiadłość. I owszem, mieli kort tenisowy. Oprócz tego siatkę do badmintona i, z boku, kołek do rzutu podkową. Przyjeżdżali pod koniec czerwca, zostawali do początku września, a potem zamykali chatę na cztery spusty. Taki wielki dom, a dziewięć miesięcy w roku stał pusty. Wierzyć się nie chciało. Mama się jednak nie dziwiła. Stwierdziła, że my jesteśmy ?bogaci z przypadku?, ale ci Massimo to prawdziwi bogacze.

? Tylko że ich pieniądze są brudne ? powiedziała ? i nie mówię tu o jakimś małym poletku marychy. Wszyscy wiedzą, że Paul Massimo ma POWIĄZANIA. ? Zawsze tak to mówiła, wielkimi literami.

Pieniądze podobno pochodziły z Massimo Construction. Sprawdziłem tę firmę w Internecie, wyglądała na legalną, ale prowadzili ją Włosi, a siedzibę miała w Providence w Rhode Island. Jesteście gliny, więc resztę możecie sobie dopowiedzieć sami. Jak mawia mama, kiedy dodać dwa do dwóch, nigdy nie wyjdzie pięć.

Po przyjeździe Massimo wszystkie pokoje w dużym białym domu były zajęte, tyle powiem. Te w ?domku gościnnym? też. Mama patrzyła na drugi brzeg, wznosiła za nich toasty swoim Sombrero czy Muddy Rudderem i mówiła, że namnożyło się tych Massimo jak mrówków.

Potrafili się bawić, co prawda, to prawda. Urządzali grille, ganiali się z pistoletami na wodę, młodzi śmigali na skuterach wodnych ? mieli ich chyba z pół tuzina, w tak jaskrawych kolorach, że oczy bolały patrzeć. Wieczorami grali w futbol, zwykle było ich tylu, że mogli wystawić dwie drużyny po jedenastu, a kiedy robiło się za ciemno, żeby widzieć piłkę, śpiewali. Po tym, jak wywrzaskiwali te swoje piosenki, często po włosku, znać było, że sami lubili walnąć głębszego lub trzy.

Jeden miał trąbkę i przygrywał na niej, ot, takie ła ła ła, że oczy łzawiły.

? Dizzy Gillespie to on nie jest ? powiedziała kiedyś mama. ? Ktoś powinien zamoczyć tę trąbkę w oliwie i wsadzić mu w dupę. Mógłby wypierdzieć ?God Bless America?.

Koło jedenastej chłopak grał capstrzyk i impreza się kończyła. Nie wiem, czy któryś z sąsiadów protestowałby, nawet gdyby śpiewy i trąbienie trwały do trzeciej nad ranem; było nie było, wszyscy na naszym brzegu jeziora mieli Paula Massimo za takiego prawdziwego Tony?ego Soprano.

W Święto Niepodległości tego roku ? mowa o dwa tysiące dwunastym ? miałem trochę zimnych ogni, dwie?trzy paczki fajerwerków Black Cat i parę petard. Kupiłem to wszystko w Cheery Flea Mart Johnny?ego Andersona przy drodze do Oxford. I to nie tak, że na niego kabluję. Bo wiem, że nie jesteście głupi. Kurczę, wszyscy wiedzieli, że w Cheery Flea można dostać fajerwerki. Ale Johnny sprzedawał tylko małe, bo wtedy wszelka pirotechnika była zakazana.

W każdym razie Massimo latali po brzegu jeziora, grali w futbol i tenisa, szczypali jeden drugiego w tyłek, młodsze dzieci pluskały się na płyciźnie, starsze skakały z pomostu do wody. My z mamą siedzieliśmy na krzesłach ogrodowych na końcu naszej przystani, wszystko było cacy, cały patriotyczny ekwipunek leżał koło nas. O zachodzie słońca dałem jej zimny ogień, zapaliłem go, a potem odpaliłem od niego swój. Machaliśmy nimi w zapadającym zmroku i dzieciarnia zza jeziora zaraz je zobaczyła i w krzyk, że też takie chcą. No to dwaj starsi synowie Massimo rozdali każdemu po jednym i wszyscy machali nimi do nas. Ich zimne ognie były większe i paliły się dłużej niż nasze; główki miały nasączone jakimś związkiem chemicznym, dzięki któremu leciały z nich różnokolorowe iskry, nie tylko żółtobiałe jak z naszych.

pijackie-fajerwerki

Makaroniarz z trąbką zadął w nią ? łaa-łaa ? jakby chciał powiedzieć: ?Patrzta, jak wyglądają prawdziwe zimne ognie?.

? To nic. ? Mama podjęła wyzwanie. ? Może i mają większe zimne ognie, ale odpalmy parę black catów, zobaczymy, jak im się spodoba.

Zapalaliśmy je jeden po drugim i rzucaliśmy nad jezioro. Dzieciaki z Dwunastu Sosen zobaczyły to i znowu w krzyk. Więc kilku Massimo poszło do domu i zaraz przytachali pudło. Było pełne fajerwerków. Starsze dzieciaki zaczęły je odpalać paczka po paczce. Mieli tych paczek ze dwieście, waliły seriami jak z karabinu maszynowego. Nasze się nie umywały.

Łaaa-łaaa, zagrała trąbka, jakby mówiąc: ?Słabo się staracie?.

? No żeż chorobcia ? powiedziała mama. ? Daj no jedną z tych petard, co je trzymasz na koniec, Alden.

? Dobrze ? ja na to ? tylko ostrożnie, mama. Masz trochę w czubie, a chyba nie chcesz się rano bez palców obudzić.

? Dawaj ją, nie mądrzyj się ? fuknęła. ? Nie wypadłam sroce spod ogona, a nie podoba mi się ta ich trąbka. Takich petard na pewno nie mają, bo Papcio letnikom nie sprzedaje. Jak zobaczy samochód na obcych blachach, mówi, że fajerwerki zeszły.

Podpaliłem lont zapalniczką Bic i kiedy poszły z niego iskry, mama rzuciła petardę wysoko w górę. Błysk był tak jasny, że na chwilę nas oślepiło, a huk poniósł się po całym jeziorze. Zapaliłem drugą i cisnąłem ją jak Roger Clemens. Bach!

? No ? powiada mama. ? Tera wiedzą, kto tu rządzi.

Ale wtedy Paul Massimo wyszedł z dwoma najstarszymi synami na koniec ich przystani. Jeden z nich ? przystojny młody byczek w koszulce rugby ? miał tę cholerną trąbkę w takiej jakby kaburze u pasa. Pomachali do nas, po czym stary Massimo dał coś każdemu z chłopaków. Wyciągnęli te cosie do niego, on podpalił lonty. Rzucili rzeczy nad jezioro i? Boże święty! Nie bach, tylko bum! Jedno bum po drugim, oba głośne jak dynamit, i dwa wielkie białe błyski.

? To nie byle petardy ? powiedziałem. ? To M-80.

? Skąd je wzięli? ? spytała mama. ? Papcio takich nie sprzedaje.

Popatrzyliśmy po sobie i nawet nie musieliśmy tego mówić na głos: Rhode Island. W Rhode Island pewnie można dostać wszystko. Przynajmniej jeśli nazywasz się Massimo.

Stary podał chłopakom jeszcze po fajerwerku i je podpalił. Potem zapalił własny. Trzy wybuchy, tak głośne, że wszystkie ryby ani chybi uciekły na północny kraniec jeziora. Na koniec Paul pomachał do nas, a jego synuś wyciągnął trąbkę z kabury, jakby to był jakiś rewolwer, i zagrał trzy przeciągłe dźwięki: Łaaaa? łaaaa? łaaaa. Jakby mówił: ?Przykro mi, wieśniaki, powodzenia za rok?.

I nic nie mogliśmy na to poradzić. Mieliśmy jeszcze paczkę black catów, ale gdzie im do M-80. Na drugim brzegu makaroniarze bili brawo i wiwatowali, dziewczyny skakały w swoich bikini. A zaraz potem zaczęli śpiewać ?God Bless America?.

Mama spojrzała na mnie, ja na nią. Pokręciła głową, ja też.

? Za rok ? powiedziała.

? Tak ? mówię ja. ? Za rok.

Wzniosła szklankę ? tego wieczoru piliśmy Bucket Lucki, jak pamiętam ? i ja też. Wypiliśmy za zwycięstwo w dwa tysiące trzynastym. I tak zaczął się Wyścig Zbrojeń na Święto Niepodległości. Myślę, że głównie przez tę pierdoloną trąbkę.

Za przeproszeniem.

W czerwcu następnego roku poszedłem do Papcia Andersona i wyjaśniłem, jak wygląda sytuacja; powiedziałem, że trza bronić honoru ludzi z zachodniego brzegu jeziora.

? Cóż, Alden ? stwierdził ? nie bardzo wiem, co walenie z prochu ma wspólnego z honorem, ale biznes to biznes i jeśli przyjdziesz za jakiś tydzień, może będę coś dla ciebie miał.

No to wróciłem do niego za tydzień. Zabrał mnie do swojej kanciapy i postawił na biurku pudło. Były na nim jakieś chińskie znaki.

? Normalnie tym nie handluję ? powiedział ? ale znam twoją mamę od podstawówki, gdzie zmieniała się ze mną przy piecu i uczyła mnie tabliczki mnożenia. Przywiozłem ci takie duże petardy, co się nazywają M-120, więcej hałasu niż one robi chyba tylko dynamit. No i jeszcze tuzin tych. ? Wyjął czerwony kijek z czymś walcowatym na końcu.

? Jak rakieta z butelki ? powiedziałem ? tylko większa.

? Ano. Taki model ekskluzywny, można powiedzieć ? stwierdził. ? Nazywa się toto Chińska Piwonia. Wylatuje dwa razy wyżej i kiedy wybucha, to błysk jest, że ho, ho; trochę czerwonego, trochę fioletowego, trochę żółtego. Wsadzasz to do butelki po coli albo piwie, tylko potem lepiej nie stać za blisko, bo po starcie iskry z lontu lecą na wszystkie strony. Miej pod ręką ręcznik, żeby w razie czego ugasić trawę.

? No to super ? powiedziałem. ? Odechce im się dmuchać w trąbkę, jak to zobaczą.

? Sprzedam ci całe pudło za trzydzieści dolców. Wiem, że to drogo, ale dorzuciłem kilka black catów i twizzlerów. Można je wsadzić w kawałek drewna i puścić na wodę. Cudnie wyglądają.

? Nie ma sprawy. Jakbyś zawołał dwa razy tyle, i tak byłoby tanio.

? Alden ? on na to ? nigdy nie mów takich rzeczy ludziom z mojej branży.

Zabrałem fajerwerki na kemping i mama tak się podnieciła, że od razu chciała odpalić jedno M-120 i Chińską Piwonię. Zwykle wolałem się jej nie stawiać ? po co życie i zdrowie narażać ? ale tym razem się odważyłem.

? Tylko dalibyśmy tym Massimo szansę, żeby znaleźli coś lepszego ? stwierdziłem.

Przemyślała to i pocałowała mnie w policzek.

? Wiesz, Alden, jak na chłopaka, który ledwo szkołę średnią skończył, masz łeb na karku ? powiedziała.
(…)

bazar-zlych-snowStephen King „Bazar złych snów”
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 672

Opis: Teksty zawarte w tym zbiorze mają wspólne motywy: zagadnienia moralności, życia pozagrobowego, winy i kary, pytanie, co zrobilibyśmy inaczej, gdybyśmy mogli zajrzeć w przyszłość lub naprawić błędy popełnione w przeszłości. ?Życie po życiu? to historia o człowieku, który umarł na raka okrężnicy i raz po raz przeżywa swoje życie na nowo, powtarzając te same błędy. W kilku opowiadaniach występują postacie, które u kresu życia rozpamiętują swoje zbrodnie i występki. Inne utwory pokazują, jak to jest, kiedy ktoś odkryje w sobie nadprzyrodzone moce ? jak felietonista z ?Nekrologów?, który zabija ludzi, pisząc ich nekrologi, czy stary sędzia w ?Wydmie?, który w dzieciństwie pływał kajakiem na opuszczoną wyspę i widział wypisane na piasku nazwiska nieszczęśników, którzy potem umierali w tragicznych okolicznościach. W ?Moralności? King opisuje rozpad małżeństwa i życia dwojga ludzi po tym, jak zawierają oni iście diabelski pakt, który początkowo wydaje się całkiem korzystny. Imponujące, mrożące krew w żyłach, wciągające bez reszty opowiadania z ?Bazaru złych snów? są jednym z najpiękniejszych darów Kinga dla jego czytelników.

fot. autora: The USO Warrior Center
fot. fajerwerków: okładka anglojęzycznego audiobooka „Pijackie fajerwerki”

Tagi: , , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek