banner ad

Gra w piłkę ludzką czaszką. Przeczytaj fragment powieści „Bóg tak chciał” Arka Gieszczyka

15 marca 2021

Nakładem wydawnictwa Oficynka ukazała się debiutancka powieść Arka Gieszczyka, gdańszczanina mieszkającego od paru lat we Francji. „Bóg tak chciał” to przejmujące studium wieloletniej traumy, wiodącej na skraj przepaści. Głównym bohaterem jest mieszkający w czasach PRL w Gdańsku Włodek, który imię odziedziczył po wielkim Leninie. Chłopiec dorasta pomiędzy fanatyczną komunistyczną ideologią ojca a równie skrajną religijnością matki. Mimo że awans rodzica i możliwość przeprowadzki do willi podwyższa jego status społeczny, Włodek nie potrafi cieszyć się tą poprawą sytuacji. Wciąż na pierwszym miejscu są przemocowe sytuacje w rodzinie, które wywołują lęk o siebie i młodszą siostrę. A potem następuje wydarzenie, które zmieni całe jego życie, spowoduje nieodwracalne zmiany i życiową traumę. Polecamy lekturę fragmentu książki.

Idziemy przez cmentarz św. Barbary, który porządkują od jakiegoś czasu ekipy budowlane. Günter jakby z oporami przekracza granice nekropolii. Idziemy świeżo wytyczonymi ścieżkami, obok zwałów poniszczonych nagrobków, gór żwiru; gdzieniegdzie można dostrzec wykopane kości oraz turlające się czaszki. Między tym wszystkim mnóstwo robotników pijących piwo, głośno rechoczących z dowcipów. Czuję, że jest coś niestosownego w tej głośnej hałastrze, w kościach rzuconych w nieładzie wśród śmieci i butelek po wódce oraz piwie. Zerkam na Matzeratha. Maszeruje szybko, jest blady, ale głowę trzyma wysoko, wpatrując się przed siebie załzawionymi oczami. Beata też ma kwaśną minę.

Pod niewielką górką tworzącą wyższy taras nekropolii, wśród wysokich bezlistnych olch dostrzegam dwóch młodych chłopaków w roboczych drelichach. Grają w piłkę, głośno przy tym przeklinając i rżąc jak konie po każdym udanym kopnięciu.

Mam ochotę wrzasnąć do nich „dryblerzy z bożej łaski”, gdy Günter zrywa się do biegu. Z rozpędu wpada na jednego z mężczyzn, wywraca go w kopczyk zgniłych liści.

– Bydlaku! – wydziera się histerycznie. – Przecież to są ludzie!

Teraz dopiero zauważam, że tych dwóch gra w piłkę ludzką czaszką.

Matzerath z furią kopie leżącego, jego małe stopy trafiają na oślep w plecy, nogi i tyłek. Robotnik boi się podnieść, chroni głowę w ramionach, a po każdym ciosie wrzeszczy, wzywając pomocy.

Zanim udaje mi się zareagować, drugi mężczyzna, z cienkim wąsikiem i z przedziałkiem na środku głowy dzielącym płowe włosy na dwie równe części, doskakuje do Szkopa. Chwyta go od tyłu za ramiona i bez wysiłku unieruchamia. Günter szarpie się niczym mucha w sieci pająka.

– Wylluzuj, gnojjku – syczy przez szparę w górnej szczęce. – Bo ci zajaz jebne.

Z mokrej trawy podnosi się sponiewierany mężczyzna, jego twarz jest mokra, umorusana błotem, na czole tkwi order ze złotego liścia. Lekko skośne oczy patrzą wąskimi szparkami na unieruchomionego Matzeratha.

– Odbiło ci, smarkaczu? – sapie.

– Nie kopie się ludzkiej czaszki! – wykrzykuje Szkop. Pobity robotnik zdumiony zatrzymuje się przed Matzerathem.

– Smarku, o co ci biega? – zrzuca przyklejony liść z czoła. – Przecie to tylko czacha szkopa.

– Niemiec to nie człowiek, bucu?

Ten sepleniący potrząsa Günterem i syczy do kumpla:

– Wiessiek, jebbnij mu, co gnnój będziie podsskakiwał.

Wypadki toczą się błyskawicznie. Wiesiek rzuca poirytowane spojrzenie na szczerbatego, ten szyderczo się uśmiecha. Nagły ruch głowy pobitego mężczyzny i z ust Güntera wydobywa się jęk bólu, a z rozbitego nosa cieknie krew.

– Mma kuwniarz za swoje, kujjwa. – Szczerbaty puszcza Matzeratha.

– Józek, kretynie jeden, zamknij się! – burczy Wiesiek, rozcierając obolałe od uderzenia czoło.

Beata płacze.

Doskakuję do klęczącego Güntera. Chwytam go pod ramiona i usiłuję unieść, równocześnie instruuję, tak jak nauczył mnie tata, że ma trzymać głowę w górze, bo inaczej ufajda się krwią.

Na odgłosy płaczu i krzyków przybiegają robotnicy. Rozglądają się zdezorientowani. Widzą trójkę dzieciaków: ryczącą dziewuchę, zalanego krwią małego chłopca i drugiego szarpiącego się z rannym.

Z drugiej strony dwóch kumpli, Józka z kretyńskim uśmiechem na twarzy oraz Wieśka ubrudzonego błotem.

Do zbiegowiska dobiega, ciężko dysząc, jeszcze jedna osoba, mały człowieczek, z dużym brzuchem i głową łysą jak kolano, z nielicznymi włosami koloru popiołu na bokach.

Srogim spojrzeniem omiata grupkę stojącą na skrawku wolnej od drzew przestrzeni. Józek z przymilnym uśmiechem odrywa się od miejsca, w którym przetrzymywał Güntera, i rusza na powitanie człowieka niewiele wyższego od nas.

– Paanie majsster, te dziecciaki przysszli tu kraśść.

– Nu, Pożyczka, mówisz, że kradną – przeciąga majster, jakby zastanawiając się nad każdym słowem, które wypowiada. – A co oni takiego kradną? Co, Pożyczka?

Szczerbaty toczy bezradnym spojrzeniem, jakby nie spodziewając się pytań, przy tak oczywistej czynności jak kradzież. Szuka zrozumienia w zmartwiałych kumplach i naraz trafiony nagłym przypływem wiedzy wykrzykuje:

– Czaszki!

– Co czaszki? – Okrągła twarz z dużym perkatym nosem nie wyraża nic poza niechęcią do rozmówcy.

– Co czaaszki? – W Józka twarzy odbija się brak zrozumienia i ogromny wysiłek myślowy, którym próbuje ogarnąć sytuację.

– Nu, Pożyczka – kierownik patrzy groźnie na Szczerbatego – bierz się za robotę, a nie milicjanta mi tu zgrywasz. – Wskazuje ręką na kopę żwiru. – Nu, tam jest piasek i tam jest sito. W godzinę masz to przesiać. Ano chyżo! Nierobie.

Józek Pożyczka kuli się w sobie, nie rozgląda się, nie szuka wsparcia w kolegach, tylko chyłkiem, między drzewami, byle dalej od wzroku majstra, biegnie we wskazanym kierunku.

Reszta zbiegowiska krok po kroczku, dyskretnie znika z oczu przełożonego rzucającego twarde spojrzenia.

– Nu, dzieciarnia, co tu robita? – zwraca się do nas zbitych w gromadę niczym puch w starej pierzynie. Günter cały czas trzyma głowę do góry i łypie czarnymi ślepiami na mężczyznę. Beata nie płacze, ale za to głośno pociąga nosem, co chwila ocierając go rękawem kurtki ortalionowej, od czego nos zamienia się w czerwony kulfon klauna.

– Szczerbaty – głos Güntera jest przytłumiony, jakby wydobywał się z czeluści piwnic – ten… szubrawiec, z tym drugim – odrywa na moment dłoń od ust i wskazuje ręką bliżej nieokreśloną przestrzeń – grali w piłkę czaszką umarłego.

– Nu, chopcze, to dwa gupki – uśmiecha się, ukazując zepsute zęby. – Już ja tych dwóch nauczę moresu. Nu, popamiętają starego Zarębę. Nu, teraz marsz do domu, pędraki – kładzie rękę na głowie Matzeratha. – Nu, a niech ciebie mać obejrzy, czy nie trza do doktórki iść. – Majster wpatruje się w zalanego krwią chłopaka, sam blednie, a w jego oczach widzę niepokój.

Zaręba jedną ręką gładzi Szkopa po włosach, drugą zagarnia do kupy Beatę i mnie na podobieństwo psa pasterskiego poganiającego owce i lekko pcha dziewczynę w kierunku Powstańców Warszawskich.

Nie stawiamy oporu. Chcemy jak najszybciej opuścić cmentarz.

Nie możemy biec, bo jak tylko Günter opuści głowę, krew leje mu się z opuchniętego kinola jak rdzawa woda niemrawą strużką z nieszczelnego kranu, spływając do ściekowej kratki.

Stoimy na koślawym chodniku naprzeciwko kamienicy z czerwonej cegły. Patrzymy po sobie. Günter zezuje na nas spomiędzy palców, jak zza prętów płotu. Widzę jak w Beacie gaśnie nadzieja na zobaczenie Marleny Dietrich. We mnie czai się niepokój, którego nie rozumiem.
(…)

Arek Gieszczyk „Bóg tak chciał”
tłumaczenie:
wydawnictwo: Oficynka
ilość stron: 300

Opis: Jak zapomnieć coś, czego nie da się zapomnieć? Jest grudzień 1969 roku. Gdańsk. Deszczowa i nieprzyjemna aura. Dwunastoletni Wołodia wraca właśnie z nabożeństwa do swojego domu. Myśli o tym, o czym zazwyczaj myślą mali chłopcy w jego wieku – o dziewczynach, filmie, który chce zobaczyć, kolegach z podwórka… Nie wie jeszcze, że w domu rozgrywa się tragedia. Przychodzi akurat w momencie, gdy jego matka jest gwałcona, a przerażona siostra na to patrzy. Niewiele myśląc, chłopiec idzie po broń taty, wraca do pokoju i strzela. Napastnik ginie. W pewnym sensie ginie też Wołodia – jego beztroskie dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, świat, jaki znał, znikają bezpowrotnie. Zostaje tylko pamięć wydarzeń, które będą go prześladować przez całe dorosłe życie.

Tematy: , ,

Kategoria: fragmenty książek