banner ad

Gitowcy na warszawskiej Pradze. Fragment powieści „Plac Leńskiego” Daniela Wyszogrodzkiego

22 lipca 2021

Daniel Wyszogrodzki, dziennikarz muzyczny, tłumacz wierszy Leonarda Cohena i utworów Boba Dylana, autor biografii The Rolling Stones pt. „Satysfakcja” i książki „Ale musicale!”, opublikował inicjacyjną powieść autobiograficzną „Plac Leńskiego”, w której opisał dorastanie na warszawskiej Pradze w czasach PRL. Poniżej możecie przeczytać jeden z fragmentów książki, w którym główny bohater styka się z gitowcami.

Git albo nie git

Nie wiedziałem, kim są „git-ludzie”. Wcześniej o nich nie słyszałem. Wiedziałem, co to jest żulia, bo mówiło się o tym nawet w domu, ale nie wiedziałem, co to znaczy „być git-człowiekiem”. W nowej szkole ta wiedza okazała się niezbędna. Chodziłem już do trzeciej klasy, byłem duży i żule z nowej szkoły od razu mnie zauważyli. Część z nich nazywała siebie git-ludźmi. Nie różnili się niczym od zwykłych żuli, tylko mówili inaczej – jednocześnie ordynarnie i jakoś dziwnie. Wszyscy byli starsi ode mnie i wyglądali dość groźnie. Czepiali się rożnych głupot i zadawali pytania, których nie rozumiałem. Najczęściej zaczynało się od mojego imienia i zdrobnienia.

– Ty, Danek, co to, kurwa twoja mać, za imię: Danek? – Zawsze tak przeklinali.

– Mam na imię Daniel. Danek to zdrobnienie, ale możecie mówić do mnie Daniel.

W moim świecie było tylko dwóch Danieli – ja i Daniel Olbrychski, aktor. Wszyscy go lubili, nawet Ba, oglądaliśmy razem w telewizji film Popioły. Nie wszystko mi się w tym filmie podobało, a zwłaszcza jak zabili tego wspaniałego białego konia – reżyser kazał go zrzucić w przepaść przed kamerą i Ba mówiła, że to barbarzyństwo. Ojciec zabrał mnie do kina Sawa na film Małżeństwo z rozsądku. Ba była na niego oburzona, mówiła, że to film nie dla mnie. Mnie tam się podobał, było w nim dużo piosenek, a Daniel Olbrychski samodzielnie pokonał na Starym Mieście bandę łobuzów, cały czas tańcząc.

Było nas więc dwóch, Olbrychski i ja, ale ja nie pokonałbym nawet jednego łobuza, nie wspominając o tańcu, a poza tym żule z mojej szkoły najwyraźniej nie słyszeli o Olbrychskim. Nie wiedziałem, że to możliwe.

– Będziesz mi mówił, jak mam do ciebie mówić, gnojku? A może cię jebnąć, co?

– Ty – zagadał jeden do drugiego – a może to jakieś pedalskie imię, nie?

– Jesteś pedałem, Danek? No powiedz, kurwa twoja mać…

Pytali mnie o rzeczy, których nie rozumiałem, ale najgorsze było to człowieczeństwo.

– Ty, kurwa twoja mać, to kto ty w końcu jesteś? Człowiek jesteś czy nie?

To jasne, że jestem człowiekiem, myślałem. Domyślałem się jednak, że każda odpowiedź obróci się przeciwko mnie. Podobnie było z przebiegłym juhasem, o którym opowiadali nam w Zakopanem. Zaczepiał turystów i pytał, czy jechał tędy kulig. Po czym bez względu na odpowiedź mówił: „A kłamies…”. Kluczyłem więc i radziłem sobie na rożne sposoby:

– A jak wam się wydaje? Na kogo wyglądam? – odpowiadałem pytaniem.

Albo zażywałem ich w inny sposób, bo żula nietrudno było zażyć, byli raczej matołowaci, pewnie dlatego ciągle chcieli się bić. Przez cały czas szukali okazji, żeby tylko doprowadzić do bijatyki. Sami posługiwali się grypserką – tak się nazywała ich mowa. A kiedy ktoś nie potrafił grypsować, był w tarapatach. Przynajmniej w mojej nowej szkole.

– Nie wiem – rozkładałem ręce – nie wiem, czy jestem człowiekiem.

– Ty tego nie wiesz, kurwa twoja mać? Ty tego nie wiesz?

– Nie wiem. – Rozbrajałem ich. – Wy mi powiedzcie.

Musiałem dowiedzieć się jak najwięcej o zwyczajach gitowców, tak jak Tomek Wilmowski poznawał zwyczaje tubylców w krajach, do których prowadziły go podróże. Różnica była taka, że na Pradze-Północ ja sam byłem tubylcem (no i nie miałem psa Dingo). Na wzór Tomka starałem się nawiązać kontakt z kimś, kto objaśni mi obowiązujące zwyczaje. Moja klasa była w dużej części przeniesiona z poprzedniej szkoły, ale – poza żulami – znalazł się w niej jeden nowy kolega, który wiedział o tych sprawach więcej ode mnie, ponieważ miał starszego brata. Nazywał się Strzelba. Mieszkali z rodzicami w domu przy Brechta, dwa kroki od szkoły, zaraz za hotelem Nowa Praga.

Strzelba był ode mnie dużo mniejszy i miał włosy jak sprężynki, ale fascynował się Indianami i tak znaleźliśmy wspólny temat. Dziki Zachód znał tylko z filmów, więc pożyczyłem mu trzy tomy Winnetou, które ojciec kupił mi w maju na kiermaszu książki pod Pałacem Kultury. Ojciec sam czytał to w młodości i powiedział, że ja też muszę – miał absolutną rację, to była najlepsza książka przygodowa, jaką czytałem, nie mogłem się od niej oderwać. Strzelba był zachwycony Winnetou tak samo jak ja i to nas zbliżyło.

Rozmawialiśmy o tym, że Indianie są lepsi od białych ludzi, bo żyją w zgodzie z naturą i są waleczni. Wychodziło na to, że obaj wolelibyśmy być Indianami. Brat Strzelby był już w szóstej klasie, znał git-ludzi i nie tylko się ich nie bał, ale wyglądało na to, że z niektórymi się nawet koleguje. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale był dobrym źródłem informacji.

Po południu mówiłem Ba, że wychodzę na plac poczytać książkę („dziecko potrzebuje powietrza”). Sprawdzała mnie co pewien czas, wyglądając z okna, a Strzelba mieszkał po drugiej stronie placu, więc przychodził, siadał obok mnie na ławce i powtarzał wszystko, czego się dowiedział od brata. Git-człowiek to był żul, który miał w porządku u innych żuli. Można go było nazywać człowiekiem, co nie znaczy, że można tak było nazywać każdego. A nie daj Boże, żebym sam siebie tak nazwał (słusznie przeczułem kłopoty). Mieć w porządku to nie byle co. Trzeba spełniać wszystkie warunki bycia żulem: popełniać przestępstwa i odsiadywać wyroki, nigdy nie sypać kumpli, być twardzielem. Być „wyrokowcem” to był w ich świecie najwyższy honor. Trochę to przypominało wojsko, ale do góry nogami. W wojsku im ktoś był lepszy, tym miał wyższą rangę, u git-ludzi – im był gorszy. Dziadek był ważnym oficerem, jednak nigdy nie chciał o tym mówić, nawet Ba nie znała jego pseudonimu z czasów okupacji.

Wyrokowcy odsiadywali wyroki, co nie było trudne do zrozumienia. Dorośli wyrokowcy w pierdlu, mamrze, kiciu, pudle, ciupie, ulu i tak dalej. Nieletni w poprawczaku, czyli w domu poprawczym. W zakładach karnych zdobywali sprawności, jak w harcerstwie, i znowu – wszystko na odwrót. Na przykład złodzieja, nocnego złodzieja, bawidamka. Oznaczały je tatuaże, ale rozeznanie się w nich nie było łatwe. Kropka pod okiem oznaczała git-człowieka, kropka pomiędzy oczami była znakiem świra. Niektórzy żule mieli kropki na twarzy, inni znaki na rękach. Zwłaszcza ci starsi – z piątej czy szóstej klasy. Niektórzy byli od nas dużo starsi. Kiedy tylko kończyli siedemnaście lat, zabierano ich ze szkoły prosto do wojska – bez względu na to, w której byli klasie. Wielu próbowało wymigać się od służby, znikali, zacierali ślady. Zanim trafili w ręce wojskowego fryzjera, nosi długie włosy, ale tylko z tyłu. Zawsze zakładali je za uszy i nieustannie poprawiali. Jak się któryś zagapił, to mu kumple pokazywali, żeby sobie włosy „skitrał”.

Osobną sprawą było mówienie „kurwa twoja mać”. Żule musieli tak mówić przez cały czas, wtrącali to niemal w każdym zdaniu, a już szczególnie kiedy zwracali się do siebie. Palili papierosy na schodkach pomiędzy ulicą a boiskiem i rozmawiali tak:

– Ty, kurwa twoja mać…

– Na ty to tramwaj staje, kurwa twoja mać.

– Ty, kurwa twoja mać, mówię do ciebie. Daj się sztachnąć.

– Pierdolnij się, tylko nie obśliń, kurwa twoja mać.

To było jak rytuał, którego nie rozumiałem. Wytłumaczył nam to dopiero starszy brat Strzelby, chociaż absolutnie mnie nie przekonał, przyjąłem tylko, że tak ma być. „Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one” – powtarzała Ba. Na szczęście nie mogła usłyszeć, w jakich sytuacjach starałem się przestrzegać tej zasady.

– Bo to jest tak, że każda matka jest kurwa. Bo cię urodziła, nie? – wyjaśniał brat Strzelby. – Kobieta, żeby urodzić, musi się skurwić, nie? Bo gdyby tego nie zrobiła, toby nie zaszła w ciążę, nie? I dlatego się mówi „kurwa twoja mać”. I to jest w porządku. Pamiętaj, żeby nigdy nie powiedzieć samego kurwa. Wtedy komuś ubliżysz, rozumiesz? I będziesz wyzwany na solo albo… albo będziesz mieć kiepsko.

Nie, to się nie mieściło w głowie. Takie wytłumaczenie było strasznie, ale to strasznie głupie, jednak nie chciałem zostać wyzwany na solo. A jeszcze bardziej nie chciałem mieć kiepsko. Solo oznaczało pojedynek, walkę na pięści. Żuli to podniecało, nieustannie szukali pretekstu do bojki. Old Shatterhand, biały przyjaciel Winnetou, potrafił ogłuszyć przeciwnika ciosem w głowę. Niestety ja się do tego nie nadawałem. A najgorsze ze wszystkiego było to, czym żule przez cały czas straszyli i nas, i siebie nawzajem – czyli „kiepsko”. Kiepsko było słowem złowieszczym, brzmiało jak wyrok. Kiedy ktoś zrobił coś złego (czyli normalnie coś dobrego, jak zgłoszenie przestępstwa na milicję), przestawał mieć w porządku i miał kiepsko. Od tej chwili można z nim było zrobić wszystko, co kto chciał, można było na niego napluć albo i gorzej. On sam nie mógł się niczemu przeciwstawiać, a git-ludzie wyżywali się na nim, bijąc go i ubliżając mu przy każdej okazji. Kiedy ktoś miał kiepsko, to gdyby tylko dotknął git-człowieka, musiałby umrzeć. Tak przynajmniej mówili. Był „żywym trupem”.

Na szczęście istniał sposób na to, żeby odzyskać szacunek i żeby życie znowu stało się takie jak wcześniej. Okrutny, nieludzki, przerażający sposób – był nim „prostunek”. Kiedy ktoś miał kiepsko, mógł się „naprostować”. Prędzej czy później musiał zebrać się na odwagę i zgłosić „ludziom” (czyli git-ludziom), że jest gotowy. Najważniejszy z okolicznych żuli uwzględniał jego prośbę albo i nie. Wszystko zależało od tego, czym ten ktoś podpadł i czy ludzie chcą go mieć z powrotem między sobą. Jeżeli tak, herszt wymyślał dla niego sposób prostunku – zawsze bolesny i angażujący całą bandę, tak aby wszyscy mogli sobie poużywać na prostowanym. Przy ich braku wyobraźni było to zwykle zbiorowe bicie delikwenta do nieprzytomności. Taka „zabawa” mogła się zakończyć śmiercią ofiary i podobno czasami się to zdarzało. Słyszało się także o metodach bardziej wyszukanych.

– A ty, Danek, pamiętasz tego faceta, który siedział przez cały dzień w parku Praskim na wieży spadochronowej i groził, że skoczy? – zapytał mnie kiedyś brat Strzelby.

Jasne, że pamiętałem, to była sensacja na całą Pragę. Facet siedział od rana na tarasie do skoków i groził, że skoczy i się zabije. Przez calutki dzień zbierali się w parku ludzie pomimo tego, że próbowała ich odganiać milicja. Przyjechała karetka pogotowia z pobliskiego Szpitala Praskiego, a po południu dotarli reporterzy z gazet. Jakiś oficer milicji namawiał niedoszłego samobójcę przez megafon, zupełnie jak na filmach, żeby dobrowolnie zszedł z wieży, ale tamten odmawiał, aż w końcu powiedział, że jak się nie zamkną, to skoczy. Milicjant się zamknął, ale do skoku zachęcali go głupi ludzie. Niektórzy zdążyli już sobie przynieść z domu jedzenie – kanapki, butelki z wódką. Facet siedział na wieży przez całe popołudnie. Kiedy do parku dotarli żule z mojej szkoły, było już trochę nudno, ale to oni potem o wszystkim opowiadali. Facet chodził dokoła tarasu i albo się wychylał, albo siadał. Palił papierosy i podobno zszedł dopiero, jak mu się skończyły. Było już ciemno.

– No widzisz, tamten facet się wtedy prostował, to wszystko był tylko pic, miał udawać przez cały dzień, że skoczy i się zabije, olać milicję i straszyć ludzi. A to był prostunek – kontynuował brat Strzelby, on wiedział takie rzeczy od swoich kumpli.

A tak w ogóle żule to przygłupy. Dwóch takich z naszej klasy, zapalonych kibiców, cały czas się kłóciło, który słynny napastnik zabił piłką bramkarza. Że niby miał taką siłę w nodze, co ich zresztą wprawiało w zachwyt (gdyby sami mieli taką siłę, na pewno od razu by kogoś skopali). Podobno od czasu nieszczęśliwego strzału napastnik nosił na nodze czarną opaskę. I tylko nie mogli się dogadać, czy to był Pele czy Eusebio. Gadali o tym codziennie:

– Pele, kurwa twoja mać, mówię ci, że Pele.

– Euzebio, kurwa twoja mać, mówię ci, że Euzebio.

Mijały tygodnie i miesiące, a dla tych dwóch jakby nic innego nie istniało: Pele – Euzebio – Pele – Euzebio – Pele…

Daniel Wyszogrodzki „Plac Leńskiego”
tłumaczenie:
wydawnictwo: Marginesy
liczba stron: 560

Opis: Danka – ucznia praskiej podstawówki, bystrego, ciekawego świata półsierotę – kształtują przedwojenne wspomnienia dziadków i bieżące fascynacje wszystkim, co zakazane. Na przemian: partyzanci i hipisi, patriotyzm i onanizm, wczesne lektury i odkrycia muzyczne, ciągły stan zagrożenia ze strony wrogich gitowców i niestrudzone poszukiwanie dorosłości pod sukienkami koleżanek. To wszystko miesza się w barwnej opowieści wypełnionej realistycznym językiem i galerią postaci: kumpli bohatera, koleżanek z wakacji, ojca lekarza, nauczycieli, księdza, a nawet tajemniczego proroka. Wielką nieobecną pozostaje matka.

W tej autobiograficznej powieści inicjacyjnej monumentalna, socrealistyczna przestrzeń warszawskiej Nowej Pragi staje się centrum świata, mapą, którą młody bohater stale poszerza w przestrzeni i w czasie. Ożywa park Praski i zoo, Stare i Nowe Miasto oraz stołeczne mosty, którymi przebiegały trasy szczenięcych wypraw pieszych i rowerowych. Jest bazar Różyckiego, są kultowe kina i saturator.

Książka jest szczera do bólu. Roi się w niej od fantazji nie tylko seksualnych, bywa histerycznie śmieszna, bywa wzruszająca. A jednak nie jest to książka o PRL jakich wiele. To opowieść o dorastaniu w czasach PRL – w świecie pełnym absurdów i ograniczeń, który dla dziecka i tak pozostaje fascynujący.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek