banner ad

Gdy współczesna rodzina kanibali zatraci swe zwyczaje. Przeczytaj fragment powieści „Matka na obiad” Shaloma Auslandera

10 czerwca 2022

Wydawnictwo Filtry opublikowało powieść „Matka na obiad” autorstwa Shaloma Auslandera. Książka opowiada o współczesnej rodzinie kanibali, która ma spotkać się i zjeść swoją zmarłą matkę. Problem w tym, że rodzicielka waży dwieście kilo – to zdecydowanie za dużo do jedzenia, nawet gdyby rozdzielić ją między wszystkie trzynaścioro dzieci. Sprawę pogarsza fakt, że Dziewiąty nie je mięsa, Drugi uznaje wyłącznie koszerną kuchnię, Pierwszy nienawidzi matki, a Szósty nie żyje. Choćby wszyscy się zebrali na tej ludożerczej stypie, nikt by już nie wiedział, jak to się właściwie robi, bo Kanibamerykanie wtopili się w społeczeństwo, zatracając swe zwyczaje. Ostatnim, który pamięta cokolwiek z dawnej tradycji, jest wujek Iszmael, jednak jego przewodnictwo nad zjazdem rodzinnym wywołuje jeszcze głębszy konflikt. „Matka na obiad” to inspirowana fabułą „Kiedy umieram” Williama Faulknera zabawna, oburzająca i gorzka krytyka amerykańskiego społeczeństwa oraz polityki tożsamości. Poniżej możecie przeczytać sam początek książki.

Matki smakują najgorzej.

Całe, od czubka głowy po palce u stóp, są obleśne w smaku (a głowa najbardziej). Nic nie da, że przyprawisz – każdy ci to powie, kto zjadł kiedyś swoją matkę. Można je piec w dwustu stopniach, gotować sous vide lub suszyć na czipsy mięsne. Wszystko można, nic to nie da. A jeszcze ich zapach… Wrzuć matkę na ruszt i za chwilę ci zajedzie palonymi oponami, które skądinąd z dodatkiem sosu aioli smakują lepiej niż matka.

I wcale nie chodzi o to, że matki są kobietami. Jeszcze się nie podniecajcie. Kobiety smakują nie gorzej od mężczyzn, a często bywa, że lepiej; dużo zależy od tego, jak przyrządzić mięso, ale facetów przeważnie, przez ich siedzący tryb życia, bardziej czuć wędzonym, co nie każdy lubi. Kobiety natomiast więcej się ruszają i żyją z reguły dłużej, przez co mięso mają chudsze i delikatniejsze w smaku.

Niestety matki – kobiety, które rodziły – to osobna kategoria.

Matki z reguły żyją o wiele dłużej, są nieświeże, zasuszone, smakują latami zmartwień i latami rozczarowań i zazwyczaj, zanim umrą, długo gniją w łóżku, przez co twardnieją im mięśnie i sztywnieją stawy.

Jak mawiano dawniej: „Jedząc martwą matkę, nikt nie prosi o dokładkę”.

Nie żeby ojcowie byli szczególnie smaczniejsi, tylko po prostu mężczyźni umierają młodziej i najczęściej nagle. Delicje to może nie są, ale z matczyną, czyli mięsem matki, wygrywają już w przedbiegach.

Jeśli matka umrze młodo, czy lepiej smakuje? – spytasz.

Otóż jak najbardziej.

Pysznie.

Taka już ironia losu, znana tylko Ludożercom od zarania świata:

Im młodsze mięsko, tym lepiej smakuje.

Im lepiej smakuje, tym bardziej go szkoda.

Siódmy Seltzer siedział w pracy, w biurze na Manhattanie, nad tętniącym życiem SoHo, i zachodził w głowę, ile burger kingów (whopper z podwójnym bekonem i podwójnym serem, bez sałaty, proszę) da radę zjeść jego matka, zanim od nich padnie. Już od paru lat je jadła, czasem po dwanaście jednego dnia, codziennie, by zgodnie z tradycją umrzeć dobrze podtuczona.

Ze sto? – myślał.

Tysiąc.

Góra.

Uznał, że więcej to by nie zmieściła.

Nie doceniał swojej matki.

Od lat, jeszcze zanim zaczęła żyć o burger kingach, bał się, że mu umrze. Wiedział, że to już niedługo, że burza nadchodzi i go nie ominie, trzeba mieć nadzieję, że jakoś to będzie, wiedział też, co matka powie na łożu śmierci.

O co go poprosi.

O to.

Żeby ją, no wiecie.

Ona nie miała żadnego problemu, żeby to powiedzieć – zawsze chciała to zrobić! – ale Siódmy nie potrafił, nawet w myślach. Wiedział, że ona to powie i że on pomimo wszystko – mimo że sobie obiecał odciąć pępowinę, uwolnić się od matki i od tradycji – i tak się rozpłacze, a potem ochłonie i odpowie:

– Dobrze, Ama.

– Ama? – zapytał doktor Isaacson już na jednej z pierwszych sesji.

– Tak do niej mówimy – odpowiedział Siódmy.

– Czemu?

– Krąży parę wersji – odpowiedział Siódmy.

– Czyli jak zazwyczaj – powiedział doktor Isaacson.

Ponad dziesięć lat minęło, odkąd Siódmy widział się ostatnio z matką, gdy nagle trzy lata temu zadzwoniła siostra, Zero, i oznajmiła mu, że Ama je burger kingi (whopper z podwójnym bekonem i podwójnym serem, bez sałaty, proszę) w ilości dwanaście na dzień, by nabrać ciała przed zgonem. Zero się martwiła i prosiła, żeby Siódmy zadzwonił do mamy i zaapelował do niej.

Nie dzwonię – pomyślał.

Zadzwonił.

Ja jebię – pomyślał.

– Cześć, Amo, co robisz? – spytał.

– Umieram – odpowiedziała.

– Bo jesz burger kingi.

– Jem je, bo umieram.

Doktor Isaacson odradzał Siódmemu jakikolwiek kontakt z matką, bo po każdej z takich rozmów Siódmy czuł się tylko gorzej. Wygrało poczucie winy i Siódmy zadzwonił wbrew radom lekarza. Tyle dobrego, że do niej nie poszedł, taki mały sukces; dla Amy z kolei to, że syn zadzwonił, było już wielkim sukcesem, bo i tak dobrze wiedziała, że prędzej czy później zjawi się u progu.

– W porządku – powiedział do niej. – Rób, jak uważasz. Smacznych burger kingów. Nie przyjdę, nie czekaj.

Że niby się stawia.

– Ważne, że cię usłyszałam – odrzekła.

Że i tak ma to, czego chce.

Ja jebię – pomyślał.

I teraz, trzy lata później, siedział w pracy i obliczał z pewnym przerażeniem, ile to wychodzi burger kingów, jeśli przez rok je się po dwanaście dziennie.

– Hej, Siri – powiedział do telefonu. – Dwanaście razy trzysta sześćdziesiąt pięć.

– Mam dla ciebie odpowiedź – powiedziała Siri. – Dwanaście razy trzysta sześćdziesiąt pięć równa się cztery tysiące trzysta osiemdziesiąt.

Cztery i pół tysiąca burger kingów w rok? – zapytał sam siebie w myślach.

Nie no, tyle nie zeżarła!

Było jeszcze rano, lecz za oknem niebo nad rzeką Hudson zmierzało już w stronę barwy nieświeżego mięsa, które troszeczkę za długo leżało wyjęte z lodówki. Zanosiło się na śnieg; spadnie pierwszy śnieg w tym roku, zima zaskoczy drogowców, lecz Siódmy był zbyt zajęty, żeby się tym przejąć; na biurku miał hałdę wydruków i wszystkie musiał przeczytać, a wiedział, że będą na jedno kopyto, będą „powieściami na temat dziedzictwa” w podtypie „takimi sobie”. Bo tylko takie pisano i za sprawą Rosenblooma, szefa wydawnictwa, tylko takie wydawano.

„Taka sobie powieść na temat dziedzictwa” zawsze zawierała parę stałych elementów, wyróżników gatunkowych, których Siódmy tak nie znosił, że aż je sobie skrupulatnie spisał. „Podróż bohatera”, potomka swych przodków – bo koniecznie „podróż”, koniecznie „bohater” i krzyżyk na drogę – obejmowała sześć etapów. Pierwszy to „przeprawa do Nowego Świata”, pełna trudów, niebezpieczeństw, gdy się swoje „skądś” opuszcza, by ruszyć ku Ameryce (czasem samo­chodem, a częściej pociągiem, lecz najczęściej płynąc, najlepiej czymś najgorszym, i od czasów Marka Twaina dominuje tratwa, można też jako „rozbitek”). Jest ­pięćdziesiąt procent szansy, że główny bohater „ucieka z ojczyzny, bo nie ma innego wyjścia”, a drugie pięćdziesiąt, że „goni za marzeniami, bo chce w życiu czegoś więcej”. W kolejnym, drugim etapie – krótkim, lecz kluczowym – bohater powieści „zderza się ze ścianą”, a najboleśniej zderzają się ze ścianą jego „marzenia” – o wolności lub majątku, lub spokoju, lub miłości; marzenia dowolne, byle zderzyć je ze ścianą (jak komuś zależy, może nawet wszystkie naraz, i w słowniku Siódmego to się nazywa, że bohater „ma najgorzej”). Po „zderzeniu ze ścianą” następuje etap trzeci, „niedawanie się opresji”. Trzeci oraz czwarty etap, „walczenie o swoje”, stanowią sedno fabuły, kiedy to nasz bohater – dobry, poczciwy i nic nieprzeczuwający – zyskuje ponurą wiedzę, że nowy wspaniały świat, do którego przybył, jest jak muszla klozetowa, w której za chwilę spuszczą go razem z odchodami. Trudno, uznaje bohater i jak zawsze daje radę, przechodząc do kolejnego etapu, gdy wychodzi na jaw „zwodniczość marzenia” – że mianowicie to nie Nowy Świat jest winny, tylko wola, by tam przybyć. Bohater wreszcie rozumie, jak ogromny błąd popełnił, wybierając nowe życie, które – inaczej niż stare – przynosi tylko pozory, płytkie, puste, powierzchowne. Od tego etapu drogi bohatera zależy sukces powieści, bo by zostać docenioną, książka powinna się odciąć od kraju, w którym powstawała.

Składnikiem najbardziej zmiennym były zakończenia, zależne od mody. Jeszcze przed „upadkiem mitu Ameryki” historie te zamykała „wiara mimo wszystko”, kiedy bohater, chociaż tyle przeszedł, dalej wierzył w Amerykę oraz w siebie w Ameryce. Takie rozwiązania akcji były w swoim czasie bardzo popularne i sugerowały, że jeśli się uprzeć i nie tracić ufności, do czegoś się w życiu dojdzie (tłumaczyły przy okazji wypadek przeciwny: jeżeli w życiu nie doszedłeś do niczego, no to widać twoja wina, ale czytelników, z wyjątkiem Siódmego, taki wniosek nie odstraszał). Ostatnio w gatunku „taka sobie powieść na temat dziedzictwa” zaczęły rządzić finały, jak uważał Siódmy, jeszcze bardziej wkurzające od „wiary pomimo wszystko”, zakończenia typu „odzyskać tradycję przodków”, w których nasz przychodźca, umęczony Nowym Światem, nagle zdaje sobie sprawę (co czytelnik już przeczuwał), że ta cała Ameryka to, pod względem duchowym, przepastna ziemia jałowa, gdzie nie zostaje nic, jak tylko zaszczepić tę tradycję, od której się uciekało, starą dobrą ojczyźnianą – wzorem Marcusa Garveya, no, może nie licząc jego antysemityzmu i współpracy z Ku Klux Klanem.

Siódmy bynajmniej nie odmawiał światu grozy; jego naród znał ją świetnie, od stuleci w wielu krajach na własnej skórze poznając, co to jest wędrówka ludów. Wprost przeciwnie, Siódmy miał pełną świadomość, jak nieludzko człowiek umie traktować człowieka, i dlatego nie mógł patrzeć, jak się to przerabia na pisarską papkę.

Po kolei odrzucał propozycje wydawnicze. Problemem nie była ich przewidywalność, bo do niej zdążył przywyknąć, siedząc w tym biznesie. Problem był bardziej poważny, bo sam miał ten problem i od zawsze się z nim zmagał – a chodziło o tożsamość.

O brzydkie słowo na „t”.

Dla Siódmego tożsamość to zawsze było więzienie, z którego chciał uciec – z posiadania jakiegoś koloru skóry (biały, czarny lub mieszany) i jakiejś ojczyzny (w Ameryce, w Europie, w Rosji), posiadania jakiejś płci (mężczyzna, kobieta) i orientacji (hetero lub homo), posiadania jakiegoś rodzaju w sensie gramatycznym, jakiegoś wyznania (mono-, poli- i ateizm) – z wiecznie się wydłużającej listy ciasnych cel więziennych, w których zamykano ludzi. Ale, co ciekawe, od pewnego czasu im jakby się podobało; mieszkańcy więzienia dumnie dźwigali kajdany i się z nimi obnosili, chwaląc sobie swą niewolę. Siódmy pracował na ósmym piętrze wieżowca i gdyby miał pewność, że zderzywszy się z chodnikiem, zginie na miejscu, dawno by wyskoczył z okna, ze dwadzieścia wydruków typu „taka sobie powieść na temat dziedzictwa” temu.

Od dawna nie przyjął żadnej propozycji żadnego autora i szef przyszedł dzisiaj rano, by z nim o tym porozmawiać.

– Ale nie ma z czego wybrać – rzekł Siódmy do Rosenblooma.

– Ale nic kompletnie? – spytał Rosenbloom Siódmego.

– Nic.

– Coś wydać musimy.

– Po co? – spytał Siódmy.

– Bo jesteśmy wydawnictwem – powiedział Rosenbloom.

– Szkoda.

– No a ta chorwacka proza? – zapytał Rosenbloom. – Ta dałaby radę.

– Chorwacka która?

– O tej pochodzącej z Chorwacji lesbijce, która popiera prawo do aborcji.

Siódmy wzruszył ramionami.

– Ale to już było, bo mamy podobną powieść o wierzącym narkomanie ze spektrum autyzmu.

– O tym z hemofilią?

– Nie – powiedział Siódmy. – O tym z cukrzycą.

– Z cukrzycą pierwszego czy drugiego typu?

– Z oboma typami.

Rosenbloom westchnął głęboko.

– Człowiek to zwierzę plemienne – powiedział Siódmemu. – Dzieli się więc na plemiona. Podziały mamy we krwi. Spojrzałeś kiedyś na mapę wędrówek ludów? Na początku jest Afryka, gdzie wszyscy siedzimy razem, ale przy pierwszej okazji natychmiast stamtąd spadamy, ryzykując utratę życia, zatonięcie w morzu, śmierć głodową, bycie zjedzonym lub bycie zjedzoną – wszystko, byle dalej stamtąd. I jak myślisz – czemu? Gna nas bowiem zew włóczęgi? Albo chęć, żeby zobaczyć Paryż wczesną wiosną? Otóż temu, że jeszcze chwila, a byśmy się tam zeżarli. Sartre mówił: piekło to inni, a człowiek pierwotny mówiłby to samo (albo by mówiła), gdyby umiał mówić (lub gdyby umiała). Kiedyś, mój drogi, szanowny Siódmy Seltzerze – wspomnisz moje słowa – każdy (albo każda) będzie miał (lub miała) swoje własne państwo. Nie, że państwo narodowe – prywatne państewko. Bo inaczej nie wytrzyma. Powstanie Seltzeria. I Rosenbloomowo. Abdullahstan. Hernandezia. Całą Ziemię podzielimy na równe działeczki o wymiarach metr na metr, każdą działkę ogrodzimy trzymetrowym murem z drutem kolczastym u szczytu i zatkniętą barwną flagą, z panem na zagrodzie albo panią na zagrodzie, który albo która będzie piać hymny na cześć własną, Bogu dzięki składać za ten swój metr kwadratowy, za ten metr wybrany, najlepszy ze wszystkich, tylko mój i niczyj więcej. I wiesz, co wtedy każdemu i każdej bardzo się przyda?

– Broń?

– Broń już wszyscy będą mieli oraz wszystkie będą miały – odrzekł Rosenbloom. – Każdy będzie potrzebował, a każda potrzebowała opowieści, bajek, legend! O swoim państewku i o swoim ciężkim losie, o swoich przykrych przeprawach, o ojcu założycielu lub matce założycielce i o jego męstwie albo jej odwadze w walce o państewko i jego najlepszość, w walce, która się nie kończy, bo wrogowie nie śpią. W ­Seltzerii powstanie bajka o syfnym Rosenbloomowie; Rosenbloomowo będzie tylko marzyć, żeby Abdullahstan zniknął wreszcie z mapy; pan Abdullahstanu spostrzeże znad muru, że Hernandez się sprowadza, by zasiedlić działkę obok, i pomyśli sobie w duchu: „A kiedyś to była ekskluzywna okolica”. Wszyscy mają dziś obsesję na swym punkcie, na punkcie swojego pochodzenia i na swej przeszłości punkcie. I dlatego jako ludzkość nie mamy przyszłości. Ale nie ma tego złego.

– A co jest w tym dobre?

– Popyt – powiedział Rosenbloom.

Wziął z biurka Siódmego pierwszy lepszy wydruk.

– To jest to o niewidomym, niebinarnym i nietrzeźwiejącym Latynosie z korzeniami na Sri Lance? – spytał.

– Tak – potwierdził Siódmy. – Trochę w stylu tego o libańsko-erytrejskim albinosie trzeciej płci.

– No to wybierz któreś – polecił Rosenbloom, rzucając wydruk na biurko, i wyszedł z pokoju.

I wtedy zadzwonił telefon Siódmego.

Ten spojrzał na ekran i zobaczył swojski wyraz:

„Ama”.

Ama twierdziła, że Pierwszy w dzieciństwie nie umiał powiedzieć „mama”. Zjadał pierwszą literę.

– Gówno prawda – twierdził Pierwszy.

Od zawsze umiał się odciąć.

– Ja mówiłem na nią „Ama” – deklarował Pierwszy – jak dzieci mówią na żarcie, bo chciałem ją zeżreć żywcem. A gdybym znał gorsze słowa, to gorzej bym na nią mówił.

Drugi zgadzał się z Pierwszym, a Trzeci zgadzał się z Amą, bo on zawsze się z nią zgadzał. Najmędrszy z rodziny, Czwarty, nie wziął udziału w dyskusji, zauważywszy tylko, że kłamstwo stanie się prawdą, jeśli ludzie weń uwierzą.

Pierwszy nienawidził Amy – i tylko Drugi mógł w tej nienawiści dotrzymać mu kroku, a to dlatego, że zawsze robił jak Pierwszy – i rzeczywiście wyrażał się o niej ciut gorzej niż „Ama”. Przeróżne miał na nią określenia, zaczynały się od prawie każdej z liter alfabetu, lecz nigdy na „m”, bo nigdy nie mówił „mama”. Pierwszy urodził się pierwszy i po osiemnastu latach pierwszy wybył z domu.

Nie odbieraj – myślał Siódmy.

Odebrał.

Kurwa.

– Cześć, Amo – powiedział.

Z drugiej strony długa cisza, potem szept:

– To już.

– Ale co już? – spytał.

– Dobrze wiesz co – padło. – Twoja siostra przyjechała. Twoi bracia również.

– Pierwszy też przyjechał?

– Też.

– Pierwszy jest? U ciebie w domu?

– Jest – odpowiedziała. – Razem ze wszystkimi.

– Z jakimi wszystkimi?

– Wraz z całą rodziną – rzekła. – To już. Przyjedziesz?

Powiedz nie – pomyślał Siódmy.

– Tak – powiedział.

Kurwa.

Po czym Siódmy Seltzer odłożył na biurko pamiętniki transgenderowych bliźniaków syjamskich wyznania prezbiteriańskiego z filipińsko-arabskimi korzeniami, niepełnosprawnością i dietą bezmięsną rybną i ruszył na Brooklyn.
(…)

Shalom Auslander „Matka na obiad”
Tłumaczenie: Maciej Stroiński
Wydawnictwo: Filtry
Liczba stron: 320

Opis: Siódmy Seltzer, nowojorczyk, mąż i ojciec, pracuje jako lektor w wydawnictwie. Właśnie odrzuca kolejną złą „powieść na temat dziedzictwa”, kiedy dowiaduje się, że jego matka umiera i pragnie go zobaczyć. Co prawda Siódmy dawno zerwał z rodziną, ale teraz nie ma wyjścia – jedzie. Na łożu śmierci mama szepcze mu dwa słowa: „Zjedz mnie”. Prośba nie dziwi Siódmego, Seltzerowie bowiem to rodzina kanibali, należąca do prężnej niegdyś w Ameryce mniejszości etnicznej. Pojawia się jednak problem – matka ma sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i waży dwieście kilo. To za dużo, nawet gdyby rozdzielić zmarłą pomiędzy wszystkie dzieci, których jest dwanaścioro. Piekielnie inteligentna, odważna powieść. Przenikliwa satyra na trybalizm i polityki tożsamościowe, które w skrajnej postaci mogą wieść na niebezpieczne manowce.

fot. © Theo & Juliet


Tematy: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek