Fragment powieści „Samotne miłości” Eshkola Nevo

29 lutego 2016

samotne_milosci_fragment
Prezentujemy początkowy fragment nowej powieści izraelskiego pisarza Eshkola Nevo, która ukazała się nakładem wydawnictwa Muza. „Samotne miłości” to współczesna baśń o miłości, samotności, potrzebie przynależności i absurdach życia. Książkę wydano pod patronatem Booklips.pl.

Można by się spodziewać, że taka historia będzie powtarzana z ust do ust, relacjonowana szeptem na klatkach schodowych albo w sypialniach z najdrobniejszymi szczegółami, przez wszystkie pokolenia, lecz o dziwo, zaraz po incydencie, choć miał on świadków, prawdziwych świadków naocznych, nikt o nim nie rozprawiał, ani po hebrajsku, ani po rosyjsku, ani po amerykańsku, jakby ludzie postanowili, że całą sprawę powinny przysypać drobiny czasu, sekundy usypujące się w minuty, jak płatki śniegu. Bo przecież i tak nikt by nie uwierzył.

Ale mogłoby się zdarzyć, przypuśćmy, że kiedyś o północy ktoś ustawiłby drabinę, opartą o zachodnią ścianę budynku ratusza, i wspiął się lekko, zwinnie po szczeblach, a jego ręka bez wahania popchnęłaby właściwe okno ? nie trzeba nawet tłuc szyby, Reuwen z archiwum zostawia okno odrobinę uchylone, żeby wpuścić powiew wiatru ? następnie od razu mógłby nacisnąć przełącznik światła i odszukać w dolnym rzędzie, na najniższej półce, skoroszyt zatytułowany Datki w latach 1993?1994, odrobinę wystrzępiony na brzegach, a w nim, niemal nie kartkując zawartości, odnalazłby z łatwością oficjalny list od nadawcy: Jeremiaha Mendelstruma z Hillborn, New Jersey, zaadresowany do Burmistrza.

List ten, należy ostrzec, choć oficjalny, wcale nie jest krótki. Najwyraźniej bowiem Jeremiah Mendelstrum uległ temu, co spotyka niekiedy osoby biorące pióro do ręki: to ono ich prowadzi. A może przyczyniła się do tego samotność, praprzyczyna wszystkich przyczyn. I tak, choć pierwotnym zamiarem pana Mendelstruma było przedstawienie krótkiej, rzeczowej propozycji, na dwóch pierwszych stronicach zaskakująco szeroko rozpisuje się on na temat niedawno zmarłej pani Mendelstrum, a linie, które kreśli, nie są krótkie i odmierzone, lecz długie i wijące się jak tęsknota, nie zadowala się też wyświechtanymi określeniami ? sprawiedliwa, uosobienie wszelkich cnót i tym podobne ? lecz stawia na progu serc czytelników maleńkie dzbanuszki, zawierające cząstki wspólnego życia pary małżeńskiej: pełne skrępowania pierwsze spotkanie na obrzezaniu u Frishbergów, to, jak oddaliła się nieco, nie mogąc patrzeć na sam moment operacji, a on obejrzał się za nią, nie mogąc na nią nie patrzeć. Poza tym: wspólny wieczorny spacer rok później, od West Village do rzeki Hudson, gdy zwierzała mu się z marzeń, mówiąc: musisz wiedzieć, że nie jestem jedną z tych dziewczyn, które spacerują z ukochanym nad Hudsonem i zwierzają mu się z marzeń tylko po to, by dwa miesiące później zajść w ciążę i zrezygnować ze wszystkiego, a on powiedział: God forbid, nic podobnego, ale w głębi serca czuł dumę, bo wtedy po raz pierwszy na swój sposób powiedziała mu, że go kocha. W ciągu czterdziestu kolejnych lat deklarowała miłość do niego zaledwie kilka razy, ale zawsze robiła to z pełnym przekonaniem, jak w modlitwie, a pomiędzy tymi chwilami zostawiała go spragnionego kolejnego razu. Teraz, gdy odeszła, on odkrywa ku swemu wielkiemu żalowi, że nie ma już na co czekać. Owszem, niekiedy udaje mu się zobaczyć ją wyglądającą z oczu synów, a jedna z wnuczek, córeczka starszego syna, ma dokładnie taki sam uśmiech i tak samo unosi brwi ze zdumieniem, ale Ameryka to nie Izrael, you must understand, amerykańskie rodziny to odłamki glinianego naczynia, a nie kawałki puzzli, i między kolacją w Rosz ha-Szana a wieczorem sederowym nie udaje mu się znaleźć celu, kolejne dni kleją się do siebie, nawet pieniądze, przy których gromadzeniu harował od rana do wieczora tyle lat, nawet one już go nie motywują, i właśnie przez to wpadł na pewien pomysł: uwieczni imię ukochanej żony, finansując budowę nowej mykwy w Mieście Cadyków, do którego przyjazd planowali razem zaledwie poprzedniego lata. Kupili już bilety na samolot i Szczegółowy przewodnik po grobach świętych cadyków, w angielskim tłumaczeniu naturalnie, lecz pewnej niedzieli, gdy przeglądał weekendowe wydania gazet, usłyszał nagle głuchy dźwięk od strony sypialni, jak odgłos uderzenia pięścią w worek.

Nie chce rozwodzić się nad tamtą chwilą. Nie może. Chyba nigdy nie będzie mógł. Zamiast tego postanawia przejść do sedna. Jak wspominał, jego zamiarem jest sfinansowanie nowej mykwy w mieście, z pokryciem wszelkich związanych z tym kosztów, i ma tylko jeden warunek, choć nie do końca jest to warunek, lecz raczej nadzieja pełgająca w nim jak płomień świeczki zapalonej ku czyjejś pamięci, by ten budynek, w którym obok wejścia znajdzie się tabliczka z imieniem jego żony, był gotów do przyszłego lata, gdy zamierza odwiedzić Ziemię Świętą. Jeśli Bóg pozwoli.

Od dnia, w którym nakrył głowę jarmułką i przyjechał do Miasta Cadyków, Mosze Ben Cuk usiłował postrzegać siebie jako człowieka narodzonego na nowo, który z bezpiecznego dystansu obserwuje dawne namiętności. Co prawda, wbrew wszelkim staraniom przetrwało w nim kilka skłonności z czasów, gdy był kibucnikiem o złamanym sercu, a potem oficerem wywiadu w Tajnej Jednostce, o której Wiedzą Wszyscy ? nadal kolekcjonował mapy i plany, nucił bezgłośnie pod nosem piosenki Szaloma Chanocha, wypalał po obiedzie jednego papierosa marki Noblesse i odpędzał ręką zapach Ajelet, ilekroć dolatywał do jego nozdrzy.

Ta woń nie przypominała w ogóle cynamonu, ulubionego zapachu Ajelet. Ani żadnego konkretnego szamponu. To był po prostu jej własny zapach. I zawsze, chociaż wiedział, że to wykluczone, że nie ma takiej możliwości, gdy wyczuwał ten zapach przy półce z nabiałem w supermarkecie, obok huśtawek na placu zabaw, albo ? szatańskim zrządzeniem ? w synagodze, dłoń odpędzała go energicznie, ale oczy zaczynały się rozglądać: może mimo wszystko?

Tamtego ranka przyniósł go ze sobą podmuch zimowego wiatru, który wdarł się do wnętrza samochodu. Mosze natychmiast zamknął okno, ale to tylko pogorszyło sytuację. Teraz jest uwięziony z tym zapachem, zmuszony do obcowania z nim. Dlatego otwiera z powrotem okno i usiłuje odgonić zapach ręką, patrzy w boczne lusterko i w wewnętrzne lusterko, a potem znowu w boczne, chociaż tak naprawdę nie ma żadnej możliwości, to nie może być, jest stracony, jeśliby ona wróciła ? na koniec przenosi wzrok na drogę i dodaje gazu. Najlepiej, żeby wreszcie dojechał do pracy. Jak najprędzej. Tam będzie mógł schować się za cudzymi problemami.

Jako osobisty asystent burmistrza do wszelkich zadań, Ben Cuk ma do dyspozycji przestronny gabinet, którego ściany ozdobił licznymi mapami: popularnymi, jak ?mapa synagog? czy ?mapa uczelni talmudycznych?, ekscytującymi, jak ?mapa rocznego poparcia?, i całkiem niepotrzebnymi, które powstały z samego zamiłowania do kreślenia map, jak ?mapa występowania modeli subaru według roczników? lub ?mapa miejskich dziwaków?.

Na cotygodniowe posiedzenia rady miasta przychodzi pierwszy, rozwiesza zawczasu mapy i przezrocza, by mógł się odwoływać do nich podczas narady ? ?przypadkiem miałem je pod ręką? ? i tak samo robi na naradzie w sprawie listu od owdowiałego filantropa, Jeremiaha Mendelstruma.

??Sytuacja przedstawia się następująco ? mówiąc to, Ben Cuk zrywa się z miejsca i stuka cienkim długim wskaźnikiem w arbitralnie wybrany punkt, znajdujący się mniej więcej pośrodku ?mapy miejskich mykw?. Obecni podskakują na krzesłach, zaskoczeni siłą uderzenia. Ben Cuk to muskularny mężczyzna, ludzka kapsuła, w której tłoczą się pod ciśnieniem liczne sprzeczne impulsy. Mięśnie ramion prężą się w rękawach koszuli i ludzie całkiem niesłusznie zakładają, że Ben Cuk ćwiczy z ciężarkami. Ma przenikliwe, głębokie spojrzenie. W jego oczach tli się jakiś nigdy niegasnący płomień. Policzki zawsze pokrywa cień zarostu. Nie przez zaniedbanie, broń Boże, lecz dlatego, że włoski wyrastają z powrotem dosłownie w kilka sekund po tym, jak kończy się golić.

Niestety, Ben Cuk, który w dalszym ciągu wędruje wskaźnikiem po mapie, stwierdza, że mimo najlepszych chęci udzielenia twierdzącej odpowiedzi na prośbę milionera w mieście nie ma miejsca na jeszcze jedną mykwę. Liczba mykw przypadających na metr kwadratowy jest tu najwyższa na Bliskim Wschodzie. To samo tyczy się liczby mykw na głowę.

??Nie rozumiem, jak to ?nie ma miejsca?? ? odzywa się burmistrz tonem, jaki zawsze przybiera na zebraniach: szyderczym, pełnym wyrzutu, z lekkim odcieniem agresji (Awraham Danino ma także całkiem inny ton, który zachowuje na spotkania prywatne: ojcowski, łagodny, z wyraźnym odcieniem zaufania. I choć Ben Cuk pracuje z nim już od blisko dwóch lat, nie przyzwyczaił się jeszcze do tych gwałtownych zmian). ??Jeśli nie ma miejsca ? Danino uderza teraz lekko dłonią w stół ? to je zrobimy. Jak się to mówi: dla chcącego nic trudnego.

??Nawet jeśli zrobimy miejsce, panie burmistrzu, jest jeszcze jeden problem, z którym będziemy musieli się uporać ? mówi Ben Cuk i nakłada na mapę następne przezrocze. ? Jak widzicie tutaj ? znowu dotyka mapy wskaźnikiem ? obecnie ? z naciskiem na ?obecnie? ? zachowana jest delikatna równowaga między różnymi nurtami religijnymi, gdy chodzi o liczbę mykw przynależących do poszczególnych nurtów. Każda dodatkowa mykwa w mieście naruszy tę równowagę. Co więcej, może ją całkowicie zburzyć.

Członkowie rady, której skład również ustalono zgodnie z tą samą uświęconą zasadą równowagi między rozmaitymi nurtami, kiwają głowami. W rzeczy samej, twardy orzech do zgryzienia.

??Co w takim razie proponujesz? ? pyta Danino, wbijając w niego spojrzenie zielonych lśniących oczu. (Nikt nie spodziewa się tak lśniących oczu u burmistrza miasta. Ben Cuk widział wielokrotnie, jak smutek wyzierający ze spojrzenia Danina wytrąca ludzi z równowagi. Szczególnie, gdy spotykają go po raz pierwszy). ? Nie, naprawdę ? odzywa się ostrzej ? chcę wiedzieć, co zamierzasz. Mamy powiedzieć temu całemu Mendelstrumowi, że nie chcemy jego pieniędzy? Niech je sobie zabierze i da innemu miastu?

??W gruncie rzeczy, jeśli spojrzeć na mapę? ? zaczyna mówić Ben Cuk, zamierzając umieścić na niej kolejne przezrocze.

??Zostaw te mapy w spokoju! ? wykrzykuje burmistrz i wpycha rękę głęboko w spodnie (podczas gdy większość ludzi wpycha za spodnie kciuk z pozostawieniem reszty dłoni na zewnątrz, Awraham Danino zwykł wkładać do środka cztery palce, aż niemal, albo wręcz dosłownie, dotykają genitaliów, zostawiając na zewnątrz sam kciuk). ? Przedstaw mi jakieś rozwiązania! ? Podnosi głos, zwracając się do swego asystenta, i nerwowo uderza kciukiem po sprzączce paska. ? Rozwiązania!

Kiedy ktoś na niego krzyczy, Ben Cuk niemieje. Staje się z powrotem małym chłopcem, nowym przybyszem w kibucu. Takim, któremu mówią ?no skacz, skacz wreszcie? na wycieczce do wodospadu w Nachal Jehudija. Takim, którego nigdy nie wybierają do drużyny koszykówki, chociaż nie jest aż tak beznadziejny. Takim, który podczas pierwszych nocnych podchodów wpada do dołu na szambo i wstydzi się zawołać o pomoc, bo wie, co powiedzą. Takim, co woli milczeć, bo nawet jego świetne pomysły są przyjmowane z drwiną?

??Chwileczkę, za pozwoleniem, a co z tym pustym terenem? ? zabiera nagle głos przedstawiciel Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, skromny i poważny młody człowiek, który dwa lata wcześniej został tu oddelegowany ze Świętego Miasta, by naprawić sytuację po tym, jak w radzie miejskiej wykryto nieprawidłowości finansowe.

??Gdzie? ? Ben Cuk stuka w mapę wskaźnikiem. ? Tu? Tu? Tu?

Przedstawiciel Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zrywa się, podchodzi do mapy i kładzie palec na ziemi niczyjej, terenie położonym między miastem a jednostką wojskową. Rzeczywiście, nic tam nie ma. To teren pozbawiony mykw. Całkowicie.

??Słowo daję. ? Ben Cuk opiera wskaźnik o ścianę. ? Chce pan zbudować mykwę na Syberii?

Wszyscy rechoczą. Oprócz burmistrza, który wyciąga rękę zza paska, uderza mocno w stół i mówi:

??To właśnie zrobimy z donacją pana Mendelstruma. Wybudujemy pierwszą historyczną mykwę na Sy? Na osiedlu Źródło Dumy. Popłyną wody ze źródeł. I przyjdzie do Syjonu wybawiciel.

??Ale? ? oponuje zdumiony Ben Cuk ? po co im mykwa? Tamci nawet nie? Nie wiadomo, czy na pewno są żydami.

??Ben Cuk. ? Burmistrz uśmiecha się uśmiechem człowieka, który znalazł rozwiązanie. ? Któż lepiej od ciebie może wiedzieć, że nigdy nie jest za późno na nawrócenie. Przejedź się tam jutro i znajdź odpowiednią lokalizację.

??Ale, Awrahamie, to znaczy panie burmistrzu, tamtejsze mieszkanki są już starszymi kobietami i dawno przekroczyły wiek, w którym?

??To niech zbudują też część dla mężczyzn. Mam nadzieję, że ta mykwa powstanie do lata. Dokładnie tak, jak chce ten żyd.
(…)

samotne_milosciEshkol Nevo „Samotne miłości”
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 336

Opis: Najnowsza powieść izraelskiego pisarza, znanego w Polsce autora powieści „Neuland” i „Do następnych mistrzostw”. W przesyconej namiętnością i magią powieści „Samotne miłości” autor splata kilka wątków miłosnych, których kulminacja następuje w jednym, szokującym momencie. Powieść, której akcja rozgrywa się w wyimaginowanym mieście na północy Izraela, zwanym Miastem Cadyków (Sprawiedliwych), przedstawia z przymrużeniem oka absurdalne, irytujące i wzruszające aspekty izraelskiej rzeczywistości, snując zarazem uniwersalną historię o samotności, zagubieniu i pragnieniu bycia rozumianym. Tworząc pełną niezwykłego uroku narrację, z rzadkim talentem do tworzenia bliskich czytelnikowi postaci, Eshol Nevo snuje opowieść, którą czyta się jak współczesną baśń. Najnowsza powieść izraelskiego pisarza, znanego w Polsce autora powieści „Neuland” i „Do następnych mistrzostw”.

Tagi: , , , ,

Kategoria: fragmenty książek