banner ad

Fragment książki „Nasz mały PRL” Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego

25 września 2012

Fidel, kokos i banany

Rzygać się chciało, ale byliśmy młodzi.
Thomas Brussig, Aleja Słoneczna

? Co dziś rzucili? ? pytamy uprzejmie w sklepie mięsnym na warszawskiej Pradze.

Sklepowa mierzy nas wzrokiem. Stoi przed nią dziwak z wąsem, kobieta z trwałą i dwuletnie dziecko, któremu spod ubrania wystaje tetrowa pielucha.

? Epoka się wam nie pomyliła? ? pyta zaczepnie.

Ano pomyliła się. Dwa miesiące temu zamieszkaliśmy w wielkiej płycie, zamieniliśmy laptopy na maszynę do pisania, GPS-a na starą mapę, a komórkę na telefon z tarczą. Przestawiliśmy się z Ikei na meble z Zakładów Produkcji Mebli w Wyszkowie, z opla astry na fiata 126p, z oliwy z oliwek na smalec ze świni, a z sushi ? na bitki wołowe. Słowem ? przenieśliśmy się do PRL-u.

Ekspedientka tego wszystkiego nie wie, bo niby skąd ma wiedzieć. Nie wie, że od kilku miesięcy zamęczamy ludzi podobnymi pytaniami, że kilka sklepów wcześniej próbowaliśmy zrealizować oryginalną kartkę na wołowe z kością, czym przyprawiliśmy kierowniczkę najpierw o palpitacje, a potem ? gdy okazało się, że chcemy tylko dać jej kartkę, ale za mięso jesteśmy gotowi zapłacić ? o szczery śmiech. Że od kilku tygodni próbujemy w różnych punktach skupu makulatury wymienić dziesięć kilo gazet na papier toaletowy, który w naszym świecie właśnie się skończył. Że szukamy magika, który by nam naprawił wirnikową pralkę franię, usiłujemy znaleźć części do malucha, nie korzystając z Allegro, wymienić z kimś dwadzieścia historyjek po gumie donald na fajną puszkę po zachodnim piwie.

Tydzień wcześniej chodziłem po Ursynowie i każdego, kto niósł papier toaletowy, pytałem, gdzie go kupił.

? No jak to gdzie? ? dziwi się młoda mama z wózkiem. ? W Leclercu!

? W le? co? ? dopytuję, bo w PRL-u żadnych leklerków nie było.

Ale młoda mama zaczyna mi się bacznie przyglądać i wyrokuje:

? Pan to na pewno jest z Szymon Majewski Show. Zawsze was oglądam! ? I daje z dzieckiem dyla między bloki.

Bardziej rozmowny okazuje się emeryt w siatkowej koszulce:

? W sklepie osiedlowym kupiłem, proszę pana! ? mówi. ? To bardzo dobry papier, szorstki. Bo ja nie lubię tych nowoczesnych, miękkich.

? Tak pan po prostu wszedł i kupił? ? dziwię się.

? Dokładnie tak! I pan może wejść i kupić, do czego pana gorąco zachęcam! ? Pan emeryt klepie mnie raźno po ramieniu i bardzo zadowolony z siebie, odchodzi ze swoim szorstkim papierem w stronę domu.

Takie właśnie mamy życie. Last minute w Egipcie zamieniliśmy na wczasy pod gruszą, modne kozaczki na buty relaks, reklamowaną w telewizji pralkę na lekko pordzewiałą franię. Nasza córka ma szyte ze ścinków pluszaki. My zaś chilijskie wina wymieniliśmy na czystą wódkę, Jerzego Pilcha na Romana Bratnego, Magdę Gessler na Irenę Gumowską, a Internet ? na koniec języka za przewodnika. Mamy nie swoje mieszkanie, nie swoje ubranie i nie swoje życie i sprawdzamy, czy da się odtworzyć PRL.

W tym tygodniu szukamy kości wołowej na zupę i pytamy o nią w kiosku Ruchu na Mokotowie, który trzydzieści lat temu miał taką kość ? oczywiście spod lady ? w ofercie.

? Proszę? ? dziwi się młoda kioskarka z tipsami na dwie długości paznokcia i modnie uczesaną głową. ? Kość wołowa? Co to za żarty?

? No, kiedyś tu była kość wołowa? ? tłumaczę. ? Znajoma opowiadała, że mieliście babę ze wsi, która dowoziła?

? Ja nic o tym, proszę pana, nie wiem ? oburza się młoda kioskarka.

? Od trzech lat tu pracuję i zapewniam, że nie sprzedałam ani kawałka kości.

Część ludzi traktuje nas jak ekipę jakiegoś dziwnego programu. Część ? jak wariatów, kosmitów, dziwaków urwanych z choinki. Ale część zaczyna opowiadać, jak było kiedyś. Porównywać. Wspominać.

O to nam chodzi.

Ekspedientka z Pragi też zauważa, że jesteśmy inni. Woła ze śmiechem koleżankę, która wcina kanapkę na zapleczu:

? Jaśka!1 Państwo się pytają, co rzucili!

Jaśka wychodzi, wyciera ręce w fartuch i przygląda się nam przez chwilę.

? Wszystko rzucili naraz. W tym cały problem ? stwierdza wreszcie filozoficznie i wraca do nadgryzionej kanapki.

1. Wszystko zaczęło się ładnych kilka lat temu na Kubie. Konkretnie ? w którejś z wiosek w okolicy Matanzas na wschód od Hawany.

Przemierzałem te okolice na zlecenie ?Gazety Wyborczej? jesienią 2006 roku, w czasie gdy po ciężkim krwotoku żołądkowym śmierć Fidela Castro wydawała się kwestią kilku dni. Razem z Albertem Zawadą, fotografem ?Gazety? i moim przyjacielem, jechaliśmy małym, wynajętym na miejscu peugeotem. Codziennie przejeżdżaliśmy przez mniejsze lub większe miasta, miasteczka i wioski otoczone palmami, tropikalnym lasem i plantacjami trzciny i przyglądaliśmy się Kubańczykom, których życie wypełnione jest absurdami i nowomową nie mniej niż życie naszych rodziców w PRL-u. Pod ichnimi peweksami dzień w dzień ustawiają się grupki cinkciarzy gotowych wymieniać dolary po kursie lepszym od oficjalnego, klatki schodowe, urzędy i szkoły pełne są gazetek chwalących Fidela i rewolucję, a półki w oficjalnych sklepach świecą pustkami.

Pod koniec podróży jechaliśmy przez małe wioski niedaleko Matanzas właśnie. W centrum każdej z nich stała świetlica, w niej ? telewizor. Ktoś oglądał, ktoś nie oglądał, ale i tak cała wieś tam siedziała. Jedni pili rum, inni gadali, ktoś kopał piłkę, ktoś inny opowiadał kawały. Cała wieś ? razem.

W jednej z tych wiosek zatrzymaliśmy się, by zapytać o drogę do Hawany.

? Uuuuuu, Hawana bardzo daleko! ? powiedział nam mężczyzna w średnim wieku, w słomkowym kapeluszu i ciemnych okularach mimo późnej pory nasuniętych na nos. Oddech miał poalkoholowy. Może dlatego od ogólnych pytań szybko przeszedł do szczegółowych propozycji. ? Jestem Juan, pracuję tu w szkole. Przenocujcie u mnie, rano pojedziecie dalej.

Spojrzeliśmy z Albertem po sobie. Pierwszy raz na Kubie mogliśmy przenocować tak po prostu, u kogoś we wsi.

Zgodziliśmy się bez wahania. Juan zaprowadził nas do domu, przedstawił żonie i pokazał, gdzie będziemy spać. A potem wyciągnął butelkę rumu i wspólnie zaczęliśmy nad nią pracować. Nasz gospodarz zaś zapragnął porozmawiać z nami o polityce.

? Kiedyś byliśmy w jednym obozie. ? Pokiwał głową. ? Ale teraz w Polsce jest kapitalizm ? dodał. ? To źle. Bardzo źle ? powtórzył, żebyśmy nie mieli wątpliwości.

? Dlaczego źle? ? zapytałem.

? Mój ojciec opowiadał, jak wyglądał kapitalizm na Kubie. Biedni nie mieli nic, wszystko szło dla bogatych. Czy tak nie jest? ? pytał Juan, polewając nam kolejną szklankę rumu.

? Nie, Juan, biedni w kapitalizmie też mogą robić karierę. Pewnie muszą się trochę bardziej postarać na początku. Ale ja też byłem z niebogatej rodziny, a teraz pracuję w dużej gazecie ? odpowiedziałem.

? Ale biednych nie stać na dobrą szkołę ? stwierdził Juan. ? I głupi bogacz kończy lepsze szkoły niż biedny geniusz.

? Jak są naprawdę dobrzy, mogą dostać stypendium ? powiedziałem ja. ? Szanse mają? no, prawie równe ? zawahałem się.

? Ale biednych w kapitalizmie nie leczą. Albo leczą gorzej ? nie dawał za wygraną Juan.

? To też nie do końca tak, choć na pewno z leczeniem jest łatwiej, jak masz pieniądze ? odparłem po głębszym namyśle.

? U nas wszystkich leczą tak samo ? podkreślił Juan, a ponieważ tymczasem rum nam się skończył, wysłał żonę po kolejną butelkę. ? Nie ma znaczenia, ile masz pieniędzy.

? Juan? ? wziąłem głębszy oddech. ? U was na pewno też są tacy wcześniej przyjmowani na badania i tacy przyjmowani później. Nie wierzę, że ciebie będą leczyć tak samo jak żonę ministra.

? A czy zastanawiałeś się kiedyś, jaką cenę płacicie za ten wasz kapitalizm? ? zapytał Juan. I zabił mnie tym pytaniem. Byłem zmęczony po całym dniu drogi. W dodatku upity trzema szybko wychylonymi szklankami rumu. Nie miałem ani siły, ani ochoty bronić na Kubie kapitalizmu ani jego zdobyczy, zwłaszcza przed Juanem, który ? takie miałem wrażenie ? był mistrzem podobnych dyskusji.

? Nie wiem, Juan, i nie chcę wiedzieć. Idę spać.

I poszedłem.

Rano Juan przybił z nami piątki na pożegnanie. Za nocleg policzył dość słono, ale się nie targowaliśmy. Dla nas to raptem kilkanaście euro, dla niego ? pół miesięcznej pensji. Do dziś nie wiem, kim był. Agitatorem? Propagandystą? Członkiem partii? Pracownikiem służb specjalnych? A może po prostu wierzącym komunistą, jakich wciąż na Kubie pełno.

Myślałem, że zapomnę go równie szybko jak dziesiątki innych ludzi, których codziennie spotykaliśmy na drodze. Ale niespodziewanie jego pytanie o cenę kapitalizmu zaczęło we mnie kiełkować. Zwłaszcza gdy mijaliśmy kolejne wioski, w których ludzie spędzali całe wieczory razem.

? Tu jest zupełnie jak w moim dzieciństwie ? westchnąłem do Alberta, przypominając sobie wieczory na trzepaku, picie napoju ptyś z jednej butelki, dożuwanie gumy donald po koledze i wylizywanie oranżadki w proszku z jednego opakowania.

? I w moim ? westchnął Albert.

I zaczęliśmy sobie opowiadać, jak to kiedyś kisiel był gęstszy, oranżada bardziej gazowana, a dzieciństwo spędzone w bandzie dzieciaków pod blokiem fajniejsze niż to przed komputerem. A potem zaczęliśmy się zastanawiać, kiedy ostatnio w Polsce widzieliśmy dorosłych ludzi wysiadujących razem na ławce pod blokiem i rozmawiających. Jeszcze później próbowaliśmy dojść, kiedy widzieliśmy dzieciaki bawiące się na trzepaku. Ale za nic nam ten rachunek nie wychodził.

Może ten Juan ma trochę racji? Coś sobie daliśmy zabrać? ? pomyślałem.

Od tego momentu wiedziałem, że chcę opisać tę stronę polskich przemian. Świetnie, że były, że dały nam wolność i demokrację, że można uczyć w szkole całej prawdy o Armii Krajowej i jeździć bez wizy (ba, bez paszportu!) do Europy Zachodniej. Ale coś sobie daliśmy przy okazji wyrwać.

Chciałem o tym napisać. Ale nie miałem pojęcia, jak to zrobić.

Aż do dnia gdy wpadł w moje ręce Rok biblijnego życia2, książka amerykańskiego autora, który próbował przez rok przestrzegać wszystkich zaleceń Biblii. Skończyło się chodzeniem w długiej, powłóczystej szacie i zapuszczeniem brody sięgającej sprzączki od paska. I kilkoma ciekawymi epizodami, jak choćby rzucaniem kamyczkami w koleżankę i kolegę, którzy mają romans, a przecież ?Biblia każe cudzołożników kamienować?.

Ale Rok biblijnego życia to nie tylko namysł nad Biblią i jej przystawalnością do czasów współczesnych. To także ? a może przede wszystkim ? Ameryka na kozetce, ze swoją hipokryzją i skłonnością do powoływania się na Boga, Jahwe czy Jehowę, jakkolwiek by go zwać, którego zaleceń nikt tak na dobre nie zna ani poznawać nie zamierza.

Potem wpadła mi w ręce książka Barbary Ehrenreich, Amerykanki, która kilka lat próbowała przeżyć w Stanach, pracując za najniższą pensję3. Jej odkrycia są porażające: bieda to samonapędzające się koło, z którego nie ma wyjścia. Nie masz pieniędzy, więc nie wynajmiesz mieszkania. Nie masz mieszkania, więc nie masz też meldunku. Nie masz meldunku ? nie dostaniesz lepszej pracy. To, że Barbara Ehrenreich przekonywała się o tym na własnej skórze, dodaje książce niezwykłej mocy, mocy, jakiej nie miałaby, gdyby była oparta na standardowym dziennikarskim śledztwie, mocy zrodzonej na styku normalnego życia Barbary i tego, które zaczęła prowadzić.

Odświeżam sobie wreszcie klasyka dziennikarstwa wcieleniowego Niemca Güntera Wallraffa, który udawał za Odrą Turka, robotnika sezonowego i? pracownika ichniego ?Faktu?, czyli bulwarówki ?Bild?. Bez jego przebieranek Niemcy nigdy nie zrozumieliby, jak źle mogą się czuć w ich kraju cudzoziemcy. Ostatnio Wallraff przebierał się za czarnoskórego uchodźcę z Somalii i znów pokazał, w jakich detalach objawia się niemiecki rasizm dnia powszedniego: na turystycznej łodzi nikt nie chce usiąść obok czarnego, a sprzedawczyni boi się dać mu do ręki drogi zegarek4.

Pomysł jest więc prosty: zrobić wcieleniówkę PRL-owską. Na kilka miesięcy udać, że dalej mamy orła bez korony i zapis o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim w konstytucji.

Czy to się uda? Nie wiem. Ale bardzo mnie ta myśl nakręca, bo ? jak w wielu urodzonych w latach osiemdziesiątych ? samo myślenie o PRL-u porusza we mnie jakąś czułą strunę. Już jako licealista skupowałem fanty z tej epoki. Kiedy księgarnia w Ostrowi w połowie lat dziewięćdziesiątych wyprzedawała PRL-owskie książki i plakaty, kupiłem chyba wszystko, co mieli, w tym plakaty z Fidelem Castro właśnie, a także Marcelim Nowotką i Mirosławem Hermaszewskim. Na studiach ta pasja jeszcze się pogłębiła i ? ku zgrozie mojej mamy ? zacząłem jeździć po warszawskich pchlich targach i zwozić z nich dzieła Lenina, Stalina, przemówienia generała Jaruzelskiego i poradniki, jak naprawić malucha, syrenę czy skodę.

Zostaje tylko jeden mały szkopuł: jak to powiedzieć rodzinie? Jest wczesna jesień 2010, za chwilę ruszamy z Izą, moją żoną, i Marianną, moją córką, w podróż do Azji Południowo-Wschodniej. Chcę zacząć projekt kilka miesięcy po powrocie, ale domyślam się, co mi powie Iza: że mamy półtoraroczną córę, a ona potrzebuje ojca w tej epoce, w której sama żyje. Że mamy mieszkanie na Pradze Północ, które dopiero co udało nam się kupić i za które płacimy miesiąc w miesiąc solidną ratę kredytu. Że mamy lodówkę, w której musi być codziennie coś do jedzenia, samochód, do którego trzeba lać benzynę, dwa telefony, za które trzeba płacić rachunki. Iza ma swoje plany zawodowe, w które niekoniecznie musi się wpisywać pomysł jej męża: kochanie, na chwilę skoczę w przeszłość, ale niedługo wrócę!

Co robić? Jak o tym porozmawiać?

Robię na obiad spaghetti z łososiem, śmietaną i kaparami. I gdy już łosoś pływa w naszych sokach trawiennych, zaczynam krążyć wokół sedna.

? Wiesz, mam pomysł na taki projekt? ? mówię, niby od niechcenia, gdy siedzimy w kuchni każde przy swoim laptopie.

? Wolałabym, żebyś nigdzie nie jeździł ? odmrukuje Iza. Od kiedy przeczytała biografię Ryszarda Kapuścińskiego, reporterskiego guru, który zostawiał rodzinę na długie miesiące, by opisywać Afrykę, Amerykę Południową i były ZSRR, jest bardzo wyczulona na tym punkcie.

? Dopiero co byłeś w Rosji, wcześniej w Turcji. Niedługo ruszamy do Kambodży. Może posiedzisz trochę w domu? ? pyta i lajkuje posta zamieszczonego przez koleżankę na Facebooku.

Normalnie odbylibyśmy w tym punkcie rozmowę pod hasłem ?jak nie będę mógł jeździć po świecie, będę nieszczęśliwy? i w końcu stanęłoby na tym, że skoro to takie ważne, to mogę jechać. Ale tym razem ma być inaczej.

? To się świetnie składa ? mówię. ? Nie zamierzam nigdzie jeździć. Więcej, będę cały czas w domu!

? Taaaaak? ? Moja żona podnosi wzrok znad laptopa i patrzy na mnie podejrzliwie, bo do tej pory siedzenie w domu nie było moją najmocniejszą stroną. ? A co to niby za projekt?

? Przenoszę się do PRL-u! ? oznajmiam. ? To znaczy? Chciałbym się przenieść. Jeśli się zgodzisz ? poprawiam się, bo przecież jesteśmy nowoczesnym małżeństwem i wszystkie decyzje podejmujemy razem. Ale na wszelki wypadek, zanim Iza zdąży coś odpowiedzieć, szybko zaczynam opowiadać o wioskach wokół Matanzas, wspólnym żuciu gumy donald i Niemcu Wallraffie przebranym za Somalijczyka.

2. Moja żona ma pewną bardzo rzadką zdolność: potrafi zadawać najcelniejsze pytania w najodpowiedniejszym momencie. Gdy ja snuję opowieści o życiu w PRL-u, ona świdruje mnie oczami i doskonale widzę, że celne pytanie właśnie rodzi się w jej głowie.

Próbuję ten moment zagadać.

Boję się, że zapyta, jak będziemy mieszkać ? bo przecież będziemy musieli kilka miesięcy żyć oddzielnie. Ale na takie pytanie jestem przygotowany. Powiem, że znajdę mieszkanie gdzieś na Pradze, niedaleko naszego. Takie, co od czasów PRL-u nie było remontowane, i tam zamieszkam, a ona z Marianną będą mnie mogły codziennie odwiedzać.

Może też zapytać, jak będziemy się zajmowali dzieckiem, ale tu nie widzę powodu, żeby było inaczej niż dotąd ? pół dnia opiekunka, drugie pół ? któreś z nas.

Może zapytać, kto jej będzie pomagać w domu ? jako nowoczesne małżeństwo wiele rzeczy robimy razem. Tu zamierzam odpowiedzieć, że przez pół roku nikt. Ale przez kolejne pół ja będę robił absolutnie wszystko, a ona będzie miała permanentny Dzień Kobiet łącznie ze śniadaniami do łóżka.

Może wreszcie zapytać, jak będę zarabiał. Cóż, na to pytanie nie mam jeszcze dobrej odpowiedzi. Chcę, jak dziennikarze w PRL-u, pisać na maszynie, ale czy damy radę z takiego pisania opłacić rachunki? Nie wiem.

Tymczasem pytanie w głowie mojej żony już napęczniało i musi wyjść na zewnątrz. Nie da się dłużej czekać. Wstrzymuję oddech i słyszę głos Izy wypowiadającej najcelniejsze pytanie w najodpowiedniejszym momencie:

? Zwariowałeś? ? brzmi pytanie.

? Proszę? ? odpowiadam zmieszany.

? Chyba zwariowałeś, jeśli myślisz, że pozwolę ci to robić samemu. Albo razem, albo zapomnij.

Takiego obrotu sprawy zupełnie się nie spodziewałem.

? To super, ale wiesz? To będzie trudne? Zamierzam sobie regularnie wyłączać wodę i światło ? tak przecież było w Pe-pe-eR-eL-u ? jąkam się. Nie spodziewałem się, że Izie będzie się chciało odstawić wszystkie kapitalistyczne udogodnienia.

Ale to tylko znaczy, że wciąż słabo znam swoją żonę. Iza patrzy na mnie tak hardo, że w sekundę przypominam sobie nasz wyjazd starym golfem na Ukrainę, kiedy to przez dwa tygodnie myliśmy się wyłącznie w górskich strumykach. Fakt, była twardsza ode mnie. To ja bojkotowałem higienę, a ona twardo wystawiała się na działanie zimnej wody.

Iza nie używa jednak tego argumentu. Zamiast tego mówi:

? Jestem antropologiem, a ten projekt to przecież czysta antropologia! Opowiedz o nim dokładnie, to zdecydujemy.

3. Jestem cztero-, może pięcioletnią dziewczynką, gdy w naszym domu pojawia się on. Kokos. Chropowaty, średniej wielkości. Stoi na meblościance, na małym kryształowym półmisku. Tata przywiózł go zza Odry, z Zachodu. To prawdopodobnie jedyny taki kokos w całej gminie Giby, a może i w całym województwie suwalskim ? myślę.

? Chcecie zobaczyć kokos? ? pytam dzieciaki z podwórka, a one nie wiedzą, o czym mówię.

Codziennie dotykam jego chropowatej skórki. Głaszczę go delikatnie, a kiedy nikt nie widzi, przykładam do policzka. Ze wszystkiego, co znam, najbardziej przypomina wielkie jajo. Ale jajem nie jest. Jest relikwią, świadkiem nieosiągalnej krainy szczęśliwości. Pasuje do obrazków raju z gazetek, które przynoszą świadkowie Jehowy.

Cała rodzina czeka na szczególną okazję, żeby go otworzyć. Zresztą nikt z nas nie wie, jak to zrobić. Ogłuszyć szybkim walnięciem noża czy powoli zdejmować z niego włochatą skorupkę? Dywagacje o tym morderstwie przyprawiały mnie o gęsią skórkę.

Kokos tymczasem jakby się kurczy, a od leżenia w pokoju ogrzewanym kaflowym piecem jego powierzchnia pokrywa się zmarszczkami. Dłużej czekać nie można. Zbieramy się nad nim w niedzielny poranek. Mama jednym ciosem przebija szorstką skórkę.

? Wyschnięty, nic z niego nie będzie ? wyrokuje.

Mnie i siostrze płyną do oczu łzy. Tylko tata zachowuje zimną krew. Przyjmuje to jako potwierdzenie własnych przeczuć.

? Pojechał do Niemiec szukać nadziei na lepszą przyszłość dla nas wszystkich. Dziadkowie mieli Familienbuch, który czarno na białym pokazywał, że ich przodkowie pochodzą zza Odry. Na mocy umowy polsko-niemieckiej mogliśmy się wtedy starać o przeprowadzkę do Niemiec ? opowiada dzisiaj mama.

? Dlaczego nic z tego nie wyszło?

? Tata nie czuł się tam dobrze. Umieścili go w obozie dla imigrantów, traktowali z poczuciem wyższości. Na własne oczy zobaczył, że ten Zachód, który znaliśmy z niemieckich i amerykańskich katalogów, to fikcja. Że tam wcale nie jest tak różowo, jak nam się wydawało.

Zostaliśmy w Gibach. Bez kokosa, ale za to wśród jezior i lasów, w których mieszkają dzikie sarny, lisy i jelenie.

Ale dla mnie te dziki i sarny mało znaczyły w porównaniu ze światem, z którego przyjechał kokos. Marzyłam, że kiedyś uda mi się zbudować życie jak z zachodnich katalogów. Mieć lalkę Barbie, klocki lego i skórzaną kanapę w salonie. A na święta koleżanki z przedszkola obdarowywać prawdziwą czekoladą z orzechami.

4. Skorupki kokosa były jak kawałki puzzli. Długo jeszcze leżały na kryształowym półmisku, a ja próbowałam złożyć z nich całość. Pewnie dlatego że kiepsko było w tamtym czasie z zabawkami.

? Nie da się ? mówię do Witka, kiedy opowiada o swoim pomyśle powrotu do PRL-u. Nie wiem, dlaczego właśnie wtedy przypominają mi się te nikomu niepotrzebne, ale zbyt cenne, żeby je wyrzucić, fragmenty kokosa. ? To tak, jakbyś ten mój kokos chciał z powrotem poskładać. Trzeba być naiwnym, żeby wierzyć, że uda się odtworzyć tamtą atmosferę. Że uda się wytłumaczyć Mariannie, jak to kiedyś nie było na każde zawołanie soczków, żelków, czekolad i pomarańczy.

Zresztą, co miałabym odtwarzać? Tamten czas i tamci ludzie nie wrócą. Tata zmarł kilka lat po tym, jak nadszedł kapitalizm. Na zawał ? typową chorobę transformacji. Chorobę intensywnego życia, pełnego zmian zachodzących szybciej, niż serce zdoła je zauważyć.

Mama dziś mieszka w Sejnach, małej miejscowości przy granicy litewskiej. W Domu Nauczyciela w Gibach, gdzie mieszkaliśmy do końca PRL-u (rodzice dziesięć lat czekali na przydział ze spółdzielni mieszkaniowej w Sejnach), nie byliśmy całe wieki. Nie zbieramy już grzybów w gibiańskich lasach, nie kąpiemy się na szkolnej plaży nad jeziorem Gieret. Już nawet gadanie o kokosie jest bez sensu, bo ten Zachód, którego był reprezentacją, w naszej wyobraźni zbiorowej istnieje tylko jako mgliste wspomnienie.

Teraz go sobie wyobrażać nie trzeba. Teraz my jesteśmy na Zachodzie.

Nie wierzę w odtworzenie PRL-u. Ale łapię się na tym, że coraz bardziej wkręcam się w opowieści Witka. Zaczynamy się spierać o to, czy lepsza była guma DONALD czy TURBO, czy ładniej śpiewały Fasolki czy Natalia Kukulska. Przypominamy sobie smak waty cukrowej, żółtych napojów sprzedawanych w foliowych torebkach. Witek próbuje mnie podejść i robi pyszny blok czekoladowy.

? Marianna nie będzie znała tego wszystkiego ? mówi, gdy pałaszujemy blok.

? Nie. Ale za to ma bajki Disneya, grające książeczki i banany. No i kokosy, o których mogłam tylko marzyć. ? Uśmiecham się.

? A ona o czym będzie marzyć, skoro wszystko już ma? ? dopytuje mój mąż.

O czym marzą dzisiejsze dzieci zmieniające smartfony albo przynajmniej komórki jak rękawiczki, zabijające wrogów w grach komputerowych szybciej, niż zwiększają się zasoby światowego Internetu, objadające się bananami i pomarańczami? W świecie, w którym wszystko masz natychmiast, nie ma już marzeń.

Chcemy dać Mariannie choćby naparstek świata naszego dzieciństwa, przenieść ją do odległej cywilizacji, w której książka nie jest tylko nudnym zamiennikiem gry komputerowej. Pozwolić jej dotknąć świata, z którego wyemigrowaliśmy do Kanaanu kapitalizmu, świata, gdzie może i rządził okrutny Faraon w ciemnych okularach, ale przynajmniej deficyty rozdawał wszystkim po równo. Dzisiaj, mieszkając na warszawskiej Pradze, doskonale widzimy, że transformacja rzuciła jednych na kamienistą ziemię, innych ? do rajskiej krainy obfitości. Chcę, żeby Marianna była wrażliwa na tych, którzy nie nadążają za kapitalistycznymi zmianami. Na dzieciaki z Brzeskiej, ulicy warszawskich wykluczonych, które codziennie mijamy po drodze do pracy i których rodzice nie mają innego wyjścia, niż żyć w głębokim PRL-u.

? Pół roku w PRL-u ją na to uwrażliwi ? tłumaczy mi Witek.

? A jeśli nabierze kompleksów? Poczuje się gorsza? ? zastanawiam się. ? Przecież my wszyscy, urodzeni w PRL-u, mamy kompleksy. Po co ją sztucznie wyposażać w taki bagaż?

? Wiesz? ? Witek popada w głębokie zamyślenie ? gdy byłem na stypendium w Kopenhadze, trudno mi się rozmawiało z wychowanymi w dobrobycie Duńczykami. Pytali, jak się żyło w komunizmie. Jeśli mówiłem, że pomarańcze były w sklepie tylko raz do roku, to dziwili się, dlaczego moi rodzice nie szli do innego sklepu. Nie mogli uwierzyć, że w tym innym sklepie też nie było pomarańczy. Ani dwa sklepy dalej. Wtedy wyleczyłem się z PRL-owskich kompleksów.

? Jak?

? Zrozumiałem, że kto od dziecka miał pomarańcze na każde zawołanie, jest jakoś ode mnie uboższy. Nieprzygotowany na różne figle, które życie uwielbia płatać.

? Chcesz mi wmówić, że lepiej nie mieć pomarańczy, niż mieć? ? dopytuję.

? Nie. Ale warto wiedzieć, że nie zawsze są.

Kurczę, może on ma rację? ? myślę sobie. ? A nawet jeśli nie ma, przecież to tylko pół roku.

? Okej, spróbujmy zamieszkać w tym twoim PRL-u ? mówię więc. ? Jak coś pójdzie nie tak, to za karę przez cały następny rok będziesz gotował obiady.

?

Przypisy:

1 Dla olbrzymiej części ludzi, z którymi mieliśmy kontakt, nasz eksperyment pozostawał
utajony. Nie mieliśmy okazji zapytać, czy życzą sobie wystąpić w książce, dlatego
zmieniliśmy (lub okroiliśmy do pierwszej litery) imiona i nazwiska wielu osób
pojawiających się na kartach tej książki, a także zmieniliśmy niektóre okoliczności naszych
spotkań. Tym sposobem część osób występujących w tekście to postacie fi kcyjne, powstałe jako
kompilacja kilku prawdziwych osób i ich wypowiedzi.
2 Arnold J. Jacobs, Rok biblijnego życia, tłum. Agnieszka Andrzejewska, Kraków 2009.
3 Barbara Ehrenreich, Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć, tłum. Barbara Gadomska,
Warszawa 2006.
4 Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata, tłum. Urszula Poprawska, Wołowiec 2012. Gdy zaczynaliśmy nasz PRL, znaliśmy tę książkę tylko ze słyszenia. Wyszła dwa miesiące
po zakończeniu naszego projektu.

Witold Szabłowski, Izabela Meyza „Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem”
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 300

Opis: Kolejki po girlandy papieru toaletowego, ?Brutal? obok ?Pani Walewskiej?, rodzinna podróż maluchem do Bułgarii. Czasy, w których panie nosiły trwałą, a panowie ?męski zwis?, dobrze znamy z filmów Barei albo przeżyliśmy na własnej skórze? Ale warto spojrzeć na nie w zupełnie inny sposób. Dwójka dziennikarzy, Iza i Witek, postanowili na pół roku przenieść się do rzeczywistości przełomu lat 1981/1982. Zamieszkali w bloku z wielkiej płyty, zrezygnowali z Internetu i komórek, a po Warszawie jeździli fiatem 126p. Dziecku wręczyli zabawki pamiętające czasy Jaruzelskiego, a w ich kuchni zagościły dania polecane przez kultową ?Przyjaciółkę?. Po co to wszystko? Autorzy sprawdzili czym różni się współczesne życie od tego sprzed trzech dekad. Zabrali nas w… (więcej o książce)

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek