banner ad

Fragment książki „Chłepcąc ciekły hel – hist?ria yassu” Sebastiana Reraka

7 marca 2013

Mikołaj Trzaska: Scena ortodoksyjnego jazzu była wtedy w Trójmieście silna. Narzekaliśmy na muzyków, takich jak Maciek Sikała, Cezary Paciorek, Przemek Dyakowski czy nieżyjący już niestety Emil Kowalski, jednocześnie jednak podziwiając ich. Mówiliśmy, że grają mainstreamowy katolicki jazz, ale oni doskonale wiedzieli, jak się gra. Łatwiej było nam ich umniejszyć, aby poradzić sobie z bólem bycia kiepskimi (śmiech).

Jedną z najbardziej przyszłościowych postaci tego środowiska był Leszek Możdżer, kolejny obok Oltera młodziak z ogromnym talentem. W 1991 roku miał dwadzieścia lat, ale grał już na fortepianie przez trzy czwarte dotychczasowego życia. Studiował w gdańskiej Akademii Muzycznej i najbliżej było mu do muzyki poważnej, niemniej w międzyczasie – pod wpływem nieśmiertelnego Kind of Blue Milesa Davisa – zainteresował się jazzem.

Mazzoll: W Trójmieście wiodącym pianistą był wcześniej Cezary Paciorek i on grał z większością jazzowych składów. Kiedyś chciałem pokazać Możdżera Maćkowi Sikale, ale kiedy Leszek wskoczył na piano podczas jam session kwartetu Sikały i sypnął frazę, to Maciek się tylko skrzywił. Pół roku później grał już jednak wszędzie i wyszło to z pożytkiem dla wszystkich, bo Czarek Paciorek wrócił na akordeon i zdziałał na nim dużo dobrego, a Lechu zawładnął zupełnie fortepianem.

Akceptację środowiska Możdżer zyskał sobie po praktyce w zespole Emila Kowalskiego. Chociaż nieopierzony, jawił się już jako niezrównany instrumentalista.

Tomek Gwinciński: W grze Leszka słychać pewną kanoniczność i klasyczne wykształcenie, choćby w sposobie jak rozwiązuje harmonie. Jest bardzo sprawny, biegły, ma znakomity słuch i poczucie rytmu, niemniej należy do konwencjonalnej szkoły pianistów jazzowych.

Mikołaj Trzaska: Tymonowi zależało, aby unieść się duchem jego ulubionej epoki. Moim zdaniem Gwinciński, który kapitalnie myśli harmonicznie, był nam wówczas bardzo potrzebny, ale on zapragnął samodzielności, spakował się i pojechał do Stanów. W Miłości tymczasem zjawił się na jego miejsce Leszek Możdżer.

Możdżer był istotnie można by powiedzieć klasycznym pianistą klasycznym. Eleganckim w stylu, hiperpoprawnym, o bezbłędnym słuchu. Typ instrumentalisty z zupełnie innej bajki niż parajazzowi gangsterzy. Właśnie dlatego tak bardzo spodobał się Tymonowi, ikonoklaście z irokezem na głowie.

Leszek Możdżer: Po odejściu Tomka Gwincińskiego pozostali członkowie Miłości rozglądali się za jakimś
instrumentem harmonicznym. Próbowali grać z Czarkiem Paciorkiem, ale on ze swoim mocno katolickim
nastawieniem nie nadawał się do tego rodzaju ekspresji, jaki prezentowali Tymon i Mikołaj – buddyści i
rewolucjoniści. Kiedy ja pojawiłem się na trójmiejskiej scenie jazzowej, Tymański przyszedł do mnie pewnego dnia z nutami i zaproponował grę z Miłością. Właściwie nie tyle zaproponował, co zwyczajnie położył mi nuty na blacie pianina.

Bardzo Tymonowy gest.

Mikołaj Trzaska: Tymon nie lubił czekać, a ten brak cierpliwości był w jego przypadku bardzo twórczy. Sięgnął po Możdżera bez zbędnych ceregieli.

Zaintrygowany propozycją Ryśka, Leszek postanowił pojawić się na próbie Miłości. Jako dobrze ułożony młodzieniec miał jednak pewne obiekcje ze względu na famę, jaka otaczała wówczas niesławnych wichrzycieli.

Leszek Możdżer: O zespole Miłość krążyły legendy. Mówiło się, że łamią kontrabasy na scenie, pokazują dupę, mówią brzydkie wyrazy, zachowują się dziwnie i uprawiają jakąś niezrozumiałą awangardę, czyli po prostu grają kompletny nonsens. Początkowo postanowiłem sobie, że nie będę w tym brał udziału. Nie chciałem grać z Miłością, ale nie byłem też w stanie odmówić Tymonowi z całą jego charyzmą. To była propozycja nie do odrzucenia.

Już pierwszy koncert z Miłością, w Poznaniu, okazał się dla ułożonego pianisty niełatwą próbą. Wtedy Tymański, dla ożywienia niemrawej atmosfery, zaordynował publice szok przy użyciu małego performance?u.

Końjo: Ten koncert był utrzymany w absolutnie totartowym duchu. Zdesperowany Tymon odgrywał swój jazzowy materiał ku zupełnej obojętności publiczności. W końcu solidnie się wściekł i zaczął do hardcore?owej improwizacji wyśpiewywać teksty w rodzaju: ?Waliłem konia mojemu ojcu?, ?Gwałciłem matkę, yeah!?. Możdżer, jako grzeczny student akademii muzycznej, skulił się wówczas za fortepianem i błagał Tymona, aby nie mówił tak brzydko, bo jest niedziela, a on tego dnia był u spowiedzi. Na co Tymon odparł: ?Nie przerywam, to jest wojna i musimy zdobyć serca ludzi?.
(…)

Sebastian Rerak „Chłepcąc ciekły hel ? hist?ria yassu”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: A KuKu Sztuka
Liczba stron: 550

Zamów książkę na stronie stowarzyszenia A KuKu Sztuka

Opis: „Chłepcąc ciekły hel” to książka poświęcona jednemu z najciekawszych zjawisk polskiej kultury ostatnich lat, czyli scenie yassowej ? ruchowi nowej muzyki improwizowanej, jaki objawił się w Polsce w latach 90. ubiegłego stulecia, skutecznie przewartościowując dotychczasowe myślenie o roli artysty, jego relacji z odbiorcą i rytuale tworzenia sztuki. Ten obszerny, ponad 500-stronicowy tekst powstawał w toku niezliczonych wywiadów, podczas wypraw do Bydgoszczy i Trójmiasta oraz studiów nad materiałami prasowymi, nagraniami audio, audiowizualnymi archiwaliami. W książce znalazły się… (więcej o książce)

Tagi: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek